Jak Pawian nie wytrzymał ideologicznie czyli przemiana

Ale Komuna się nie podda,

Komuna śmiercią gadzi!

Paryżu gniewny, okrzyk podaj:

„Do broni, komunardzi!

Do broni, ludu roboczy!

Dzieci! Kobiety! Starcy!

Krew ulicami broczy,

krwi jeszcze dziś wystarczy!

Nim chmary żołdactwa runą,

nim przejdą po naszym ciele,

na barykady, Komuno,

do broni, obywatele!”

(Władysław Broniewski)

Dziś, zdałam sobie sprawę, że jestem jak Gregor Samsa. Nastąpiła przemiana. Obudziłam się, chociaż w przeciwieństwie do bohatera kafkowskiego, mogłam wstać z łóżka. Nawet wydawało mi się, że to jest zwykły dzień, w którym, jak zawsze, zapalę dwa papierosy przed naszykowaniem sobie bułki z kiełbasą. A następnie, nie patrząc do lustra, jak Rzecki, który oglądał siebie z przeszłości na kartach własnego dziennika, a teraźniejszość była dlań iluzją powiązaną z „nabieraniem ciała”, pójdę przed siebie, w świat. Jednak, okazało się, że ruch skrzydeł motyla w Tybecie już wywołał tsunami. Gdzie był początek? W pociągu, jakiś czas temu, chyba w listopadzie. Wtedy właśnie, moją nieśmiałą próbę odcięcia się od rzeczywistości (słuchawki do uszu) przerwał natarczywy dźwięk telefonu. Nie mojego, któż by do mnie śmiał dzwonić o 7.12? Jakiś desperat albo zboczeniec. Ale okazało się, że w przedziale znajduje się biznesmen, taki który musi wszystko kontrolować, rozwiązać wszystkie problemy, być na bieżąco informowany o produkcji, zakupach, zmianach harmonogramu etc. Pomyślałam sobie, że rację miał Umberto Eco, który w jednym z felietonów zauważył, że dźwięk telefonu (służbowego) sygnalizuje niską pozycję biznesową. Prawdziwe szychy mają sekretarki lub sekretarzy, którzy odcinają szefa od plebsu. Odbieranie rozmowy jest sygnałem, że to taki biznesmen na dorobku, który chce pokazać, jaki jest ważny, właśnie tym telefonem, byciem zajętym, głośnym podejmowaniem decyzji i objawianiem światu: oto jestem. Kiedy już dokonałam tej szybkiej oceny inspirowanej złośliwością włoskiego semiotyka, zamierzałam zapaść ponownie w letarg, z Gogol Bordello w tle. Ale niestety…

Biznesmen skończył gadać z podwładnymi oraz kontrahentami i zaczął uświadamiać pasażerów. Ach… Niedyskretny, niestety, uroku burżuazji. Przez mocny wokal Eugene’a Hütza słyszałam pojedyncze wyrazy: Malezja, pociągi, zysk, dochód narodowy, redystrybucja, straty maty dupa w kraty… Po trzech godzinach z kawałkiem bolała mnie głowa, od ciągłego pogłaśniania muzyki. I to było spotkanie pierwsze.

Dwa tygodnie później, nastąpiło drugie. W zupełnie innych okolicznościach, ale jakże podobne. Mała, korporacyjna szuja wyższego szczebla. Zarozumiała, nadmuchana, pewna siebie, wierząca w zwitek banknotów, protekcjonalna. I głupia. Jakże głupia.

Dziś spotkałam trzecią istotę z tego gatunku. Gdy usłyszałam o kobietach pracujących w pewnej firmie, które – z racji tego, że są kobietami – to z pewnością biorą L4 na dzieci, zachodzą w ciąże, już nie byłam zadowolona. Na biurku miał oczywiście zdjęcie żony i dwójki dzieci. W Malezji? A może w Tunezji. Na plaży. A potem jeszcze było hasło, że rynek rozwiązuje wszystkie problemy. Jak się sprywatyzuje, to zostaną najlepsi. Na moją uwagę, wypowiedzianą drwiącym tonem, że „najsilniejsi”, zaśmiał się i odrzekł, że to jest to samo. I tu mną zatrzęsło i zatelepało. Zobaczyłam, że ja i on nie należymy do tego samego gatunku. Może to ja mam karalusze nogi, może on… Powiem może bezstylowo, jak ostatni James Bond, grany przez Craiga: mam to w dupie. Chodzi tylko o różnicę, żeby ją zauważyć.

Od lat, gdy ktoś pytał mnie o poglądy, mówiłam na odczepne: laicka centroprawica feministyczna. Po pierwsze, wydawało mi się to śmieszne. Po drugie, jakoś się tak postrzegałam. Po trzecie, ta fraza była totalnie nieokreślona, tak samo jak i ja, ulokowana w sferze szarości. Ale chyba już nie pasuje. Zostałam socjalistką. Nie, z pewnością nie marksistką. Raczej anarchistką podczytującą Bakunina. Która robi to dlatego, bo lubi, a nie dlatego, że wyznaje. Chyba nic nie wyznaję, ale jak widzę taką kapitalistyczną, burżujską świnię, to pragnę krwi, wyprutych flaków i pożogi. Chcę tłuczenia porcelanowych kotków stojących na udawanych „ludwikach”. Chcę targania za krawaty, cięcia żyletkami garniturów Hugo Boss. I zarzucenia płonącymi oponami tych terenowych samochodów. W imię czego? W imię zasad, skurwysynu!

Słońce. Świeci. Żółto. I mdło.

Zaraz… Zaraz… Zaraz wam… Zagram…

Panie. W kawiarni. Piją. Mazagran.

Wieczorem. W domach. U św. Samki.

Przed. Matką Boską. Paliły się. Lampki.

(Bruno Jasieński)

Published in: on 01/30/2014 at 20:44  6 komentarzy  

Pawian być z zawodu dyrektor czyli było smaszno, a jaszmije smukwijne…

Ach, Dżabbersmoka strzeż się, strzeż!

Szponów jak kły i tnących szczęk!

Drżyj, gdy nadpełga Banderzwierz

Lub Dżubdżub ptakojęk!

