Futuryzacja życia, czyli komu nuż w bżuch chociaż na chwilę?

http://wyborcza.pl/1,75478,6534671,IPN_pali_Jasienskiego.html
http://wyborcza.pl/1,75248,6537103,IPN_przyznaje_sie_do_bledu___Jasienski_OK.html

Jednodńuwka ipeenowcuw

7. Przekreślamy logikę jako mieszczańsko-burżuazyjną formę umysłu. Każdy artysta ma prawo i jest obowiązany stworzyć swoją własną autologikę. Za zasadnicze cechy każdej poszczególnej łogiki uważamy: błyskawiczne kojarzenie rzeczy pozornie dla logiki mieszczańskiej od siebie odległych; dla skrótu drogi pomiędzy dwoma szczytami – skok przez próżnię i salto mortale.
Z pewnością nie każdy artysta, ale także i historyk, a szczególnie już taki z IPN. No co? Salto mortale, bo znudził nas już Charlie Chaplin, Lech Wałęsa, Platon i Plotyn, chociaż z gilotynami to już bym polemizowała. Nuż w bżuch każdemu, kto tej autologiki nie rozumie. Słowiki i róże już na nas nie działają. Nuż w bżuch i salto mortale raz jeszcze, aż do skutku.
Bezwzględna wartość dzieła sztuki waha się pomiędzy 24 godzinami a miesiącem.
Ciekawa jestem jaka jest wartość bezwzględna opinii wydanej o pisarzu przez IPN. Odpowiadać nie trzeba, bowiem jak widać już nastąpiła zmiana tejże. Wiwat manifest Jasieńskiego. Toż to profetyzm futurystyczny. I jaka zabawa, gdy widać, że właśnie jego słowa stają się ciałem.
No cóż, myślałam, że po podziałach Polski na gombrowiczowską i sienkiewiczowską już nic głupszego nam się nie przytrafi. Jak zwykle myliłam się. Tak, Jasieński był komunistą, na dodatek edukowanym w Moskwie. Żeby jeszcze było gorzej, to napisał nawet powieść socrealistyczną, był członkiem partii komunistycznej i w Paryżu mu się nie podobało. Na dodatek przyjął obywatelstwo rosyjskie, bywał u Jagody i pisał takie teksty jak „Dobić wroga klasowego” i jeszcze chwalił przemianę duszy radzieckiego człowieka budującego kanał Bałtycko-Białomorski. A na koniec został aresztowany i zastrzelony w jednym z obozów. Nawet w tym samym – podobno – co Osip Mandelsztam. Żonę Jasieńskiego też aresztowano, ale nigdy nie przestała być komunistką. A ich syn, gdzieś poniewierał się między jednym a drugim dietdomem. Z tego życiorysu jaskrawe wynika, że ktoś taki swojej ulicy w Polsce mieć nie może. Bo komunista, któremu słusznie należała się za głupotę kula w łeb, bo w sumie to zginał w wyniku partyjnych przepychanek. No tak…
Tylko białe posągi, strojne w swoją kamienność,
Stoją zawsze „na miejscu”, niewzruszenie correct.
Poeta zginął w czasie stalinowskich czystek, a teraz ktoś wpada na pomysł oczyszczenia zeń ulic. Dla jednych jest to konieczność dziejowej sprawiedliwości, dla innych chichot historii, a jeszcze dla innych futurystyczny gest odrzucenia przeszłości i tradycji, chociaż ci, co się chociaż na futuryzmie znają złośliwie się mogą wykrzywić i powiedzieć, że jest to „policzek powszechnemu smakowi”, ale czy rzeczywiście… powszechnemu?
Teraz jestem słoneczny, siebiepewny i rad.
Idę młody, genialny, trzymam ręce w kieszeniach,
Stawiam kroki milowe, zamaszyste, jak świat.
Nie dziwi mnie już nikt, kto skarży się, że „ujrzał świński ryj we fraku”, bo to jest właśnie logika naszych czasów. Zawsze można powiedzieć, że się pomyliliśmy, że przepraszamy, że poeta wielkim był i ma zachwycać. Rano stalinista, wieczorem ważna postać polskiej kultury. Słońce wschodzi i zachodzi, oczywiście nic się nie stało. Nie ma co się żołądkować, szczególnie z nożem w brzuchu. Rzeczywiście, szef IPN-u przeprosił za nadgorliwość swoich podwładnych i cała sprawa się kończy. Owszem, ale ja dostrzegam futurystyczny aspekt tej sprawy.
I zatańczą nonsensy po ulicach, jak ongi
Gdzie jest granica politycznej gorliwości? Gdzie jest granica nonsensu? Gdzie jest granica przyzwoitości ludzkiej? Gdzie jest granica mózgu myślą nieskalanego?
Tłumie,
coś mnie okrążył i chciał bić laskami,
czemuż stoimy.
Niech poeci idą do nieba.
PS. Wszystkie cytaty pochodzą z manifestów i tekstów poetyckich Brunona Jasieńskiego.
PS 2. Nadal chora – rzuciło mi się na oskrzela.

