Jak daleko stąd, jak blisko, czyli: co nie było, śniło się chyba

To się dobrze powiodło. Miłościwy panie
I miłościwa pani, chcieć określić,
Czym jest majestat, czym powinność sługi,
Dlaczego dzień jest dniem, a noc jest nocą,
A czas jest czasem…
 (Wiliam Szekspir, Hamlet w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego)

Słyszałam, że w Gazecie Bardzo Kulturalnej źle się dzieje. Pawiana ruch skrzydeł w Tybecie, spowodował tornado u pana prezesa. Na dodatek zapłacił. Jednakże, ja nie o tym chciałam… Pawian ma matkę, co jest chyba zrozumiałe ponieważ jest ssakiem, a wypadki, że ciotka kogoś z litości na gnoju urodziła należy włożyć między podania ludowe. Matka pawiańska powiła dziecię na obraz i podobieństwo swoje. Teraz już wiadomo, skąd wziął się Pawian – choleryk, pieniacz, legalista i typ pryncypialny. W każdym razie pawiańska matka nigdy nie miała zamiaru być pokornym cielęciem. Była jako byk rozjuszony, jako tsunami, jako Har-Magedon.
Pamiętam jak kiedyś pawiańska siostra przyszła ze szkoły (podstawowej) spocona, brudna i dwie godziny po czasie. Matka dowiedziała się, że dziecię to było uczone (przypominam, że cała historyja rozgrywała się w zamierzchłych czasach PRL-u) maszerowania przed pochodem pierwszomajowym. Cóż zrobiła matka? Natychmiast zadzwoniła do lokalnego komitetu partii, a nie dała się zbyć i dotarła na samą wierchuszkę, po czym słodziutko zapytała, czy są wytyczne nakazujące pruski dryl w polskich szkołach. Ależ się zrobiła afera, jesień średniowiecza, przeprosiny na piśmie, kajanie się nazbyt gorliwej dyrekcji szkoły. Ktoś może w tym miejscu powiedzieć, że macierz przegięła, bo potem owoce jej zachowania zbierała moja siostrzyca w szkole. G…uzik prawda. Nic się nie stało. Nic.
Matka też opowiadała, jak na początku lat siedemdziesiątych próbowano zapisać ją do TPPR-u (młodzieży tłumaczę, że było to Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej), całkowicie znienacka, bo po prostu ściągnięto jej składkę z pensji. Cóż się wydarzyło? Rozjuszona matka wparowała do gabinetu dyrektora, rzecz jasna nie chodziło jej o kasę, ale o zasady i rzekła, że jej miłość do Związku Radzieckiego jest wielka jak Pik Komunizma, ale to jej prywatna sprawa i nie życzy sobie, żeby to uczucie było sformalizowane, a tym bardziej, że bez jej wiedzy i zgody. Finał? Oddanie kasy, skreślenie z listy członków organizacji i przeprosiny.
Dlaczego ja o tym piszę? Dlaczego przypominają mi się stare dzieje, a raczej opowiastki o czasach, których nie pamiętam, albo kojarzę coś mgliście, że właśnie dostałam nowe kredki, gdy moja siostra – obraz nędzy i rozpaczy, wynik gonienia „czwórkami do nieba” – stanęła w drzwiach? A dlatego:

