Gender dziki, gender zły czyli niebezpieczeństwa dnia powszedniego

Ja jestem ze dwanaście rodzajów chłopskich: Chłoptas porodził Gruczoła, Gruczoł porodził Rudka, Rudek porodził Rzygulca, a Rzygulec porodził Kudmieja, Kudmiej porodził Mózgowca, Mózgowiec porodził Łypia, Łyp porodził Potyrałę, Potyrała porodził Kuchtę, a Kuchta porodził Trzęsiogona, Trzęsiogon porodził Opiołkę, Opiołka porodził Warchoła, a Warchoł porodził Marchołta, a ja jestem Marchołt.

(Jan z Koszyczek)

Co ja to chciałam? Ano właśnie, znów o tym samym. Czuję się jak pan Jowialski, który opowiada ciągle te same bajeczki, wszyscy dłubią w nosach, bawią się pilotem telewizyjnym, albo oglądają zawartość chustek do nosa, bo już mają dość opowieści, które niczego nie wnoszą. Czy musimy ciągle słuchać o gender? Ano, musimy. Niestety musimy. Ja rozumiem, że jest zima, mamy ochotę się wyciągnąć na wygodnym szezlongu, pod pledem z wigoniowego futra –  a tu rzeczywistość skrzeczy i nie pozwala nam zająć się czymś innym. A wolałabym teraz zgłębiać przepisy na pierś kaczki, niech mi Państwo uwierzą. Za bardzom próżna i boję się o swą renomę kucharską, żeby sylwestrową kaczkę zepsuć. Moja mołojecka sława, specjalistki od mięs wszelakich, nie może upaść w pył dzisiejszego wieczora. A tu tyle artykułów w gazetach… i wszystkie o gender.

Nie wiem, co bierze posłanka Kępa, ale radze jej, żeby nie przekraczała z tym granicy. Jej fantazje dotyczące Hartmana w pończochach były zabawne, ale niech ona sobie pali (albo łyka) za własne pieniądze. Nie za moje podatki. Albo, niech mi też trochę da – my, rozpustnicy i rozpustnice z kręgu potwora gender, małostkowi nie jesteśmy. A, jeśli już komisja (którą chce pani poseł do życia powołać) powstanie, to czy jest w niej wolne miejsce? Bo, powiem słowami starej piosenki: chciałabym, chciała… A tak na marginesie, retoryka posłanki taka mocno socrealistyczna: „ręce ideologii precz od naszych dzieci”, jak te ręce (kapitalistyczne) precz od Korei. Kępa, w swej „uroczej” nieświadomości, nawet nie ma pojęcia, na jakie wzorce językowe się powołuje. No, ale tak to już jest, że im większe zaangażowanie patriotyczne, tym mniejsza znajomość języka ojczystego. Cóż ja na to poradzę? Że liczy się żarliwość Ignacego Loyoli, a nie sumienność Jana Niecisława Baudouina de Courtenay.

Naukowcy polscy są bezradni. Naprawdę bezradni. Blog założyli, w którym będą mówić, po co im gender. Ja wiem, po co im w badaniach jest perspektywa płci kulturowej, bo mnie jest potrzebna po to samo, ale czy to coś da, że akademiczki i akademicy będą mówili o swoich pracach, o swojej perspektywie badawczej? Proszę przeczytać fragment autorstwa profesora Mirosława Kofty [„Po pierwsze, nurt gender doprowadził do konstatacji, że uprzedzenia mogą zawierać nie tylko składniki negatywne (wrogość, negatywne stereotypy) ale i z pozoru pozytywne (tzw. życzliwy seksizm to postawa, która – wyrażając pozytywne  opinie o kobietach – zarazem konserwuje podrzędną pozycję kobiety w społeczeństwie, podtrzymuje jej stereotypowy wizerunek”] i mi powiedzieć, czy zrozumie to babcia odprowadzająca wnuka do przedszkola? Albo dziadek siedzący z wnuczką w piaskownicy? Czy zrozumie to matka, która wysłuchała z przerażeniem listu biskupów, albo ojciec, który gdzieś usłyszał o seksualizacji dzieci? Albo zaczniemy mówić ludzkim, zrozumiałym językiem, albo zamilknijmy – lekceważąc z wyższością wypowiedzi posłanki Kępy i księdza Oko. Ale potem się nie dziwmy, że nikt nas nie lubi i społeczeństwo nas uważa za bandę darmozjadów.

Na dodatek, część Kościoła już mówi o badaniach związanych z płcią kulturową, ale dodaje, że jest też genderyzm, który „uważa, że można dojść do zamienności płci”. No i, co z tym zrobić? Zamieniać? Nie zmieniać? Kupić, nie kupić – potargować można. Ale jak? Załóżmy, że zakładam garnitur, zapuszczam wąsy i włosy na klacie (nie wiem jakim sposobem, ale załóżmy, że to możliwe). Następnie piszę na forum wymiany narządów płciowych i wykonują małą operacyjkę. Tak? A może jakoś inaczej? Kto pomoże?