Published in: on 04/24/2009 at 20:28  12 komentarzy  
Tags: ,

Pawian chory, czyli bez „czyli”

Pawianowi rzęzi w gardle, to pewnie rzeżączka. A poza tym ma trąbę zamiast nosa i dlatego dziś niczego nie będzie… To znaczy będzie, ale nie tu. Pawian poleca:

http://sporothrix.wordpress.com/2009/04/21/byc-kobieta-ale-jaka-czyli-tesknoty-meskiej-duszy/

Published in: on 04/22/2009 at 13:13  8 komentarzy  
Tags:

Koleżanka, której nigdy nie miałam, czyli wspomnienia z niepamięci

Zdawało jej się… różne przecie
Marzenia się dziewczynom roją

(Icyk Manger)

 

 

Nie wiem, jakby mogła mieć na imię. No nie wiem, bo nigdy jej nie było. Moja mama mogłaby znać jej mamę, a może babcia – babcię. To chyba nie ma żadnego znaczenia. Miałabym koleżankę. Może miałaby warkoczyki jako dziecko? Może nosiłaby w nich różowe wstążki? A może zielone? Może grałaby na fortepianie i razem występowałybyśmy w duecie? Pod stodołą cioci Mani opowiadałybyśmy sobie o naszych pierwszych miłościach. W sadzie cioci Mani szukałybyśmy zagubionego białego kociaka i wpadałybyśmy w dziury wykopane przez królika-uciekiniera.

Mogłybyśmy skakać w gumę pod oknami jej mieszkania, mogłybyśmy się kłócić. Mogłybyśmy siedzieć na drzewie bawiąc się naszymi misiami. Mój miał na imię Niua, jej mógłby być Kubą. Pewnie byłby ciemnobrązowy. Moja babcia haftowałaby dla mojej koleżanki sukienki, tak jak dla mnie, bo byłybyśmy nierozłączne i wszystko chciałybyśmy mieć takie samo.

Pewnie chodziłybyśmy potem do tego samego liceum i siedziałybyśmy w tej samej ławce, podobnie zbuntowane, podobnie wątpiące i kontestujące wszystkie aksjomaty tego świata. Może odrabiałaby za mnie zadania z fizyki? A ja bym pisała jej wypracowania? A może to ona pisałaby wiersze, a ja bym zazdrościła, że ona to potrafi? Pod ławką czytałybyśmy powieści, wiersze, obie tak samo znudzone przeskakującymi po orbitalach elektronami. A może ona byłaby zafascynowana chemią? Kto to wie…

Chodziłybyśmy do jej ciotki na najlepszy czulent w mieście. Paliłybyśmy papierosy siedząc na ławce niedaleko teatru. Popierałaby moje wybory, a ja byłabym wobec niej lojalna. Lubiłaby Łasica i mówiłaby, podobnie jak ja, że przy Łasicu Tadeusz Mazowiecki to nieodpowiedzialny nerwus. Ja lubiłabym jej partnera, albo partnerkę. Gdyby miała dzieci chodziłybyśmy z nimi na plac zabaw. Wyśmiewałaby mój idealizm, moje pryncypia, a ja mrużąc oczy, czekałabym na podobną okazję. Och, z pewnością byłaby tak złośliwa jak ja. Z pewnością nie byłaby taką choleryczką, bo wówczas nasze spory kończyłby trzask rozwalanej porcelany. Miałaby ładne dłonie i piękne włosy. A jeśli byłoby inaczej? No to co?

Przywoziłabym jej różne rupiecie z moich podróży. Miałaby pierdyliardy macedońskich ikon i tony kamyczków z różnych plaż. A może nie? Pewnie nie, bo ja zawsze zapominam o prezentach. W związku z tym nigdy nie oczekiwałaby mnie w dniu swoich urodzin, czy imienin, bo i tak by wiedziała, że zapomniałam. Może byłaby zła z tego powodu? Może byłoby jej przykro? Pewnie nie, bo wiedziałaby, że ja po prostu nigdy nie wiem, jaki jest dzień. Ona nie odwiedzałaby mnie w szpitalu, bo wiedziałaby, że tego nie znoszę. Jeździłaby na rowerze, a ja kupiłabym jej wiklinowy koszyk. Ot tak, kiedyś na wiosnę.