http://wyborcza.pl/1,76842,7068295,Albo_chodzisz_na_religie__albo_szukaj_innej_szkoly.html
I cytat: „W końcu pani Teresa zmieniła deklarację i zgodziła się na religię” – chwała jej za to, że przynajmniej powiadomiła prasę. Jednakże, dlaczego się zgodziła?
W zeszłym roku, gdy mój ulubiony gimnazjalista był jeszcze dziecięciem z podstawówki, groziło mu obniżenie oceny z religii za niestawienie się na wszystkich nabożeństwach majowych. Ryczałam jako ranny łoś, wykazywałam, że ucznia nie wolno oceniać za zajęcia pozaszkolne – że on może chodzić codziennie na majowe, ale to jego prywatna sprawa, która w żaden sposób nie może być podstawą do obniżenia oceny. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, bo tego typu sprawy, co jakiś czas są przy mnie omawiane. Jak na przykład to, że inny gimnazjalista ma chodzić na rekolekcje do kościoła przy szkole, co wiąże się z wyjazdem do innego miasta. Owszem, ojciec odwozi go samochodem codziennie rano do szkoły, ale wtedy sam jedzie do pracy. Anonimowi, na forach internetowych wylewamy swe żale, ale w życiu, to raczej nigdy w życiu.
Nie chodzi mi o samą krytykę religii w szkołach. Raczej o postawę, którą nazwałabym: „nie wychylaj się”, „siedź cicho, bo ci zaszkodzi” – działamy tak często, dla świętego spokoju godząc się z żabą siedzącą nam na głowie, psioczymy wśród znajomych, ale nie zrobimy nic. Ulegamy złudnemu przekonaniu, że każdy, kto reprezentuje „władzę” (nawet taką najbardziej iluzoryczną) ma prawo nami rządzić, nad nami panować. Godzimy się np. z fochami niektórych pielęgniarek w szpitalach, dajemy łapówki, uczymy nasze dzieci koniunkturalizmu, mówiąc, że ksiądz, czy nauczyciel to idiota, ale „nie stawiaj się, moje dziecko, bo będziesz mieć kłopoty”. Nie mamy ochoty sprawdzić, czy nasza niezgoda, nasz bunt pociągną za sobą jakiekolwiek skutki, czy wydarzy się cokolwiek. Nie zdajemy sobie sprawy, że właśnie taka postawa jedynie utrwala istniejący stan rzeczy. Boimy się dochodzić własnych praw, niechętnie walczymy z „władzą”, bo wierzymy, że nic się nie zmieni, a jedynymi pokrzywdzonymi będziemy my sami, gdy dostaniemy ostro po dupie.
Narzekamy, pragnąc zmian, ale nie wiemy, że one zależą wyłącznie od nas samych. Z drugiej strony, potrafimy wrzeszczeć na wszystkich, którzy są niżej od nas w strukturze dziobania – wystarczy w tym miejscu przypomnieć wszechwładne sprzedawczynie ze sklepów mięsnych w czasach kartkowych. Wiemy „czym jest majestat, czym powinność sługi”, jednakże powinniśmy też pamiętać, że na szafotach także ścinano władców – a dlaczego nie?

Życia codziennego na przedmurzu obrotowym ciąg dalszy, czyli było smaszno, a jaszmije smukwijne…

Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
Płomiennooki Dżabbersmok
Zagrzmudnił pośród srożnych skał,
Sapgulcząc poprzez mrok!
Raz-dwa! Raz-dwa! I ciach! I ciach!
Miecz migbłystalny świstotnie!
Łeb uciął mu, wziął i co tchu
Galumfująco mknie.
(przekład Macieja Słomczyńskiego)

Kiedyś już pisałam o dziecku, które miało zdecydowanie słowiański charakter. Oznaczało to ni mniej, ni więcej to, że albo darło się jak opętane, albo śmiało do rozpuku, w przerwach spało jak zabite. Niech będzie, jednakże jestem znacznie bardziej ciekawa, jaki charakter mają dzieci z przedmurza? To mi przypomina kilka zdań usłyszanych w dzieciństwie od jakiejś starszej cioci, która po moich cholerycznych wrzaskach, jak wiadomo byłam dzieckiem niesłychanie pryncypialnym, rzekła z namaszczeniem (diagnoza jakby w stylu odwróconej macicy Boryny): „ona to musi mieć źle poukładane wątpia, trze się tam wszystko w brzuchu jedno o drugie i dlatego ona taka nerwowa”. A potem dodała z niejakim roztargnieniem, że dawniej to dzieci były spokojniejsze, bo oprysków pól nie było…
Ta diagnoza niesłychanie trafna, zauważcie Państwo jej holistyczny charakter, podejście zarówno indywidualne, jak i globalne, przypomniała mi się dziś w rano, no dobra, w południe (zaraz po przebudzeniu), jak tylko zasiadłam do przeglądu prasy. Proszę wyobrazić sobie całkowicie abstrakcyjny temat – gdzieś tam, w innym kraju, w innym mieście, zamierzają wybudować wysoki wieżowiec. Na razie nas ta informacja ani grzeje, ani ziębi. Nie budują za nasze, widoku nam to zasłaniało nie będzie, mieszkać nam tam nie każą, nosić cegieł nie musimy. Możemy ewentualnie popatrzeć na projekt i całkowicie niezobowiązująco rzec, że dana budowla nam się podoba, albo wręcz przeciwnie, że nie jest w naszym guście. Na razie proste jak konstrukcja dzidy bojowej, prawda? Owszem, chyba że znajdziemy się na przedmurzu obrotowym. Tu każda, najmniej istotna, informacja staje się pretekstem do wielopiętrowych inwektyw, osobistych wyznań, kategorycznie brzmiących apriorycznych sądów, a nade wszystko, całkowitego odejścia od meritum. Jakby dźgnięci włócznią w słabiznę, ci z przedmurza, wytoczą ciężkie działa, natychmiast będą kruszyć kopie i ruszą do boju z krakuską na głowie, z kosą osadzoną na sztorc… O co tym razem? O projekt budynku w Londynie.