Dobra, załóżmy, że tu chodzi o te pończochy i sukienki. Przebiera się trzydziestopięcioletni górnik dołowy, no i…? Na kopalnię go nie wpuszczą? Zmienił płeć czy się przebrał? A jak się przebrał, to zmienił płeć kulturową? Bez jaj. Ja na jednym balu w „Puzoniku” byłam przebrana za królika. Brzuszek i pupę wypchałam sobie dwiema poduszkami. A uszy i ogonek – proszę Państwa, sam genderowy cud, miód i orzeszki. Mówię Państwu to była czysta genderowa rozpusta, bo jedno z mych dzieci było przebrane za misia i my… się czochraliśmy. Futro w futro. Tak było. Jak się ksiądz Oko dowie, to skończę na Sołowkach. Bo słynny ksiądz Oko, spogląda na mnie surowo i wyjawia światu, że „Dla genderystów w centrum wszystkiego bardzo często jest seks. Żeby zrozumieć absurdy, jakie często piszą i propagują, należy pamiętać, że to osoby, dla których bożkiem jest seks. Żyją w rozpuście i rozwiązłości. Racjonalizują to, mówiąc że to jest dobre. I swój styl życia chcą narzucić innym, całemu światu”. No i wszystko jasne. Szkoda, że tak ciepło jest, bo mam białe futro do kostek. Państwo już sobie wyobrażają te możliwości, jakie ono daje takiej rozpustnicy, jak ja?

W Nowym Roku proszę mi kupić pejczyk, dildo, kajdanki z różowym futerkiem, szczypce do zrywania paznokci i elektrycznego pastucha. Nic więcej mi nie przychodzi do głowy, a może wszystko inne, z tych rozpustnych rzeczy już mam? Żadnych kostiumów z lateksu, nie chcę wyglądać jak szynka w siatce. I żeby było jasne, żadnych zabaw ze śmietaną, co ja nie mam nic lepszego do roboty, tylko pościel prać? Magloprasowalni w pobliżu mojego domu nie ma i prasować muszę (a wedle rozpustnej i genderowej umowy prasowanie do mnie należy). Dlatego: rozpusta – owszem, brudzenie pościeli – zakazane. Jasne?

Na dodatek odwrócą się ode mnie znajomi mający dzieci, bo się będą bali. Ksiądz Oko mówi, że genderyści: „W swoim programie mówią otwarcie o masturbacji dla 2-letnich dzieci. To są ludzie straszni, mówią, że rodzice powinni masturbować swoje dzieci. To są maniacy seksualni, których nie można dopuszczać do dzieci”. Kolejny nawiedzony typ, który nie zna języka polskiego. Bo masturbacja jest pobudzaniem WŁASNYCH narządów płciowych, a nie cudzych. Onana biblijnego nikt nie dotykał, on swe nasienie sam na ziemię upuszczał. Ale, w walce z genderem żadne bzdury nie są straszne, żadne głupoty nie przysłonią wielkiego celu zniszczenia zepsucia. A tak w ogóle, czy Państwo wiedzą, skąd się wzięły te rewelacje? Niejaka Gabriele Kuby z Niemiec, która często gości, a nawet chyba jest gwiazdą w radiu z ryjem (zakamuflowana opcja, czy co?) opowiada, że właśnie takie są oficjalne dyrektywy unii, paskudnej unii, która dąży do seksualizowania dzieci. I te unijne normy już są realizowane w niemieckich przedszkolach. No… a świnie umieją latać i szybują po grudniowym niebie wachlując uszyskami. Wyobraźcie sobie Państwo dwulatkę, która wraca ze żłobka. Zaręczam Państwu, że można się z nią dogadać. I ona objawia rodzicom, że opiekunka wkładała jej rękę do majtek. A ci rodzice z Kolonii czy Monachium, nic z tym nie robią? Nie lecą na policję? Do sądu? Do gazet? Do psychologa? Do parlamentu? Ci Niemcy, to muszą być strasznie głupi, skoro im banda pedofili maca dzieci, a oni nic. No nic nie robią, bo wokół ta konsumpcja i cywilizacja śmierci. Albo coś innego. Może opryski pól? Mózgi rodzicom w Niemczech coś wypala… I mózgi części polskiego duchowieństwa też! Wiem, naziści z Księżyca!

A na koniec krótka instrukcja, jak rozpoznać gendera. A jak już Państwo rozpoznają, to nie bać się, packa na muchy w dłoń i do dzieła. Nie pozwólmy, by w nadchodzącym roku polscy duchowni się spocili z wysiłku w walce z potworem. Pomóż obywatelu i obywatelko, nie stój z boku! Polaku i Polko, twoim przodkiem był husarz i woj Chrobrego. Daj odpór! Działaj!

