O króliku, który przypadkiem został Rosjaninem, czyli historyjka chyba świąteczna, ale bez morału

images

Czasem człowiek ma lat pięć, czasem sześć i nic na to nie można poradzić. Tak właśnie powinna zaczynać się ta historia, ponieważ ma pewne znamiona tragedii greckiej, a dokładniej rzecz ujmując, chodzi o fatum. Fatum, które prowadzi do katastrofy, może nie jakiejś straszliwej, ale wywierającej długotrwałe skutki na dom i rodzinę. O, bogowie, jak żeście nielitościwi byli w tej chwili, gdy postawiliście na drodze pewnej dziewczynki… królika. Ale, nie uprzedzajmy wypadków, a może wskoczmy od razu w wir opowieści. Od czego zacząć? Na początku była szafa… Nie była to żadna wybitna szafa, żadna gdańska, ot PRL-owski mebel „na wysoki połysk”. Do Narni się nie przechodziło, z pewnością. Miała jedną zaletę. Gdy się ją otworzyło, można było oglądać kapelusze babci. Apaszki babci. A także rękawiczki i torebki. A wszystko to pachniało upojnie rosyjskimi perfumami „Carmen”. Dobra, dobra, bez chichotów, jasne? Przypominam: de gustibus non est disputandum. I nie drążmy już tematu, dobrze? Potraktujmy ten zapach jako metaforę dorosłości, jakiegoś świata poza opadającymi rajstopkami i zielonymi (jakże mało wytwornymi) bamboszkami z filcu. Świata kapeluszy i butów z klamerkami, ale nie dlatego, żeby je mieć, założyć i wyginać się przed lustrem jak jakiś gibbon bez zasad. Kapelusze były gwarantem świata narracji i możliwości. A właśnie to wszystko pachniało jak rosyjska „Carmen”, która tak pięknie śpiewała „L’amour est enfant de bohème /Il n’a jamais, jamais connu de loi /Si tu ne m’aimes pas, je t’aime /Si je t’aime, prends garde à toi”. Na rysunku umieszczonym na buteleczce, Carmen miała różę we włosach. A ja nie miałam pojęcia, o czym ona śpiewa, ale jedno z drugim się łączyło. Jakoś. Dlatego też dzień, w którym tata objawił, że jedzie do ZSRR był naprawdę piękny. Gdy zapytał, co chciałabym, żeby przywiózł, wiedziałam już na pewno: perfumy. Rosyjskie, piękne perfumy, którymi wszystko będzie pachnieć. Tata nie jest człowiekiem małostkowym, a – kiedy trzeba – nie jest też człowiekiem dociekliwym. Dostałam buteleczkę lawendowych perfum – moich własnych. Brakowało mi jeszcze tylko szafy z kapeluszami i byłabym gotowa na podbój świata. Na zdobywanie narracji.

Buteleczka stała na biurku, ciągle pełna, aczkolwiek co chwilę „podwąchiwana” i jawiła się jak wyrzut sumienia. Co pokropić? Co zaznaczyć, że to już? Że to ten moment, w którym świat musi dostrzec, iż rozpoczyna się moje życie. Mogło się zacząć od momentu, w którym otoczy mnie etola z lawendowego zapachu, który stanie się moim podpisem, wyrazistą sygnaturą. Oto stałabym się jednostką, która nie pachnie już, jak wszystkie inne jednostki, mydłem „Bambino” czy czymś równie prozaicznym. Ten – wcale nie słodki – zapach lawendy stałby się od tego momentu znakiem wypalonym na skórze. Na dodatek zauważyłam, że lawenda do mnie pasuje. Osiągnięto pełnię szczęścia. A może to było jednak za wiele?

W tym miejscu wkraczają bogowie, którzy, jak to zwykle oni, zaczynają mieszać. Mam dziwne wrażenie, że to była Hera – bo zawsze czułam, że łączy mnie z nią jakiś związek. Nie potrafiąc jednak znaleźć żadnego innego momentu, w którym jej wpływ byłby możliwy, sugeruję, że to właśnie wtedy.

Na tapczaniku leżał królik. Zabawka. Niewiadomego pochodzenia. Na dodatek, nie jakaś zabójczo ulubiona. Królik po prostu ładnie prezentował się między poduszkami, których pokrowce szyła i dziergała babcia. Leżał cały boży dzień, wgapiając się szklanymi oczkami w przestrzeń. Wieczorami był kładziony na stertę poduszek i zasypiał, śniąc zabawkowe sny o łące, marchwi i kopanej ziemi. O norach w sadzie, gdzieś tam, pod krzakami porzeczek, gdzie jest wolność i gdzie nie ma poduszek. Głupi królik. Chociaż może nie taki głupi, bo mam niejasne wrażenie, że wiązał się jakoś z powieścią Adamsa „Wodnikowe wzgórze”, ale to mi się nie składa, bo ta pozycja pojawiła się w serii „Współczesna proza światowa” w 1982 r. Proszę mi wybaczyć, ale to wszystko działo się naprawdę dawno temu. Rok w tę stronę, rok w inną, nie są istotne, nie tylko z pozycji uczestnika potopu szwedzkiego, ale też zmarłego na „hiszpankę”, któremu udało się przeżyć gazy pod Ypres. Czas, akurat w tej narracji, nie ma wielkiego znaczenia.

Królik leżał i się gapił. A ja siedziałam i się gapiłam na buteleczkę „o de koloń”. A potem chlupnęłam nieco na królika. Spodobało mu się. Mnie też. Następnie wylałam całą buteleczkę na królicze futerko. Od tamtej pory, w moim pokoju śmierdziało potwornie lawendą, a do królika nie dało się podejść bez maski gazowej. Otaczał go taki fetor, jakby szwadron kawalerzystów carskich całą noc spędził z baletem za kulisami teatru Bolszoj (po zastanowieniu się dochodzę do wniosku, że to nie jest trafne porównanie, ale spróbujmy sobie to wyobrazić w ten, a nie inny sposób). Nawet luster nie trzeba było tłuc. Nie było niczego, tylko zapach, a nawet nie zapach, a pospolity smród nie do wytrzymania. Królika nie dałam uprać, bo miał w sobie trociny i z pewnością by zgnił. Przestał więc biedaczek siedzieć między poduszkami, a zaczął wyglądać przez stale otwarte okno. I spędził tam kilka lat.

Dlaczego to zrobiłam? Nie mam pojęcia, w przeciwieństwie do wicehrabiego de Valmont, który widział co robi, mogłabym naprawdę, z pełną szczerością, powtarzać: „to nie moja wina”. Szykowało się na wydarzenie o charakterze inicjacyjnym, którego farsowy charakter, a może właśnie fatalistyczny, sfinalizowany został nieustającym na wiele lat odorem. Miłość do rosyjskich zapachów przeszła, jak nożem uciął, aczkolwiek wydarzenie to nie zostało w jakikolwiek powiązane z miłością do narracji (via szafa). Jedyne, co pozostało mi z tamtej chwili, to właśnie chęć zanurzenia się w tych płaszczach, kostiumach i sukienkach, w zapachu babci Marianny. Morału więc nie ma. Jest tylko, jak zawsze, obrzydliwy zwyczaj mieszania się bogów olimpijskich w sprawy maluczkich. Który przeżyłam… na własnym nosie. Może dlatego nie lubię Wielkanocy, bo gotowa jestem podejrzewać króliki o niecne zamiary? Przyznacie Państwo, że jestem usprawiedliwiona.

10669994_367164386782961_1198100597516891043_n

Published in: on 03/28/2016 at 21:20  2 komentarze  

Cyfryzacja, czyli sracja i dupacja (2)

DSCF6415

Na dworcach kradło się zawsze i będzie się kradło dalej. Inaczej nie można.

(Wszystkie cytaty: Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka)

Na dodatek, te tabelki prowokują do przestępstw. Urzędnicy sobie myślą, że kontrolują bandę nierobów przeżerających pieniądze podatników, a mnie dziś, w ciągu dziesięciu minut, przyszły do głowy dwa przekręty tabelkowe, o których się nie śniło nawet ministerstwu. Oczywiście, te przekręty są nie do zrobienia, ponieważ ja podlegam innym, jak mi się wydaje – wystarczającym – procedurom kontrolnym. Ale urzędnicy myślą, że jak oni skontrolują, to nie ma… czegoś tam we wsi.  Dodam, że przekręty są wyłącznie tabelkowe, ponieważ każdy pracownik uczelni od razu zobaczy przestępstwo (jedno małe, a drugie duże, a oba równie paskudne). Urzędnik nie zauważy, bo ma tabelki. Dodam, że są to głupie tabelki.

Jak zaznaczyłam wcześniej, to istnieje system kontroli wewnętrznej, np. w osobie szefowych / szefów jednostek, którzy podpisują delegacje oraz mają głupi zwyczaj czytania papierów, które dostają. Po drugie, co dwa (albo trzy – nie pamiętam) lata obowiązuje mnie zeznanie przed komisją, która bada czy ładnie się rozwijam, czy noszę zdrowe pierwsze śniadanie i czy mam worek ze zmiennymi kapciami. I im, naprawdę, nie mogłabym wcisnąć takiego kitu, o jakim zaraz napiszę. Po pierwsze, dlatego że bym się wstydziła spojrzeć w oczy np. mojemu dyrektorowi, a po drugie wyśmiana zostałabym tak, że aż przymiotnik „homerycki” zupełnie nie oddaje komizmu sytuacyjnego.

Mówią, że z pomyłek człowiek się uczy, jak na przykład jeden giser Adamiec z fabryki Dańka, który zamiast wody napił się kwasu solnego.