(Lewis Carroll / Maciej Słomczyński)

W dawnych, zamierzchłych czasach, gdzieś dziesięć tysięcy lat temu, nie powiem jak Makrauchenia, że na wiosnę, bo pory roku się zmieniały, Pawian był studentką. A że był głupi i naiwny, to studiował przez czas jakiś dwa kierunki. Co z tego pamięta? Biegi. Biegi z pewnością nie płaskie. Bo w jedną stronę miał pod górkę, a w drugą z górki, bo, jak wiadomo, nic w przyrodzie nie ginie. Tej ostatniej frazy nauczono Pawiana już w podstawówce, a uczyniła to rozkoszna nauczycielka fizyki, zwana przez kolejne pokolenia Izoldą. Dlaczego tak młodzież nazwała ową niewiastę? Chodziło ponoć o piosenkę Zbigniewa Wodeckiego, że „to była Izolda mądrzejsza niż ja”, ale chyba to była ironia podłych małoletnich. I właśnie Izolda, przy każdej okazji powtarzała, że nic w przyrodzie nie ginie, no to i Pawian latając po mieście, sobie to powtarzał. Studiował i biegał, a w zasadzie dużo biegał, bo musiał tak sobie plan ułożyć, żeby z punktu A do punktu B przebiec w 15 minut. Według google maps trasa ma 1,2 kilometra i powinna zająć pieszemu 14 minut. No, dobra, wymiarowemu pieszemu, a Pawian zawsze był kurduplem, ale dawał radę, bo co mu zostało. To z miłości do wiedzy się działo, a może z głupoty? Któż to wie…

W pewnym momencie, Pawian stwierdził, że się nudzi. Potwornie się nudzi na tym drugim kierunku, zabrał bety z kozety, co znaczy, że zrejterował był. Na amen. I przestał biegać. Potem pomyślał sobie, że w końcu nie po to się człowiek tyle lat uczy, żeby po mieście zapychać świńskim truchtem z pełnym obciążeniem, w obliczu przeważających sił wroga. Jak znam Pawiana, to pewnie wówczas złośliwie zachichotał, że już dość tej mordęgi, dość tej samotności długodystansowca, dość też tego podobieństwa z maratończykiem odgrywanym przez Dustina Hoffmana (tu łączność duchowa była spora, bo genialny aktor także jest kurduplem). A jak maratończyk, to był strach, że na swej drodze spotkać można byłego gestapowca, który zęby borował mi będzie, albo co insze. Dlaczegóż nasz bohater wówczas zachichotał? O, jakże niebaczny był to czyn. Gdybyśmy znajdowali się w tragedii greckiej, wiedzielibyśmy, że zaraz wmieszają się w całą sprawę bogowie i ukarzą złośliwego niebacznie Pawiana jakimś wyrywaniem wątroby, albo wtaczaniem głazu na szczyt. O! Właśnie. O ten głaz chodzi, a także o to, że nic w przyrodzie nie ginie. Chodzi też o to, że jak się powiedziało A… to trzeba dojść do punktu B, jak te popieprzone pociągi w zadaniach matematycznych.

Minęło wiele, wiele lat. Pawian, z małej i postrzelonej studentki, wyrósł (metaforycznie), na równie małą i postrzeloną wykładowczynię, aczkolwiek zwiększył objętość i ciężar właściwy. A potem został z zawodu dyrektorem. A dokładniej wice, można mówić per „wicek”. Pawian myślał naiwnie, że niczego to w jego sytuacji nie zmieni, nadal zajmować się będzie starymi papierami, będzie gadał i pisał książki, a także będzie oddelegowany przez swą macierzystą jednostkę na odpowiedzialne stanowisko w sektorze papierniczym w tej samej firmie. Jakże naiwne były to złudzenia. Jakże bolesna była zemsta bogów, pamiętamy jak się mścili na biednym Odyseuszu, który żeglował i żeglował, że aż mu pies zdechł. A Pawian zachichotał niegdyś złośliwie. Bogowie tego nie wybaczają.

Pawian biega. Znów biega. Dokładnie na tej samej trasie, bowiem przedsiębiorstwo papiernicze znajduje się tuż obok dawnego drugiego kierunku studiów Pawiana. I na przykład dziś Pawian bidusiek o ósmej był już w korporacji papierniczej, o jedenastej trzydzieści egzaminował studentów z jazdy pojazdami z napędem hybrydycznym między zniszczonymi papierami. O trzynastej był znów w korporacji papierniczej stając się na dwie godziny Pawianem Oficjalnym, co wyszło mu średnio. A o piętnastej pobiegł znów do mas, do roboty, do partii wygłodniałych indeksów sesyjnych.

Dlaczego Pawianowi średnio wychodzi część oficjalna, albo dlaczego, tak właśnie wyszła dziś? Wszystko przez jogurt. Jak to możliwe? To proste, drogi Watsonie, jogurt rozwalił się w pawiańskiej torbie o ósmej trzydzieści. Zabrzmiało groźnie? Nieprawdaż? Fatum, podobne do tego, gdy Annuszka rozlała olej słonecznikowy. Torba spadła z biurka, bo bogowie nadal się mszczą. Jak jogurt się rozwalił, to Pawian wrzucił torbę do szafki i wyciągnął stamtąd granatową siatkę z Czieburaszką (Kiwaczkiem), którą zakupił był na targu w Kijowie. No i, jak Pawian biegiem wpadł na mocno oficjalne spotkanie z gromadą profesorów, a wpadł na nie, nie tylko z czerwoną dupą, jak to małpy tegoż gatunku mają w naturze, ale i z ryjem czerwonym, bo oczywiście… biegł, to wrażenie zrobił piorunujące. Nasz bohater miał bowiem na sobie żółtą puchową kurteczkę i takiejż barwy czapeczkę z kutasikami, zaś pod pachą dzierżył gustowną siatkę z ukraińskiego targu. Pawian ma jedynie nadzieję, że rozwalił ekipę profesorską fachowością, ale, kto tam wie… co im bogowie szepcą do ucha.

Chcąc podratować swą nadwątloną pozycję, Pawian nakleił sobie na dyrektorskiej szafce rysunek diabła tasmańskiego i ma nadzieję, że ten wizerunek wzbudzi strach, a następnie miłość podwładnych. Dlaczego miłość? Bo, jak wiadomo: tyrani wzbudzają miłość. I tego się trzymajmy.