A wzrost Marchołtow był krótki, mały a miąszy, głowę miał wielką, czoło szyrokie, czyrwone a zmarszczone, uszy kosmate a zwieszone do pół lica, oczy miąsze a płynące, warg spodnią mało niejako u wałacha, brodę smrodliwą a kosmatą jakoby u kozła, ręce jakoby klocki, palce krótkie a miąsze, nogi okrągłe, nos miąszy a garbaty, wargi wielkie a miąsze, oblicze jakoby u osłą, włosy jakoby na koźle, obów nóg jego była chłopska a barzo gruba, skóra jego kosmata a błotna, suknia jego krótka telko do lędźwi, nogawice jego fałdowe, odzienie jego farby bardzo grubej.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15204520.html

http://poconamgender.pl/

http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,15204894,O__Zieba__w_debacie_o_gender_uzywa_sie_jezyka_leku.html

http://wpolityce.pl/wydarzenia/70540-ks-oko-to-co-robi-tygodnik-powszechny-w-sprawie-gender-to-jawna-zdrada-to-piata-kolumna-kon-trojanski-w-kosciele-nasz-wywiad

Reklamy

Ruch sufrażystów ruch trzeciej płci czyli zmieniam się…

Klaskaniem mając obrzękłe prawice,

Znudzony pieśnią, lud wołał o czyny;

Wzdychały jeszcze dorodne wawrzyny,

Konary swymi wietrząc błyskawice.

Było w Ojczyźnie laurowo i ciemno

I już ni miejsca dawano, ni godzin

Dla nieczekanych powić i narodzin,

Gdy Boży-palec zaświtał nade mną:

(Cyprian Kamil Norwid)

List pasterski odczytany w kościołach całej Polski. Dziś przeciętny Kowalski i przeciętna Kowalska dowiedzą się, że codziennie rano wstaję z łóżka i zastanawiam się, kim być: chłopczykiem czy dziewczynką, a może jeszcze inaczej (chociaż to, bez odpowiednich wskazówek biskupów dla przeciętnych Kowalskich może być nie do ogarnięcia). Przyprawiam sobie ogromniaste dildo, a może mam podręczny i poręczny fallus (ale skąd go mam?), którym wypycham sobie spodenki. Piersi odwieszam gdzieś na wieszak, żeby móc je sobie przyprawić w dowolnej chwili, gdy będę chciała, żeby sukienka ładnie się prezentowała. Waginę z pewnością odkładam do szuflady w dni, gdy mam menstruację. O, to byłoby fajne. Chcę tak. Ale co z jajnikami? Jak je wyciągnąć z jamy brzusznej? Mam przecież niski próg bólu. Olać to, wyciągam, dajcie mi wieszak i korkociąg.

Dzięki tym codziennym zmianom mogę zaczepiać robotników na budowie, gwiżdżąc na widok ich spoconych ciał, mogę też pochylać się nad dekoltami sprzedawczyń w Rossmanie i mruczeć: maleńka, idziemy do mnie? W zasadzie to i tak mogę to robić, bo (a to niefart, księże biskupie) jestem biseksualna (chociaż nie jestem chamką – te obrazy sprośnego podrywu były ukazane wyłącznie dla podkreślenia absurdu sytuacji). W dobrowolnym samookreśleniu codziennie rano wybieram płeć biologiczną oraz orientację seksualną. Pogięło was, drogi episkopacie, naprawdę was pogięło? Najwidoczniej, niestety, tak. Skoro czarno na białym biskupi ogłaszają swe wiekopomne odkrycia w całej Polsce ustalając:

 „Genderyzm promuje zasady całkowicie sprzeczne z rzeczywistością i integralnym pojmowaniem natury człowieka. Twierdzi, że płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego, i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych. Według tej ideologii człowiek może siebie w dobrowolny sposób określać: czy jest mężczyzną czy kobietą, może też dowolnie wybierać własną orientację seksualną. To dobrowolne samookreślenie, które nie musi być czymś jednorazowym”.

Przychodzę rano do sekretariatu w pracy i mówię, że dziś wybrałam bycie chłopczykiem. I macie mówić do mnie: Kazimierzu Albercie. W dni, gdy wybieram płeć żeńską jestem Izabelą Łęcką, albo Minclową. Emmę Bovary zostawiam profesjonalistkom. Mogę też być skromną Denise Baudu. Mówię jasno i otwarcie (no tak stoi w liście biskupów), że płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego. A co z rynkiem podpasek, tamponów i prezerwatyw? Jeśli płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego, to dlaczego się pieklę o żeńskie końcówki i chcę być architektką, politolożką albo historyczką literatury? Oczywiście, o to pieklę się w poniedziałki, środy i soboty, bo we wtorki i czwartki jestem Kazimierzem Albertem, heteroseksualnym mężczyzną, patriarchalnym, mającym żonę i kochankę. Takim który mówi do kelnerki i do pań na poczcie: skarbie. W niedzielę jestem osobą transpłciową, jak biskupi tak mówią, to tak mogę, a co… Ach, ten gender. Taki paskudny, a taki podniecający, wręcz… zniewalający swym wyrafinowanym zepsuciem. Mrau!

Ileż nieskromnych myśli biskupów się narodziło nad tym listem, ileż chęci zdobycia pończoch, pasa i frywolnego gorseciku. Albo inaczej: ach, chociaż przez jeden dzień nie odczuwać płci kulturowej biskupa, zdjąć te koronki i kieckę. Wsiąść na motocykl i w skórzanej kamizelce oraz z paznokciami w kolorze różowym odjechać w siną dal. Wejść do baru i zatańczyć z młodym… skautem. Albo skautką. Zależy, co wybierze. Rzecz jasna, nie biskup, osoba w mundurku – jak co rano.