Ale, do rzeczy. Przejdźmy do mojego planu przestępstw tabelkowych. Skoro urzędnicy wierzą w swe możliwości, w minut pięć pokażę, jak mogę naciąć podatnika na kasę. A wszystko to, dzięki tym skomplikowanym rubryczkom w tabelkach tworzonych przez bandę zboczeńców. Wczoraj napisałam, że istnieje w tabelkach coś takiego jak uczestnictwo w konferencji, które nie jest czynne. Wybieram najbardziej egzotyczną konferencję, w najbardziej egzotycznym zakątku świata, gdzie mówią najbardziej egzotycznym językiem. I wyjeżdżam, jako uczestnik „nie-czynny”, a może „nieczynny” i leżę przez trzy dni na różowej plaży, piję egzotyczne drinki i podrywam delfiny. Pamiętam, że jedna posłanka polska właśnie w ten sposób pojechała na konferencję o gender. No tak, ale ona nie byłą naukowczynią, ale polityczką czyli urzędniczką państwową. Touche. I tu jest pies pogrzebion. Bo nagle zaczynam rozumieć, że oni nam w tabelki wklejają to, co robią sami. Gratuluję przekrętów za pieniądze podatników.

W ogóle dużo jest na świecie takich rzeczy, których robić nie wolno, ale można. Najważniejsze to żeby spróbować, czy zakazanej rzeczy zrobić nie można.

A teraz Państwu pokażę, dlaczego ten przekręt nie może się udać. I to nie dlatego, że urzędnicy mnie pilnują, tylko dlatego, że naukowcy są pragmatyczni. Idę z podaniem do mojego dyrektora. W podaniu stoi: kochaniutki, daj ty mnie deszcz pieniędzy na konferencję na Malediwach. To pismo leży na biureczku do dnia, aż zostaję wezwaną i słyszę: pogięło cię? Na Malediwy? Idziemy w zaparte i mówmy, że będziemy promować literaturę polską na Malediwach. Mój szef wchodzi na stronę konferencji (bo dziś wszystko jest w Internecie) i mówi, że obrady prowadzone są w farsi, pasztu oraz w malediwskim, po czym dodaje z troską, że ten ostatni, to jest dość trudny. A potem mówi: tytuł referatu proszę. Ja mu na to: Maria Konopnicka a Malediwy. Tu go zagięłam, nieprawdaż? Wtedy on zaczyna się śmiać i mówi, że mnie lubi, ale takiego numeru, to w życiu nie widział. W nagrodę powie mi, że jest początek roku i dostałam nową tablicę. Bo starej już trzy lata temu urwała się noga, ale w tym roku możemy sobie na pozwolić na taki wydatek. Od Drugiej Pani Sekretarki dostaję tablicę, dwa bloki do zaczepienia oraz kilka flamastrów. Żeby było jasne, pieniądze można dostać, ale na coś, co ma ręce i nogi oraz rację bytu. Czyli, że jak powiem, iż pragnę czytać czasopisma z 1864 r. w Warszawie, to dostaję kasę i nikt nawet okiem nie mruga, jednak mojego wyjazdu na Malediwy nie kupi nikt przy zdrowych zmysłach. Ale w tabelce jest to możliwe. W związku z tym – jak można kogoś kontrolować, skoro nie zna się warunków koniecznych i wystarczających?

To wszystko jedno, jak mawiał medyk Houbiczka, czy w zakładzie medycyny sądowej krajesz człowieka, który się powiesił, czy też takiego, który się otruł.

A teraz przekręt tabelkowy drugi. Jadę na, powiedzmy, siedem konferencji zagranicznych. Takich, no… Tu musze mieć grupę wspólników, bo oni mnie, a ja im. Czyli nasi ludzie dadzą znać waszym ludziom, zaś hasło kontaktowe brzmi: Zuzanna występuje o grant tylko jesienią. Ja organizuję jedną konferencję, która jest międzynarodową, bo zapraszam na nią krewnych i znajomych królika. Oni zaś rewanżują mi się sześcioma innymi zaproszeniami. W tym roku obskakujemy wszystkie te konferencje w udziale „nie-czynnym”, ale za to wpisujemy w tabelki jedną konferencję międzynarodową i sześć zagranicznych. Fajne, nie? W następnym roku powtarzamy całą zabawę, ale już z referatami. I w tabelki je wpisujemy, wraz z adnotacją „uczestnictwo czynne”. W następnym roku nigdzie nie jedziemy, albo jedziemy, znów w celach „nie-czynnych”, co też wpisujemy, zaś podstawową naszą działalnością tabelaryczną jest siedem artykułów. Sześć wydanych za granicą, a jeden w domu. W następnym roku jesteśmy jeszcze sprytniejsi, bo te artykuły wpisujemy jako monografię za 25 punków, a może uda nam się zostać wybitną monografią za punktów 50.

Ten przekręt też jest nie do zrobienia. Bo, w międzyczasie, jest komisja (złożona z naukowców, a nie z urzędników), którzy kiwają głowami, łypią surowo i najpierw mówią, że tak się nie robi. I w zasadzie jesteśmy spaleni. Przede wszystkim towarzysko, bo wszyscy na nas patrzą, jak mielibyśmy wielką kupę w majtkach. Po drugie, instytucjonalnie, ponieważ nikt nie ma do nas zaufania, jako do geszefciarzy i hucpiarzy. Ale w tabelce wyglądałoby to bosko.

Ostatecznie, jak mi się wydaje, wykazałam, że system kontroli urzędniczej nad naukowcami jest do niczego. Jednym zdaniem: „Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że wszystko jest w porządku, tylko kot jest gałgan i zeżarł kanarka”. Pozwólcie, że to my będziemy tworzyć tabelki kontrolne, skoro już muszą być, a nie wy. Bo jak wy je tworzycie, to nawet mnie przychodzą do głowy niemoralne propozycje. A ja jestem naiwna i niewinna, jak nie przymierzając, książeczka do nabożeństwa. A jeśli za rok, lub za dwa, będę zepsuta, to proszę nie mieć do mnie pretensji, tylko do tych, którzy wystawiają mój umysł (muszę się czymś zająć, jak robię takie głupoty) na pokuszenie.

Żołnierz już w czasie pokoju winien wiedzieć, czego żąda od niego wojna, a podczas wojny nie powinien zapominać o tym, czego nauczył się na placu ćwiczeń.

Published in: on 02/22/2016 at 21:03  2 komentarze  

Cyfryzacja, czyli sracja i dupacja

List wydawał się niejednolity, były miejsca, gdzie traktowano go jak człowieka niezależnego, z którego wolą się liczono, i tak na przykład nagłówek lub ustęp, gdzie była mowa o jego życzeniach, na to wskazywały. Zdarzały się jednak inne miejsca, gdzie ze stanowiska owego naczelnika traktowany był otwarcie lub niejawnie jako podrzędny, zaledwie dostrzegalny wyrobnik. Tak na przykład naczelnik miał nie spuszczać go z oczu; jego bezpośrednim przełożonym był tylko wójt gminy wiejskiej, któremu nawet miał składać sprawozdania, a jego jedynym kolegą był zapewne stróż gminny. Były to niewątpliwie niekonsekwencje, i to tak wyraźne, że musiały być celowe. Szalona, ze względu na tak wysoki urząd, myśl, że mogło to być spowodowane brakiem decyzji, zaledwie przemknęła K. przez głowę.

(Franz Kafka: Zamek)

Dawno, dawno temu, gdy moja macierzysta jednostka wysyłała mnie za granicę, musiałam wypełnić jeden papierek. Z tym papierkiem i kilkoma podpisami ludzi, którzy dawali mi na wyjazd służbowy pieniądze, szłam do pani w rektoracie, która wybierała mi lot, a potem już byłam na lotnisku. Szybko i sprawnie. Teraz jest cyfryzacja i najpierw trzeba zdobyć podpisy, potem wprowadzić sumę do systemu, a potem latać jak kot z pęcherzem przez kilka dni. Żeby było jasne, moja macierzysta jednostka nie ma z tym nic wspólnego. To wszystko wytyczne ministerstwa, NIK-u i tysiąca innych instytucji, które ze wszystkich sił zajmują się tym, żebyśmy my nie zajmowali się rzeczami, którymi powinniśmy. Niech te mądrale nie kombinują, niech się zajmą czułym wypełnianiem tabelek dla tabunów urzędników, którzy z miłością i pietyzmem będą sprawdzać każdą wypełnioną rubryczkę. A może i nie… To jest koszmar każdego normalnego człowieka, który w tym wypełnianiu tabelek widzi tylko nadprodukcję danych, multiplikację znaków, pozorność działań. My musimy udowodnić… w zasadzie, to nie mam pojęcia co i na dodatek komu.  Na pawiańskie oko, udowadniamy to coś komuś, kto kompletnie nie ma pojęcia jak wygląda praca na wyższej uczelni i na czym polega.

Teoretycznie, to ma być tak (w skrócie), że my zeznajemy, a na podstawie naszych zeznań przyznaje się uczelni kategorię, a co za tym idzie, ilość pieniędzy. Wniosek? Opłaca się robić dużo i dobrze – bo to jest weryfikowalne. Co do tej weryfikacji, to ja mam poważne wątpliwości, ale załóżmy, że ona działa. Załóżmy, bo gdybym miała wyjaśniać, to czytelniczkom i czytelnikom nie pozostałoby nic innego jak zeskoczyć z najbliższego urwiska. Dlatego – działa, ok?

