Pawian w biegu czyli Zadra

A dziś siedze tu i krytykuję ikony polskiego feminizmu:

 

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/742-panny-szlachetne

 

 

Reklamy

Cura te ipsum czyli kuro lecz się sama… rosołem

egzorcysta

 

A jeśli Jezus chce, żebym umarła? A jeśli Jezus chce, żebym przeniosła się do lepszego świata, podążała ku zbawieniu? Abstrahując od faktu, że ja CHCĘ eutanazji, deklaruję – że jakby co – to ja nie tylko uprzejmie proszę, ale wręcz żądam i wszystkim, którzy mają inne zdanie, kij w oko. Tylko nie rozumiem, co komu do tego, czego ja chcę? Moje ciało, a nie Boga, moja decyzja, a nie bytu wymyślonego. I jak będę w wielkiej potrzebie, takiej największej, to niech bogowie olimpijscy mają mnie w opiece, błagam, żebym nie trafiła na katolickiego popaprańca, który lubi patrzeć, zboczuch jeden, na ludzkie cierpienie. I niech mi nikt nie wyjeżdża z tekstem, że nie wiem, co mówię. Doskonale wiem, proszę mnie nie traktować jak dziecka, jak kogoś, kto nie może podejmować decyzji. Właśnie tę jedną decyzję, nie tylko mogę, ale mam niezbywalne prawo, żeby podjąć, I tego chcę, bo wiem, czego oczekuję.

Na przełomie marca i kwietnia 2005 r., w odstępie kilku dni zmarły dwie osoby. Jedną z nich była Terri Schiavo, drugą Jan Paweł II. W przypadku papieża, który odmówił leczenia, mówiono o godnej śmierci, przytaczano ze wzruszeniem i szacunkiem jego ostatnie słowa („Pozwólcie mi iść do domu Ojca”), będące, być może, prośbą skierowaną do lekarzy. W przypadku śmierci Terri dość często padały oskarżenia o morderstwo dokonane w świetle prawa. Dwa lata po jej śmierci, nawet już po ogłoszeniu wyników sekcji zwłok, które powinny chyba pomóc w zakończeniu całej dyskusji, w specjalistycznym polskim serwisie internetowym („Medycyna Praktyczna” 2007/1) ukazał się tekst dr. Andrzeja Musiała, który kończył się następująco:

Nie można jednoznacznie stwierdzić, że stan wegetatywny Terri Schiavo był całkowicie nieodwracalny; zdarzały się bowiem wybudzenia z takiego stanu, opisane w medycynie przynajmniej w kilku przypadkach. Powyższe wnioski powinny być uwzględnione w dalszej dyskusji nad ewentualną kwestią zalegalizowania eutanazji w Polsce. Z przeprowadzonej analizy casusu Terri Schiavo widać, że wiele argumentów, które przytacza się szczególnie w prasie i telewizji, a które miałyby usprawiedliwić eutanazję jako <<godną i dobrą>> śmierć, nie ma uzasadnienia w rzeczywistości, ale jedynie służy do przeforsowania subiektywnych zamierzeń i przekonań.

Nie mam pojęcia, jak Terri miała się wybudzić, skoro jej mózg nie pracował (sekcja ujawniła, że ważył jedynie połowę średniej masy tego narządu, jednakże nie to w wypowiedzi lekarza jest najważniejsze. Znacznie istotniejsze jest autorytatywne stwierdzenie, co należy uważać za właściwe, dobre i etyczne. Gdy przyjrzymy się dokładniej okolicznościom śmierci Amerykanki i Polaka dość szybko zauważymy, że współczesna dyskusja o eutanazji często opiera się właśnie na autorytatywnych stwierdzeniach , których podstawą jest dyskurs stricte religijny. Oczywiście trudno porównywać dwa przypadki śmierci, bo w jednym przypadku mieliśmy do czynienia z bezspornym wyrażeniem woli, w drugim zaś tylko z zapewnieniami męża o woli samej Terri, jednak nasuwa się pytanie: dlaczego w jednym przypadku mówimy o godności, wyborze i poddaniu się woli boskiej, w drugim zaś – o zanegowaniu tejże woli, o nadużywaniu prawa itp. Oczywiście, w tym miejscu katoliczka, czy katolik powiedzieliby mi, cytując chociażby wypowiedź prof. PAT dr hab. Tadeusza Biesagi SDB, wykładowcy w Katedrze Bioetyki Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, że („Medycyna Praktyczna” 2005/11):

O ile to możliwe, należy wyraźnie odróżniać uśmiercanie z litości (czyli eutanazję) od rezygnacji z uporczywej terapii. Przeciwstawienie się eutanazji nie jest zatem opowiedzeniem się za stosowaniem nadzwyczajnych, nieproporcjonalnych środków terapeutycznych, za podjęciem uporczywej, bezowocnej terapii.

Czuję swąd relatywizmu, tak ochoczo potępianego przez katolickich hierarchów. Jeśli dobrze rozumiem różnicę w świetle etyki chrześcijańskiej, to w przypadku śmiertelnej choroby Karola Wojtyły mieliśmy do czynienia z rezygnacją z uporczywej terapii, zaś w przypadku Terri – odłączenie sztucznego odżywiania było eutanazją. Papież nie dostał kolejnej kroplówki – jednocześnie wszyscy z jego otoczenia, zebrani wokół łóżka, nie przeżywali żadnego konfliktu teologicznego i etycznego – zaś rozhisteryzowani dziennikarze mogli ze łzami w oczach mówić o jego godności i człowieczeństwie. Terri, która nie mogła się wypowiedzieć sama, umierała przez wiele lat, odłączana i podłączana na powrót do aparatury (trzykrotnie), a świat wokół niej dyskutował, czy to jest godne, słuszne i sprawiedliwe, bo życie jest święte, bo zabijać nie wolno, bo cierpienie uszlachetnia…

Większość komentatorek i komentatorów lojalki zwanej „Deklaracją wiary w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej” odnosi się do rozrodczości, ale to już i tak mamy załatwione (że się tak wyrażę: „na amen”)  ustawą antyaborcyjną, w związku z czym… nie dziwi nic, ale ja mam ochotę pokopać dalej i zastanowić się, co będzie, gdyby słowa z deklaracji brać serio i dosłownie. No, bo co zrobić, gdy czytamy coś takiego, mnie ogarnia bojaźń i drżenie:

„UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne: – ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca, – moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga” oraz „ UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim – aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji”.