Chodziłybyśmy razem na basen, zawsze we wtorki i piątki. Wieczorem, a potem piłybyśmy herbatę u niej w kuchni, a może w mojej kuchni. Miałaby u mnie swój kubek i byłaby wściekła, gdyby ktoś inny z niego pił. Wówczas cedziłaby tak śmiesznie przez zęby: “ktoś pił z mojego kubeczka”. Tak mogłoby być. Mogłoby tez być zupełnie inaczej. Siedzę na schodach synagogi Izaaka i zastanawiam się, jakby wyglądało moje życie. I jej życie.

Siedzę tam dość długo, że aż bileter wychodzi i życzliwie zadaje pytanie na kogo czekam. Odpowiadam, że na koleżankę. Siada obok i chyba zaczyna mnie pocieszać, że pewnie są korki, że może jeszcze przyjdzie. Wstaję, otrzepuję spodnie, biorę do ręki tomik poezji. Mówię mu: Nie, nie przyjdzie… Radzi mi zadzwonić. Gdybyż to było takie proste. Nie wiem, jaki jest numer telefonu koleżanki, której nigdy nie miałam. XX wiek dał nam tyle wynalazków, tyle możliwości. XX wiek, takim jak moje nieistniejąca koleżanka przyniósł Zagładę. I już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą. A moja koleżanka nigdy się nie urodziła. Co pozostało z niej, z potencjalnej możliwości osoby, której przez splot wydarzeń, przez ambicję jednego chorego malarzyny z kabotyńskim wąsikiem, nie dane było ziścić swoich marzeń? Nie kładę kamienia, ale szepcę przekonana, że mogłaby to usłyszeć: róża jest różą, jest różą, jest różą…

19.04.1943

dscf3692

 

Published in: on 04/19/2009 at 20:06  17 komentarzy  
Tags:

Na naszej uczelni słońce jasno świeci, czyli „idzie nowe”

– A więc, moi panowie – dodaje radca zapuszczając palec między kołnierzyk a kark kładący się na nim fałdą tłustej skóry więc możemy zaczynać!

– Tak, tak! – odzywają się ponownie głosy. Ale pan radca, świeży urzędnik z wyborów, nie lubi tracić sposobności do małych przemówień, które by gruntowały popularność jego. Chrząka tedy i oparłszy obie dłonie na pulpicie swego biurka tak rzecze:

– Wiadomo panom, jak opiekuńcze są ustawy gminy. Wiadomo panom, że gmina nie, dozwala cierpieć nędzy żadnemu z członków swoich. Ociera łzy, odziewa nagich, karmi głodnych, bezdomnym daje dach nad głową, słabych wspiera.

(Maria Konopnicka)

 

Nie wiem, kiedy to się dokładnie zaczęło, ale fakt, że idzie nowe, stał się jaskrawo widoczny w dniu, gdy Pawian dostał dwie pieczątki. Ktoś, kto wpadł na pomysł, by dać Pawianowi takie przedmioty, z pewnością nie przemyślał zbyt dokładnie swej decyzji. Pawian jeden stempelek zgubi, a drugi zepsuje i tak się skończy jego wielka kariera urzędnicza. Co natychmiast mi przypomniało przygodę z dzieciństwa. Miał ci nasz Pawian w czasach szczenięcych pieczątkę z pieskiem, dokładniej mówić był to buldog z piłeczką. Ba, nawet miał nasz bohater pudełeczko z tuszem, co powodowało, że okresowo był wypaćkany “na zebrę”, a czasem nawet “na pandę”, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo pawiańscy rodzice wychodzili z słusznego skądinąd założenia, że jak nie ubrudzi się tym, to czymś innym. I tyle.

W każdym razie proszę wyobrazić sobie małego Pawiana, który z torbą pełną książeczek, kredek, zeszycików i innych tajemniczych przedmiotów (w tym pieczątką) udał się ze swą mamusią do jej miejsca pracy. Pawiańska matka pracowała wówczas w bibliotece pewnej instytucji naukowej. Pawian był dumny i blady, że został zabrany w tak WAŻNE, z punktu widzenia pięciolatki, miejsce. Grzecznie rysował, czytał i mrugał rzęsami, gdy kolejni ludzie mówili: Pani mamo Pawiana, ależ pani ma ładną małpkę.