Tłumaczenie, że płeć kulturowa polega na np. tym, że w średniowieczu to bym najwyżej zostać przeoryszą mogła (ale bym nie została, bo pochodzę z małopolskiego – nieczystego rasowo – chłopstwa), a dziś mogę być wykładowczynią akademicką, jest zbędne. Tak samo jak obrazowe przeciwstawianie ról społecznych współczesnej Szwedki i Iranki. Biskupi wiedzą swoje. I tłumacz człowieku, tłumacz, język sobie strzęp, a i tak wiadomo, że chodzi o wyrafinowane fiku-miku z wymianą waginy w tle. Zaproponuję jak Tuwim w eskimoskim numerze (w jednej ze swych wymyślonych gazetek): wymienię dwa członki na waginę w stanie idealnym. Ewentualnie: wymienię biskupa na dzieła zebrane Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego. Bo nawet jakiś Coelho za biskupa to już za wiele.

Przez moją wymianę macicy spada w Polsce liczba narodzin. Chyba rozumiem, bo jak się macicę w reklamówce z Tesco nosi, to człowiek może ją zgubić, a razem z nią – dziecko napoczęte i niezdolne. Wielki problem jest także z gejami i lesbijkami, bo (jak stoi w liście) „aktywność homoseksualna jest głęboko nieuporządkowana”. Proszę się ładnie ustawić czwórkami, uporządkować aktywność, w tym np. wszelkie wyjścia na basen, przejazdy koleją, a także jogging. Jogging to straszliwie nieuporządkowana forma aktywności. I szkodliwa dla kolan. A na kolanach się klęczy, w celach, rzeknę enigmatycznie, różnych. Co ja jeszcze mogę powiedzieć? Po przeczytaniu tego biskupiego steku bzdur, to mi się nawet już płci nawet nie chce zamieniać, co dopiero modelować i definiować – nie dość, że to kupa roboty, to jeszcze akt ten nie jest jednorazowy. Ciągle się człowieku martw, że trzeba się określić. A ja muszę? Musze cokolwiek?

W tym duchu zwątpienia, zmęczenia i niechybnego potępienia udzielam Państwu pawiańskiego błogosławieństwa, na każdy dzień, w którym uczynicie coś genderowego. To znaczy… na każdy. Idźcie i czyńcie cokolwiek.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15198013,_Genderyzm_promuje_zasady_calkowicie_sprzeczne_z_rzeczywistoscia__.html#BoxSlotII3img

Published in: on 12/30/2013 at 09:40  6 Komentarzy  

W innym miejscu czyli pawiany się wiercą

Dziś pisze w tym miejscu: http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/698-panna-czysta

Wyliczanka czyli szaleństwo

Zmęczony burz szaleństwem, jak statek pijany,

Już niczego nie pragnę, jeno wielkiej ciszy

I kogoś, kto zrozumie mój żal nienazwany,

Kogoś, kto mą bezsłowną tęsknotę usłyszy;

Kogoś, kto jasną duszą życie mi przepoi,

Iżbym w spokoju bożym wypoczął po męce,

Kogoś, kto rozszalałe serce uspokoi,

Kładąc na moje oczy miłosierne ręce.

(Julian Tuwim)

Elementy poniższego tekstu można czytać jak Grę w klasy Cortazara.

1. Przeczytałam fragmenty wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim. Bardzo spodobało mi się zdanie: „Mnie pomaga głębokie przeświadczenie, że mam rację”. O, z takim przeświadczeniem, to się bardzo dobrze żyje. Też tak chcę. Od dziś będę miała głębokie przeświadczenie, że mam rację. Wstaję… i wiem. Kładę się… i wiem. Siedzę na klozecie… też wiem. Zmienię sobie imię na Mamracja. A kto zakwestionuje moje najświętsze przekonanie, o mojej jedynie słusznej racji, temu zetnę głowę. Jakem Królowa Kier.

2. Niszowy „Tygodnik Powszechny” może tłumaczyć czym jest gender. Oczywiście, że może. Tak samo, jak ja mogę stanąć na skrzyżowaniu i wyjawiać ludziom tajemnice smoków – ich rodzaje, pochodzenie, zwyczaje itp. Efekt – podobny. Może poza tym, że ktoś widząc smoczą wariatkę w żółtym polarku wezwie odpowiednie służby medyczne. „Tygodnik” czytają ci, którzy wiedzą, czym jest gender. A reszta, w tym także ta, która mówi o owym czasopiśmie, że jest to „Żydownik Powszechny”, nie czyta, a nawet gdyby przeczytała, to nic by z tego nie było. Ta reszta słucha Ryczana i doskonale wie, a także wierzy, że nawet jeśli istnieją akademickie badania na temat płci kulturowej, to istnieje też cała, prężnie działająca, ideologia gender. Masoni już nie budzą strachu i spiskowa koncepcja dziejów (jakże smaczna z ich udziałem) jest już passe? Widocznie masoni i cykliści się zdezaktualizowali byli. Albo ich istnienie i tajemnicza działalność już przestały interesować społeczeństwo. I gender już się zbliża, już puka do twych drzwi, o Jezu wspomóż… A, to nie tak było. Atak gender robi wrażenie. Atak feministek bez staników, z dłońmi zapełnionymi wieszakami i pudłami z tabletkami wczesnoporonnymi działa na wyobraźnię. Szczególnie wtedy, gdy jedna z nich zadeklarowała, że się wyskrobie w Wigilię. Tak, jakby nie mogła w inny dzień.