Ciało jest nietykalne? A jak religijny potrzepaniec zrozumie to dosłownie? I na przykład stwierdzi, że nie może usunąć mi wyrostka, bo ciało jest nietykalne, a on podpisał deklarację? A jeśli uzna, że Jezus chce, żeby mnie bolało, bo mam nieść swój krzyż, a cierpienie uszlachetnia? A co jeśli stwierdzi, że Twój Pan wzywa Cię, dziecko, zaś świat jest taki okrutny, zły i skażony cywilizacją śmierci, że czas, abyś dołączyła do grona aniołków? A jeśli ktoś uzna, że nie jestem chora, a opętana? Skoro prawo boskie jest nad prawem ludzkim, to można wcisnąć dowolny kit i próbować ze mnie demony wyganiać, a ze mną będzie łatwo, ponieważ niejeden i niejedna słyszeli, jak mój wicedyrektor instytutu mówił nieraz (w zasadzie zawsze to powtarza), że we mnie siedzi LEGIJON szatanów? A poza tym, jakie prawo boskie? To ze Starego Testamentu? Mam przytoczyć co lepsze kawałki? Te najbardziej okrutne i te najbardziej wyuzdane? Będzie jakaś katastrofa, a żaden lekarz nie pojedzie, bo uzna, że Bóg spuścił karę na grzeszników, jak niegdyś na Sodomę? Państwo powiedzą teraz, że przesadzam? Może, ale jak wiemy są dwie rzeczy nieskończone: wszechświat i głupota ludzka. A tak na marginesie, to zdanie udowadnia istnienie strasznej, wszechogarniającej głupoty, bo wszechświat chyba jest skończony, nieprawdaż?

Ponadto, chyba powinniśmy od dziś wiedzieć, komu fundujemy z naszych podatków studia medyczne, bo chyba nie chcemy kształcić szamanów? Proszę sobie wyobrazić, że teraz, po tej deklaracji każdy może zacząć bredzić, że sumienie mu zabrania. Na filologiach nie będziemy czytać Witkacego, albo Bataille’a, na niektórych kierunkach zaczniemy wykładać kreacjonizm, strażak wierzący w świętość ognia będzie podlewał płonący dom benzyną i podkładał papierki, jak w opowiadaniach pożarowych Grabińskiego, wegetariański sprzedawca w mięsnym odmówi obsługiwania klientów, aż na mięsie zalęgną mu się muchy… No, wiemy przecież, że tak nie będzie. Strażaka odda się do wariatkowa, sprzedawcę się wywali, filologów się upomni, a co z lekarzami? Kto im powie, że nie wolno? W zaciszu gabinetów zrobić mogą wszystko co zechcą. Amen i tak im dopomóż Bóg.

http://pismozadra.pl/felietony/dziesiaty/740-lekarze-w-koscielnych-okopach

zdjęcie ze strony: http://www.nautilus.org.pl/?p=artykul&id=2205

Published in: on 05/29/2014 at 19:41  17 Komentarzy  

Pawian w drodze czyli wybory

Myślałam, że nie będę o tym pisać, ale się nie udało. Poniosło…

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/739-wyobraznia-wyborcow-klauna

Przepraszam, ale wczesniej coś nie działało, teraz powinno działać.

Published in: on 05/27/2014 at 09:52  7 Komentarzy  

Pawian obrazkowy czyli Mary and Mary

A, przypomniało mi się, że miałam pokazać:

http://pawianprzydrozny.tumblr.com/

Published in: on 05/26/2014 at 14:11  2 Komentarze  

Podrzucanie świni czyli (z)boczki

138090_winki-woda-nurkowanie

 

http://natemat.pl/103093,akcja-boczek-dzialacze-polskiej-ligi-obrony-wysylaja-muzulmanom-mieso-bo-podobno-trafia-przez-to-do-piekla

To żart? Internetowa głupia wiadomość, która już po trzydziestu sekundach od opublikowania ma sto tysięcy lajków, a na dodatek wszyscy wierzą, że jest prawdziwa i jeszcze znają osoby, które kupują dwadzieścia kilogramów boczku, tną precyzyjnie nożami ze stali szwedzkiej na piękne plasterki, potem pachnąc wędzonką, idą na pocztę, gdzie kupują koperty bąbelkowe, a potem, zamiast wstawiać gary z grochówką albo żurem, wysyłają mięsko z przerostami tłuszczyku do wyznawców islamu. Przecież to jak scenariusz do skeczu. Już widzę oczyma wyobraźni Erica Idle, który przebrany za gospodynię domową z londyńskiego przedmieścia, wyraża swój niesmak, że marnotrawstwo boczku sięgnęło zenitu i dokąd, ach, dokąd zmierza dzisiejszy świat. Po czym wrzuca za płot misji katolickiej ładnie opakowany durszlak z porcją makaronu. Następnie zmierza opłotkami w stronę jakiegoś centrum hinduistycznego, żeby walnąć w okno niewiernych wołową nogą.

Najgorsze, że mieszkam w kraju, gdzie zdarza mi się uwierzyć w sześć niemożliwych rzeczy już przed śniadaniem, a nigdy nie ćwiczyłam tej umiejętności. Jeśli ktoś kupuje boczek po to, żeby muzułmanin poszedł do piekła, to z pewnością jest doskonałym kandydatem do Nagrody Darwina. Za daleko idę? Ależ skąd. Jeśli ktoś jest w stanie bawić się jedzeniem tylko po to, żeby komuś hipotetycznie dokopać, jest możliwe, że wskoczy do studni, żeby ratować kurę i się utopi (to chyba moja ulubiona historia związana z Nagrodą Darwina). Nie, nie będzie ratować kury – przecież nie można jej nikomu podrzucić. Zaraz, zaraz, nie tak szybko – są jeszcze wegetarianie, których można straszyć martwym drobiem, a wegan dodatkowo obrzucać jajkami. Bez wątpienia wszyscy pójdą do piekła. Sartre napisał, że piekło to inni. Z pewnością – ci inni, którzy zamiast kupić psią karmę i iść z nią do schroniska wolą wysyłać wieprzowinę innowiercom. Zamiast kupić kredki i książki, a potem iść z nimi do domu dziecka albo hospicjum, lecą z ogniem w oczach do mięsnego, żeby dokopać wyznawcom islamu. Podpowiadam, że to nie jedyna religia, w której świnina jest uznana za pożywienie nieczyste. Dodam, bardzo przewrotnie, że można kupić jakąkolwiek żywność i w dzień ścisłego postu rzucać nią w plebanie, albo wkładać na ołtarze.

Zastanawiam się nad uczuciem, które towarzyszy mi każdego ranka, tuż przed przeglądem prasy. Czy to drżenie i bojaźń czy też histeryczny chichot? Ciągle zastanawiam się, co wygra w moim prywatnym rankingu idiotyzmów. Może to, że kandydat na europosła mówi, iż kobiety lubią stawiać opór, a tym samym być gwałcone? Ależ skąd – już przecież wcześniej objawił nam wszystkim najzabawniejszą z jego życiowych prawd, iż żony przyjmują poglądy polityczne męża w czasie stosunku seksualnego. A, co jeśli ów stosunek uprawia się w prezerwatywie? Jak wówczas „przeciekają” te poglądy polityczne? A co z żonami marynarzy, które mają niestabilnie poglądy polityczne przez nieuregulowane życie erotyczne? O opcji męża i kochanka nie wspomnę, bo w świecie pana od tych mądrości takie zbereźności nie występują. Chyba już pojadę po bandzie, gdy zapytam: a w trakcie stosunku analnego też następuje przejęcie poglądów politycznych? Naukowcy – toż to zagadnienie na miarę Nobla. Gdzie występują dokładnie i jaki skład chemiczny mają te poglądy polityczne przekazywane w tak hmmm… dowcipny sposób?