Środowisko akademickie gnębione jest przez kilka znanych chorób, którymi są między innymi grantoza i punktoza, a ja dodałabym jeszcze tabelkozę. Najpierw musiałam zrobić spis publikacji mojej jednostki (takiej małej – na osiem osób). To niby niewiele, ale… Inaczej wpisuje się książki, inaczej rozdziały w książkach, inaczej artykuły w czasopismach (tam są trzy osobne tabelki), zaś każde czasopismo ma inną ilość punktów, a ta ilość punktów zmienia się co roku. Moja jednostka, na nieszczęście dla osoby chorującej na tabelkozę, w tym roku jestem to ja, jest płodna i pracowita. Tabelki zawsze są w Wordzie, ale, jeśli człowieku zrobisz sobie jedną, to nie możesz przeklejać danych, bo te same informacje podawane są w zupełnie innej formie, a przynajmniej zmienia się kolejność  umieszczanych elementów. I otwierasz te dwa Wordy, jedne tabelki ułożone są w orientacji pionowej, inne w poziomej, żeby nie było ci człowieku za łatwo. W zeszłym roku podawało się ilość uczestników konferencji, w tym już rozbito jedną kolumnę w tabelce na sześć (ilość uczestników, ilość referatów, ilość referatów z danej jednostki, ilość referatów zza granicy, ilość uczestników zza granicy, jednostki biorące udział w projekcie). Żeby było jasne, za udział w konferencji ktoś musi zapłacić. To po cholerę zapraszać kogoś, kto siedzi na obradach i nie ma referatu? Kto to wymyślił? Jaka jednostka wyśle kogoś za np. 300 złotych, powiedzmy do Rzeszowa (plus koszty pociągu), żeby se posiedział? Nie masz referatu – nie jedziesz. Po drugie, jaka jednostka przyjmie takiego darmozjada, który nie tylko, że nic nie wnosi do konferencji, ale musi gdzieś spać i coś je. Kto wymyślił taką tabelkę? Ktoś, kto nie ma pojęcia, jakimi sumami dysponujemy i że z opłat konferencyjnych, to trzeba sfinansować publikację, a nie przyjmować darmozjadów. To takie myślenie quasi-sportowe, że jedziemy na Olimpiadę. Startują cztery osoby, zaś działaczy jedzie ze stu sześćdziesięciu. W moim fachu nie ma działaczy. Kto jedzie, ten jedzie po coś. Tabelka jest bez sensu.

Ale, trochę się zagalopowałam, bo zapomniałam powiedzieć, że po tabelce z publikacjami wypełniałam teraz trzy inne. Z publikacjami, a jakże…  Następną z konferencjami oraz ogólną tabelkę sprawozdawczą, w której były publikacje i konferencje.  Każda tabelka w innych formacie, z innymi rubryczkami, żeby czasem czegoś nie skopiować. I zamiast kończyć artykuł do wysoko punktowanego czasopisma literaturoznawczego, który dałby te punkty mojej uczelni, wypełniam przez kilka dni ciągle to samo, ale trochę inaczej. A pytania, na które muszę odpowiadać, są z gatunku: jak wygląda pięć złotych?

Na przykład: forma wystąpienia na konferencji. Aż mi się chce napisać, że stepowałam w różowej, tiulowej spódniczce, zaś gdy cytowałam, podskakiwałam trzaskając kopytkami. Jaka może być forma wystąpienia na konferencji poza referatem? No jaka? Prezentacja? Komunikat? Proszę wybaczyć, ale w moim fachu takie coś nie występuje, co pokazuje, że jakieś niuanse w ministerstwie czy w piekle, dokąd z pewnością idą te tabelki, nie istnieją. Nie istnieje nic, poza głupotą. I po każdym kolejnym punkcie wstawiam w nawiasie kwadratowym słowo „referat”. No i jeszcze trzeba podzielić konferencje na ogólnopolskie (dla cieniasów) i międzynarodowe (kaskadowe orgazmy). Międzynarodowe to takie, w których 1/3 czynnych uczestników (Jakich? A to są też bierni? Bierni to się nazywają: „publiczność”) jest zza granicy. Można sobie zaprosić kumpli i koleżanki z dowolnego ośrodka np. w Mołdowie, oczywiście z całym szacunkiem wobec naukowców tego kraju i już w tabelce jest fajnie. Ale to jeszcze nie wszystko, jeśli chodzi o podziały konferencyjne, bo w drugiej tabelce są jeszcze „krajowe” i „zagraniczne”. I powiem Państwu w tajemnicy, że światowe centrum badań polonistycznych jest tutaj, ale lepiej, z różnych względów punktowych, zorganizować konferencję w pierwszej wsi za granicą słowacką. Ukraińską – nie. Bo poza Unią. Jasne? A konferencja zagraniczna będąca jednocześnie międzynarodową? O rany… aż się spociłam z ekscytacji.

Potem trzeba było wpisać punkty do publikacji. Znalazłam najnowsze wytyczne ministerstwa i okazało się, że tam stoi: monografia naukowa – 25 punktów oraz wybitna monografia naukowa – 50 punktów. Dzwonię do mojego szefa i mówię: kochaniutki, a czym się różni monografia od wybitnej monografii? Chichoczemy jako te dwa żaki, ustalamy, że jak jest nagroda, to jest wybitne. Dobra, ale co będzie, jeśli ktoś wydał książkę pod koniec roku 2015 i jest monografią (za 25 punktów) zaś nagrodę dostanie za miesiąc i już się nie załapie na te 50 punktów. Jesteśmy stratni 25 punktów. Bo w przyszłym roku, to można będzie tylko wpisać w tabelkę ową nagrodę (a ta jest bez punktów), a książki już nie. I ktoś nas kiwnął na 25 punktów. Kiwnął jak nic. Ja się pytam, na razie spokojnie, kto za to beknie? Kto nam świsnął 25 punktów? A… w sumie, macie, nażryjcie się. Do przyszłego roku dużo czasu i my znów coś wybitnego napiszemy. I znów to w tabelki wkleimy. Postaramy się także dostawac nagrody w odpowiednim czasie tabelaryczno-kalendarzowym.

Ja nie będę się skarżyć na tabelki, w których raz trzeba wpisać np. nazwisko, imię, czas awansu, tytuł/stopień, a za drugim razem to samo, ale inaczej. Bo to już by było naciąganie Państwa na litość. Ponadto, jak się otworzy dwa okienka, to można się bawić w przeklejanie. Podobno w taki sposób da się nawet stworzyć pracę licencjacką czy magisterską (nigdy tego nie róbcie, to brzydko), dlatego nie ma co płakać nad niewymiarową kolumną czy wierszem. Odwagi, przypomnijmy hasło drużyny kolonijnej Mikołajka. Odwagi!

Mam dziwne wrażenie, że te tabelki sporządza zboczeniec. Jakiś taki perwers obrzydliwy, który je czyta i się ślini. Ja tam miałam mało roboty, bo w mojej jednostce jest osiem osób, a na przykład taka Pańcia, która robiła to dla innego ciała, ma dwadzieścia kilka osób pod sobą. I pisz, człowieku, wklepuj, zmieniaj, dostosowuj, ale się nie ucz, bo ten zboczeniec w przyszłym roku wymyśli dla ciebie coś nowego, coś bardziej sadystycznego, coś niemożliwie głupiego. Ja nie mam najgorzej, bo najgorzej, to ma nasza Pani Sekretarka, która musi wszystkie tabelki scalić w jedną, wielką, wszechzwiązkową tabelę. Űbertabelę! A te małe tabele też się przydadzą, zboczeńców wszędzie pełno. Tak, tak, polska nauka promieniuje cyfryzacją jak trawa w Czarnobylu. Mutanty się plenią, ale najważniejsze, że w każdej rubryczce, każdziusieńkiej tabeli są dane. Mniam, mniam, ależ tłuste, ależ można się cieszyć rozwojem, napawać wzrostem. Wiara w tabelki podstawowym prawem człowieka i obywatela. Wróć! Człowieka i obywatela to nie dotyczy. To dotyczy urzędników, którzy w taki sposób usprawiedliwiają swoje istnienie. Bo mają miliardy tabelek do przetworzenia i takie same miliardy następnych do stworzenia. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to mityczna Unia, tego od nas chce. Wierzę natomiast głęboko, iż polska nauka przez wiele lat się z tych chorób nie podniesie.

Otóż to musi być człowiek taki jak K., ktoś, kto stawia się ponad wszystkim, ponad prawem, ponad najzwyklejszą ludzką delikatnością, tępo i ospale, ktoś, komu wcale o to nie chodzi, że niemal uniemożliwił rozdział akt, kto uwłacza dobrej sławie tego domu i kto doprowadza do czegoś, czego nigdy jeszcze nie było, że zrozpaczeni urzędnicy zaczęli sami bronić się z nadludzką siłą, przezwyciężali się, by dzwonić i wołać o pomoc, byle wygnać K., którym w inny sposób nie da się wstrząsnąć!

Published in: on 02/21/2016 at 23:33  5 komentarzy  

Pocztówki znad krawędzi, czyli krótkopisanie

Od lat te stempelki w użyciu są i

Ten system i później się przyda

Bo mądrym dziś mówią – ech, durni żesz wy

A głupich, jak zwykle, nie widać

(Bułat Okudżawa)

Nic mnie nie zdziwi. Ja już to wszystko czytałam. O tych obcych, którzy chcą zniszczyć naszą kulturę, którzy współpracując z zaborcą niszczą naszą i naszych dziatek ojczyznę wolną, którą racz nam wrócić Panie. Czytałam pożółkłe strony czasopism, na których już to wszystko było – było (bo tak głownie czytałam) od powstania styczniowego do drugiej wojny światowej, która potem wybuchła była. A kto ją rozpętał? Ci, których opisywali w gazetach czy ktoś inny? Proszę nie myśleć, że wietrzę teraz teutoński najazd, ale myślę sobie, że te wszystkie ataki paniki w historii ludzkości, to pic na wodę i elektromontaż. Zagrożenie przychodzi zawsze z tego miejsca, z którego niekoniecznie się go spodziewamy.