Ostatnio na przystanku w Knurowie usłyszałam fragment rozmowy telefonicznej. Pewna pani mówiła tak (wiem, że to nieładnie podsłuchiwać, ale zawsze to robię): „Farorz mi to mówił. Od farorza to wiem”. A chodziło o rwanie zębów w znieczuleniu. Jeżeli autorytet księdza sięga aż po kwestie dentystyczne, to jak można zakładać, że nie dotyczy kwestii „seksualizacji” dzieci, przerabiania chłopców na dziewczynki.

A my już mamy gender po dziurki w nosie, chcielibyśmy odpocząć. Za dużo tego tematu, za bardzo nas atakuje. Pewnie tak, ale my nie usłyszymy listu duszpasterskiego w wyraźnie zaznaczonym wrogiem. I co z tego wyniknie? Już wynikło, bo słyszałam o grupie studentek i studentów, która stwierdziła, że na zajęcia z problematyki płci kulturowej nie będzie chodzić, bo to obraża ich uczucia i wartości. Jakie? Nie wiem, pewnie wartości związane z brakiem wykształcenia oraz uczucie głupoty. Ale to się dzieje. Czy dlatego, że o gender za dużo się mówi? Z pewnością – w pewnych miejscach za dużo.

3. Podobno, ma to sprawdzić NIK, polski Kościół spokojnie wykorzystywał pieniądze przeznaczone na potwora gender i finansował z dotacji z nim związanych swoje własne projekty. Jeśli to prawda, a stawiam ogonek Kluski Pierożanki przeciwko rózgom dostanym od namiastki Mikołaja, że tak było, to z pewnością mamy do czynienia z działaniem wallenrodycznym. Kościół te pieniądze palą w łapki, ale wykorzysta je na ewangelizację, żeby żadne polskie dziecko nie miało zamienionej płci. Prawda, że tak musiało to wyglądać? Inaczej, to byłaby hipokryzja, nieprawdaż? Jakieś oszustwo, a Kościół do tak niskich działań by się nigdy nie posunął. Hmmm… posunął, to ciekawe słowo, ale nie czas na słownikowe rozważania.

4. Zawsze mnie uczono (i ja teraz też tak uczę innych), żeby nie zniżać się poniżej pewnego poziomu. Nawet jak ktoś obraża, poniża i postponuje, to zachowywać klasę i spokój. Być grzeczną i uprzejmą, obnażać spokojnie dziury w logice wypowiedzi adwersarza i wyjaśniać ze stoickim spokojem swoje racje. Zawsze byłam zwolenniczką filozofii dialogu – chętnie czytałam Levinasa i Bubera, będę ich czytać nadal, ale to już nie będzie to samo czytanie. No właśnie, bo byłam. Proszę Państwa, ja mam już dość bycia grzeczną, uprzejmą i układną, gdy wylewają się na mnie wiadra z szamba kłamstwa i obłudy. Rąbnęło mnie bardzo, gdy przy okazji procesu Katarzyny W. objawiono społeczeństwu, że jej czyn jest wynikiem stylu życia feministek. Ostatnio Ryczan wyzywa mnie od Heroda, znaczy Herodki, albo Herodzicy. Możliwe, że jestem Herodiadą, ale świętego Jana jakoś brak. Dyskutować się nie da. Ja obrywam kłonicą, albo sztachetą, a mam mówić, że „pańskie postępowanie rani moją podmiotowość”? Albo „nie wolno tak do mnie mówić, bo będzie mi przykro”? Albo: „pan mija się prawdą, księże biskupie. Nie chcę być niedelikatna, ale chyba księdzu nie wolno kłamać”? Co mam robić?

5. Zgadzam się z Katarzyną Bratkowską, która mówi: „Nie boję się, że swoją deklaracją zaszkodzę sprawie aborcji. Jedyne co możemy zrobić to próbować nadal rozmawiać. Jednak rzeczowe, racjonalne argumenty do nikogo już nie trafiają”. Jak nie trafiają rzeczowe, czas zacząć działać innymi metodami. A że nic nie działa, to widać. Deklaracja Bratkowskiej została często zinterpretowana jako niesmaczna manifestacja, jako „usuwanie ciąży jako kaprys”, event skandalistki. A może chodziło o coś innego? O pokazanie fikcji ustawy? Dlaczego jesteśmy przekonani, że Bratkowska w ogóle była w ciąży? A może była w ciąży? Tak samo jak ty i ja (droga polska kobieto) powinnyśmy codziennie być w ciąży, razem z tymi kobietami, które właśnie dziś będą ową ciążę usuwać? I zastanowić się nie tylko nad „zabiciem dziecka poczętego”, które wlazło nam do głów tak dokładnie, że wypełniło całą wolną przestrzeń. Że nie chodzi o usuwanie ciąży, ale o ustawę? Że te kobiety, które chcą to zrobić i tak to zrobią. I nam nic do tego. Ale robią to w warunkach uwłaczających godności ludzkiej, nabijając grube kabzy ginekologów i fundując ciepłe posadki posłom, którzy po kolejnych wyborach będą mieli jeszcze śmielsze pomysły. Może jak spojrzeć na problem z innej strony, to sprawa nie ogranicza się do słów Bratkowskiej, które nam się nie podobają.