A potem się budzę kolejnego dnia i ktoś rzuca wieprzem w muzułmanów, a ja mam znów głupie pytanie: a dlaczego boczkiem? A kiełbasą nie można? Krakowska sucha działa mniej piekielnie niż wędzonka? A może taki wyznawca islamu, jak dotknie kiełbasy, to może sobie myśleć, że jest cielęca, albo drobiowa i z ogni piekielnych nici? A właśnie jak weźmie już boczek do łapy, to jego zapach nie pozwoli mu zapomnieć o chwili hańby religijnej? A czy wysyłającym boczek nie przychodzi do głowy, że taka przesyłka (szczególnie po kilku dniach – tak, nie bardzo wierzę w Pocztę Polską) już z daleka przypomina opary z okolic Ypres? I żaden szanujący się człowiek, ateista czy wyznawca czegokolwiek, czegoś takiego nie otworzy?

Zazwyczaj mam bardzo rozbudowane fabularnie sny – raz z Deanem Martinem odzyskiwałam mojego psa z rąk terrorystów, a po tej mrożącej krew w żyłach akcji myliśmy wannę w domu moich rodziców, raz z toporkiem w ręku znalazłam recenzję mojej książki w piwnicy, bo była w kuferku Roberta Redforda, a raz z Forrestem Whitakerem jeździłam na łyżwach po krakowskim rynku – jednak zastanawiam się, po co mi one? A może właśnie tak odjechane sny mają mnie nauczyć życia w Polsce, gdzie poziom absurdu sięga Himalajów? Może w ten sposób mój organizm się broni przed rzeczywistością? Życie snem Calderona de la Barca dzieje się w Polsce. Jestem jak Zygmunt – śnię, budzę się, znów zasypiam, ale nigdy nie wiem, co jest złudzeniem, co rzeczywistością. Może i dobrze? Inaczej bym nie wytrzymała. Dobranoc Państwu…

Published in: on 05/24/2014 at 09:04  Comments (1)  

Rozważania z ulicy Ligonia czyli coś mi zakwitło pod kopułą

MODE-MINI JUPE-1966

 

Miliony Polaków, którzy nie zawsze mogą wylegitymować się regularną metryką ślubu, chodzą w gaciach po mieszkaniach, w których to mieszkaniach, powtarzam, czasem wisi popiersie Szopena, oraz młodzież.

(Konstanty Ildefons Gałczyński)

Coś mi przyszło do głowy, nie wiem czy mam rację, nie wiem czy ta koncepcja się składa, bo trzeba nad nią myśleć i dodawać argumenty, ale wydaje mi się na tyle inspirująca, że natychmiast się nią dzielę. Ja różne rzeczy wymyślam w drodze „do” i „z” pracy. Jak idę do siebie, to mam siedem minut, jak idę do korporacji papierniczej – mam dwadzieścia. Dlatego kiedyś wpadnę pod tramwaj, ale w sumie, nie o tym chciałam…

Wszystkie linki, do których się odwołuję są w odpowiedniej kolejności pod tekstem.

Wczoraj przeczytałam „Dziennik feministy” – opowieść o tym, jak trudno jest, a w zasadzie nie można zwalczyć stereotypów i uprzedzeń. Mężczyzna próbował przekonać, wytłumaczyć grupie innych mężczyzn, takim mieszkającym na wsi, że nie wolno posługiwać się sformułowaniami seksistowskimi, bo one powodują uprzedmiotowienie kobiety. Dodam, że ten tekst mi się podoba, ale… No, właśnie, zawsze jest „ale”. Ludzie z małych, konserwatywnych społeczności nie słuchają obcych. Tacy „obcy” – nie niosą ze sobą żadnego przekazu pozytywnego. W takich społecznościach nie można mówić o „inności” czy o występowaniu różnicy. Tam, wszystko co nie jest normą – jest obce, a tym samym złe. Dlatego właśnie ci młodzi mężczyźni nie będą, nie tylko słuchać, ale nawet słyszeć mieszczucha, który opowiada im coś, co jest obce dla ich doświadczenia, dla ich myślenia, dla ich sposobu postrzegania świata. Żeby ich zmienić trzeba czegoś więcej niż zwykła rozmowa, niż próba przekonania, przedstawienie (nawet bardzo atrakcyjne w formie) własnych poglądów, których nie są w stanie uznać za swoje. Przedstawioną sytuację można „zastosować” jako sposób interpretacji postępowania sporej części społeczeństwa polskiego, o czym świadczyć może sytuacja z Conchitą Wurst. Zawrzało. Kiczowaty festiwal, który zazwyczaj nie interesuje psa z kulawą nogą stał się na tydzień (a może i dłużej) najgorętszym tematem w naszym kraju. Chłop w sukience, baba z brodą.

Nikt zdaje się nie pamiętać filmu „Pół żartem, pół serio”, albo teledysku grupy „Queen”, w którym Freddie Mercury, ze swym obfitym zarostem, popylał w różowej obcisłej bluzeczce, miniówce i tapirowanej peruce. Conchita nie jest Mercurym, ale nikt tego chyba się nie spodziewał. A jeśli się spodziewał, to napiszę tylko: na Eurowizji? W Polsce w ogóle nie pojawiły się sformułowania typu: kreacja sceniczna, przedstawienie, rola, show, tylko od razu z grubej rury, bo się właśnie tego dżęderowego przebierańca zobaczyło.

Zostawmy Conchitę jednak w spokoju, bo chodzi mi o zupełnie coś innego – o Marsz Szmat. A w zasadzie o to, dlaczego uważam, że nie jest to dobry pomysł. Może się mylę, może coś dobrego się z tej inicjatywy urodzi, ale na razie mnie ona nie przekonuje. Jeśli ta inicjatywa przyniesie jakiś skutek, to wlezę pod stół i odszczekiwać będę. Ponadto, zrobię to z wielką rozkoszą i ochotą, bo tak naprawdę bardzo mi zależy na tym przekazie, który obecnie (z mojego punktu widzenia) przybrał niekorzystną dla tegoż przekazu formę. Pozwólcie Państwo, że teraz będzie trochę skrótów myślowych, ale mam nadzieję, że mi to zostanie wybaczone, bo nie piszę ani „Księgi Piasku”, ani też mój felieton nie ma być Encyklopedią Orgelbrandta.