http://bryla.gazetadom.pl/bryla/1,85302,6988402,Renzo_Piano_pograzy_w_cieniu_korniszona.html
ale proszę przeczytać komentarze – niektóre z nich sa cytowane w niniejszym tekście – gdzie ujawnia się złożoność natury jednostek z przedmurza obrotowego). Dżabbersmoka ciach-ciach. Niech jeszcze jeden łeb spadnie i posoką broczy, niech skłębione jego jelita wypadną po subtelnym cięciu retorycznym: „nie posrajcie sie globtroterzy”. Odciąć nogę potworowi, w wysublimowany spoósb zauważając poziom interlokutorów: „ale pierdolona dyskusja dyletantów….”, albo dostrzec złożoną naturę problemu, wręcz odsłonic prawdę przez dosadne, bezkompromisowe ujęcie: „Cóż to za debilne ambicje. Mało mają miejsca na parterowe domki? To jest prostacka próżność i pycha”. Oczywiście można w tym miejscu powiedzieć, że przykładanie wielkiej wagi do anonimowych wypowiedzi internautów jest także pewnego rodzaju reakcją typową dla przedmurza, jednakże przyznają Państwo, że coś w tym jest. Taki przykład nerwowego zachowania się przedmurza, zauważalny codziennie. Czyż ta dyskusja nie jest symptomatyczna? Nota bene, nawet jeśli wszystko zaczyna się na najwyższym z możliwych diapazonie, to po kilku dniach – gówno wszystkich obchodzi. Wystarczy przypomnieć ostrą dyskusję po słowach pewnego generała, który powiedział coś nie teges o wyposażeniu polskiego wojska na misjach zagranicznych. Zaczęło się od strzałów z Aurory, przeszło w plucie pestkami, następnie w rzuty kulkami z papieru i po cichu zakończyło się bez jakichkolwiek rozstrzygnięć, poza zdymisjonowaniem generała, który zapomniał, że mieszka na przedmurzu.
Rozumiem filipiki, emocjonalne reakcje, wściekłość i wrzask w dyskusjach politycznych, te bowiem od zarania dziejów zawsze powodowały wzrost ciśnienia krwi, a co bardziej nerwowa istota sięgała po toporek, albo coś równie argumentotwórczego. Jednakże jeśli zaczynamy od ścinania głów, to nie zapominajmy, że wedle Alfreda Hitchcocka „film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”, bo inaczej, to wychodzi szmira. Jeśli budynek w Londynie wyzwala w nas taką erupcję emocji, to cóż się stanie, jeśli polscy piłkarze nożni wreszcie wygrają jakikolwiek mecz?
Jako że sama jestem z przedmurza nie będzie żadnych wniosków i żadnych rozstrzygnięć. Jestem taka sama. Śledziennicza natura. Pożołądkować się, popienić, huknąć z hakownicy, zburzyć dwie cegły z granicznego muru i uznać, że Cześnik to mój największy wróg, załatwić Dżabbersmoka na cacy, a potem spokojnie wrócić do herbatki i leniwego rozwiązywania kolejnej płaszczyzny sudoku. Jelita mamy skłębione, albo to przez opryski pól.