***

Idę do bankomatu ulicą, która jest pokryta warstwą suszonego psiego gówna do wysokości okien pierwszego piętra. Hula wiatr roznoszący papiery, dostaję w ryj starą torebką z McDonalds. Potykam się o pustą butelkę po piwie „Harnaś”. Na rogu jakiś obcy mówi do drugiego, równie obcego mi kulturowo: a, Kazik, kurwa, mu na to, kurwa, mówię ci…

***

Co to jest kultura europejska? No co? Co ja mam wspólnego z gospodynią domową z Portugalii? Może, tak jak ja, czytała w liceum „Makbeta”. I może, tak jak ja, nie znosi Erosa Ramazottiego? Tak na marginesie, ja nie ma pojęcia, kto to jest Eros Ramazotti, ale szukam jakiejkolwiek wspólnoty. Wujek Google pomógł. Już wiem, nie znoszę Erosa Ramazottiego. Ona też. A poza tym? Co nas łączy? Jaką mamy wspólnotę? Wspólnotę dziedzictwa Wercyngetoryksa? Poczucie łączności prowincji cesarstwa rzymskiego? No, co? Ja nawet fado nie słucham.

***

[czytać akcentem z Nalewek]

Jeśli ta kultura (dobra, jakaś tam wymyślona wspólnota europejska) ma upaść z powodu uchodźców, to co to jest za kultura? To, co to jest za interes? Tak nagle, łubudu i się zawali? Mieszkam wśród stada chełmskich mędrców, którzy nagle odkryli, że to w czym żyją jest gówno warte – i strasznie się boją, żeby świat się o tym nie dowiedział. O rany, co za dziwny kraj. Od rana do wieczora „patriotyzm” deklinują i „polskość” też, a tak naprawdę się boją, że ktoś przyjdzie i co? Znikniecie? Roztopicie się? Tak nisko cenicie schabowego z kapustą, liryki lozańskie Mickiewicza oraz mazurki Chopina? I choinkę? Zaraz. Zaraz, przepraszam, wycofuję. Liryki pisane przez emigranta, mazurki pisane przez potomka żabojadów i ta bożonarodzeniowa piąta kolumną z Niemiec, która wyparła naszą polską podłaźniczkę? Jeszcze chwila, a okaże się, że nasz schabowe skręcają dzieci w Tajlandii i dostają za to dolary. Do schronów, rodacy. Ochrońmy nasze rodzime ołtarze Niji. A może to były żółwie ninja?

***

Uchodźcy się nie zasymilują. A ile znasz typów asymilacji, przygłupie jeden z drugim? A tak dokładnie, o co ci chodzi? Z jednej strony chcesz, żeby wietnamskie dziecko w Polsce miało na imię Agnieszka, bo, kurwa, w Polsce mieszka, a z drugiej się wściekasz, bo twoja wnuczka mieszkająca w Londynie nie zna „Lokomotywy” Tuwima, albo „Dzika” Brzechwy. W sumie, dobrze, że nie zna, bo to Żydzi, a ci, jak wiadomo rządzą światem. To jak ma wyglądać ta asymilacja? Jeśli dobrze rozumiem, to Polacy rozsiani po świecie mają propagować własne wartości, zaś każdy obcy ma w Polsce latać w ludowym stroju krakowskim.

***

Dawno, dawno temu rozmawiałam z kolegą. Było to w czasach, gdy Puc Klucha był małym kotkiem i nie znał jeszcze pojęcia „własność intelektualna”. I mówię koledze, że jak se rozłożę te wszystkie fiszki na podłodze, to tej właściwej nie mogę znaleźć, bo mój kot…

On: właśnie ci to potargał…

Ja: nie… właśnie na tym usiadł.

On: dobrze, że ci nie narobił.

Ja: Jak to, narobił?

On: W końcu to zwierzę jest.

Ja: Wiesz, zwierzęta tak nie srają, gdzie popadnie…

On: Kotom się zawsze zdarza gdzieś narobić.

Ja: A twoje dzieci to też srają na dywan?

On: No, nie porównuj.

Ja: Kot, w pewnych kwestiach jest mniej więcej na poziomie trzyletniego dziecka. To, co? Srają na ten dywan?

On: Miałaś kiedyś dzieci?

Ja: Miałeś kiedyś kota?

On: Nie, ale wiem, jak one się zachowują.

***

Załóżmy, przez chwilę załóżmy, że to jest najazd. I co? Myślicie, że jak ich nie wpuścicie, to sobie pójdą gdzieś indziej? No, pójdą. Załóżmy, że pójdą do Danii. Najadą, złupią, zgwałcą, zarżną i co dalej? Zostawią was w spokoju? Oj głupiątka…

***

1456762_704241882927375_610502295_n

Published in: on 09/10/2015 at 19:53  8 komentarzy  

… zachowaj się jak porządny człowiek, czyli: nie żałuj porcelany

10421220_10205167956664066_2236802270923644263_n

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka

Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,

Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby

Nie było przykro podnieść się i odejść;

Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,

Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,

Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć

gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki

na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy

lub świat

(Stanisław Barańczak)

 

Papa, doktor Słonimski, podobno powiedział kiedyś synowi, Antosiowi, że jak nie wiesz jak się zachować, zachowaj się jak porządny człowiek. Ostatnio miałam wykład, oczywiście o Żydach, ale gdzieś mi w jego trakcie wszedł temat tego miejsca, gdzie się znajdujemy i jedyne, co wówczas przyszło mi do głowy, to właśnie wiersz Barańczaka, że jeśli porcelana, to wyłącznie taka, której nie żal. Jeśli ściereczki, to wyłącznie takie, które mogą służyć zarówno jako węzełek, jak i bandaż. Jestem z Europy centralno-wschodniej. Tu nie wolno się przyzwyczajać. Tu nie wolno dziedziczyć. Tu nie trzeba posiadać, bo i po co? Prędzej czy później, to się zawali, to zniknie, ktoś przyjdzie i potłucze moją filiżankę z truskawkami. Babcia Marianna urodziła się przed pierwszą wojną, potem przeżyła tę polsko-bolszewicką, potem była druga, a potem komunizm. I nigdy, najpewniej nigdy, nie napiła się dobrej herbaty. Najpierw dlatego, że była za biedna, a potem dobrej herbaty po prostu nie było. Zmarła w 1988 r. i nie doczekała tego momentu, gdy zaczniemy kupować mieszczańskie filiżanki i parzyć napój, którego podstawy nie wymieciono z ładowni statków. Jak ojciec babci Marianny wrócił z wojny japońsko-rosyjskiej, to miał na sobie rozpadające się ubranie i wszy. Takie wszy ogólnoeuropejskie i azjatyckie. Takie wszy ponadnarodowe, nie elitarystyczne, nie takie, co wybrzydzają. A jak była druga wojna światowa, to babcia Marianna musiała zostawić moją mamę, Miziunię, pod stołem, bo przyszło gestapo. Miziunia miała pewnie ze trzy miesiące i leżała pod stołem w koszyku. A babcia siedziała w pierdlu i traciła zęby, które jej wybijali. Dziadek Marian, jak wrócił z partyzantki, to ważył niecałe sześćdziesiąt kilo. A miał prawie dwa metry. Potem miał gruźlicę, to chyba jasne, że umarł niedługo po Stalinie, dlatego go nie poznałam, a bardzo był chciała napić się z nim dobrej herbaty. A wam, przynajmniej niektórym, to się, kurwa, w dupach poprzewracało!

Żyjecie w Europie centralno-wschodniej. Od ćwierćwiecza dziedziczycie, ale – nie bądźcie idiotami – to wiecznie nie potrwa. Wy też jesteście uchodźcami. Chyba, że przez przypadek, wasze drzewo genealogiczne można utworzyć od czasów piastowskich, ale w takim razie, gdzie macie te kamienne posągi Swarożyca? A gdzie wasza ziemia, gdzie pasieki, łąki, krowy oraz stada koni? A gdzie wasze posiadłości? Gdzie wasze domy, serwisy i kołdry puchowe? Gdzie medaliony z włosami po jakiejś praszczurce, opuszczonej przez zabitego w powstaniu narzeczonego? A choćby… gdzie wasze beczki po kapuście? Pojedyncze przedmioty, które hołubicie, jakaś buczacka makatka, jakaś filiżanka z saskiej porcelany, są żałosnym dowodem waszego pragnienia stałości, waszej chęci osadzenia się. A tu… psińco! Europa centralno-wschodnia. Dziś wojna, jutro powstanie, pojutrze – okupacja. Wczoraj jeszcze byłeś porządnym obywatelem, a dziś jesteś zesłańcem na Sybir. Mieszkałeś we Lwowie, a dziś siedzisz we Wrocławiu, bez pierzyn z obleczeniem adamaszkowym, którym jacyś barbarzyńcy wycierają sobie właśnie buty. A twoje kryształowe szklanki potłukły się już na pierwszym postoju, gdy trzeba było biec do pociągu. Potłukły się. I chuj!