Nikogo chyba nie zdziwi to, że wizja kobiecości w Europie ukształtowała się na podstawie tekstów np. świętego Augustyna czy Tomasza z Akwinu i innych podobnych im gości. Już w jednej opowieści apokryficznej pojawiło się coś takiego, że gdy Chrystus rozmawiał z uczennicą o imieniu Salome, powiedział, że dopiero gdy kobiety przestaną rodzić (bo są nosicielkami grzechu pierworodnego) i przestaną go przenosić, dopiero wówczas człowiek zwycięży śmierć i będzie mógł powrócić do stanu, który został utracony, gdy pramatka Ewa skusiła węża. Ta właśnie wizja została wzmocniona w XIX w., z którego nasze myślenie czerpie pełnymi garściami, czasem świadomie, czasem wręcz odwrotnie – uważamy, że to, co wówczas się narodziło czy wzmocniło jest „naturalne” i „normalne”. Czasem są to nasze wyobrażenia, na przykład to, gdy się mówi o „naturalnej” wizji rodziny tradycyjnej i wskazuje się właśnie na dziewiętnaste stulecie, jako na ostoję takiego modelu.

Kobieta więc – jakby na nią nie spojrzeć – jest źródłem grzechu, bezrozumnym pożądaniem, jest naturą i przeciwstawia się ją mężczyźnie – kulturze i rozumowi. Dlatego się ją izolowało, nie dopuszczało do życia społecznego, bo powodowały nią miazmaty, żółć, seksualność – w tym na przykład będąca jej objawem histeria, a także wybuchy hormonalne. O takim myśleniu nawet dziś świadczyć może wypowiedź Hanny Wujkowskiej, która samą siebie postrzega, jako istotę z permanentnym obrzękiem mózgu („Dlaczego kobieta nie mogłaby być papieżem? Z powodów fizjologicznych. Tuż przed miesiączką dochodzi do swoistego obrzęku mózgu. Kobiety są tak przepełnione płynami fizjologicznymi, że ciężko im zachować zdrowy rozsądek. A co dopiero zarządzać czymś tak ogromnym, jak Kościół katolicki”).

Tu pojawia się kolejny problem, dlaczego mężczyźni, którzy są rozumem, rozsądkiem i kulturą – czasem ulegają gwałtownym popędom i gwałcą. Sprawa jest prosta – jak mi się zdaje – bo są kusicielki. Ich wina, za kuso, za duży dekolt, za puszyste włosy. W islamie sprawę rozwiązano dość prosto – założono babom hidżaby, żeby splotami nie kusiły, żeby biustem nie majtały. Okazuje się, że nic to nie dało, bo gwałty też tam są. Kogo należy za gwałt ukarać? No… ją, a kogo? Z pewnością się sprośnie spojrzała, albo jej kostka spod worka się wymsknęła. Oczywiście tłumaczenie w naszych warunkach, że nie chodzi o mini, ale o władzę, bo czasem gwałcone są osiemdziesięcioletnie staruszki, zbywa się wzruszeniem ramion i drwiącym prychnięciem. Ja przepraszam, że ja tak skracam, ale przede mną jeszcze kilometry wywodu, a nie chcę zanudzić Państwa na śmierć.

Skoro kobieta jest „podludziem” – bo taki poseł Górski (a to w końcu przecież wykształcony człowiek, elita) mówił, że kazałby swojej żonie rodzić dziecko pochodzące z gwałtu, a niejaki Oksiuta mu wtóruje: „Mamy tak mały przyrost naturalny spowodowany przez kulturę feminizmu, że każde dziecko, nawet z gwałtu, jest na wagę złota. Jeśli mamy 200 gwałtów dziennie to nie oznacza, że tyle kobiet zostało zapłodnionych. Zostały zgwałcone często w wyniku własnej też głupoty, a czasem na własne życzenie” oraz dodaje, że trzeba zabronić używania środków antykoncepcyjnych i wprowadzić przymusowe zapłodnienia – to przecież nie może dziwić, że na wsi, gdzie zawitał wspomniany na początku tego tekstu feminista, myśli się i mówi tak samo.

Kolejną sprawą jest to, że już za komuny mieliśmy wtłoczoną przez propagandę nienawiść do cielesności, którą kojarzono ze zgniłym zachodem, gdy przedstawiano jego „wynaturzenia” np. na berlińskiej Love Parade. Każdy przemarsz rozebranych ludzi (nienormatywnie ubranych), którzy demonstrują w najbardziej słusznej sprawie, spowoduje opinie, że to wszystko jakieś przedstawienie, które nas, zdrowych Polaków (bo przecież nie Polek) nie dotyczy. Wystarczy przeczytać nienawistne komentarze internautów pod tekstem o tym, że francuscy uczniowie, protestując przeciwko seksizmowi, przyszli do szkoły w spódniczkach. A po co tak przyszli, zboczuchy jedne? Właśnie, to ten potwór, ideologia dżęder, już w przedszkolach ich przenicowali, już przerobili – trzeba się bronić naturalnością, pokazać wartości prawdziwej rodziny, Janem Pawłem błysnąć po oczach, a także mazurkiem szopenowskim. Albo czymkolwiek, byle miało polskie geny, flagę biało-czerwoną, orła (rzecz jasna w koronie) i miało gdzieś jeszcze – najlepiej z przodu – napis „tradycja”. Wersalikami ma to być, przynajmniej stupunktowymi. Żeby świat zobaczył, żeśmy wcale nie jacy-tacy.

Oczywiście można w tym momencie stwierdzić, że skoro jest tak źle, to potrzebne są drastyczne środki, albo, że każdy sposób jest dobry, żeby taki beton rozwalić. A ja właśnie nie jestem pewna. Marsz Szmat jest odpowiedzią na słowa Michaela Sanguinettiego, oficera policji z Toronto, który powiedział, że „kobiety powinny unikać ubierania się jak puszczalskie”. Kanadyjczycy, Niemcy, Francuzi, Belgowie – nie są nami. I nie chodzi tu o jakąś wyjątkowość czy hermetyczność naszej obyczajowości, My po prostu jesteśmy na innym etapie. Mamy opóźnienia – od początku XIX wieku ominęła nas cała masa rzeczy, które dokonały się w innych społeczeństwach. Jesteśmy jakimś takim mentalnym trzecim światem, dlatego kopiowanie wzorców, których społeczeństwo nie jest w stanie zrozumieć, jest kagankiem oświaty, który zamiast świecić, to śmierdzi i kopci. Marsz Szmat w Polsce – zamiast zwrócić uwagę na to, że nie ubiór kobiety, ale gwałciciel ponosi winę za swój przestępczy czyn, utrwala wizerunek rozpasanego lewactwa, które zajmuje się głównie pokazywaniem cycków lub dup. Na dodatek – nazwa: Marsz Szmat – jest deprecjonująca i pozwala na uwagi, że właśnie „oto maszerują szmaty”, które wyglądają jak szmaty. Marsz Szmat, jako inicjatywa jest słuszna, ba… najsłuszniejsza, ale jej forma – głupio i elitarnie miejska. To tak jak z tym feministą na wsi – drwale nie będą traktować serio kogoś, kto nie zachowuje się jak oni, kto nie wywodzi się z tej samej przestrzeni, kto nie używa tego samego języka co oni.