PS. Tak na marginesie zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób udaje się Krzysztofowi Nawratkowi na blogu (http://krzysztofnawratek.blox.pl/html) nazwanym Przestrzenie i ciała rozmawiać o urbanistyce w sposób cywilizowany. Bo jeśli jeden niewybudowany wieżowiec budzi takie emocje, to co się dzieje gdy mówimy o dzielnicy Tokio? Albo o całym Toronto? O placu zabaw w Madrycie? Niebezpieczny to temat dla tych z przedmurza, oj niebezpieczny, pewnie… jak każdy inny.

Doktor Sigismunda Filifionka przedstawia, czyli życie na przedmurzu obrotowym

 Ten martyrologiczny rytm naszych dziejów — w każdym pokoleniu nieudane powstanie, w prawie każdym przegrana de facto wojna — fatalny dla naszego życia umysłowego, wyrobił […] w całym społeczeństwie, historyczny fatalizm. Tak jak efektem tego fatalizmu na szarej płaszczyźnie społecznej jest przekonanie wzmacniane przez typ naszej kultury, że Polska może być tylko “przedmurzem”, obrotowym, bo obrotowym, ale zawsze “przedmurzem”.

(Stanisław Stabro, “Dekada Literacka” 1991, nr 15)

Wydaje mi się, że Umberto Eco pisał o Niemcach wtulonych w kierownicę i jadących z zawrotną prędkością 30 km/h w czasie wakacji we Włoszech i sugerował, że jest to odreagowanie szybkości, powiedzmy, codziennej. Niby tak, ale kompletnie się nie mogę zgodzić z ową hipotezą znakomitego semiotyka. Tu chodzi o coś innego.
Jeśli w Austrii, albo w Niemczech jest znak drogowy, że jedziemy 30, to tak jest i koniec. Nie chcę przez to powiedzieć, że w tych krajach nie ma problemów z niedozwoloną prędkością, bo chociażby mamy wypadek Heidera, albo pamiętną noc na autostradzie pod Grazem, gdy nasza badaczka widziała brawurowy pościg policji za piratem drogowym. Proszę jednak pozwolić kontynuować mi pewną myśl i nie wrzeszczeć, że to stereotypy. To metafora pewnej postawy życiowej i tyle…
W każdym razie – przeciętny Europejczyk z tzw. części północnej (czyli znów bawimy się w podział na szkołę otwocką i falenicką) widzi znaki drogowe i wie, że należy ich przestrzegać. Z kolei rodak profesora Eco (czyli reprezentant południa), gdy widzi znak z napisem 30, jedzie około 60 km/h. Po prostu się trochę dokłada (ma moje oko, zawsze +30). I dlatego autor „Imienia róży” kompletnie nie rozumie stylu jeżdżenia nikogo ze szkoły północnej. Jasne? Sam, z pewnością, gdy widzi cyfrę 50, to jedzie 80, a widząc znak „zakaz zatrzymywania się” spokojnie stanie i pogada z kuzynem Fredo, albo z innym profesorem, z kwiaciarzem, a nawet z policjantem, który nie da mu mandatu, bo rozumie ideę systemu, jest jego częścią i doskonale w nim funkcjonuje.
Jeśli tylko zrozumieć samą ideę tych dwóch układów okaże się, że zarówno szkoła północna, jak i południowa są uporządkowane, chyba że następuje opisana sytuacja – Niemiec na włoskiej drodze, czyli przeniknięcie elementu do innego zbioru, które charakteryzuje się szeroko otwartymi oczkami ze zdziwienia i ciągłym pytaniem, a raczej bełkotem na wpół otwartej szczęki: aleosochodzi…
Podobnie jest, gdy rozmawiamy z urzędnikiem lub rzemieślnikiem. Szkołę północną charakteryzuje precyzja. Gdy umawiamy się, że hulajnoga będzie naprawiona pojutrze o 11, to właśnie tak jest. Zaś hasłem naczelnym szkoły południowej jest słowo „jutro”, czyli brak precyzji, do czego należy się przyzwyczaić. Oczywiście może to denerwować, ale jedynie tych spoza systemu. Ci, którzy go znają wiedzą jak należy interpretować wszystkie odcienie owego „jutra”, jak nie dać się zwieść uśmiechom, jak nie pozwolić przysypać się listowiem słów etc.