A na dodatek myślisz, że jesteś słowiańsko czysty rasowo? Polak, Polka, którzy od urodzenia mieszczą się między pazurami szponów opiekuńczego orła białego. Masz w domu czterotomowe dzieła Mickiewicza. I „Rotę” też znasz? Ty Żydzie! Syjoniści do Syjonu, a może syjoniści na Syjam? Wszystko jedno! Jak nazwą cię obcym, jak przyczepią ci łatkę, to trzeba będzie się pakować. Z paszportem w jedną stronę. Nie wiesz tego? Nikt ci tego nie powiedział? W sumie, nawet nie jest mi przykro, bo to znaczy, że się nie nauczyłeś historii swego kraju. Nie słuchałeś na moich zajęciach, nie uważałeś, uznałeś, że ci się coś należy.

Co masz? Kredyt mieszkaniowy we frankach. Tak bardzo chcesz to mieszkanie zapisać swoim dzieciom, nieprawdaż? O tak, na osiedlu z wielkiej płyty, gdzie zawsze będą mieszkać tacy sami jak ty „Kowalscy”. Równie czyści rasowo, jak ty. Wierzący, ale niepraktykujący. W niedzielę zawsze w Tesco. Psioczący na polityków, ale wyłącznie przy kawie, wyłącznie w internecie. Przy półlitrówce, na imieninach cioci Zdzisi. Ekscytujący się tym, że „chyba” dwa piętra nad tobą zamieszkali jacyś geje. Najważniejsze, że nie urządzają imprez. Gdybyś czytał „Generała Barcza”, a nie czytałeś, to też wiem, to byś sobie przypomniał rozmowę o bolszewikach, którzy żony mają wspólne. I zrozumiałbyś, że jesteś tak samo żałosny, jak tamci, fikcyjni, straszni mieszczanie. I niby wszystko w porządku, jesteś postępowy, czytasz „Politykę” oraz nabijasz się z moherów, a tu nagle zza węgła, dziecko przyprowadza ci na obiad czarnucha i mówi, że się kochają. On, ten czarnuch znaczy się, piękny jak Sindey Poitier, ty sama elegancka ja Katharine Hepburn, a twój heteroseksualny mąż, poczciwy jak Spencer Tracy, ale to nie pomaga. On jest czarny! On jest muzułmaninem! On jest gejem! Ona jest lesbijką! A ty tak dbałaś o tę porcelanę. I dywany wełniane zawsze czyściłaś ryżową szczoteczką. A twoją kochaną córeczkę, której zdjęcie od komunii masz w portfelu, chociaż jesteś niepraktykująca, rżnie jakiś czarnuch. Albo, co gorsza, rusek! Co mi przypominało historię, jak pewna pani, na lotnisko w Warszawie, gdy przyjechał zięć, przyniosła czapkę-uszankę. Bo pejsy miał. I nie chciała, żeby sąsiedzi widzieli. I żeby się nie domyślili, że jej wnuk, taki śliczniusi, tłuściutki blondynek…. jest obrzezany.

Udajemy, naprawdę udajemy, że jesteśmy w Szwajcarii i dziedziczymy od czasów Wilhelma Tella. Nagle, nie wiadomo dlaczego, przeszkadza nam inny, chociaż sami, przedwczoraj, zgubiliśmy mezuzę w trakcie przesiedlenia. Spłonął samowar po babci Rosjance, a zdjęcia dziadka z Wehrmachtu wstydliwie trzymamy w tapczanie. Uwierzyliśmy w naszą polskość, w orła, w Grunwald, w księcia Poniatowskiego, w Wandę, co nie dała Niemcom, w złoty pociąg, w przodka w legionach. I nucimy te legionowe piosenki, chociaż mamy śniadą cerę pod naskórkiem i codziennie widzimy:

przed lustrem twarz odziedziczoną

worek gdzie fermentują dawne mięsa

żądze i grzechy średniowieczne

paleolityczny głód i strach

(Zbigniew Herbert)

10420191_10205168172189454_3932940982953162567_n

Published in: on 09/09/2015 at 21:15  Dodaj komentarz  

Sam, sam, ja zawsze jestem sam, czyli Woland z westernu

zajezdzimy-kobyle-historii-wyznania-poobijanego-jezdzca

Są filmy i są filmy Zanussiego. Ogląda człowiek i się zastanawia, skąd ten nieznośny patos, skąd ten wysoki ton, dlaczego ten najwyższy z możliwych diapazon, a przy tym nuda. Nuda tak wielka, że widz byłby w stanie strzelać kulkami z papieru do obecnych much, że byłby w stanie kontemplować wzorek na tapecie przez trzysta lat, mógłby też usiąść przed pralką i wirujący bęben wprawiłby go w ekstazę i z pewnością byłoby to bardziej interesujące od filmu. Jednak, jak rzekłby Tewje Mleczarz, z drugiej strony, nie znać filmów Zanussiego, to jednak wstyd. Ja wiem, że Obce ciało czy Z dalekiego kraju, to potworna żenada, ale z kolei Struktura kryształu, Iluminacja, Życie rodzinne czy – rzecz jasna – Barwy ochronne, to jest kawał polskiego kina, obejrzeć trzeba. Trudno. Zanudzi, to zanudzi, ale nie ma zmiłuj się.

I tak samo jest z książką Karola Modzelewskiego: Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca. Tu też jest druga strona. Doskonale przecież wiemy, że legenda „Solidarności” jest zbrukana i zbezczeszczona od dawna. Nie ma mitu założycielskiego po 1989 roku. Jedni zostali nazwani zdrajcami, drudzy zwariowali, dezawuując tym samym swe szczytne osiągnięcia. Dlatego też książka Modzelewskiego jest ważna. Uhonorowana prestiżową nagrodą – może być czytana nawet z ciekawości, a to też ma sens. Sama miałam nadzieję, przyznaję, że złudną, iż na jej kartach odnajdę coś, co pamiętam przez mgłę. Jakieś uczucie dumy, dostojeństwa i wspólnoty. No, proszę się nie śmiać, ja właśnie tak pamiętam ten sierpień. A potem następny grudzień, gdy coś mi zabrano, z czegoś mnie odarto. Chciałam odświeżyć swe dziecięce wspomnienia, czy to źle?

W każdej kulturze są opowiadacze i opowiadaczki. W ich ustach, pod ich palcami, każda, nawet najbardziej banalna historyjka nabiera blasku, staje się żywa. Stary człowiek siadał na arabskim suku, za jego plecami siedział wielbłąd, który żuł i popluwał, a opowiadacz kładł na kolanach garść daktyli, zaś przed oczami otaczającej go dzieciarni wyrastały białe, wysokie do nieba minarety i cudowne pałace, piękne kobiety odziane w lekkie szaty i przyozdobione klejnotami tańczyły w marmurowych salach, zaś mędrcy w bibliotekach spisywali dzieje podróżników i zapładniali wyobraźnię kolejnych pokoleń opowiadaczy. Opowiadacze też snuli historyjki o małych chłopcach, którzy stawali się sułtanami, a czasami, pozostawali po prostu chłopcami, ale przeżywali fascynujące przygody. Bardzo mi przykro, profesorze Modzelewski, ale pan nie jest opowiadaczem (może jest pan opowiadaczem bezpośrednim, że żywy kontakt z panem daje to „coś”, ale tego nie wiem). Pan przeżył fascynującą przygodę, nie tylko pan ją widział, ale też kształtował jej fabułę. A opowiada pan tak, niestety, że aż zęby bolą. Strasznie mi przykro, ja naprawdę chciałabym posłuchać PRAWDZIWEJ historii, ale opowiedzianej tak, żebym spać nie mogła, chociaż jestem starą, zmanierowaną filolożką. Żebym znów poczuła tamto…

Najgorsza jest u Modzelewskiego ta potrzeba ciągłej analizy, a raczej autoanalizy. Tak, tak, wiem… Bez analizy faktów naukowiec to frajer- pompka. Ale, na litość bogów Olimpu, nie można warsztatu naukowego stosować w opowieści, bo słuchacze / czytelnicy, będą się czuli jak w trakcie projekcji filmu Zanussiego. Świetna historyjka (a wedle mnie historyjki składają się na historię, na opowieść) o tym hotelu obstawionym przez ZOMO. Wiadomo, że zaraz wszystkich aresztują. Modzelewski idzie do pokoju Mazowieckiego, wszyscy są świadomi tego, że za chwilę wyjdą skuci, a profesor historii spokojnie pyta: który z panów chciałby wziąć prysznic? Nikt? To ja się idę kąpać. O rany, cóż za historia. To jest naprawdę wielkie. I po prostu piękne. A Modzelewski niszczy piękno tego cudownego epizodu autoanalizą: czy na pewno postąpił słusznie, że nie powiedział o tym, o czym sam wiedział, że w więzieniu następna kąpiel będzie dopiero za tydzień, zaś wszyscy zgromadzeni w pokoju mają za sobą cały dzień obrad i są spoceni jak myszy w połogu. A większość z obecnych w tym pokoju nie ma doświadczenia więziennego, zaś Modzelewski na koniec się usprawiedliwia, że w końcu, jako recydywista, ma większe przywileje od gromady żołtodziobów. Ta autoanaliza własnego postępku niszczy całą scenę. To tak, jakby Henry Fonda w Dwunastu gniewnych ludziach, po każdej turze głosowania, na stronie, dzielił się z widzami swoimi przemyśleniami, swoim systemem etycznym i wnioskami dotyczącymi pozostałych przysięgłych. Każda piękna opowiastka Modzelewskiego, a tych jest bez liku, zostaje zniszczona żmudną i nudną autoanalizą w stylu „czy dobrze zrobiłem”. Po szóstym takim wyczynie chciałoby się powiedzieć: nie mam pojęcia, facet, czy dobrze zrobiłeś, ale nie nudź, błagam! Ja rozumiem, że to autobiografia, ale na każdej stronie początek Dzienników Gombrowicza: poniedziałek – ja, wtorek – ja… Inni – a przecież o niektórych już nic się nie dowiemy, bo umarli, potraktowani są zdawkowo. Cienką, aczkolwiek niezbyt staranną kreską. Niedosyt i smuteczek.