Oczywiście ta fraza należy do sytuacyjnego decorum i nie należy jej brać dosłownie, nawet jeśli założy się naiwnie, że wszystkie dzieci są nasze. Pewna pani, o sancta simplicitas, uznając że mały Pawian jest taki grzeczny, to pokaże mu instytucję. Pawian poszedł, ale zaznaczmy, że w kieszonce na brzuszku miał pieczątkę i pudełeczko z gąbką nasączoną tuszem, fioletowy on był, a jakże. Pani pokazała Pawianowi laboratoria, a w nich mikroskopy oraz preperaty. Pawian był podniecony i zafascynowany. Potem Pawian zobaczył odczynniki. Potem pokazała Pawianowi sale wykładowe i jednego profesora, co dłubał w nosie. Potem zaprowadziła Pawiana do magazynu, gdzie dostał biały fartuch sięgający mu do pięt. I tu Pawian poczuł się ważny, o jak bardzo ważny. Na samym końcu Pawiana zaprowadzono do jakiegoś działu, gdzie dostał ciasteczko. Powiedziano mu, że ma jeść ciasteczko, bo oprowadzająca go pani musi zadzwonić. No to siedział… przez 30 sekund, bowiem, tak jak nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji, to także nikt nie powinien się spodziewać, że Pawian będzie na dupie siedział. Ciasto zjedzone. Nuda. Nic się nie dzieje. Pawian podstemplował więc pieczątką z buldogiem jakieś papiery…

Po miesiącu okazało się, że to były bardzo ważne papiery i instytucja, która je otrzymała, była obrażona. No czym? Mili Państwo, z powodu jednego buldoga, takie aj-waj robić? A poza tym nie były widocznie takie ważne, skoro nikt nie zauważył działania naszego bohatera, tego aktu sabotażu dokonanego w instytucji wysyłającej.

Morał z tego taki, no chyba jasne – tłumaczyć nie trzeba. Pawian sprytnie nie opowiedział tej historii w swoim miejscu pracy. Idzie nowe, trzeba się przystosować. Kłopoty nie tylko wiążą się z tuszem. Bywają większe.

Cała administracja boryka się z jakimś potworem, dlatego też podpisanie jednego papierka graniczy z cudem, a wydobycie kasy, na jakże przyjemną konferencję wielbicieli starych papierów odbywająca się np. w Berlinie kojarzy mi się z jugosłowiańską partyzantką. Okopani w górach – czekamy na ruchy przeciwnika. Z drugiej strony jest zabawnie, bo Pawian bawi się brzytwą Ockhama (a mówili, nie dawaj brzytwy małpie), przy wielkim popiskiwaniu niezadowolonych. Mój kolega Julien próbował zrobić tak samo, tylko odwrotnie i przydzielił Pawianowi jakieś dziwne przedmioty typu: “jazda na monocyklu między zwałami książek” oraz “jedzenie papieru w warunkach ekstremalnych”. Pawian złożył oficjalny protest, bowiem jest pieniaczem i cholerykiem, a jednocześnie pieprzonym legalistą.

Żeby było jasne, to Pawian nie pracuje w zespole zwolenników tezy, że wystarczy, jak studenty będą znali alfabet. Raczej chodzi o to, żeby nie uczyli się ogólnej teorii niczego. Jednakże jak im wytłumaczyć, że humanista fificzny to jest fach jak ta lala, ale trzeba myśleć? Na razie studenci postulowali na zabraniu, że chcieliby, tak widzi to Pawian, uczyć się w Wyższej Szkole Jazdy na Wielbłądach. Bo chcą mieć fach w ręku i kasiorę w kabzie. Najbardziej rozbawił Pawiana postulat (na wspomnianym zebraniu), że powinniśmy uczyć pisania CV. Najpierw zarechotał nasz Pawian jako ta żaba, a potem się wydarł. Skutek – żaden. I ta wszechobecna fraza: rynek pracy. Jak ktoś mi odpowie, jaki fach fificzny, będzie potrzebny na tymże rynku za cztery lata, to go ozłocę. Na razie, w tym nowym co przyszło, niewiele osób rozumie, że humanista fificzny to człek, który jest wykształcony, oczytany i inteligentny, a także twórczy. Dlatego będzie umiał się przystosować do potrzeb rynku. Może zmieniać zawody jak rękawiczki. Bo jest HUMANISTĄ, do jasnej Anielki. Trzeba wykorzystywać swoje atuty, ale najpierw trzeba wiedzieć, że się je ma. W końcu pochodzimy od ssaków mezozoicznych. Gdyby one nie umiały znaleźć się na rynku, to historia ludzkości wyglądałaby diametralnie inaczej. Humanista łatwo się przystosowuje, bowiem zna mechanizmy przetwarzania zdobytych informacji. A jeśli ktoś chce mieć zapisane na dyplomie np. specjalista – zjadacz papieru, to niech się nie dziwi, że go nie chcą w archiwum druków zwartych. Jakby miał tam fifik, to by go przyjęli. Ot, mityczny rynek pracy, pojęcie chętnie używane przez ministerstwo, jak i niezbyt lotnych dziennikarzy, którymi RYNEK PRACY jest zawalony. Szczęście wielkie – nie ja ich uczę, dlatego śpię spokojnie. Gdyby było inaczej, to bym miała wyhodowane wyrzuty sumienia tak wielkie jako kurdle. A tak na marginesie… Gdzie jest moja pieczątka?