6. Najbardziej chciałabym świętego spokoju. Miałam naprawdę ciężki rok. Skończyłam pisać książkę. Otworzyłam procedurę habilitacyjną. Od drugiego stycznia zaczynam ciągnąć drugi etat, bo znów, kurwa mać, wybrałam misję zbawiania świata. To był ciężki rok, bo parę osób znów mnie zawiodło, a teraz mi przykro. Przejdzie mi, zawsze mi przechodzi. Kot mi poważnie chorował w marcu i od tamtego czasu czuję ciarki za plecami, a także budzę się w nocy. Mam wyrzuty sumienia, że nie załatwiłam pewnej sprawy, żeby kogoś ochronić. A na dodatek, co rano, gdy czytam gazety, czuję te wiadra gówna, które się na mnie wylewa. Na mnie – feministkę. Na mnie – kobietę. Na mnie – wykładowczynię problematyki płci kulturowej. Jestem zmęczona.

 

http://wpolityce.pl/wydarzenia/70379-jaroslaw-kaczynski-o-tym-dlaczego-pis-chce-rzadzic-samodzielnie-nie-ma-takich-spraw-w-polsce-ktore-moglibysmy-zalatwic-razem-z-tuskiem-czy-z-millerem 

http://tygodnik.onet.pl/zapomniane-katolickie-gender/tlr53 

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15192066,Bp_Ryczan_porownuje_gender_do_mordercy___Wspolczesny.html 

http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/446707,feministki-donosza-na-kosciol-bral-dotacje-na-gender.html 

Published in: on 12/28/2013 at 14:48  7 Komentarzy  

Muskulatura czyli znów o gender

Silny i piękny, zagorzały zdrowy,

Grzany słonecznym upałem południa,

Idzie Mężczyzna! Mężczyzna!! Mężczyzna!!!

I wyciągają się kobiece ręce,

I rozwierają się kobiece nogi,

Wznoszą się piersi głębokim oddechem

I rozszerzają się okrągłe biodra,

I patrzy w słońce Łono Kobiecości…

(…)
Święte wzruszenie ogarnia mu duszę

I szybko kroczy, i ciężko oddycha,

Jak Bóg radosny…

I oto wznosi się w nim Duch Świetlisty,

I oto żądza cudna go ogarnia,

I zwierzę chutne, i instynkt odwieczny

Ku niej go ciągnie…

I pięknie, potężnie wznosi się do góry

Fallus, męskości święta doskonałość!

(Julian Tuwim)

 

Muszę się z Państwem czymś podzielić, no po prostu muszę. Jakiś czas temu trafiłam na blog pewnego dość popularnego duchownego. I wysiadłam, naprawdę wysiadłam. Przeczytałam, pośmiałam się, ale zapomnieć nie mogę, bo w zasadzie objawiła mi się przyczyna, dla której polski Kościół walczy ze strasznym potworem gender – chodzi o myślenie w kategoriach powodujących niesłychane uproszczenie świata i w zasadzie sprowadzające całą argumentację ad absurdum. Przypomina mi to słynną definicję Benedykta Chmielowskiego z Nowych Aten: koń, jaki jest każdy widzi. No właśnie, a jak widzi, to po co tłumaczyć?

 

Ksiądz pisze na swym blogu: „Czy ksiądz powinien mieć mięśnie? Oczywiście, jak każdy facet. Powinien mieć mięśnie z prostego powodu: gdy ich nie ma, wie o tym, czuje to i boi się. Tak jesteśmy skonstruowani jako mężczyźni, że siła stanowi o naszej tożsamości. Po prostu czujemy, że gdy przyjdą trudne czasy, gdy będzie próba, gdy trzeba będzie kogoś ratować, musimy być gotowi”.  No i tu szlag mnie trafia. Czy ksiądz ratuje mięśniami? Czy przyleje mężowi pijakowi, który katuje swą żonę i sześcioro nieletnich dziatek? Czy też w zaciszu konfesjonału powie niewieście z podbitym okiem i sześcioma pękniętymi żebrami, że musi nieść swój krzyż, a może nawet, że cierpienie uszlachetnia i przybliża do Boga.