Może się mylę i z Marszem Szmat stanie się jak z manifami. Będą gadać, gadać, a w końcu się przyzwyczają, ale czy to to chodzi – o wpisanie wydarzenia w kalendarz warszawskich imprez ulicznych? Gra toczy się o znacznie większą stawkę – o zmianę mentalności społeczeństwa. Takiego procesu nie załatwia się manifestacją uliczną w stolicy. Naprawdę. To będzie trwało, jeśli nie kilkadziesiąt, to przynajmniej kilkanaście lat. Trzeba przygotować strategię i się jej trzymać. Wprowadzać w życie z żelazną konsekwencją. Nie dawać do łapy argumentów żartownisiom, potencjalnym gwałcicielom, damskim bokserom i całej tej masie, która wie swoje, że „chłop potęgą jest i basta” (w tym wypadku nie chodzi o włościanina). Marsz Szmat w Polsce nie został i nie zostanie zrozumiany – szkoda marnować siłę i energię na coś, co do większości społeczeństwa nie ma szans dotrzeć. Z powodu tego wszystkiego, co w skrócie wymieniłam od początku tekstu. Z pustego w próżne, na prowincji, to i Salomon nie naleje. Taki mam wstępny pomysł – ale, naprawdę, to początek, to trzeba dopracować, bo to hipoteza robocza, a temat za ważny, żeby go tak zostawić w pieluchach. Dziękuję za uwagę, do zaś…

1964847_658000417619790_4386446580147163394_n

 

http://wojcicki.codziennikfeministyczny.pl/2014/05/18/dziennik-feministy-reportaz-z-zycia-czesc-i/

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15989034,100_francuskich_chlopcow_przyszlo_do_szkoly_w_spodnicach_.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta

Published in: on 05/19/2014 at 20:03  14 Komentarzy  

Zwątpienie poznawcze czyli Rozalka w piecu

Przechwytywanie

Wieśniaczka klepie len? Poklep się w pusty czerep dziennikarzyno. To jest międlenie. MIĘDLENIE, kurwa mać!

(Pawian Przydrożny)

Na okładce „Polityki” młody człowiek w birecie szorujący gary (na zmywaku w Anglii? w MacDonaldzie?). A do tego dramatyczne pytanie: Czy warto się jeszcze uczyć? A także stwierdzenie, że Polacy  zaczynają wątpić w sens nauki. Zaczynają? A kiedykolwiek widzieli jej sens? Wystarczy przeczytać fora internetowe, żeby zobaczyć, co internauci myślą o nauce, o zdobywaniu wiedzy. Napisz komuś, że się myli, że bitwa pod Grunwaldem wcale nie dotyczyła Zulusa Czaki, albo, że kura nie pisze się przez „ó”, bo wymiana na „kogut” to raczej bzdura. Co się stanie? Zwyzywają, spostponują, użyją argumentum ad Hitlerum, a na koniec dopiszą, że nieważne jak się pisze, byle wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Na kolokwium ze starych papierów objeżdżanych pojazdami z napędem na cztery koła laska ściąga, że aż miło. Patrzę na nią z politowaniem i pytam czy sądzi, że jestem idiotką? Zadaję artykuł, który fificy powinni przeczytać, a oni podkreślają na zielono lub różowo to, co im się wydaje istotne. Na moje pytanie nie potrafią odpowiedzieć. To nie ich wina, to wina systemu szkolnego, który nie nauczył ich myśleć, tylko odtwarzać i zdawać testy, wstrzelić się w klucz. Ale, ale… zaraz – czy ja byłam kształcona w innym systemie? Czyż nie uczyłam się idiotyzmów w stylu, co zrobić, gdy wybuchnie bomba atomowa (trzeba wytrzepać ubranie)? Znam też budowę pieca wielkiego pieca, potrafię zrobić łopatkę z puszki po zielonym groszku, wypalać lutownicą niezwykle gustowne wzorki w drewnie, zrobić broszkę z topionego plastiku. Nie umiem wyciągać pierwiastków, ale tu odmówiłam współpracy i zaparłam się wszystkimi czterema kopytkami, że w życiu mi to do niczego potrzebne nie będzie – i chyba miałam rację. Uczyłam się takich samych rzeczy, może trochę inaczej, bo nie uczyłam się do testów, ale na przykład musiałam znać dane o światowym wydobyciu węgla kamiennego z roczników statystycznych. Brunatnego też. Po co mi to było? Nie mam pojęcia. Wówczas też nie wiedziałam i się tego nie uczyłam. Wolałam czytać. Robiłam to sama, bo szkoła raczej mi w tym przeszkadzała. Szczególnie podstawówka – gdy w bibliotece szkolnej wręczano mi broszurki o kotkach, a ja już byłam na etapie grubaśnych powieści bez obrazków. No to zrezygnowałam z tych głupich kotków. W bibliotece miejskiej było znacznie przyjemniej. Szczególnie, że dość szybko pozwolono mi grzebać w czym chciałam i gdzie chciałam. Moja mama uważała, że literatura krzywdy nikomu nie zrobi. A na dodatek, że jak chcę, to dwóję mogę dostać. I dostawałam. Niejedną. Stało się coś?

System szkolnictwa polskiego był do dupy, jest do dupy i będzie do dupy. Jasne? Nie ma co biadolić i ciągle tego odkrywać na nowo, bo wyważa się otwarte drzwi. Dlaczego będzie do dupy? Bo np. w szkole średniej jest jedna godzina historii i dwie godziny religii. Bo geografia w klasach sprofilowanych nie występuje powyżej klasy drugiej. Biologia chyba też. Bo nie uczy się historii sztuki. Bo chemia i fizyka dotyczą wzorów, a nie konkretów i życia – dlatego moja koleżanka w podstawówce (miała z fizyki czwórkę) podgrzewała wodę w wannie grzałką, a potem weszła do tej wanny. I nie żyje. Myślę, że nasza fizyczka z podstawówki powinna była wtedy popełnić samobójstwo. Honorowe. Ale nie popełniła i nadal miała dobre samopoczucie i kazała nam tworzyć krzyżówki z terminami fizycznymi, co miało podobno ukazać naszą wiedzę z danego działu.