Polska jako obrotowe przedmurze nie należy niestety, ani do szkoły północnej, ani do południowej. Jeśli przeprowadzić obserwacje na drogach, to okazuje się, że zamiast znaków drogowych, które nota bene są wystawiane wedle zasady chybił-trafił (raz w systemie północnym, a raz południowym), mogłyby znajdować się wypchane kangury, bowiem obywatele z przedmurza obrotowego zazwyczaj jadą po prostu 80 km/h. Zarówno w terenie zabudowanym, pod szkołą, jak i na drodze ekspresowej. Zawsze 80, bez względu na kąt zakrętu, na śnieg, czy dzieci biegnące poboczem, albo brakiem widoczności w mieście. Oczywiście owo 80 skutkuje np. wyprzedzaniem na „trzeciego”, bo na przedmurzu jeździmy ze stałą prędkością. Przyznam się Państwu, że jeżdżąc po Włoszech, nawet na najbardziej dzikim południu, w najbardziej zapchanych miastach, nie boję się tak, jak w mieście, w którym mieszkam i jego okolicach. A już droga do Warszawy czy Kielc powoduje drżenie nóg, szczękanie zębami oraz napady drgawek. Może wydawać się, że owo 80, to nic złego w porównaniu z szybkością np. Otylii Jedrzejczak (nie myślę o basenie) albo redaktora Zielińskiego. Może i tak, jednakże ja jestem przerażona. Na marginesie trzeba dodać, że nie chodzi mi o notoryczne 30 – ale jazda 80 po podkrakowskich wsiach w sobotni wieczór, to nie jest chyba najlepszy pomysł. Ktoś powie, że to także system, skoro nasza badaczka mogła przystosować się do niemieckiego stylu jazdy, a także do włoskiego i wielu innych (nie załapała jedynie jeszcze systemu francuskiego na autostradach, a także całokształtu greckiego), to niech znacznie jeździć w Polsce te 80 i będzie po sprawie. Jednakże, gdy taki argument się pojawi, to będzie wiadomo, że mówi ktoś z przedmurza, ktoś, kto zawsze jeździ 80. To tak wchodzi w krew, że nawet jest widoczne na np. austriackich autostradach.
Podobnie jest z obrotowym przedmurzem jeśli chodzi o terminy. Nie ma reguł, żadnych. Jedni dostają hulajnogę do naprawy, mówią, że pojutrze i kwota będzie wynosić 60 złotych, drudzy zaś – stosują święte słowo „jutro”, a na koniec doliczają za śrubkę w kole 120 zeta.
Funkcja obrotowego przedmurza, która pełnimy od wieków namieszała nam w głowach. Jak na karuzeli. Czasem zachowujemy się jak z układu północnego, czasem jak z południowego. Wszystko przez ten nieustanny ruch przedmurza, niemożność zdecydowania się, mamy więc wewnętrzne rozchwianie i anarchię.
Od zeszłego poniedziałku czekam na kilka rzeczy. Wydałam polecenia, dyspozycje i… nie zapominam, że znajduję się na obrotowym przedmurzu. Połowa została załatwiona natychmiast. Jedna czwarta w piątek, a na resztę czekam nadal. Nota bene, nie jestem święta, jestem z przedmurza i sama tak robię. Czasem rzucam się w wir historii, w bieg wypadków i działam, by szybko, sprawnie i terminowo zakończyć działanie, a czasem – w sposób mistrzowski, rzekłabym nawet, że z wirtuozerią, zapominam. W żaden sposób moja postawa nie jest związana z ważnością finansową, czy emocjonalną. Ja po prostu jestem z przedmurza…

Pawian versus rekinek finansjery cz. II, czyli nigdy nie zaczynaj z pryncypialną małpą

baseball

 Wezwanie do zapłaty, wolne żarty… Czyż nie lepsze są stare sposoby, które znamy od czasów Vita Corleone? Na przykład taka ucięta końska głowa włożona do łóżka? Żadnych gróźb, żadnych krzyków, Pawian stara się być damą – czasem mu to wychodzi lepiej, czasem gorzej, ale… nie uprzedzajmy wypadków.