Chociaż, były takie dwa momenty, że wypadłam z butów. Pierwszy, niesamowicie dla mnie przydatny. Tak bardzo przydatny, że aż zrobiłam zdjęcie temu fragmentowi tekstu i będę używać go na wykładach  oraz ćwiczeniach. Chodzi o sedno antysemityzmu przedstawione na przykładzie nazwisk: Blumsztajn, Staniszkis i Szeremietiew. Chapeau bas, profesorze. Gracko pan to wyłuszczył. I to sama esencja w jednym akapicie. No, jaka zwięzłość, jaka precyzja. Aj waj, cymes prawdziwy. Drugi fragment, który mnie poruszył do głębi, do gęsiej skórki, to ten ze strony 348 – ten o bohaterstwie. Sedno. Znów precyzyjnie, w kilku zdaniach, a pociągnięte po nerwach, po ścięgnach. Zostaje w człowieku. I tak sobie myślę – więcej luzu, profesorze. Nie tak, jak powinno to wyglądać. Nie tak, że na wysokich koturnach, w których trudno chodzić. Tak –  z serca, tak – z wątroby i z nerek. Tak, jakby pan stał pod prysznicem i se „dupił fleki” do sikającej żony. To nie wykład, to biografia, to jest opowieść.

A tak przy okazji… żona. Jako feministka, nie mogę tu przemilczeć tej wielkiej, męskiej samotności, gdzie jedynie na marginesach pojawia się pierwsza żona, druga żona, która umie robić szkice wykopów i doskonale gotować, trzecia żona – dziennikarka i cierpliwa opiekunka domowego ogniska. Człowieku, obudź się! Żebyś ty mógł być rewolucjonistą i naukowcem, to ktoś musiał zapierdalać. Prać, sprzątać, gotować, wychowywać dziecko. Tak, tak, wiem… a ty w więzieniu. No dobra, trudno – taki los i pewne wybory. Nie chodzi mi o celebryckie zwierzenia. Chodzi o szacunek, chodzi o to, że jak ja jestem naukowcem czy „moja żona jest z zawodu dyrektorem”, to ktoś gotuje, a także pierze majtki i skarpetki. Ja mogę wyjeżdżać na kilka tygodni do Macedonii, wykładać i się bawić, ale w tym czasie, ktoś tam zmienia mojemu kotu żwirek. Ja nie chcę wiedzieć czy pana córka chodziła do przedszkola, czy była w domu, ale chcę wiedzieć, że pan doskonale czuje, a raczej WIE, komu pan zawdzięcza swoją uprzywilejowaną pozycję. Tak, uprzywilejowaną. Naukowcy mogą robić swoje, jeździć na konferencje, jeździć za granicę z wykładami, WŁAŚNIE dlatego, że ktoś po nich na lotnisko wyjedzie, że ktoś im koszulę wyprasuje. A pan, samotny jak szeryf z westernu… Sam, sam, ja zawsze jestem sam –  jak Woland. Szczerze powiedziawszy – gówno nie Woland, niewdzięcznik i tyle. Trzy kobiety na pana tyrały, a każda z nich dostała dwa zdania. Gdybym nie była damą, to bym powiedziała… A, nie powiem. Ale tylko dlatego, że jest pan mniej więcej w wieku mojego taty. I tata nie byłby zadowolony, gdybym w felietonie wyrazów używała. Aleś mnie pan wkurzył. Oszust więzienny dostał własną opowieść na półtorej strony (oczywiście z autoanalizą: a co ja zrobiłem jako senator), a żony… Aleś pan próżny! Aleś pan zadufany w sobie! Fuj!

Natomiast bardzo podoba mi się pryncypializm Modzelewskiego. Pisał czasem coś, co wręcz gorszyło środowisko, ale mówił wyraźnie: „takie są moje obyczaje” i robił swoje. Za to szacun. Serio, bo samam obrzydliwie pryncypialna. I rozumiem, że wartości, że środowisko, ale nie można inaczej, że nie wolno. Czasem człowiek się wygłupi, czasem wyjdzie na Katona. Ale ktoś musi. Taka robota, taki fach. Takie Katonki krótkodystansowe – bez drwiny – w końcu lata były potrzebne dla zburzenia Kartaginy, są potrzebne, bo niszczą dobre samopoczucie. Ktoś się nadyma, pieje, wznosi się na Parnas słowotwórczy, a ktoś taki jak Modzelewski patrzy, czasem zdejmuje sadystycznie kapeć i… pac. Tak trzeba. Musi być wentyl bezpieczeństwa, bo inaczej niektórzy mogliby odpłynąć. Rola niewdzięczna, ale konieczna. I tu też chapeau bas.

Uważam, że Nike się Modzelewskiemu należała. Tak samo jak Literacka Nagroda Nobla Churchillowi. Nie, nie kpię. Naprawdę. Są chwile, gdy trzeba poświęcić literaturę dla honoru. Trudno. Ale czytać się tego nie da.

Published in: on 07/28/2015 at 22:41  6 komentarzy  

Drżące ciała męskich korposzczurków, czyli kobiety mają lepiej

images

Dopadło mnie choróbsko. W związku z powyższym, wzięłam bety z kozety i powiedziałam, że wychodzę z korporacji papierniczej. Idę, a gdzie tam idę – wlokę się noga za nogą przez całe miasto, bo nawet w stanie przedzawałowym nie uznaję komunikacji miejskiej. Ogólnie, wicher duje jak za cara Mikołaja, najgorszy typ pogody: wiatr, mała ilość śniegu, ciemno i mróz, który niby niewielki, ale dokuczliwy. Lezę jak ostatnia łazęga, łachmyta pospolita: buciska – paskudne uggi, czapka czołgisty azteckiego, nieheteronormatywny sweterek w niebieskie jelonki, żółta puchówka. Wyglądam jak szóste dziecko stróża, na dodatek to z nieprawego łoża. Ale mi ciepło. I nagle do głowy włazi mi rysunek, który widziałam jako dziecię. Autorem rysunku był chyba Lengren. Jest zima. Stoi pani i pan. Mają na sobie stroje z lat sześćdziesiątych. Ona marzy o jego kalesonach, a on o jej czapce. Myślę sobie w tym momencie, że kalesonki nie są złe. Sama nie noszę, ale popieram. Zapalam papierosa (tak, wiem, to brzydko palić na ulicy), a mogę palić bezkarnie nawet w największy mróz, bo dostałam od siostry takie cudne rękawiczki z odpinaną górką. Jak chcesz, to masz jednopalczaki, a jak guziczek odepniesz, to masz mitenki. Sprytne, nieprawdaż? Żeby ludzkość wkładała więcej energii w takie wynalazki, to wszystkim żyłoby się lepiej i dostatniej. Jak zapalałam, to kątem oka zauważyłam dwa nieszczęsne męskie korposzczurki. Drżące ciałka. Jesionki mieli brązowe. Ach, jesionki! Któż jeszcze używa tego słowa? Pewnie wyłącznie filolożki w wieku późnobalzakowskim. Z drugiej strony, to były jesionki. W lutym, w Polsce. Jakiś quasi-włoski design, szyty gdzieś pod Myszkowem. Odpowiedni do korporacji. I odpowiedni dla korporacji. Wyobrażam sobie takich gości w Mediolanie, nawet o tej samej porze roku. Pasowaliby, ale nie w Polsce. Ludzie, zlitujcie się – oni mieli półbuty. Naprawdę, półbuty. Nota bene – czarne. Ale to akurat nic do naszej historii nie wnosi. Te korposzczurki męskie stoją pod bankiem, niedaleko mostu nad rzeką, która nie istnieje i drżą. Jeden nawet powiedział: „ale, kurwa, piździ”. Spodenki mają obcisłe i jeszcze przykrótkie, żadne kalesony, nawet takie z wytwornej wigoniowej wełenki czy kaszmiru z Kaszmiru się nie zmieszczą.

Jakem feministka, dostrzegłam opresję. Te bidniusie chłopaczyny, prekariat potencjalny, albo rzeczywisty, zatrudniony na jakichś śmieciowych warunkach, odziany w absurdalne klimatycznie wdzianka, chociaż brak rękawiczek wyglądał mi raczej na lenistwo lub fanaberię pospolitą. A gdzie jakieś ogacenia? Gdzie snopki słomiane owijające stopy? Gdzie kożuch do pięt? Gdzie walonki? Pewnie chłopaki wierzą, że od szlachty się wywodzą, a nawet jeśli nie wierzą, to jakąś absurdalną teorię pewnie ma ich szef, albo szef ich szefa. A może wierzą w to, że jak cię widzą, tak cię piszą? A może inaczej być nie może?