Published in: on 01/28/2014 at 20:25  8 komentarzy  

Stacja przekaźnikowa czyli głuchy telefon

Dajemy przedstawienie

Dla dorosłych i dzieci

Żołnierzy studentów

Gospodyń domowych

Dookoła stoją ludzie

Przyglądają się mówią      

Śmieją się kiwają głowami

Ty przyprawiłeś sobie

Rogi kły i pazury

Ja język długi i ostry

Ty bijesz się w piersi

Połykasz noże

Rwiesz łańcuchy

Łamiesz moje serce

(Tadeusz Różewicz)

W Kwaterze bożych pomyleńców Władysława Zambrzyckiego (powieści, którą darzę sporym sentymentem) pojawia się kwestia, którą wygłasza Quadratus (cytuję z głowy, czyli niedokładnie): Po co kaganek oświaty, który kopci? Po co była ludziom wiedza o gender? Abstrahując od tego, że pojawiła się w konkretnym celu, w konkretnych okolicznościach. Abstrahując też od faktu, że materiał filmowy musi być jakoś zmontowany, a jakże „zabawnie” pokazać jest wściekłą staruszkę, powtarzającą z pasją i złością jedno zdanie. Poszło w Polskę: coś o pedałach albo pedofilach, w zasadzie nie wiadomo, ale cukierków od obcego nie wolno brać. Może to stacja przekaźnikowa, myślę o tym, ale nie bardzo wiem o czym. Wskazuję jedynie na bogate życie wewnętrzne i wrażliwość. Dobre i to. Przynajmniej nie mówi, że wie… Bo jak wie, że to zdrada Polski i chrześcijaństwa, jest gorzej. A przynajmniej brzmi niesamowicie poważnie. Przynajmniej dla osoby wypowiadającej tak mocne zdania.  

Sondy uliczne nie są miarodajne. Wiem, wiem… Zawsze znajdą się w nich właśnie tacy, którzy nie wiedzą ile Ziemia ma księżyców, jakby nigdy w niebo nie patrzyli (mówi się, że świnie nigdy nie oglądają nieba, bo im długie uszy widok zasłaniają), albo mają problemy z określeniem czy to Słońce okrąża Ziemię czy też wprost przeciwpołożnie.

Przez kilka miesięcy wałkowano temat płci kulturowej na wszystkie sposoby. Serio? Na wszystkie, czy na ten jeden, najbardziej groteskowy i prostacki? Dziennikarze zapraszali księdza Oko, zamiast np. księdza Jacka Prusaka, skoro już nie mogli zaprosić wykładowcy lub wykładowczyni akademickiej. Chociaż do rozmowy z Kempą to dopuścili profesora socjologii, no i dobrze. Pytano też posłów i posłanki, którzy wywalali z najciemniejszych zakątków swych dusz, bo przecież nie umysłów, co im się kojarzy, co czują.

Jak nie znoszę terminu „temat zastępczy” (pisałam o tym jakiś czas temu), to w wypadku potwora gender, wątpliwości nie mam żadnych. Jednak nie chodzi o to, że to zastępcze gadanie., bo to wiemy. Chodzi mi o to, co zostanie w głowach obywatelskich, tej pani z pieskiem, tego pana w czapce. Pewnie pedofilia, pewnie pedały.

Zastanawiam się, kiedy się te skojarzenia zaczęły. Czy od tego wiceministra, który mówił o tym, że mu niedobrze, jak sobie wyobraża seks gejowski. A może od tej torebki Teletubisia? No nie… Przy Teletubisu, to już była „propagancja” całą gębą. Najgorszy wróg Polski: pedał utożsamiany z pedofilem. Zagrożenie polskiej rodziny, języka, wszystkiego co „naturalne”, nawet rzodkiewek i melasy, a także ekologicznych hodowli kur niosek. Przy takim to nawet mleko nie kwaśnieje, bo krasnoludki spieprzają z kuchni i nie ma kto sikać do garnka. Nawet mi się ironizować nie chce, bo mam złamane serce. No, mam. Codziennie rano wstaję, szukam w gazetach może nie wielkości i wzniosłych słów, ale odrobiny rozsądku i równie maleńkiej dawki rozumu. A niech nawet będzie rozumek, taki kubusiowopuchatkowy. Wystarczyłby, naprawdę. I co mi z tego, że znajomych mam normalnych na moją miarę? Kiedy się boję wsiąść do taksówki, boję się pogaduszek na poczcie, boję się skierowanych do mnie pytań w pociągu. Gdy poznaję nową osobę, to też się boję. Poznałam kiedyś pewnego filozofa, nawet mi różowego drinka postawił, co spowodowało, że moje Lwiątka rechotały przez trzy dni i osiem godzin. I okazało się, że chociaż jedno Lwiątko go znało wcześniej, to się filozof dopiero ujawnił był, jak feministkę zobaczył. I nagle wyłożył, że mężczyźni są stworzeni do walki i zdobywania (Platona pewnie wywalczył w bibliotece, poza kolejką – dzikus, bestia taka męska), a kobiety do opieki i wrażliwości. Wrażliwość mię zalała była, tak na czerwono, po czym już wiele nie pamiętam, ale awantura była straszliwa. No i Państwo się dziwią, że ja się teraz boję? Że strachliwie łypię okiem, bo znów wietrzę, że ta miła pani z pociągu okaże się antysemitką (jak ta, wspomniana kiedyś, spotkana na poczcie), że staruszek przeprowadzany przez jezdnię nagle zacznie pałać… na przykład nienawiścią do gejów? A taksówkarz spostponuje wszystkie feministki? A potem… chyba już przestanę sobie wyobrażać różne straszne rzeczy, bo późny wieczór jest i potem złe mi się przyśni. Jakaś sonda uliczna, albo spotkanie z kimś strasznym? Dlatego mam złamane serce. No… Mam i już.  

http://www.youtube.com/watch?v=-GVAiYIUwHg

A obiecane dialogi feministyczne są tu: http://pawianprzydrozny.tumblr.com/

Published in: on 01/27/2014 at 21:34  17 komentarzy  

W Polsce czyli nigdzie, a może wcale nie…

kobro-325x480

 

(Katarzyna Kobro, 1948)