 

 

Published in: on 04/17/2009 at 11:07  18 komentarzy  
Tags: ,

Przygoda świąteczna, czyli pospolitość skrzecząca dość niestosownie

KLEOFAS
A cóż mawa czynić? Wstańwa,
Do Jeruzalem się wróćwa.
Powiewa to zwolennikom
I drugim, co tam przy nich są,
Co się nam w drodze przydało
I wszytko, jak się co działo..

(Mikołaj z Wilkowiecka)

Święta zaczęły się na wsi. W sobotę się zaczęły, bo dla Pawiana to najmilszy dzień świąt. Ja wiem, że nie o to chodzi, że dopiero w niedzielę, ale pożytek ateisty z dni świątecznych jest taki, że można sobie samemu wybierać, co nam najbardziej pasuje. Dobra, Pawian ściemniał nie będzie i powie od razu, o co chodzi. Sobota jest najfajniejsza, bo można Łasica i Borsuka zabrać na wieś i nie ma żadnych krewnych, którzy tłumnie pawiańskich rodziców w święta odwiedzają. Można rzec, że pawiańscy rodzice są bardzo popularni w rodzinnych rankingach i już na przykład wczoraj podobno drzwi się nie zamykały, a Pawian, no cóż, nie przepada. Jest egoistyczną świnią i lubi mieć wieś, wraz z rodzicami, siostrą i psami wyłącznie dla własnej przyjemności.

W każdym razie Pawian, Łasic i Borsuk (rekonwalescent) spędzili uroczy dzień. Borsuka to nawet werandować chcieli w kocyku, ale (bestia) zwiał i przykryty kwiecistą chustką, rozkoszy kąpieli słonecznej zażywał bez poduszeczki i kocyka, na foteliku przed domem i coraz tłuściejszy się robił, jak i my, od tych wszystkich smakołyków donoszonych przez pawiańskich rodziców. Psy rozrabiały w tle, jak zawsze.

Po tym przydługim wstępie, Pawian przechodzi wreszcie ad rem. Chodzi, najmocniej Państwa przepraszam, o kupę. A raczej o olbrzymie ptasie guano. Jakaś ptasia świnia narobiła nam na samochód. Na przednią szybę i na maskę. W ogóle, to chyba był ptak z problemami trawiennymi, albo niesprawna kloaką, bo samochodowi mojej siostrzycy też się dostało. Z szyby, to jeszcze jakoś zlazło, jak się mocno pokropiło, ale reszta została i Łasica umiłowanie porządku, estetyki i powszechnego ładu raziła. Dlatego też, po śniadaniu w niedzielę, została podjęta, jakże ważna decyzja, objawiona dwoma słowami: myjnia samochodowa. Pawian co prawda aż pisnął z uciechy, bo pasjami uwielbia myjnie, jednakże trochę głupio mu się zrobiło, bo tak jakoś… Można by powiedzieć krótko, że “trza być w butach na weselu”, czyli “znaj proporcjum, mocium panie”. Z drugiej jednak strony, jak się już powiedziało “a”, jak ateista, to chyba wyjścia nie ma i dylematów być nie powinno. W każdym razie wsiedlim i pojechalim. Cóż zobaczylim? Kolejkę.

Szczęki nam opadły, uszyska zwisły, bo kolejka była (godzina 14.30 w najważniejsze święto katolickie) ogromna. Przed nami było aż sześć osób do pluchania. Proszę mi wyjaśnić, bo Pawian od wczoraj trwa w osłupieniu, rozumie że to duże miasto, ale… Pawian i łasic dupska w troki wzięli i do innej myjni się przenieśli. Chytreńko pojechaliśmy na tzw. “totalne zadupie”. I co? Oba stanowiska myciowe zajętymi były, a jak już stanęliśmy w kolejeczce, to zaraz za nami się ustawiły kolejne trzy pojazdy. No jak w okresie PRL-u, gdy “coś” do sklepu rzucili.

Guano zostało umyte, ale pytania pozostały. Pawian odebrał wychowanie religijne i jeszcze ma całkiem dobrą pamięć, dlatego od wczoraj ze zdumienia wyjść nie może.