Tu musze uchylić rąbka tajemnicy. Od czego się zaczęło? Od poproszenia Pawiana o napisanie recenzji, dokonanie oceny Czasopisma Bardzo Kulturalnego, którego redaktorem naczelnym jest pan prezes. Pawian, jako istota niesłychanie pryncypialna zrobił ową recenzję, ale chyba nie była ona po myśli owego prezesa. Była negatywna, bowiem Pawian nie lubi, gdy w piśmie kulturalnym pojawiają się błędy ortograficzne, logiczne, gramatyczne i wybierz sobie drogi czytelniku, jakie tylko chcesz, a potem pomnóż przez np. szesnaście, albo dwadzieścia dwa. Prezes uciekał, aż go Pawian naszedł. Znienacka i zza węgła. Pan prezes zaczął krzyczeć, a Pawian siedział, uśmiechał się, mrugał rzęsami, a także spokojnie argumentował. Po kilkuminutowej wymianie zdań, Pawian domyślił się, że Pan Prezes zamierza uznać recenzję za nieważną i niebyłą, jak niezgłoszona w ONZ rzeź Ormian przez Turków. Prezes po prostu zamierzał zamieść ścierwo w postaci recenzji pod dywan i nie przejmować się smrodem, jaki zaczął się rozprzestrzeniać. Gdy Pawian ów fakt zrozumiał, zmieniły się w sposób znaczący okoliczności. Pieprzyć forsę, szepnęło coś w pawiańskiej głowie, ale tu chodzi o nieuczciwość. O, w rozumieniu Pawiana, przestępstwo. Grzecznie więc wstał i rzekł, że wstępuje na drogę prawną. Prezes sapnął: a wstępuj sobie pani… jakże niebaczne to były słowa.

FF1045-Baseball-BugsJakże błogosławiony jest Internet, bowiem w nim znaleźć można prawie wszystko, w tym źródła finansowania Czasopisma Bardzo Kulturalnego. Urzędy miast, urząd Marszałka Województwa i inne organy samorządowe. A następnie, można zawiadomić owe instytucje o niewłaściwym wykorzystywaniu środków pozyskanych drogą konkursową. Można, jako podatnik, spotkać się z urzędnikami wydziałów kultury kilku miast i naświetlić sprawę, którą wszyscy są bardzo zainteresowani i proszą o pisma w tej sprawie, które Pawian z radością im dostarcza, za każdym razem biorąc potwierdzenia. Tym samym, Pawian-obywatel, otrzymuje prawo do oczekiwania na odpowiedzi wyżej wzmiankowanych instytucji. Pawian-legalista, następnie zadzwonił do kilku dziennikarzy i poinformował ich o machlojkach i wykorzystywaniu pieniędzy obywateli. Kiedy już to zrobił, do wiceprezesa napisał pismo, bo z prezesem rozmawiać już nie ma o czym, w którym poinformował o przedsięwziętych krokach. Żadnych wrzasków, żadnych krzyków, żadnego straszenia sądem… Odcięta głowa konia leży na jedwabnej pościeli.