Od poniedziałku w Polsce gwałt będzie przestępstwem ściganym z urzędu. No i czytam w Wyborczej, że niektórzy z ekspertów „obawiają się o intymność ofiar”. Można ten aspekt wziąć pod uwagę, gdyby nie dotychczasowe doświadczenia. Bo ja rozumiem, że zgwałcona kobieta w małym miasteczku, może się obawiać tych złych spojrzeń, tych szeptów w sklepie, tych opinii, że „jak suka nie da, to pies nie weźmie”. Albo, jak na dodatek, gwałcicielem będzie ojciec dzieciom, to zaraz będzie, że zgwałcona to zdzira i świnia, bo właśnie rodzinę rozbiła, a pewnie prowokowała. I wódkę piła na ten przykład, a porządne kobiety wódki to nigdy. A takie puszczalskie… to zawsze. I tak dalej. Tylko, zastanówmy się, czy takie obrazki nie pojawiają się właśnie dlatego, że gwałt ścigany był do tej pory na wniosek ofiary. I dużo ludzi mówiło, że jak tam było, to nie wiedzą, ale… No właśnie. Często stawano po stronie gwałciciela, ponieważ uważano, że jego czyn nie jest takim „prawdziwym” przestępstwem. Parę miesięcy temu, słynny burmistrz Ursynowa, niejaki Guział pisał na Twitterze o zgwałconej kobiecie: „Nie biegajcie po zmroku w miejscach odludnych. Tylko jak ona po ciemku biegła?”. Hahaha, ale śmieszne, no ale śmieszne… Nie bardzo wiadomo, jak biegała po ciemku, to pewnie też i nie bardzo wiadomo, czy została zgwałcona.

Ośmieszyć sytuację może tylko ktoś o mentalności gwałciciela. Nota bene ostatnio powiedziałam tak własnej matce. Obraziła się, ale potem przeprosiła. Bo, tak się złożyło, zostałam zaczepiona. W sumie, nic się nie stało. Odrzekłam, że nie mogę pozytywnie ustosunkować się do, jakże „nęcącej” propozycji, bo lecę do domu, gdzie moja dziewczyna zupę ugotowała i jakoś się wywinęłam. Na drugi dzień robię sobie oko w łazience, a matka startuje z tekstem: „ty się maluj i perfumuj, ale potem się nie dziw, że cię ktoś zaczepia”. I tu ryknęłam, jak ranny łoś i lwica w jednym, że matka ma mentalność gwałciciela. A skoro moja własna matka, od lat hodowana w słońcu feminizmu tak gada, to co dopiero mówić o innych, takich zdecydowanie nieoswojonych z kobiecym „nie”, a oswojonych ze stereotypami? Dodam, że matka naprawdę nic złego nie miała na myśli, ale tkwi w niej zaszczepiona pewnie już w czasach dzieciństwa myśl, że kobiety powinny chodzić w workach po ziemniakach, zaś nóżki muszą trzymać razem. A najlepiej, żeby nic poniżej pasa nie miały. Jak anioły. Hmmm… powyżej pasa też nie.

A znają Państwo opinie o prowokujących kobietach w zbyt krótkich spodniczkach i wypowiedzi internautów, że same sobie winne? I tam gdzieś jeszcze pojawiają się uwagi o tym, że facet jest tak skonstruowany, że odbiera sygnały jednoznacznie. A pamiętają Państwo wypowiedź białostockiego seksuologa i ginekologa, doktora Krzysztofa Boćkowskiego (ten Białystok to ostatnio naprawdę jest dziwnym miastem), który zgrywał idiotę, albo nim był, gdy mówił, że „Problemem mężczyzn jest to, że trudno jest im odczytywać sygnały płci przeciwnej – ciężko jest się domyślić, kiedy kobieta chce, a kiedy nie chce”. Jasne, jak mówi „nie”, to znaczy, że pragnie, chce i aż piszczy z ochoty. A potem jeszcze dołożył do pieca: „Fakty, że tylko 10% kobiet zgłasza gwałt na policję wynika też z nastawienia – dla jednej ten gwałt był wielką tragedią, dla innej niekoniecznie. Wydaje mi się, że na policję zgłaszają się takie kobiety, które faktycznie nieszczęśliwie stały się ofiarami bestialskiego gwałtu, i które nie mają sobie samym niczego do zarzucenia”. Jasne, nie zgłasza gwałtu, to znaczy, że spłynęło po niej jak woda po kaczce, albo ma sobie coś do zarzucenia. Co? Że miała pomalowane paznokcie? Że krzyczała „nie”, ale jakoś mało wiarygodnie? Że miała spódniczkę, a nie worek lub burkę? Że nie miała pasa cnoty? Może miała sobie do zarzucenia, że on, jakiś buc i kawał kutasa, jest tak skonstruowany, że nie umie odczytywać sygnałów? To „nie” jest mało czytelnym sygnałem? Pewnie tak, bo z pewnością Państwo słyszeli te bzdury, że jak kobieta mówi „nie”, to myśli „być może”. I z tych wszystkich powodów, to ja bym się o intymność ofiar nie bała. Zdecydowanie bardziej cieszę się z końca intymności gwałcicieli.

 

http://wyborcza.pl/1,75478,15339786,Gwalt_bedzie_scigany_z_urzedu__a_nie_na_wniosek_ofiary_.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza

Published in: on 01/26/2014 at 20:17  9 komentarzy  

Masturbacja językowa czyli jak człek opętany seksem, to w mózgu pusto

Abecadło z pieca spadło,

O ziemię się hukło,

Rozsypało się po kątach,

Strasznie się potłukło:

I – zgubiło kropeczkę,

H – złamało kładeczkę,

B – zbiło sobie brzuszki,

A – zwichnęło nóżki,

O – jak balon pękło,

aż się P przelękło.

T – daszek zgubiło,

L – do U wskoczyło,

S – się wyprostowało,

R – prawą nogę złamało,

W – stanęło do góry dnem

i udaje, że jest M.

(Julian Tuwim)

A wszystko przez masturbację. No naprawdę. Państwo nie wierzą? Myślą, że ja z tych, o których ksiądz Oko mówi: „Maniacy seksualni rzucają się na dzieci”? Ależ skąd. Naprawdę, ale jednak będę się upierać, że chodzi o masturbację. Od niej się zaczęło. Przynajmniej w moim przypadku. A było to tak… Jak tylko usłyszałam, że jacyś Niemcy masturbują dzieci w przedszkolach, to zaraz pomyślałam, że to jest absolutnie niemożliwe. Dlaczego? Czy jestem naiwna? Czy myślę, że świat jest dobry? Że ludzie są dobrzy? Ależ skąd. Po prostu nie można masturbować kogoś – masturbować można siebie, ponieważ jest to pobudzanie własnych narządów płciowych w celu osiągnięcia przyjemności. Jeśli zaś wkładam komuś rękę do spodenek, to, językiem prawniczym, dopuszczam się „innych czynności seksualnych”. Językowo – masturbacja kogoś jest niemożliwa. Przestać się śmiać, świntuchy! Ja tu się pochylam… a Wy, no ludzie, trochę godności.