Pawiana uczyli, że jest to najważniejsze święto. Że to jest sedno wiary – zmartwychwstanie. Czy wierzą Państwo w to, że wszyscy ateiści z pawiańskiego miasta umówili się w myjni, w pierwszy dzień świąt? Nie? Pawian przyzna, że także nie wierzy. Ja wiem, że nie ma zakazu, żeby w święta kościelne samochód myć, ale uczono mnie także, że właściwe podejście do dni świątecznych jest niesłychanie ważne. Nie będzie Pawian cudzych uczynków oceniał, ale dziwił się będzie… I tyle, sprawa zostaje bez pointy, bo Pawianowi nic do głowy nie przychodzi.

 

 

Published in: on 04/13/2009 at 10:42  13 komentarzy  
Tags: ,

Świąteczny fotoreportaż, czyli „było nas trzech”

Było nas trzech
W każdym z nas inna krew
Ale jeden przyświecał nam cel
Za kilka lat
Mieć u stóp cały świat
Wszystkiego w bród
Dla wielbicielek i wielbicieli rozlicznych talentów psów Pawiańskich rodziców.
1. Księciunia przedstawiać nie trzeba

 

 

 

dscf4903

 

2. Czarny szpic małopolski na niedźwiedzie, albo na kury (wiek 7 miesięcy) – Maur Otello zwany także Prezentem Bożonarodzeniowym

dscf5577

3. Dobrali się, jak w korcu maku…

dscf5582

4. Udaje niewiniątko, a nieustannie knuje (Powsinoga)

dscf5588

5. Małopolski wilczur kłapciastouchy

dscf5593

6. Zabawa pomarańczową piłeczką, fi donc, dobra dla galicyjskiego motłochu

dscf5603

Published in: on 04/13/2009 at 10:42  4 komentarze  
Tags:

Świąteczne barany z masła, czyli poglądy obrotowe

Idę podwórkiem. I nagle

Podbiega do mnie sześcioletni chłopczyk

W poziomkach policzków.

W ręce trzyma drewniany pistolet.

„Pif! Paf!” strzela w moim kierunku.

Potem chowa broń do kieszeni.

„Robota skończona” mówi i odchodzi.

Jestem przerażona. W czasie Wielkiego Tygodnia? Oczywiście mnie nic do tego, mnie nic do cudzej religii, ale zamiast refleksji, zamiast zadumy i skupienia nad cierpieniem człowieka-boga, który właśnie umiera (symbolicznie) w wielkim bólu i męce, właśnie składa najwyższą ofiarę, która powinna być niezwykle znacząca dla jego wyznawców… A tu takie coś? Oczywiście można stwierdzić, że jak się ktoś bawi z zepsuj-zabawami, to ponosi tego faktu konsekwencje. I na tym poprzestać, bo co takiego Pawiana obchodzi Marcin Libicki? Jego poglądy są zadziwiające, przyznam, że najbardziej zadziwia mnie ta wypowiedź, że niewierzący mogą być porządnymi ludźmi, jeśli wychowywani są przez wierzącą matkę, ale nie o to chodzi. Europoseł może mieć takie poglądy jakie chce, a jeśli jest grupa ludzi, którzy go wybierają, to Pawian grzecznie się godzi z zasadami demokracji. Sprawa dotyczy czegoś innego.

Zaczęło się, jak dla mnie, od Kaczmarka. Na forach pod artykułami omawiającymi kto, kiedy i w jakim krawacie, gdzieś tam po hotelu latał pojawiła się masa głosów zwolenników PiS-u, którzy rzucali grubym słowem w klawiaturę i z dnia na dzień, z chwili na chwilę, z sekundy na sekundę zmieniali zdanie o człowieku. Podobnie łatwo przeinaczana w mózgach niektórych PiS-owskich zwolenników była sprawa z Lepperem i Giertychem w rządzie. Ot, niedawni współpracownicy, gromada “poputczików”, konieczność, prawie że historyczna, stała się nagle wstydliwie pomijana milczeniem, zasłonięta sklerozą. Na mocy arbitralnej decyzji partyjnej wczorajsi przyjaciele stawali się Oceanią, czy czymś takim. I zostawali tak łatwo wymazani z mózgów, jakby nigdy nie istnieli. Biedny Winston Smith z XXI w., który już nigdy nie odnajdzie tekstów gazetowych, które przypomniałyby mu przeszłość. Nie dlatego, że spłonęły, ale dlatego, że tak łatwo zapomina o swoich poglądach. I jest głęboko przekonany, chociaż częściej mówi, że “ma przekonanie”, że wróg czai się wszędzie. A zdemaskowany jako wróg wczorajszy przyjaciel, nigdy owym przyjacielem nie był.

Bezbłędny,

w myleniu poglądów

W niezbitych dowodach,

które sobie przeczą.