Jednostki przebiją się przez system, ale muszą mieć wsparcie. Domowe wsparcie, które nie będzie polegało na zadawaniu po wywiadówce głupich pytań typu: dlaczego masz tróję z PO? Oraz stwierdzeń: jak nie będziesz mieć dobrej średniej to niczego w życiu nie osiągniesz. Ale jak ma być wsparcie, skoro rodzice, tak samo jak ich dzieci, nie potrafią selekcjonować informacji, nie potrafią zadawać pytań, nie buntują się, nie kontestują rzeczywistości. Dzieci, tak samo jak ich rodzice nie widzą sensu nauki, poszerzania wiedzy, bo sześciu na dziesięciu obywateli polskich jest analfabetami funkcjonalnymi i dobrze im z tym. Nie czytają, oglądają w telewizji jakiś „Taniec na rurze” i „K jak kiełbasa”. Czytali Państwo ostatnio o zagłodzonym dziecku, o znachorze spod Nowego Sącza? To są ludzie, którzy wątpią w sens nauki. To są ludzie, którzy wierzą we wszystkie duperelne teorie, bo nie myślą. Szkoda, że nie uśmiercają siebie samych, tylko własne potomstwo. Jak biedna matka Antka, która wsadziła Rozalkę na parę zdrowasiek do piekarnika. Tylko że ona NAPRAWDĘ nie mogła wiedzieć. A oni mogą, ale wątpią. No cóż, trudno. Ich wybór, ich więzienie. Za głupotę się płaci.

W sumie, zawsze tak było. Nie wszyscy musieli kończyć zarządzanie i marketing, albo coś równie urokliwego. Niektórzy zostawali szewcami, doskonałymi szewcami, albo ogrodnikami. Do dziś pamiętam pana Dudzińskiego, który pozwalał mi grzebać na swoich grządkach i opowiadał różne rzeczy. Nauczyłam się od niego więcej niż od mojego nauczyciela biologii w podstawówce, który podobno skończył studia. A najwięcej w dzieciństwie to nauczyła mnie babcia, która skończyła cztery klasy szkoły powszechnej, ale  całe życie czytała. Nawet w trakcie robienia najlepszych klusek śląskich. Jednego mnie tylko nie nauczyła: jak czytać w trakcie prac kuchennych, żeby nie mieć upierdolonych, jak stół u Durczoka, książek.

Wiedzę może zdobywać różnie, ale tego trzeba chcieć. Trzeba mieć pasję i tę magiczną iskrę, która nas prowadzi do obranego celu. Pretensjonalne? Może (jestem pozytywistką i czasem lecę taką frazą Orzeszkowej). Ale właśnie tak jest. Przeciętni i znudzeni niczego nie osiągną. Filolożątko, które na trzecim roku czyta pięćdziesiąt stron powieści na godzinę na zawsze pozostanie gdzieś w trzeciej lidze. Kandydat na filologa, który na trzecim roku po raz pierwszy czyta w całości „Lalkę”, a nie przeczytał „Anny Kareniny” i „Odysei” jest właśnie na okładce „Polityki”. Jest kiepski, przeciętny – wiedzy do głowy nie wtłacza się łopatą, trzeba chcieć. Chcieć ciągle więcej. Zadaję artykuł, chcę o nim porozmawiać. Tak się umówiliśmy – a raczej myślałam, że tak było. Moja grupa wolała streszczać, a i to z trudem. Słaby uniwersytet? A skąd! Po prostu przeciętniacy, którzy nie nauczyli się przez trzy lata, że trzeba nauczyć się czytać i kojarzyć fakty. Przyzwyczaili się do odtwarzania i dobrze im z tym. To nie ich wina, ale tylko do pewnego momentu – jak dokonali już wyboru, wyboru najważniejszego: czy zostanę prawnikiem czy filologiem, to trza zakasać rękawy i korzystać z tego, co mnie otacza. Wykorzystywać tych, którzy mogą mi coś dać, omijać tych, którzy mi szkodzą. I zanurzyć się w tym wszystkim, co jest moim życiem. Z uszkami i ogonkiem. Stać się najlepszym z najlepszych. Nie zadowalać się małym. Chociaż, jak się chce iść na dziennikarza, to można być słabiutkim. Tu nie wiem, jak się odnosi sukces, ale widać, że niewiele trzeba, żeby publikować, zadawać pytania, rozmawiać z innymi. Może chodzi po prostu o to, że jaki poziom społeczeństwa, takie gazety? To się publikuje, czego to społeczeństwo oczekuje? Tak mi się jakoś skojarzyło po ostatnim sporze sporothrix z Gazetą Wyborczą. I ma nas dziwić, że Polacy wątpią w sens wykształcenia? Jak najbardziej opiniotwórczy dziennik w dziale naukowym pisze jakieś dyrdymały? A czytelnicy łykają to jak gęsi kluski? No, więc jest jakieś wyjście – przeciętni i słabi zostaną dziennikarzami. Albo nauczycielami informatyki w szkołach – tak, jestem złośliwa. Taki Paweł Walewski z „Polityki” to najpierw skończył medycynę, a potem został dziennikarzem. Bogdan Tomaszewski uczęszczał do Szkoły Głównej Handlowej, Janina Paradowska –  skończyła polonistykę. A teraz? Młodzi pisać nie umieją, czytać nie bardzo, bo kończą studia zawodowe, a nie odróżniają gotyku od szprotki w oleju.

Wiedzy się nie dostaje, ją się zdobywa – jeśli ktoś myśli inaczej, to skończy na zmywaku. I nawet nie będzie dobrym pomywaczem. Będzie tylko frustratem, któremu się w życiu nie udało i to na własne życzenie. Bo myślał, że coś dostanie na tacy. Że nagle obudzi się rano i będzie wiedzieć. Otóż – nie będzie. Po pierwsze dlatego, że wątpi w sens nauki i wykształcenia, a po drugie dlatego, że zamiast się uczyć, desperował, że nie dostał szansy. A teraz możecie mnie Państwo ukrzyżować, ale zdania nie zmienię. Wiedzę zdobywa się samemu. To pot, krew i łzy. A jak się komuś nie podoba, może spróbować inaczej. Proszę bardzo – jak się znajdzie taki sposób, to chętnie posłucham, ale robić będę po swojemu. Stara już jestem, a starzy są uparci.

Wpadłam w patetyczny ton, ano wpadłam. Nie umiem znaleźć innego języka, przynajmniej dziś. Pamiętam, jak moja koleżanka z roku zadała mi pytanie: z czego się uczysz do egzaminu z powszechnej? Nie zrozumiałam pytania, bo po prostu czytałam, a ona chciała znaleźć jakieś kompendium, które jej pomoże ogarnąć coś, czego nie rozumiała i była wobec tego bezradna. W fachu nie pracuje – i dobrze.