Potem była „ideologia gender”. Tu też zaczęłam się zastanawiać nad pochodzeniem owego łamańca językowego. Jakim to cudem, z inicjatywy jakiego Boga, bożka, a nawet bóstwa, wpadł komuś do łepetyny tak karkołomny pomysł. Badania nad płcią kulturową stały się już nawet nie zideologizowane, ale urosły do rangi ideologii. Według mojego ukochanego Słownika języka polskiego, ideologia jest to „system poglądów, idei, pojęć jednostki lub grupy ludzi”. Lećmy dalej, proszę Państwa. Pogląd zaś, wedle tego samego źródła jest to: „sąd o czymś oparty na przeświadczeniu o prawdziwości lub fałszywości czegoś”. Znów dupa, kicha i kiełbasa, bo jeśli prowadzimy badania nad płcią kulturową, to nie mamy poglądów, ponieważ nie jesteśmy przekonani o prawdzie czy fałszu, bowiem prowadzimy badania, a przeświadczenie jest założeniem mającym wpływ na rezultat badań. Jak ja badam na przykład postaci kobiece w powieściach socrealistycznych, to nie jestem przekonana, ani też przeświadczona o tym, że np. jakoś wyglądają. Zbadam, to Państwu opowiem jak sprawa się przedstawia (nota bene: akurat ten problem zbadałam i opisałam, a badając i opisując cieszyłam się jak norka, co mi z tego wychodzi). Ktoś, kto zaczynając badania czegokolwiek ma przeświadczenie o prawdziwości lub fałszywości (nie podoba mi się słowo „fałszywość”), to jest dupa, a nie naukowiec. A poza tym, jak to w ogóle brzmi: ideologia płci kulturowej. Jaka ona jest? Taka sama, jak ideologia czarnej dziury.

No i teraz, na przykład taka Kempa, chce walczyć z ideologią gender. No, ja też (posłanka Grodzka zapisująca się do wiadomego zespołu wykazała się refleksem snajperskim i logiką szachistki). Bo czegoś takiego jak ta ideologia nie ma. A skoro, ktoś mówi, że jest, to trzeba z tym poglądem walczyć. No, ja też powalczę. U boku Kempy. A może raczej będę zabezpieczać jej tyły… Hmm… Wchodzę w to.

A na samym końcu pojawił się termin: genderyzm. I tu już mamy cud, miód i orzeszki pistacjowe. Bo, zaczęło się od całkowicie niewinnego zapożyczenia z języka angielskiego, w którym właśnie gender oznacza płeć kulturową, w odróżnieniu od słowa sex, oznaczającego płeć biologiczną. Kto tego nie wie, ten w kwestionariuszach pisanych po angielsku, gdy widzi słowo „sex”, to pisze „no”, żeby nie myśleli, że jakiś maniak wskazany palcem przez księdza Oko. Potem, jak to w języku polskim, wokół tego słowa „gender” zaczęły pojawiać się inne wyrazy, tworzone na gruncie naszego systemu gramatycznego. Na przykład powstał przymiotnik „genderowy” czyli „płciowokulturowy”. No i wreszcie, ktoś wymyślił „genderyzm”. Wydaje mi się, że tu zaznaczona została właśnie funkcja ideologiczna czy światopoglądowa: komunizm, faszyzm, stoicyzm. Jednakże, nikomu nie przyszło do głowy, że jak już coś pochodzi z języka angielskiego, to trzeba uważać z tworzeniem słów wokół tego podstawowego. No i właśnie, miało być pięknie, wyszło jak zawsze. „Genderism”, po angielsku oznacza w wielkim skrócie: kulturowe przekonanie że są dwie płcie, zaś wszystko co płci dotyczy związane jest z niemożnością przeskoczenia płci biologicznej. „Genderism” stoi bardzo blisko heteryckiego seksizmu. No i, cholibka, tak zostałam sprzymierzeńcem księdza Oko. Bo ja chcę walczyć z tym gederyzmem. Skoro to jest pogląd dyskryminujący płeć kulturową, to ja jestem przeciw. Ale ksiądz Oko nie chce walczyć ze mną u boku, tylko ze mną, jako personą. I ciągle mówi o seksie. Ja nie wiem, czy to nie jest jakaś ukryta propozycja, czy co? Wiecie, ta wojna, zmagania łóżkowe, może to chodzi po prostu o barłożenie się, przedstawione w stylistyce militarnej. Jak w filmie „Allo, allo”: Ivette, weź hełm, trzepaczkę do jajek i dwa selery. Zdobędę Cię, jak Paryż.

Tak sobie myślę, że gdyby ksiądz Oko miał we mnie swój interes, albo dokładniej, gdyby widział we mnie swój interes, to kwestia z potworem gender potoczyłaby się zupełnie inaczej. Ale, tu o takie „owieczki”, jak ja nie chodzi, chodzi o te tłumy, przerażone erotyzmem i moderną, które będą się garnąć do łona… Do łona Kościoła. Nawet te wstrętne dzieci, które kuszą kapłanów i wciągają ich maleńkimi, pulchnymi łapkami w szczeliny rozpusty płonące ogniem piekielnej namiętności. Skończmy kolejnym wybrykiem językowym księdza Oko: każdy jest seks-narkoman, panie dziejku. Język zdradza – w dupach się niektórym od tego genderyzmu poprzewracało. Wszystkie skojarzenia seksualne w niniejszym tekście są celowe. A niech genderyści też mają jakąś przyjemność. Choćby oralną.

http://en.wikipedia.org/wiki/Genderism

http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103087,15323847,_Kosciol_jest_jak_skala__Rozbil_sie_o_nia_komunizm_.html#BoxWiadTxt

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/ks-oko-w-sejmie-niewierzacy-staja-sie-maniakami-seksualnymi-to-tlumaczy-gender,390499.html

http://www.wprost.pl/ar/433464/Gender-z-ks-Oko-czyli-marksizm-walczace-lesbijki-masoni-i-spisek-przeciwko-ludzkosci/?pg=0

http://wyborcza.pl/1,75478,15325402.html

Published in: on 01/24/2014 at 05:39  13 komentarzy  

Dzisiaj siędzę tu czyli znów gender

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/706-schylek-qideologii-genderq