Ich koleżanki, kobiece korposzczurki, mają ciepłe rajstopy, wełniane spódnice, kurtki puchowe i czapeczki wdzięczne – mogą być nawet ze sztucznego futerka. A tym chłopakom wiatr lutowy plerezy rozwiewa, nawet nie w sposób artystyczny, ale taki żałośnie biedny. Ja już nie mówię o takich abnegatach i anarchistach jak ja, takich, którym nikt niczego nie może nakazać i zakazać. I całe życie będą chodzić w sweterku w jelonki z miną: „pocałujcie mnie wszyscy tam, gdzie pan może pana majstra w dupę pocałować”, ale jakimś wstrętem i współczuciem jednoczesnym napawają mnie te jesionki, półbuty i gołe głowy, gdy w tym samym czasie korpokobiety mogą bezkarnie nosić grube majciory do kolan i szaliki wełniane. A te chłopaczny mają jedynie jakieś takie rozkoszne fontazie, które w żadne sposób nie przesłonią im krawacika, wyłaniającego się na cherlawej piersi spomiędzy klap marynareczki, bo płaszczyk musowo rozpięty jest. Zatulony, ale rozpięty. Taka fantazja, taki sznyt czy taki mus?

Widziałam dziś jedną, naprawdę JEDNĄ, kobietę w przezroczystych rajstopach, która wyglądała tak, jakby zgubiła sporą część garderoby. Jakąś nieszczęśnicę bez mózgu, która nie dba o nerki i jajniki. Ale naprawdę, jedna kobieta na całe miasto. Państwo mi powiedzą: „co to za miasto, raptem niewiele ponad 300 tysięcy mieszkańców”. Może i tak, pewnie takich wyrozbieranych do bielizny, to w stolicy bym znalazła znacznie więcej. U nas, na prowincji, liczą się barchany, czyste okna i takież sumienie. Barchany owszem, ale jedynie żeńskie, zaś biedne korposzczurki nigdy się rozmnażać nie będą – z powodu zamarzniętych plemników, a po uchwalonej dziś konwencji, to nie tylko już koniec cywilizacji białego człowieka oraz polskości i orła białego, ale też permanentna rozpacz i trwoga. Na dodatek zimno.

Wiecie co, drodzy Państwo? Chyba się starzeję. Jednak nie doczekacie się frazy, że za moich czasów było inaczej, bo za moich czasów wszyscy chodziliśmy wyrozbierami równo. A czapek to nigdy nikt nie nosił, tyko starcy w moim wieku opowiadali nam, że jak już osiągniemy wiek męski, wtedy z rozkoszą będziemy uszanki zakładać na łapetyny. W sumie, rację mieli. Królestwo za uszankę i grube majty.

Dobranoc, idę chorować. Pod pierzynę! A co…

Published in: on 02/06/2015 at 23:41  6 komentarzy  

„Ida”, czyli jak doprowadzić Pawiana do białej gorączki

ida_fr-2

To trzeba było zobaczyć. No trzeba. Bo, z jednej strony, krytyka się zachwyca, z drugiej zaś mowa jest o antysemickich stereotypach. Film dla Pawiana. No tak, ale o czym jest ten film? Gdybym była złośliwa, to stworzyłabym nadinterpretację, której centrum dotyczyłoby bezduszności katolickiego wychowania, które niszczy duszę i pozbawia człowieka indywidualności, jakichkolwiek emocji, zdolności przeżywania. Ale nie jestem złośliwa i nie znoszę nadinterpretacji.

Antysemickie stereotypy to najmniejszy problem tego filmu. Przepraszam, ale ja jestem z tymi stereotypami „za pan brat” i może dlatego już nie robią na mnie wrażenia. Wyłącznie nudzą i powodują zniecierpliwienie. Podpisuję się wszystkimi kopytkami pod przeczytanym ostatnio na żydowskim forum hasłem, że zamiast Żyda z pieniążkiem, jakże popularnego w polskich domach, oprawcie se własne zdjęcie z pieniążkiem w dupie i będzie git. Doskonale wiem, że filmowa żydokomuna prokuratorsko-sędziowska jest tak nudna, że aż piszczy, ale, w kontekście całego obrazu, ciotka (odtwarzana przez Agatę Kuleszę), to i tak najmocniejszy punkt tej produkcji.

Przyznam się, że głupio chichotałam przez całą drugą połowę filmu. Za sprawą jednej sceny. Agata Kulesza ogląda ocalałe zdjęcia rodzinne. Wśród przodków… Irena Sendlerowa. Serio, serio. Proszę zwrócić uwagę, na fotografię kobiety umieszczoną w kadrze przez Kuleszę po lewej stronie. Słynne zdjęcie Sendlerowej, to z koroną upiętą z warkocza. Sądzę, że Katarzyna Sobańska, odpowiedzialna za scenografię, wklepała se w Google „pictures” i „Jews” a potem wybrała te obrazki, które jej się najbardziej podobały. W tym Irenę Sendlerową. Brawo pani Katarzyno. Pani wiedza jest powalająca. A może chodziło o to, że chłop, który nie zabił Idy i zaniósł niemowlę do księdza był Ireną Sendlerową w przebraniu, Ups… Brakowało jeszcze, wśród tych fotografii, Martina Luthera Kinga, Mahatmy Gandiego i Matki Teresy z Kalkuty. Byłby komplet. Jak mogę oglądać film i być poważną, gdy jego twórcy nie są poważni? Nie szanuję mnie jako widza. W zasadzie, mają centralnie w dupie, moją wiedzę o Zagładzie. Dzięki. To naprawdę miłe, wiedzieć, że filmy kręci ktoś, kogo nie obchodzę. I nie obchodzi go też fakt, że robi coś złego. Obnaża swoją niewiedzę, a wraz z nią, swój stosunek do tego trudnego tematu. Po cholerę się brać za temat, na który się nic nie wie? Nie wie się nawet, kim była Sendlerowa. Bieruta tam trzeba było wsadzić, bo Gomułka na ścianie wisiał (w jednej scenie). A może Jezusa? Przynajmniej by pasował. Semita w końcu.

I niech mi nikt nie mówi, że to jest „oko” do inteligentnego widza. Takie porozumiewawcze, że nie tylko byli ci Polacy, którzy zabijali, ale też ci, którzy ratowali. Może, gdyby ta scena miała inną wymowę, to bym się nie czepiała. Ale się czepiam. Mówię po prostu, że użycie zdjęcia Sendlerowej dyskwalifikuje cały film. Przykro mi. Gdyby nie Agata Kulesza, która robi, co może, to bym wywaliła „Idę” do pieca kuchennego. I tyle.

Brak dbałości o szczegóły zabija cały film. Z mojej perspektywy zawodowej ciągle łapię, głownie scenarzystę i scenografkę, na takich dupsach, że aż piszczy. Nie będę Państwu wszystkich tu wywalać. Proszę obejrzeć, a nie sugerować się zdaniem śledzienniczki, której się nie spodobało.

Mamy w naszej literaturze masę takich jak „Ida” historii. Dobrze opowiedzianych, dramatycznych, ściskających za gardło, pozbawiających tchu, snu i dobrego samopoczucia. A za granicą będzie nas reprezentować historyjka pusta, nic nie warta, nudna. Szkoda, naprawdę szkoda. Bo już czas, żebyśmy wreszcie nadpisali miejsca puste w naszej historii. Opowiedzieli je sztuką. Ukazali nasz, już dojrzały, stosunek do przeszłości. Tak jak to było w przypadku „Rewersu”, „Pokłosia”, „Róży” czy „Różyczki”. W przypadku „Idy” się nie udało. A szkoda, bo ta osadzona na stereotypach historia ma potencjał. Tylko, że to jest jak w starym żydowskim dowcipie, którego pointa brzmi: „Ale, ale… ten dowcip, to trzeba umieć opowiadać”. Łączę wyrazy, różne wyrazy – zniesmaczony Pawian.

irenamloda

Published in: on 12/29/2014 at 19:39  7 komentarzy  

Moje czy twoje, czyli: kto za to zapłaci?

574896_DJI01062_4

W Sosnowcu spalił się dach katedry. Zniszczone zostały freski Włodzimierza Tetmajera i Henryka Uziembły. Okazuje się, że odbudowę sfinansuje województwo śląskie. No tak, w końcu zabytek uległ zniszczeniu, ale… jednak mam kilka pytań. Wszystkie są niewygodne.

Po pierwsze, nikt nie mówi o ubezpieczycielu tej budowli. Ja bym chciała wiedzieć, na ile i od czego katedra była ubezpieczona. A może nie była? Nie wiem, może była. Czy w takim razie hipotetyczny ubezpieczyciel uzna, że instalacja elektryczna była dobrze założona oraz kontrolowana i wypłaci? Czy były czujniki dymu na drewnianym dachu? To kilka pytań, które jakoś mi przychodzą od razu do głowy. Zanim dowiedzieliśmy się o tym, że budowla jest / nie jest ubezpieczona, województwo już deklaruje pieniądze. A może one w ogóle nie są potrzebne?

Drugie pytanie jest bardziej rozbudowane. Pozwólcie Państwo, że opowiem kilka historyjek. Chciałam wejść kiedyś do kolegiaty św. Marcina w Opatowie, żeby zobaczyć słynny „Lament opatowski”. Nie weszłam, bo świątynia była zamknięta. Spotkany kościelny rzekł, że zamknięta, bo „jacyś kradną mikrofony”. W czasie mszy zwiedzać, jak wiemy, nie wolno. I słusznie, bo nie mam ochoty niegrzecznie przeszkadzać ludziom w uczestnictwie w ich kulcie religijnym. To kiedy mogę wejść do kościoła? Jeśli nawet nie kradnę mikrofonów? Żeby zobaczyć konstruktywistyczne wnętrze kościoła św. Kazimierza w Katowicach musiałam iść na mszę i po niej, dość szybko, zwiedzić, bo już światła gasili i wszystko zamykali. No, dobrze, rozumiem, że kościoły nie są moje, nawet te zabytkowe. W porządku. Niech będzie, ale w takim razie, dlaczego z moich podatków ma iść cokolwiek na ich odnawianie, skoro mnie się tam nie wpuszcza?