A na koniec jeszcze historyjka. Właśnie dzwoni do mnie Delfinek Ochrydzki. W zeszłym roku prowadziłyśmy razem przedmiot – ogólna teoria niczego po polsku dla cudzoziemców. Było zaliczenie – wymyśliłyśmy sobie zabawny, dla nas i dla studentów, sposób zakończenia przedmiotu. Przygotowałyśmy materiały. Ja swoje wyrzuciłam po zrealizowaniu, bo „nic dwa razy się nie zdarza”, a nagle okazało się, że dwie osoby, które prowadzą to w tym roku, chcą ten nasz autorski pomysł. Bo im się nie chce przygotowywać własnego. I szlag mnie trafił. Nawet, gdybym nie wyrzuciła, to bym nie dała. A zrób se. Nie dlatego, że jestem wredna, tylko dlatego, że jesteś młoda i musisz się nauczyć, jak to trzeba robić. A ty chcesz, żeby ci spadło z nieba? Mogę ci powiedzieć, jak trzeba to zrobić, mogę cię nauczyć, bo mam pierdyliardy lat doświadczenia. Ale nic ci nie dam. Bo się przyzwyczaisz, że wszystko można zdobyć bez wysiłku. A jak się przyzwyczaisz do tej myśli, to przestaniesz szanować. I tu jest Hund begraben. Coś co się dostaje za friko (nie chodzi o kasę) nie jest przedmiotem pożądania. A teraz można wątpić sobie w sens wykształcenia. Albo przeczytać coś miłego, zabawnego, mądrego.

I proszę nie pisać do gazet dramatycznych listów, jaki wykładowca jest świnia, bo chciał bibliografii. Jakbyś czytał, jeden z drugim, to byś wiedział. Biedactwa niedouczone. Idźcie se len poklepać, albo własną dupę lub pusty łeb.

19962_s

Published in: on 05/18/2014 at 11:07  12 Komentarzy  

Pawian gdzieś indziej czyli neandertalczycy

Dziś znów na pismozadra.pl

 

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/737-prawdziwi-mezczyzni-czyli-za-leb-ja

 

Kiełbasa vs. maselnica czyli „świat pięknych motyli prawie zaniknął”

Zrzut-ekranu-2014-05-08-o-23.48.57

Otóż ten świat pięknych motyli prawie zaniknął, ponieważ zdecydowana większość dziewcząt i kobiet nosi dziś spodnie! Taka jest moda, ale dla wielu z nich jest to kobiece samobójstwo, jeśli nie mają takiej figury, żeby nosić spodnie (z wyjątkiem szczupłych nastolatek). W każdym zaś wypadku nie ma już pięknego motyla. Niestety, większość kobiet zupełnie sobie nie zdaje sprawy z tego, jakie są konsekwencje noszenia spodni, właśnie dla ich kobiecości […] Dlatego dziś ta męskość kierowana wielkim respektem dla pań zwraca się z prośbą, a nawet apelem: śliczne panie, porzućcie genderową modę (Piotr Jaroszyński, „Nasz Dziennik”)

Zdarza mi się jeździć busem z Katowic do Olkusza. Tanio i szybko, ale nieprzyjemnie, bo większość kierowców katuje (no właśnie, to jest ciekawa kwestia – czy na pewno katuje) podróżnych weselną muzyczką. Jak słyszę „czerwone i bure, chodź ze mną na górę”, mam ochotę gryźć i ciąć żyletką. Ostatnio mam kumpla prawnika, który wyczulił mnie na kwestię gróźb karalnych oraz procesów o napaść z użyciem narzędzi czy jak się to nazywa, dlatego na trasę do Olkusza biorę słuchawki i próbuję się odizolować od rzeczywistości czymś mocno grzmiącym: Händel, niektóre utwory Beethovena, meksykańscy gitarzyści albo ukraińsko-amerykański punk-rock. Nie muszę, po prostu nie muszę słuchać tego, co puszcza kierowca busa. Innym odpowiada – super. Mazel tow i namasté. Dlatego, z niesamowitym zdziwieniem obserwuję to, co się dzieje wokół festiwalu Eurowizji. Mam wrażenie, że duża część moich znajomych zajęła się interpretacją tego wydarzenia… ekhem… kulturalnego. Ludzie, przepraszam, ale wy naprawdę tego słuchacie? Nie, nie… nie mam nic przeciwko temu, bawcie się wspaniale. Mam nadzieję, że każdego dnia od rana słuchacie Aleksandra Rybakowa, Domenico Modungo i innych zwycięzców tego festiwalu. Wasz gust – wasza sprawa. Lubicie ten rodzaj muzyki, to super, ale proszę mnie nie zapraszać na imprezy, bo będę marudna, upierdliwa, sarkastyczna i ironiczna, a nawet zostanę zmuszona (przez taką niekomfortową muzycznie sytuację) do upicia się na smutno lub „na groźnie”. A przecież tego nie chcemy, nieprawdaż? Przecież wszyscy lubicie mnie, ba, wręcz kochacie, wesolutką i rozkoszną jak prosię w deszcz. No… I tego będziemy się trzymać.

Kilka miesięcy temu usłyszałam piosenkę „My Słowianie”. Obejrzałam teledysk. Nie mogłam zgodzić się z interpretacją promotora zespołu, iż jest to twórcze zmierzenie się ze stereotypami. Dlaczego? Otóż dlatego, że piosenka reprezentuje niesamowicie niski poziom, a ponadto jest seksistowskim „szczuciem cycem”. Komuś się podoba? Super, niech ją nieustannie nuci pod nosem przy wypróżnianiu kociej kuwety i szorowaniu klozetu. Dużo słów do zapamiętania nie ma. Linia melodyczna też mi się zdaje prostą jako konstrukcja cepa. Memy nawiązujące do tego utworu, a mające na celu wyśmiewanie urody prawicowych liderek, uważam za równie toporne i siermiężne jak i samo wątpliwej jakości dzieło Donatana.

Czy jest w ogóle o czym rozmawiać? Nie, bo kultura jarmarczna zawsze posługiwała się skojarzeniami z „dupą Maryni” – nie nobilitujmy pioseneczki z kręgu weselnego naszym oburzeniem i analizą poziomu seksizmu. Przeminie ona jak sen świni wspartej ryjem o koryto. A wielbiciele tego gatunku muzycznego nie zauważą ani przedmiotowej roli kobiety, ani seksizmu, bez względu na to ile tekstów napiszemy, ile komentarzy pojawi się na profilu „Codziennika Feministycznego”. Myślę, że – nawet przekornie – duża część słuchaczy i oglądaczy tego klipu będzie go nobilitować, bo ma dość naszych argumentów, argumentów, których nie rozumie, które są im obce, a nawet absolutnie nie do pojęcia.

Ja nie słucham, a skoro nie słucham i nudzi mnie to, po co mam tracić czas na analizę czegoś, co jest proste, wręcz prostackie. Tycjana nie wynajmuje się do pomalowania szopy w ogródku.