Pawian zazwyczaj jest pierdołowaty, a na dodatek naiwny jak dziecko. Najczęściej się na coś piekli, nerwy szarpie, a potem mu przechodzi. Macha ręką i mówi, że to w końcu nie jest aż tak ważna. Dwie rzeczy jedynie  wyprowadzają Pawiana-idealistę z równowagi – brak szacunku dla prawa i brak zasad moralnych. Pawian wybaczy głupotę, złośliwość, niewiedzę, a nawet lenistwo. Natomiast nigdy nie wybacza nieuczciwości. A kradzież publicznych pieniędzy karałby spaleniem na stosie. Czy pan prezes naiwnie sądził, że nadal będzie spokojnie wydawał takie pismo, że nie wprowadzi zmian, po których błędy wytknięte przez Pawiana nie mogłyby się powtórzyć? Że nadal będzie wykorzystywał pieniądze przeznaczane z budżetów miast na, kurwa mać, kulturę? Pawian jeszcze w tej sprawie nie powiedział ostatniego słowa. Jeśli nawet Pawianowi ktoś kiedyś zapłaci za ową sprawę, to i tak nasz bohater przekaże całą sumę na najbliższe schronisko dla zwierząt. Pawian czuje głębokie obrzydzenie do ludzi takich, jak pan prezes. A sięganie do publicznej kieszeni i zasłanianie się słowem “kultura” jedynie dopełniają całego obrazu – zdecydowanie niesmacznego, podszytego chamstwem i cwaniactwem. Z widoczną słomą wystająca z butów, z brakiem honoru i jakichkolwiek zasad. Pawian zdaje sobie sprawę, że to co napisał brzmi trochę górnolotnie. Niestety, o pryncypiach nie potrafi pisać ani mówić lekko. Może Pawian to dziwak? Może za bardzo się przejmuje? Bywa. O dalszym przebiegu sprawy poinformuję, gdy będzie mi znany jej finał. A teraz idę napisać jeszcze jedno pisemko, do marszałka województwa już było, teraz będzie do prezydenta pewnego miasta. W końcu niech wie, na co dał w tym roku prawie dziesięć tysięcy… No nie?

Przypisy:http://4.bp.blogspot.com/_yJmw-QYPG1A/Rx5IPw6AJYI/AAAAAAAABlM/_JCn6eNIjXs/s400/FF1045-Baseball-Bugs.jpg

http://www.santafe.edu/~albers/personal/baseball/baseball.jpg

http://forums.mycotopia.net/attachments/lifestyles/86615d1210353711-rabbit-talk-bugs-bunny-blue-full-web.jpg

bugs-bunny-blue-full-web

Chleba swojego powszedniego nie rzucaj na mój balkon, czyli zasypani okruszkami i gruzem