Published in: on 01/23/2014 at 06:05  5 komentarzy  

Swojska kuweta czyli przypadki owcy Temidy

Stoję, czekam na kolejny znak

nim postawię krok notuję znak

nim pokocham muszę przyjąć znak

nim zabiję otrzymuję znak

psy Pawłowa uczą się

psy Pawłowa nauczyły się

oto sygnał oto odruch: Płacz

oto sygnał abym czekał

(Republika)

Idą dwa koty przez pustynię. Jeden mówi do drugiego: stary, nie ogarniam tej kuwety… W sumie, co tu ogarniać. Przecież to, co się wydarzy na rozprawie wielebnego arcybiskupa, było jasne od samego początku. Nie ma się co cieszyć, że sąd nazwał Michalika panem oskarżonym. Wielkie mi mecyje. Biskup obraził, no… może i obraził, ale bez przesady. Kogo? Jakieś feministki, jakiś zepsute dzieci wciągające w podstępny sposób księży do łóżka. Ja bez żadnego sprzeciwu mogłabym się z decyzją wysokiego sądu zgodzić, gdyby nie jedno maleńkie i zapomniane „ale”. Jak Państwo być może pamiętają, słówko „ale” jest moim ulubionym. Chyba nie ma lepszego na świecie.

Przypomnę fakty związane z tym „ale”. W roku 2001, w Gdańsku, wystawiona została instalacja Doroty Nieznalskiej pt. Pasja, która obrażała szczere uczucia religijne niektórych osób. Sąd pierwszej instancji wysłuchał świadków, którzy, jak się okazało, dzieła nie widzieli (o rozumieniu nawet nie wspomnę), a o jego istnieniu dowiedzieli z relacji gazetowych i programów telewizyjnych. Mimo tego kompromitująco śmiesznego faktu, sąd skazał oskarżoną na karę sześciu miesięcy ograniczenia wolności, co miało realizować się w formie pracy na cele społeczne. Potem odbyła się druga rozprawa i artystkę uniewinniono.

W Folwarku dla zwierząt, siódme hasło pierwotnie brzmiało: „Wszystkie zwierzęta są równe”. Potem, jakoś, pewnego ranka, zmieniło się na: „Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”. A kiedy się zmieniło? Czy ktoś pamięta? Czy raczej stoimy w tym tłumie owiec przed wrotami stodoły, na których spisano nasze fundamentalne prawa, i beczymy, jakże grzecznie, w należytym porządku i z należnym szacunkiem tekst, który, jak nam się wydaje, nigdy się nie zmienił. Och! My, baranki boże, które od gładzenia grzechów świata mamy parchy na kopytkach. George Orwell napisał też, że „Psy cyrkowe skaczą, gdy treser strzeli z bata, ale naprawdę dobrze wyszkolony pies wykonuje skok bez bata”. Czy potrzebujesz bacika, moja słodka owieczko? A może wolisz paralizatorek? Czy drżysz na zimnie, z gołą dupą, bo i golono i strzyżono cię już tak wiele razy, że nawet nie pamiętasz, jak to jest chodzić z wełenką. Och, moja owieczko, głupia taka, z krótką pamięcią…

http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,15309633,Umorzenie_sprawy_abp__Michalika__Sad_nie_chce_byc.html

Published in: on 01/21/2014 at 20:35  8 komentarzy  

Melancholio, ma przyjaciółko, czyli odsłaniam karty

Szukam cię zawsze, choć wiem, że nie znajdę,

tęsknie do ciebie, choć wiem, że cię nie ma,

idę za tobą, choć wiem, że nie zajdę

do twego domu, ścigam cię oczyma,

choć cię nie widzę, choć wiem, że cię nie ma.

Do żadnej z kobiet, którem widział w życiu,

tyś niepodobna — widzę cię w mych oczach

jak gdyby w jakimś przymglonym odbiciu,

jak kwiat w strumieniu odbity przezroczach,

jak gwiazdę we mgłach, widzę cię w mych oczach.

(Kazimierz Przerwa-Tetmajer)

W zasadzie dziś wpisu nie ma, bo jest melancholia. Obudziłam się, bo o 6.20 zadźwięczał dzwonek do drzwi. Stała tam ona – siostra ma, melancholia styczniowa. Jak tylko ją ujrzałam, od razu poczułam się, jak bohater powieści Berenta: wyjałowiona, odczuwająca jakiś potworny brak i straszliwą pustkę. Ach, jakże żałowałam, że właśnie zajęcia z literatury Młodej Polski będą moim udziałem dopiero w drugim semestrze. Jakże bym pięknie opisywała stany emocjonalne podmiotu lirycznego w poezji Micińskiego, albo, do kurwy nędzy, odczucia bezpłodnych bohaterów Berenta w kontekście symbolicznych triad. Ewentualnie, szały i uniesienia Salome z hymnu Kasprowicza. Jej rozdrganie, gdy mówiła: o przyjdź, o przyjdź. A tu trzeba było gadać o Lalce, schabowy i kapusta, o koncepcjach sobowtórowych. Realizm w pigułce, równie nierealny, jak każde z moich dzisiejszych zachowań. A siostra ma, melancholia, stała obok, cały boży dzień ironicznie wpatrywała się w moje oczy, drwiącym spojrzeniem oceniała każdy mój czyn. Ach, gdybym potrafiła, chociaż przez sekundę, przeżywać, a nie pisać o przeżywaniu, jak gros poetów młodopolskich, to dzisiejszy dzień byłby nasycony cierpieniem, znużeniem i spleenem. A ja, niby bohater odtwarzany przez Toma Cruise’ a w Minority Report widzę przed oczyma fragmenty artykułu Kaziemierza Wyki o wstępnych objawach uczuciowości modernistycznej. A cóż innego mogę? Cóż innego mi wypada? Czy jestem wiarygodna? Czy pasuje mi towarzystwo siostry melancholii? Gdy jest kpiące spojrzenie, gdy wredna pointa, która zawsze sytuuje mnie gdzieś w okolicach goleni cielęcej. Mam wrażenie, że nikt nie wierzy w to, iż mogę czuć… Czuć cokolwiek. Podnoszę ciężkie powieki, wpatruję się w przestrzeń (mam nadzieję, że nie gapię się, jak sroka w gnat), mam wrażenie, że przeszywam wzrokiem i… cóż? Cytaty, nagromadzenie cytatów, tak lepiej i bezpieczniej. Dobranoc Państwu…

Fantazmaty czyli wielka wieczność

Na Europę Środkowo-Wschodnią składałby się więc obszar wyznaczony od północy przez Bałtyk, od zachodu przez Łabę i Litawę, od południa przez Dunaj i Morze Czarne, a od Wschodu przez Dniepr. Państwa położone na tym terenie cechują się znaczą różnorodnością społeczno-kulturową, jednak pewna wspólna właściwość zbliża je do siebie nawzajem. Ma ona – podobnie jak ich peryferyjność – charakter względny i można by nazwać ją syndromem niedorozwoju, niepełności, niesamoistności, niepełnego ukształtowania, podrzędności czy wreszcie – idąc za intuicją Stanisława Brzozowskiego i Witolda Gombrowicza – niedojrzałości społeczno-kulturowej. Region ten zajmują społeczeństwa nie potrafiące określić swojego habitusu w sposób autonomiczny.