 

Czy księdzu potrzebne są mięśnie? Czy powinien mieć mięśnie? Poczynając od tego, że nie każdy facet powinien mieć mięśnie, bo niektórzy może nie chcą mieć. I nawet jak nie mają, to się wcale nie boją, bo mają mózg, talent, umiejętności i wiele innych rzeczy. Czy każdemu mężczyźnie potrzebne są mięśnie, do ratowania? A co, po ulicach latają groźne potwory, które rzucają się na uciśnione dziewice i trzeba kopii w sprawnych męskich i umięśnionych dłoniach by potwora przebić i zabić? To pierwsza wątpliwość, a druga wyłania się zaraz po niej: czy ksiądz to facet? Mężczyzna to kategoria biologiczna najpierw, a ksiądz jest raczej rolą społeczną i kulturową, z biologiczną wizją swej męskości w związku z celibatem nie powinien się za bardzo obnosić i afiszować. A jak rozwija mięśnie, to może testosteron rośnie (nie wiem, tak rzucam, może ktoś objaśni). A potem są kłopoty z libido, które owocować mogą uczynkami nieczystymi, ręcznymi na ten przykład do wtóru jęków z serwisu Red Tube, a mogą też być i znacznie gorsze…

 

Czy ksiądz powinien być mężczyzną? W sensie roli społecznej i kulturowej? No, też nie bardzo… Bo od księdza wymagamy nieco innych cech, takich bardziej „żeńskich”: empatii, delikatności, wyrozumiałości, a nie siły fizycznej oraz dominacji, które stereotypowo kojarzą się z męskością. W związku z tym: ksiądz lepiej niech o swojej męskości nie mówi, bo to jakoś nie wypada, a po drugie, na cholerę mu te mięśnie? Czy ratowanie osoby, która traci wiarę jest związane z bicepsem, albo tricepsem? Czy powstrzymanie zagubionej nastolatki od próby samobójczej jest związane z masą mięśniową kształtowaną np. na siłowni? No waśnie, jak się myśli kategoriami: „facet”, a dokładniej „każdy facet” to wychodzą bzdury. Trzeba genderowo myśleć, proszę księdza, bo inaczej, to ja odbieram księdza felieton, jako taką manifestację i reklamę własnej fizyczności, własnej młodości, własnej męskiej tężyzny, chyba niestosowną w ustach duchownego. Ku przestrodze zacytowałam wcześniej pewien mocno prześmiewczy wiersz Juliana Tuwima, żeby się aż tak bardzo nie nakręcać tym bicepsem i „sześciopakiem” na klacie.

Na koniec ksiądz pyta: „Czy Paweł wytrwałby trzy dni i trzy noce na środku Morza Śródziemnego, gdyby nie miał mięśni?”  No, pewnie nie, ale chyba był pracownikiem fizycznym, ponadto żył 2000 lat temu, a wtedy warunki były ciężkie. Przeżywali najsilniejsi, najzdrowsi, a to chyba najlepsze nie było, nieprawdaż? Taki Herod mięśni mieć nie musiał, bo niewinne dzieci zarzynali jego siepacze. No i, jakiż to dowód na potrzebę posiadania mięśni?

A ponadto, na miejscu księdza, to ja bym nie pisała herezji. Paweł nie musiał mieć mięśni – przeżył na morzu, bo tego chciał Bóg księdza. Nieprawdaż? Ponadto wiemy też, że Paweł nie jadł i nie pił trzy dni, to też z powodu mięśni, czy dlatego, że doznał objawienia (Gdy zbliżał się już w swojej podróży do Damaszku , olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos, który mówił: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?” „Kto jesteś Panie?” – powiedział. A On: „Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić”. Ludzie, którzy mu towarzyszyli w drodze, oniemieli ze zdumienia, słyszeli bowiem głos, lecz nie widzieli nikogo. Szaweł podniósł się z ziemi, a kiedy otworzył oczy, nic nie widział. Wprowadzili go więc do Damaszku, trzymając za ręce. Przez trzy dni nic nie widział i ani nie jadł, ani nie pił – Dz 9, 3-9).

Jeśli założymy, że w obu przypadkach przeżył, bo miał mięśnie, to niedaleko już od tej tezy do jakichś wywrotowych numerów. Dlatego ja bym tej myśli nie rozwijała i już.

Ludzie w dawnych czasach mierzyli swą przydatność społeczną siłą mięśni, kobiety się oceniało, czy mają szerokie biodra i rodzić mogą dużo, najlepiej synów. Dziś już wiemy, że liczy się mózg. Na bezludnej wyspie siłacz może przeżyje, a może nie. Natomiast człek mądry zawsze sobie poradzi – mięśnie nie są warunkiem ani koniecznym, ani wystarczającym, żeby ratować. No, chyba że dla kogoś czas się zatrzymał i tkwi w epoce, gdy siebie definiowało się wyłącznie przez własną biologicznośc, jak próbuje to zrobić opisywany ksiądz. W dzisiejszych czasach umiemy znaleźć na siebie lepsze kategorie rozumowe, aniżeli mięśnie, które ratują. Kto ksiądz jest Chuck Norris czy duchowny, do diaska?

http://kosciol.wiara.pl/doc/1802675.Miesnie

 

Published in: on 12/27/2013 at 08:40  4 Komentarze  

Poczuj magię tych świąt czyli byle polska wieś zaciszna

„będę Felicjanem, będę odbierał czynsze, będę… no… Dulskim, pra-Dulskim, ober-Dulskim, że będę rodził Dulskich, całe legiony Dulskich, będę miał srebrne wesele i porządny nagrobek, z dala od samobójców. I nie będę zielony, ale nalany tłuszczem i nalany teoriami, i będę mówił dużo o Bogu”

(Gabriela Zapolska)