Zagubieni w dwójmyśleniu, czekający z nadzieją na oficjalną partyjną linię, która pomoże im zdefiniować świat wedle kategorii czarne-białe i żadne inne. Marzy mi się polska prawica. Polska prawica poważna, polska prawica honorowa, odpowiedzialna i inteligentna. Czy mogę wierzyć, że się stanie? Patrząc na wypowiedzi niektórych Internautów odkrywam, z coraz większym naiwnym zdumieniem, że “duch Lenina wiecznie żywy” jest. Jak można uwierzyć w numer z “podwójnymi standardami”, wiedząc że Marcin Libicki trzykrotnie składał oświadczenie lustracyjne (i czytając jego biografię, której żadni mali ludzie nie będą mogli zdyskredytować)? A drugim okiem patrzeć na pana Kryże? I nadal wszystko w porządku? I nadal wszystko jasne? Żadnych wątpliwości? Żadnych pytań? Widocznie tak najłatwiej.

Ostrzegam cię przed tobą.

Nie miej do siebie zaufania.

Możesz sobie strzelić w tył głowy

nawet nie wiedząc kiedy.

[…]

Nie ufaj swojej prawej ręce.

Może podpisać na ciebie wyrok śmierci.

Nie ufaj swojej lewej ręce

jest zdolna być prawą.

Nigdy nie będę głosować na Libickiego, ale to nie przeszkadza mi szanować tego, co robił. Jeśli będzie mi dane, to będę walczyć z jego poglądami, ale nie będę go nikczemnie dyskredytować. Nie będę czytać paszkwili prosto z quasi-naukowego politycznego zaplecza historii pisanej przez małych ludzi. Nie dlatego, że JA WIEM I OCENIAM, tylko dlatego, że myślę, wątpię, rozważam, analizuję. Tym się różnimy, że ja nie przyjmuję na wiarę, niełatwo wyczyścić mi pamięć, niemożliwym jest bym nienawidziła, nikt nie nauczy mnie nowych słów, które zmieniają z dnia na dzień znaczenie. Nie chodzi o to, że jestem jako ta skała, ale żeby mnie przekonać, trzeba mieć w ręku chociaż strzęp argumentu, a nie potwarz, wyzwisko, pomówienie, plotkę i zbrukaną świństwem duszę.

Stada agentów pasą się na politycznych łąkach. Kto jeszcze? No kto jeszcze? Wrzucając w błoto wszystkie autorytety, galopujący na psach wojny nie dostrzegają faktu, że już wszystko upaprane błotem. Kto czysty? “Wódz… a za wodzem – nic”.

Raz do koła, raz do koła. Można śmiać się, że historia powtarza się jako farsa. Jak to możliwe, że ta farsa dotyka ludzi wielkich formatem (bez względu na to czy zgadzam się z ich poglądami, a nawet czy ich szanuję), takich jak Wałęsa, czy Libicki, a ludzie mali, nikczemni pławią się w sławie i wyznaczają normy moralne.

Jeżeli przyśni ci się władza

nie wychodź przez tydzień

z ust.

Jestem przerażona tym, co sobie sami zrobiliśmy. Jestem przerażona spektaklem nienawiści w czasie Wielkiego Tygodnia. Mnie by do głowy nie przyszło… Ale widocznie tacy jak ja nie mają racji, bo za cicho mówią. Widocznie nie ma racji Ewa Milewicz, która oddaje order. Jej nie słychać, bo nikt nie będzie “się tym szczególnie przejmował”. A szkoda. Słychać tych, co wrzeszczą. Do czasu – mam nadzieję, że do czasu.

PS. W tekście użyto fragmentów wierszy Ewy Lipskiej

 

Published in: on 04/10/2009 at 12:39  6 komentarzy  
Tags: , ,

Naturalne partnerstwo, czyli o historii języka

http://www.slunskoeka.pyrsk.com/obrazy/ksiega_henrykowska.jpg

Bogwali uxor stabat, ad molam molendo. Cui vir suus idem Bogwalus, compassus dixit: Sine, ut ego etiam molam. Hoc est in polonico: Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai.

Wszyscy znają pierwsze zdanie napisane po polsku, zamieszczone w księdze założenia klasztoru w Henrykowie. Mnie zawsze wzruszało ono czułością, wydawało się z perspektywy domu rodzinnego Pawiana zwyczajne, całkowicie normalne, bo tatuś pawiański mielił, a mamusia odpoczywała, a czasem na odwrót. I nikt nie czepiał się, jak tego rycerza z księgi, który chciał pomóc żonie, nie wstydził się tak zwanych “babskich czynności” i z godnością przyjął od reszty partiarchalnej społeczności przydomek “zbrukany” (Brukała, Brucal).