Nauczona doświadczeniem, że mnie nie chcą w kościele, rżnęłam głupa w Strzelnie. Moja opowieść – tak, kłamałam, bo chciałam kolumny zobaczyć – o papieżu-Polaku tak wzruszyła kościelnego, że wpuścił nas do zakrystii, stamtąd do nieczynnego muzeum, a potem dał Łasicowi ustawiać piętnastowieczną Madonnę żeby ten mógł sobie ją ustawić w świetle padającym z okna (chodziło o fotografię). Ja nawijałam o upadku obyczajów i papieżu naszym (którego nota bene nie znoszę serdecznie), a Łasic fotografował, co chciał. Co tylko udowadnia, że wejdziesz, gdzie chcesz, Madonnę z okresu miękkiego dotkniesz brudną łapą, bylebyś tylko człowieku odpowiednie wartości wyznawał. Reszta kradnie mikrofony. Olać samą łapę, chciałam sprawdzić, co będzie mi wolno. Do dziś się z tym fatalnie czuję, że dotknęłam jej stopy. Bo jeśli przeniosłam jakieś bakterie? Ile osób jej dotyka? Mogłam ogień podłożyć, bo łaziłam tam, gdzie wolno nie było, ale byłam jedną ze swoich. Mikrofonów nie ukradłam, ale podpalić mogłam – tak się dba o zabytki religijne w Polsce.

Mojej matce pewna urocza norbertanka z Imbramowic się chwaliła, że mają obraz Madonna w girlandzie, którego autorem jest Jan Brueghel Starszy. Oczywiście zobaczyć nie można, bo tylko dla siostrzyczek. Fajnie? Ależ jasne, że fajnie, bo to ich, a nie moje, ani nie mojej matki. W sumie, jak to nie moje. Moi przodkowie byli chłopami pańszczyźnianymi, dziesięcinę płacili na Kościół. Nota bene, część mojej rodziny pochodzi z tzw. wsi klasztornych. Jak więc „nie moje”?

Oczkiem na obraz nie rzucisz, bo mają schowane. Czasem do muzeum udostępniają, wtedy człowieku możesz popatrzeć. Jeśli nie mogę zobaczyć, jeśli to nie moje, to dlaczego mam płacić? Nikt wam nie każe płacić za moją kolekcję mało znanych świętych z całego świata (trzymam w pudełku po butach: Armani, kolekcja dziecięca), to wy mi nie każcie płacić za wasze skarby, w waszych pudełkach po butach poupychane.

Następne moje pytanie brzmi więc tak: jeśli nie chcecie, żebym wchodziła do zabytkowych świątyń, to się odpieprzcie od mojej kasiory. Ja w takim razie chcę odrestaurowania starego dworca w Katowicach. Stamtąd przynajmniej nikt mnie nie wyrzuci, bo z Mariackiego w Krakowie już to zrobili. Siedziałam sobie grzecznie na ławeczce, myślałam o różnych rzeczach, aż tu nagle pojawiła się zakonnica, która zapytała czy zostaję na mszy. Gdy zaprzeczyłam, kazała wyjść. I to dość kategorycznie. No to wyszłam. Wygonili mnie jak psa, z jednej z moich świątyń narodowych. A moją kasę chcą? Pecunia non olet? Ustalmy w związku z tym zasady: wasze kościoły, moja kasiora. Ja decyduję, że wam jej nie chcę dać. Nie mogę oglądać zabytków sakralnych, to egoistycznie mówię, że nie chcę ich finansować. Ktoś powie, że to podłe? Że to dla przyszłych pokoleń? Jakich przyszłych pokoleń? Po pierwsze: tych wierzących. Po drugie: nie macie najczęściej pojęcia, co macie, bo wasz kościelny, za opowieści o pielgrzymkach i cudach papieskich pozwoli wam pewnie nawet zdrapać polichromię z rzeźby. Ale mikrofony całe. Nikt nie ukradnie.

Kolejne pytanie wiąże się z uwagą księdza Rydzyka o tym, że jego, jako katolika, nie obowiązuje prawo. Ano, skoro nie obowiązuje, to se sami dach odbudowujcie i freski Tetmajera odnawiajcie. Dlaczego Kościół, który ustami jednego ze swych luminarzy głosi, że prawo ma w dupie (a nie jest to jedyny przypadek, gdy nie tylko to głosi, ale i pokazuje, że właśnie tak jest) chce od państwa, którego prawa nie uznaje – kasy? Ej… bez relatywizmu proszę. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5:33-37). No, to ja tyle chciałam dziś powiedzieć.

Zdjęcie pochodzi z: http://katowice.gosc.pl/gal/pokaz/2223123.Spalona-katedra-zdjecia-z-drona-cz-1/4

Published in: on 10/30/2014 at 15:22  8 komentarzy  

Skurwysyństwo zwierząt, czyli bezwzględność pupili

zombie-cat

Jest 5.55. Dzwoni budzik. Jeśli nie jest poniedziałek (gdy idę do instytutu, ale też na ósmą), to wstaję – z kurwą na ustach – i lecę do korporacji papierniczej, ostatnio dostałam podwyżkę, czuję się więc jak koń Boxer i staram się jeszcze bardziej. Podejrzewam, bo znam swój organizm, jesteśmy razem już dość długo, że zaczynam się wiercić w łóżku około 5.53. Zakryta po uszy, zatulona w pierzynkę z kaczego puchu, kręcę się, bo czuję, że właśnie za chwilę… Wówczas uruchamia się Puc Klucha vel Kluska Pierożanka. Obudziłaś się? Kocham cię. Bogowie olimpijscy, jak ja cię kocham siłą swojego piętnastoletniego serduszka. Jesteś cudowna, wspaniała. Chodź, wstajemy. Taki dobry dzień, widzisz?

Należę do ludzi, którzy zawsze (rano) wiedzą, co jest grane. Potem, idzie mi znacznie gorzej. Jest 5.55 – żadnego mękolenia, żadnego rozmamłania, wstajemy – piżamka w dół (ewentualnie – koszulka w górę), gorący prysznic, pod prysznicem wewnętrzne omówienie porządku dnia, albo kilka refleksji interpretacyjnych lub związanych z ostatnią lekturą, kredens z ciuchami, wybór lakierów do paznokci, żel do włosów firmy „Joanna”, kolczyki. Schabowy i kapusta – wszystkie / wszyscy, którzy budzili się u mego boku wiedzą, że rano nie ma litości, masz osiągnąć sto procent po trzech sekundach. W międzyczasie pierwszy papieros. Puc towarzyszy. Rąbie kupsko, gdy biorę prysznic. Gdy palę, wsuwa śniadanie. Żeby nie było durnych tekstów, że kocha, bo chce żreć. Jestem zbyt leniwa, żeby kot miał kiedykolwiek pustą miskę. A ponadto, od roku, Puc je wyłącznie suchą karmę dla tych chorych na nerki.

No dobra, mamy już na sobie część garderoby. Różowe pudełeczko na śniadanie w pracy powoli się napełnia. A w tym momencie ten gnojek, ten koci gnojek, wyciąga ze zwałów mięciutkiego futerka zegarek na łańcuszku, taki srebrny – z napisem „Pucowi – wszyscy” i patrzy na mnie znacząco. Oznacza to: tak Pinky, idź do roboty, żwirek sam się nie kupi. Ty leć do instytutu ze starymi papierami, leć na ćwiczenia, wykłady, leć do korporacji papierniczej, a ja w tym czasie położę się pod twoją pierzynką z kaczego puchu, bo takie jest życie. A idźże ty kocia mendo, idźże w kibini mater.

I zaraz uruchamia mi się wspomnienie, gdy Tusio, ta psina, która ważyła 70 kilogramów i mnie wychowała na znośne ludzkie dziecko (wszystkie braki w wychowaniu są moją winą, a nie jego), rano patrzył, leżąc na pleckach, jak pakuję tornister, jak się męczę obowiązkiem szkolnym i… dawał do zrozumienia, że w pięć sekund po moim wyjściu będzie spał, wtulony w poduszki na moim tapczanie. Będzie leżał na swoich pleckach, wywalał to słodkie brzusio, rozwalał się na cały pokój: jedne łapy pod kaloryferem drugie – pod drzwiami. I wyrażał, tą bezczelną pozą, wyrażał to, że ma w dupie. Ma w dupie moją klasówkę z fizyki, ma w dupie  moje rozedrganie emocjonalne nastolatki. Ma w dupie wszystko, bo gdy zamknę drzwi – zaśnie. I obudzi się – gdy wrócę, a wówczas będzie się domagać spaceru, piłeczki, patyczka, czesania, głaskania. A ja w tym czasie – miałam przesrane, bo miałam np. niemiecki z panią, która mnie nienawidziła. A on spał, spał jak siedmiu braci śpiących. co ja gadam – oni przy nim , to kiepskie cieniasy.

Dziś jest to samo. Wychodzę, biegnę, zdobywam, walczę, wyzłośliwiam się, prowadzę wojny, zawieram traktaty pokojowe, ulegam w obliczu przeważających sił wroga. A mój kot śpi. Śpi z tym wrednym tekstem pod tymi mięciutkimi wąsikami: Pinky – ktoś musi działać, żeby spać mógł ktoś.

Zwierzęta to świnie, mówcie co chcecie.

Published in: on 10/22/2014 at 23:30  8 komentarzy