To było kilka lat temu. Wracałam do domu w sierpniowy wieczór, gdy przed blokiem w centrum miasta zobaczyłam zbiorowisko ludzi. Pod domem leżał mały kociak, który wypadł z okna. Z szóstego piętra, na beton. Ludzie stali nad nim i mówili, że już długo nie pociągnie, że krew mu leci z nosa, a to zły znak. A kociak leżał. Wpadłam do domu po ręcznik, zawinęłam zwierzę najdelikatniej jak potrafiłam i pojechałam do weterynarza. Lekarz szturchnął palcem kota, popatrzył na tę kupkę nieszczęścia i znów szturchnął palcem. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem. Kazałam coś robić. Kot dostał dwa zastrzyki, nawet nie wiem jakie, bo za bardzo byłam przerażona. Było już po 21, rentgena nie było, nic nie było, jak zawsze piętrzyły się trudności, typowo polskie, nieszczęścia panujące w tym kraju już od czasów saskich, a może jeszcze od Jagiellonów. Bezradność, bezsilność, a może niechęć i obojętność. A może wszystko po trochu?

Gdy wróciłam z kociakiem, okazało się, że znalazła się jego właścicielka. Oddałam jej zawiniątko w fioletowych ręczniku w zasadzie bez słowa, bo co tu dużo gadać. Czekała ją ciężka noc. Rano przyszła do mnie z opowieścią, jak to nie mogła spać, bo kot potwornie piszczał, że musiała zamknąć go w łazience. Na plus należało jej zapisać to, że rano pojechała do wskazanego przeze mnie weterynarza. Też tam zajrzałam, bo chciałam się dowiedzieć, czy malec ma jakieś szanse. Miał zerwane pazury, złamaną szczękę i pękniętą miednicę – o ile dożył do wieku dorosłego z tak głupią właścicielką, która zostawiała otwarte okno na szóstym piętrze, to pewnie śladu po tych obrażeniach już po kilku miesiącach nie było.

Dziś na Gazecie artykuł o potrąconym w pierwszy dzień świąt psie, któremu nikt nie chciał pomóc, a mnie się to wszystko jakoś składa. Oburzenie z powodu ciąży Bratkowskiej, ten potrącony pies i ten kociak, który przed laty wypadł z balkonu. A nawet te psie kupy na mojej ulicy, między którymi lawiruję w drodze do pracy i błagam Wielkiego Potwora Spaghetti o umiejętność lewitacji. Złość i agresja w centrum handlowym dwa dni przed wigilią. Wszystko mi się składa, cały rok, całe życie.

Poczuj magię tych świąt, oburz się na Bartkowską, która ośmieliła się włożyć swoją puszczalską macicę do twojego barszczyku z uszkami. Walnęła ci płodem z powyrywanymi nóżkami w wyprasowany i wykrochmalony obrus. No i? Co poza tym, że było oburzenie, że były emocje, że było odczuwalne splunięcie w twarz, że ktoś śmiał te święta, te polskie święta, najbardziej polskie od czasów Mitry i Ozyrysa, tak zbrukać, tak zbezcześcić, że właśnie teraz panna czysta, że panna czysta, poroniła syna. Chociaż, jak feministka, to w sumie nieczysta.

Czy przy wigilijnych stołach ktoś o tym rozmawiał? Czy też to oburzenie przeszło, plwocina z twarzy została starta już przed karpiem? A może to tylko takie chwilowe oburzenie, takie malutkie, nawet nie związane z tym, że ona to ZROBI w wigilię, ale że o tym MÓWI, że w wigilię. No jak można, jak można? Tu Bóg się rodzi, król Polski, a tu jakaś Bratkowska się ośmiela wyskrobanym płodem epatować. Niech sobie robi, byle po cichu – przecież wiadomo, że TO jest robione, ale żeby zaraz o tym mówić i to tuż przed łamaniem się opłatkiem, a Matka Boska Częstochowska patrzy znad stołu. Tak samo, jak te pedały, niech sobie mieszkają w naszej kochanej Polsce, ale niech się nie afiszują, na litość boską, bo nasza kochana młodzież patrzy.

I tak od pierwszego stycznia do ostatniego grudnia, rok za rokiem, dziesięciolecie za dziesięcioleciem. Jak te trzy małpki, które oczka, uszka i buzie zasłaniają łapkami. Polska wariacja małpek ma zasłonięte oczka i uszka, zaś na ustach stek frazesów: o Bogu, ojczyźnie, honorze, miłosierdziu, współczuciu, grunwaldzkim zwycięstwie, szumie husarskich skrzydeł, żołnierzach wyklętych, patriotyzmie, o morzu krwi i łez wylanych w czasach, gdy byliśmy Chrystusem narodów lub przedmurzem chrześcijaństwa. Albo – jednym i drugim, co nam szkodzi, albośmy to jacy-tacy…

„Raz dokoła, raz dokoła” – chocholi taniec trwa, a w nim targani jesteśmy emocjami, wszystko nas razi, oburza, czujemy się dotknięci, obraża się nasze uczucia, ktoś ciągle pluje nam w twarz, godzi w nasze wartości. Z dobrym samopoczuciem zasiadamy do Wigilii, spożywamy dary boże w pierwszy dzień świąt, jesteśmy już nalani tłuszczem, a cały rok będziemy nalani teoriami. Wyłącznie. Raz dokoła.