(Jan Sowa, Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą)

500 złotych, żeby Polska była wieczna. Ogarnia mnie przerażenie. Po pierwsze dlatego, że to takie proste, dajesz pół tysiaka i wszyscy lecą się rozmnażać. Nikt jeszcze na to nie wpadł? A po drugie, przeraża mnie kategoria wieczności. A wieczność Polski? Ale jakiej Polski, teraźniejszej? Piastowskiej? Polski Jagiellonów? Polski butnej czy klęczącej? Polski będącej Winkelriedem narodów czy Polski będącej Chrystusem narodów? A może Polski jak „postaw czerwonego sukna”? A może tej, która była pawiem i papugą? Tej od morza do morza? A może tego mitycznego domu, wokół którego wichry ze wszech stron, ale przez tysiąc lat nie zmogły go, zaś w każdym domu szczęście i chleb. No jasne! Jak na każde dziecko będzie, bez kozery powiem „pińcet”, to będzie szczęście i chleb. Na masło się zarobi siedząc na kasie w Biedronce. Pamiętam wiersz Piotra Macierzyńskiego i mruczę zniechęcona: „przy takim rozdaniu w pokerze mówi się pas”.

Za te pięć stów, albo z powodu tych pięciu stów, narodzi się kolejne pokolenie Polaków, patriotów już od poczęcia, stworzonych z białego i niewinnego jajeczka matki Polki i z czerwonego jak krew i walka plemnika tatusia patrioty. Wszystkie chromosomy tegoż dziecka napoczętego będą miały jednoznaczne i równe, niby husarii szereg, „normalne” chromosomy splecione z bieli i czerwieni. „Czerwień to miłość, biel serce czyste, piękne są nasze barwy ojczyste”, jak recytowałam w podstawówce wierszyk Czesława Janczarskiego. Chyba nie powinnam się do tego przyznawać, bo do podstawówki chodziłam w czasach niesłusznych i pewnie dlatego teraz zrzędzę i jojczę, bo nie ma we mnie „prawdziwej” polskości.

Czy ją kochasz? Kocham szczerze? A w co wierzysz? W Polskę wierzę? A ja wolałabym nie („I would prefer not to”). A przynajmniej nie dlatego, że tak wypada, tak trzeba i nie wolno inaczej. A ja chce po swojemu, jak zawsze. Czasem chcę mieć prawo powiedzieć, że „nie lubię cię, Polsko”. A nawet po prostu: pierdol się. Nie chodzi o to, że chcę naśladować Szczepana Twardocha, ale wydaje mi się, że go rozumiem. Bo on nie może po swojemu przeżywać, nie może powiedzieć, że widzi się nieco inaczej. Że jego chromosomy nie latają w tych biało-czerwonych majtkach, on chce np. mieć żółtą wątrobę i niebieskie kiszki. A może on jest po prostu czterokolorowy? A może po prostu jest tęczowy? Ludzie, tylko nie bijcie. Nie chciałam napisać, że tęczowy, to zaraz gej czy lesbijka. Chciałam jedynie pokazać, że te proste, wręcz prostackie podziały prowadzą jedynie do palenia tęczy w Warszawie i flagi dumnie nad tym pogorzeliskiem wzniesionej, przez jakieś bydlę i gnoja. Pamiętają Państwo jak tworzono preambułę do konstytucji? Wtedy, przez moment, gdy czytałam o niektórych pomysłach, to czułam się wykluczona. Że nie pasuję do wzorca i zaraz ktoś zakwestionuje moją polskość, mój patriotyzm. A jaki tam patriotyzm. Skoro chcę kwestionować, kłócić się, mieć wątpliwości, a nawet czasem wrzasnąć, że mam dość?

Ileż już razy oberwałam. Że Żydówa, lewaczka, lesba, katolicka cipa, liberałka. Reszty nie pomnę, a nawet mi się nie chce. Moja obecna Polska próbuje stworzyć wzorzec, przy okazji wierzga i kopie, a także pluje i sra na tych wszystkich, którzy do niego nie pasują. To musi być strach, niedojrzałość, gdy wszystko co nowe, a może nawet nie takie nowe, tylko inne, jawi się jako potwór. Ta nienawiść, którą czuję stanowczo za często, w nieoczekiwanych sytuacjach, gdy na przykład miła pani na poczcie nagle wali tekstem: o tak, na studiach bawiliśmy się świetnie, a potem przyszedł sześćdziesiąty ósmy i już było wreszcie wiadomo, kto jest kim. A ja wybałuszam swe niebieskie oczęta i macham jej przed nosem gwiazdą Dawida. I wtedy mówię, pierdol się Polsko, w osobie tejże prześwietnej patriotki. Gdy widzę zabiedzonego psa uwiązanego na ciężkim łańcuchu, bez wody w misce, bo wszyscy pojechali na niedzielną mszę, to wtedy też mówię: pierdol się Polsko, w osobie tych prostaków, którzy zaraz zaczną chlipać swój niedzielny rosół.

Gdy jakiś chuj łapie mnie za cycki, to myślę „pierdol się Polsko”, która uważa, że to jest zwyczajowe, osadzone w tradycji. Że nic złego się nie dzieje, a dekolcik był za duży i prowokował do czynów wcale nie lubieżnych, a naturalnych, bo przecież chłop nie z drewna. Gdy znajdują kolejne dziecko w beczce, to myślę, pierdol się Polsko, która wymyśliłaś ustawę antyaborcyjną i nie widzisz konsekwencji swych czynów. I co, nie mogę tak mówić? A dlaczego? Dlaczego nie mogę momentami nie kochać kraju (a poza tym, w ogóle muszę kochać?), w którym źle się dzieje? Kraju, w którym nienawiść i nietolerancja dobrze się mają? Nie mam prawa być wkurzona? Mam być grzeczna i miłować z całej duszy, bo Polska to moja ojczyzna?