Jedyne, co rąbnęło mnie w całej sprawie, to komentarz (niegramatyczny) zamieszczony w „Wyborczej”. Niestety, Internet jest wieczny, tak samo jak diamenty: „Polska w finale Eurowizji. Mamy gdzieś, czy był seksistowski” (pisownia oryginalna). Och, jakież zabawne, że gazeta o największym w naszym kraju nakładzie ma gdzieś seksizm. Możecie to usunąć, ale, niestety, ja już przeczytałam. I już wiem, że macie w dupie to, jak mnie jakiś facet poklepuje protekcjonalnie. Macie w dupie to, że ktoś mi powie, że mam PMS i dlatego jestem wściekła. Macie w dupie, że zarabiam mniej od tych z fallusami. I macie w dupie całą masę innych rzeczy. Też mam was w dupie. Kupować nie będę. Wycofuję się z wszelkich płatności dla was. Pewnie nie zbiedniejecie, ale pamiętajcie, że jeden zadowolony klient, to przyciągnięcie kilku innych. Jeden niezadowolony klient, to odciągnięcie kilkunastu. A wy właśnie znaleźliście się na poziomie jakiegoś bubla, żeby nie powiedzieć Bubla… Fajnie, co? Pomyślcie, że wywalenie tegoż dziennikarzyny nic nie da, bo macie takich więcej. Codziennie się to widzi. Dbajcie nadal tak o poziom. Skoro tego właśnie chcecie… Mazel tow i  namasté.

Ale jedźmy dalej. Conchita Wurst. Och, to już jest zabawa. Thomas Neuwirth stworzył sobie koncepcję sceniczną w osobie Conchity, a świat podzielił się na jego / jej zwolenników i przeciwników, którzy, gdyby mogli, a nie siedzieli przed monitorami komputerów, obrzucaliby się precelkami i oblewali wrzącym latte. Wysłuchałam piosenki – nie moje klimaty, za bardzo przypomina te do „Bonda”, ale nimi nie jest. Komuś się podoba? Super. Komuś się nie podoba – niech nie słucha. To tylko piosenka.

Jednak sprawa z Conchitą nasunęła mi na myśl coś innego – coś, o znacznie szerszym zakresie. Coś, co może niepokoić, a nawet przerażać. Zacznijmy jednak od początku – jakiś czas temu przeczytałam o małym chłopcu z niemieckiego miasteczka, który nie lubi spodenek i chodzi w spódnicach. Jego tata, uznając, że szczęście własnego dziecka jest najważniejsze, też zakłada spódnice. Żeby dziecko nie czuło się wyalienowane i napiętnowane. Żebyście Państwo zobaczyli te komentarze – od zwykłego rzucania błotem „zboczeniec”, aż do postulatów o zabranie dziecka od takich zwyrodnialców i przekazanie go do „normalnej” rodziny. Bo, jak napisał w „Naszym Dzienniku” Piotr Jaroszyński, chociaż wypowiadał się w innej sprawie: „Chłopiec to chłopiec, więc ma być ubrany jak chłopiec, czyli ma nosić spodnie”. No serio? Musi? Nawet w Malezji? W Szkocji? Bo z naszej, europocentrycznej perspektywy, bardzo ograniczonej, wydaje nam się, że noszenie spodni jest oznaką męskości? Panie kochany, jeszcze niecałe sto lat temu dzieciaki latały wszystkie w kieckach (zdjęcia rodziny św. Jana Pawła II na dole) – bo tak było wygodniej, a nikt nie przejmował się ustaleniami, jakże rygorystycznymi, dotyczącymi kolorów: różowego i niebieskiego. Pamiętam też portret Władysława IV (miał pewnie ze trzy lata i nie był urodziwym dzieckiem), na którym przyszły król przedstawiony był w mocno zdobionej sukienusi. O jejku… ależ gender.  Ubranka dla dzieci jeszcze trzy dziesięciolecia temu były w przyjemnym kapciowym kolorze, bo brudu widać nie było. Na początku XX wieku nikt się nie przejmował dziecięcymi ciuchami, bo: a. dzieci umierały często i szybko, a pragmatyzm i oszczędność w tamtych czasach były równe naszemu konsumpcjonizmowi i rozpasaniu; b. wszyscy mieli w dupie to, w czym chodzi dzieciak, który równie dobrze mógł obsikiwać sukienkę po starszej siostrze, kaszmirowy kocyk, płócienną szmatę albo ziemię, jeśli chodził z gołym tyłkiem.

Wspomniany wcześniej Piotr Jaroszyński wydaje się zniesmaczony kobietami chodzącymi w spodniach. Jako arbiter elegentiarum wypowiada się autorytatywnie jaki rodzaj damskiej pupy ładnie się prezentuje w nogawicach. Nie chcę być wredna, ale koleś, widziałeś swoje wąsy? Widziałeś? I ty uważasz, że masz prawo pisać o tym, kto może w czym chodzić? Zabawne.

Jak się wszystko zbierze do kupy, to wyłazi polska prowincja. Ustalanie, co jest właściwe, a co nie. Jak należy wyglądać. Jakie są normy dotyczące męskości i kobiecości (pewnie spodnie vs. opiekuńczość). I dlatego właśnie Conchita wzbudza tyle kontrowersji. Jesteśmy (w Polsce) jak w małym miasteczku w latach pięćdziesiątych. Zajmuje nas to, w czym wyszła właścicielka sklepu, że nie ma obiadu u burmistrza, bo pani burmistrzowa plotkuje w kawiarni na rynku, że ktoś nie ma dzieci, że ktoś przytył, że kotś kupił sobie wzorzysty materiał na suknię, a grubas. Stwarzamy jedyną obowiązującą wizję „normalności” i przed lustrem wmawiamy sobie, że to właśnie my jesteśmy zdrową tkanką. A każdy inny niż my: Żyd, Cygan, pedał, kobieta z brodą, chłopczyk z kokardką, lesba i ten, który nie gotuje rosołu w niedzielę, musi zostać wyrównany, przywołany do porządku, oskubany ze swej inności, albo przynajmniej z absurdalnej chęci afiszowania się nią. A tak na marginesie. Wiosną, latem i jesienią chętnie noszę spódnice, bo ładnie się wówczas prezentują moje tatuaże na nogach. Uważam, że są bardzo kobiece. A w zasadzie, to wcale tak nie uważam. Uważam jedynie, że mi się podobają, a jak ktoś uważa inaczej – niech nie patrzy. I już. Ja jakoś powstrzymuję się od uwag na temat sarmackich wąsów niektórych profesorów z „Naszego Dziennika”. No dobra, nie powstrzymałam się, ale zostałam sprowokowana. Noś se je, koleś, ale skoro przyznajesz sobie prawo do tego, to pozwól mi chodzić w spodniach, albo się tatuować. A jak będę chciała, to brodę też se zapuszczę. Nie podoba się? Trudno. Żyj długo i szczęśliwie. Mazel tow i namasté.

http://www.naszdziennik.pl/wp/76520,gender-i-moda.html

1

KAROL WOJTYLA

1024px-Emilia_and_Karol_Wojtyla_with_Edmund

Published in: on 05/11/2014 at 10:42  4 Komentarze  

Gdzieś indziej czyli w przelocie

A dziś Pawian siedzi tu:

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/734-prawico-jedz-kremowki

Pawian przeprasza, że znów się zamknął był, ale… tak wyszło.