Letni dzień w pawiańskim domu zaczyna się powoli, niespiesznie. Wykąpany Łasic schnie na balkonie z książeczką w jednej łapie, a kawą w drugiej (nieprzyzwoitości żadnej nie ma, bo balkon jest mocno staroświecki, wysoki i całkowicie zabudowany). Pawian wstaje nieco później, dostaje swój napój mleczny o smaku kawowym i słucha porannej awantury, którą jak zawsze urządza Nadieżda Iwanowna. Można ją spacyfikować szczotką. Nie, nie… nikt jej nie bije. Trzeba jedynie uczesać skłębione w czasie snu futerko. Pulchna piękność po porannej toalecie także idzie na balkon, by ułożona wygodnie na haftowanej podusi w spokoju kontemplować niebo. Idylla, sielanka, no wręcz Arkadia.
Wczoraj, gdy ów bukoliczny świat rozczulał Pawiana przeglądającego poranną prasę, z balkonu powyżej posypały się okruchy. Pani, nazwijmy ją Monisia, trzepała kocyk swej progenitury. A biszkopty zmiażdżone pulchnym kuprem niemowlęcia, resztki chleba, a także kawałki pogryzionej skórki jabłka wylądowały na łbie Łasica i futrze Nadieżdy.
Łasic, raczej nie oburzony czy wściekły, ale zdezorientowany i zakłopotany (ci, którzy go znają wiedzą, że wyprowadzić z równowagi Łasica jest ciężko, bowiem jest typ, przy którym Tadeusz Mazowiecki to nieodpowiedzialny nerwus), rzucił w trakcie panicznej ucieczki:
– Przepraszam, przepraszam, pani na mnie śmieci…
Reakcji brak. Widocznie Łasic za mało dobitnie przepraszał. Biedak zamknął się w sobie i ze spuszczoną głową, powoli udał się do łazienki by powtórnie dokonać ablucji. Nadieżda jedynie łypała spod oka, bo jest kotkiem-twardzielem. Pawian, jako domowy obrońca ładu i porządku, wyskoczył na balkon. W zasięgu jego czujnego wzroku pojawił się drugi kocyk. Tym razem na balkon posypał się tynk. Pewnie dzieciak ma za mało wapna i ścianę gryzie. Pawian jest pod wrażeniem, bo detyna ma sześć miesięcy a szczękę pewnie taką jak rekin, albo Pan Buźka z filmów o Bondzie.  Skąd taka sugestia? To proste, drogi Watsonie, na parapecie wylądował kawałek tynku o wymiarach 5 na 5 centymetrów.
Pawian postanowił działać. Był uprzejmy w warstwie werbalnej, aczkolwiek ton jego głosu przypominał Terminatora, gdy mówił „hasta la vista, baby” i rzekł:
– Przepraszam, ale proszę nie trzepać kocyków w ten sposób. Wszystkie śmieci lecą mi na balkon.
Odpowiedź przeszła wszelkie oczekiwania. Pani Monisia z pewnością zatrzepotała rzęsami (czego nasz bohater nie mógł zauważyć, ale z pewnością tak było), perliście się zaśmiała i rzuciła niezobowiązująco:
– Ojej, to przez ten wiatr.
Pawianowi ręce opadły. To znaczy, że gdyby wiatru nie było, to można trzepać kocyki, to można sypać okruchami, można rzucać gruz z balkonu? A jakby ktoś właśnie szedł wyrzucić śmieci, otworzyłby niebacznie drzwi na podwórko i znalazł się pod ostrzałem, to co? Wyobraźmy sobie chociażby Pawiana, który w białej bluzce dostaje serię z przeżutych biszkoptów, takiegoż jabłuszka i gruzu.
Złośliwy Pawian, który wie, czym pani Monisia się zajmuje, po całej akcji, gdy już Łasic był umyty, a kot umyty i powtórnie uczesany rzekł:
– Jeśli ona taką samą logiką i wyobraźnią kieruje się w kontaktach z pacjentami, jak w czynnościach codziennych, to nie chciałabym mieć chorych uszek. Rozumiem, że muszą sprzątać, bo to astmatycy, ale są granice…
Pawian do tego wszystkiego doda jedynie, że opisana wcześniej scena ma miejsce przynajmniej dwukrotnie każdego lata. Jak nie mieli dzieciaka, to obrusy trzepali. Za każdym razem, po pawiańskich protestach następuje chwila spokoju, a potem znów lecą nam na kwiatki, na głowy, na kocie futerko odpady z ich domostwa. Czy ja wyglądam na głodną, że mi okruchy rzucają? Czy ja wyglądam na kurę? Dobrze przynajmniej, że przed trzepaniem kocyków nie wołają na mnie: cip, cip, cip…
Wiem, co zrobię. Pójdę na górę i spokojnie oznajmię, że jeszcze raz cos takiego się wydarzy, a wytrzepię kocyk Nadieżdy Iwanowny do wózka ich progenitury, które ma astmę, po mamie. A zrobię to łatwo, bowiem zazwyczaj ów pojazd stoi zawsze koło schodów, na dole. Po owym speechu uśmiechnę się i powiem, że życzę miłego dnia.
Cała ta historia utrwala przekonanie, że w przyrodzie musi być równowaga. Nie wszyscy mogą być tacy kochani, jak Umiłowani w Duchu Absurdu Sąsiedzi z piętra.

Potem pójdziem, krew wroga wypijem,

Ciało jego rozrąbiem toporem:

Ręce, nogi goździami przybijem,

By nie powstał i nie był upiorem.

Z duszą jego do piekła iść musim,

Wszyscy razem na duszy usiędziem,

Póki z niej nieśmiertelność wydusim,

Póki ona czuć będzie, gryźć będziem.

Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga,

Z Bogiem i choćby mimo Boga!
(Adam Mickiewicz)

Przypisy:
http://www.youtube.com/watch?v=s8DHO7XFVkI

Published in: on 09/01/2009 at 11:05  12 komentarzy  
Tags: ,