A jak jakikolwiek sąd skaże Twardocha, to znów powiem, pierdol się Polsko, która musi być kochana bez cienia wątpliwości, która kneblujesz usta pisarzom. W której nie możesz być Ślązakiem czy Żydem, bo wtedy zaraz wytkną ci niewłaściwe pochodzenie, dziadka w obcej armii, albo genetyczną niemożność kochania „obcej ziemi”.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15300112,Kaczynski__500_zl_na_jedno_dziecko__by_Polska_byla.html?lokale=katowice#BoxWiadTxt

http://wyborcza.pl/1,75478,15290994,Szczepan_Twardoch___Pier___l_sie__Polsko___Jest_doniesienie.html

Published in: on 01/19/2014 at 18:55  9 komentarzy  

Bardzo gwałtowny patriotyzm czyli zbawiaj Polskę czynem: pal, gwałć i maltretuj

Ojców naszych ziemio święta,

Ziemio wielkich cnót i czynów,

Tyś na wskroś jest przesiąknięta,

Krwią ofiarną twoich synów.

Nie darmo w twoje rano,

O! puścizno przodków droga!

Ziemią świętą ciebie zwano,

Boś najbliżej stała Boga.

Byłaś ziemią poświęcenia,

Przytuliskiem licznych gości;

Dziwny ciebie opromienia,

Czar męczeństwa i świętości.

(Władysław Bełza)

z14936602Q,Demonstrant-z-polska-flaga-na-pl--Zbawiciela--W-tl

 

Jest wiele wzorców patriotyzmu. W Polsce, z szacunkiem, znacznie częściej mówi się o oddaniu życia za ojczyznę, o całkowitym poświęceniu dla niej, porzuceniu każdej działalności, która nie służy walce o szczęście kraju i narodu, aniżeli o codziennej pracy. Co oznacza, że znacznie wyżej punktowany jest Konrad Wallenrod, który zamyka Aldonę w wieży, z pasem cnoty na wszystkich członkach (bo, gdy on w walce i szale, ona winna się modlić, a on powinien odczuwać spokój i satysfakcję głęboką, że żona mu się nie puszcza), niż głupi Słonimski, który bredzi: „Ojczyzna moja wolna, wolna… Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada” (bo, jako Polak niesystemowy i nieczysty rasowo, nie wie, że płaszcz Konrada, każdemu Polakowi przyrasta do ramion, jako te skrzydła anielskie i łopoce marsowo, jako te skrzydła husarskie). Patriotyzm jest czynem, walką, męką i mordęgą, bo taki Kmicic lata po całej Rzeczpospolitej, leje się po plecach (przy pomocy Soroki), że aż krew tryska, zbawia siebie, dzięki zbawianiu ojczyzny, za co czeka go nagroda, może nie w postaci siedemdziesięciu dwóch dziewic w raju, ale jednej Oleńki („Jędruś! Ran twoich nie godnam całować”) darowanej mu testamentem dziadunia niby, swoiście perwersyjny, prezent urodzinowy. Jakoś w tym momencie widzę Małgorzatę Braunek w tej futrzanej czapie, na której czubku znajduje się kokardka (może biało-czerwona). A po czym taż Oleńka, wyskakuje z tortu (uczynionego zręczną dłonią np. Pacunelek) zrzuca z siebie futro i piszczy: surprise! A potem już zapłodniona i szczęśliwa chodzi „z wolna i ostrożnie, bo było w niej pełno powagi błogosławieństwa”. Może urodzić syna-wojownika, będzie mu Herakliusz, który znów czynem, machaniem szablą i wrzaskiem zbawiać będzie ojczyznę, tak jak i jego potomkowie, aż do zaborów. Amen!

No, po hymnie! Spocznij!

Jest wiele rodzajów konkursów. Można wygrać lizaka za trzecie miejsce w slalomie z jajkiem na łyżce podczas dorocznego festynu w miejscowości Bębło Wielkie. Można dostać Oskara, Nobla, Złotą Maskę, nagrodę dydaktyczną od rektora, chociaż w kuluarach wyżej punktowane jest taka za książkę. No i, w związku z tym: „Oddział Telewizyjny KSDP przyznał nagrodę (…) za „Najlepszą fotografię patriotyczną roku 2013”. KSDP, to Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Co oczywiście powoduje pytanie, czy musi być to rozróżnienie na dziennikarzy i katolickich dziennikarzy, ale mieszkamy w Polsce i pewnie musi tak być. Proponuję jeszcze takie coś: Stowarzyszenie Dziennikarzy Miłośników Biedronek oraz Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy Miłośników Biedronek. No bo co jest, kurczę blade. Ale w sumie, nie o to mi chodzi. Ja mam tylko jedno, naprawdę głupie pytanie. A potem już się zamknę.

Pytanie to brzmi: to teraz aktywność patriotyczna równa się palenie różnych rzeczy na mieście?

No dobra, nie zamknę się, kłamałam. To teraz patriotyzmem jest pokazywanie swej nienawiści? Niszczenie? To jeszcze może mały pogromik? Kilka gwałcików? Może chłosta? Wyrywanie paznokietków? Kto Ty jesteś? Polak mały, chuligan i bydlę, którego czyny nagradzane są (jako wykładnia patriotyzmu) przez katolickich dziennikarzy. A to siurpryza!

PS. A tak na marginesie, abstrahując od treści, to forma zdjęcia też dupy nie urywa, co znaczy, że chodziło o jasny przekaz skierowany do społeczeństwa: O, proszę, tak katolik polski rozumie patriotyzm. Dowal każdemu innemu od siebie samego, wzorzec jest jeden, jedynie właściwy. Amen!

Wasza ziemia krwią się dymi I dość świętych kości chowa.

Wszakże jeszcze do tej pory, W bitwach z Turki i z Tatary,

Męczenników waszych wzory, Są świadectwem waszej wiary.”

I wziął w rękę swą sędziwą, Polskiej ziemi grudkę małą,

I na dłoń mu się, o! dziwo! Kilka kropli krwi polało „

Weźcie, rzecze, proch ten z sobą, i cud Boży głoście wszędzie!

Niech ta ziemia wam ozdobą, I relikwią świątyń będzie!

(Władysław Bełza)

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15291412,Przyznali_nagrode_za_najlepsza_fotografie_patriotyczna_.html#Cuk

Published in: on 01/18/2014 at 14:12  14 komentarzy