Na marginesie, od razu trzeba wybić z głowy prawdziwym Polakom stricte narodowy, nasz, nadwiślański, słodko-pszeniczny charakter zdania, bowiem występują w nim zarówno cechy ówczesnej polszczyzny, jak i bohemizmy oraz latynizmy. Co do gwary śląskiej to się Pawian nie wypowiada, bo specjalistą od historii języka nie jest, ale wiadomym jest, że gwary przechowują skrupulatnie historyczne formy językowe. Jeśli rozpocznie się w tym miejscu spór wielopiętrowy mający siłę rażenia równą temu, który trwał lat czterdzieści w polskim językoznawstwie, a dotyczył gwary w “Chłopach”, będę zachwyconą małpą.

Jednakże nie o to chodzi, sedno nie jest w formach językowych, zawiłościach gramatycznych, odkopywaniu form, ale w treści prostej jak koci ogon – “ja będę pracował, a ty sobie odpocznij”. Proszę pomyśleć, pierwsze zdanie napisane po polsku świadectwem partnerstwa, odrzuceniem patriarchatu, buntem przeciwko zastanym obyczajom. Abstrahując od faktu, że Bogwał Brukał był Czechem, ale żonę miał spod Henrykowa, naszą. Zamieszkał sobie i stał się bohaterem historii tak wielkiej, że gdyby o tym wiedział, gdyby zdawał sobie z tego sprawę, to by się ostrzygł i miecz wypucował jakimś sadłem.

Nie bał się ludzkiego śmiechu, miał w nosie opinię sąsiadów, którzy go pouczali, co to znaczy być prawdziwym chłopem, fallusem pozytywnym. Spokojnie, wszak wiemy, że Czesi popędliwi nie są, klęknął przy żarnach i głośno objawił, że on pracuje, a żona odpoczywa.

Proszę sobie wyobrazić, jeden z najstarszych zabytków języka polskiego jest dowodem prywatności, czułości, małżeńskiej miłości, empatii i… partnerstwa. Ja myślę o tym Brucale i jego żonie czasem i smutno mi dziś, gdy czytam statystyki dotyczące szanowania prac domowych. Ktoś może powiedzieć, że Brucała był ewenementem, wszak sąsiedzi nadali mu prześmiewczy przydomek, zaś norma była zdecydowanie inna, w związku z czym, skoro drzewiej tak bywało, to dobrze jest i niech w naszych Taplarach tak zostanie. Może i tak, ale przez zapisanie tego zdania nabiera ono zupełnie innego znaczenia. Z opowiastki o rodzinie staje się początkiem naszej własnej historii. XIII wiek jest tak daleko, że żadnego związku z ówcześnie żyjącymi ludźmi odczuwać nie możemy. A może jednak? Daj, ja teraz będę prasował, a ty odpocznij. Daj, ja teraz ugotuje obiad, a ty odpocznij. Daj, ja teraz umyje okno, a ty odpoczywaj.

W kontekście wiosennych porządków świątecznych warto wspomnieć Brucałę, jego żonę oraz ich nietypowe w XIII wieku obyczaje. Brucała się nie bał śmieszności, chciał jedynie pomóc żonie. Czy to jest śmieszne? Dla mnie – wcale. I nadal będzie mnie wzruszać ta czułość ludzka, ta delikatność uczuć sprzed prawie ośmiuset lat. Pawian teraz pisze felieton, a Łasic myje okno. On brusza, a ja poczywam. Zrobię mu herbatkę.

ksiega_henrykowska

 
Published in: on 04/08/2009 at 10:35  8 komentarzy  
Tags: , ,

Pawian się chwali, czyli dzień niespodzianek

Pawian teraz będzie się chwalił. Pawiana tekst opublikowało Studio Opinii. Jak Państwo zobaczą, kto tam pisze, to zrozumieją moją dumę. I to chwalenie się.

Proszę bardzo:

http://alfaomega.webnode.com/

A Pawian tu:

http://alfaomega.webnode.com/news/kultura%20pyska%2c%20czyli%20naiwne%20pytania%20o%20rzeczywisto%c5%9b%c4%87/

(napuchł był z dumy nasz bohater)

Published in: on 04/06/2009 at 18:03  14 komentarzy  
Tags:

Z pamiętnika Kluchy, czyli mały mieszczanin

dscf5550Twórczy sposób wykorzystania nowej szafki w kuchni

dscf5556

Niebieski kocyk nie był zły, ale przecież są nowe trendy we wzronictwie – rzekła Kluska Pierożanka w trakcie toalety

Published in: on 04/06/2009 at 16:35  Dodaj komentarz  
Tags: