Bezradność czy inność, czyli pokoleniowa zmiana warty

I can’t write a book commensurate with Shakespeare, but I can write a book by me

(Walter Raleigh)

Dawniej to ludzie skromni byli, a może wcale nie? Może mieli tylko dobry, jak się to dziś mówi, „pijar”? Może tenże sam, sir Walter, wcale nie wrzasnął na kata, żeby już uderzał, tylko trząsł się jak osika i popiskiwał, że wcale nie zasłużył? Ale jakże to tak, żeby wielki żołnierz umierał w hańbie, przecież potomność musiała go zapamiętać, jako bohatera, dzielnego człowieka, nieustraszonego odkrywcę, silnego wojownika, aż po ten ostatni moment. W końcu nie wiemy, czy Bolesław Chrobry nie miał notorycznych gazów, raczej znamy obraz, iż Mieszko „spłodził sławnego Bolesława, który po jego śmierci po męsku rządził królestwem i za łaską Bożą w taką wzrósł cnotę i potęgę, iż ozłocił – że tak powiem – całą Polskę swą zacnością”. Po co komu informacja o gazach, albo dłubaniu w nosie? Sienkiewicz mawiał, że każdy pod łóżkiem ma naczynie nocne, ale to jeszcze nie powód by o tym pisać.

Jednakże… Z drugiej strony (jakby rzekł nieśmiertelny mleczarz z Anatewki), bez pryszczy na plecach, naczyń nocnych i smarkania w serwetki, nie mamy pełnego obrazu i jesteśmy ubożsi. Uwzniośleni, ale i czegoś pozbawieni. Ostatnio, jak Państwo z pewnością zauważyli, trzymam się pewnego tematu i obsesyjnie, wręcz z zaciekłością do niego powracam. Znaczy że siedzi mi na wątrobie, nie może być inaczej. Otóż pełniąc pewne oficjalne funkcje spotykam się z młodymi ludźmi, którzy podpisują w mej przytomności pewne dokumenty (zaręczam, że nie jestem werbującą do Legii Cudzoziemskiej). Czy Państwo domyślają się, co mnie tak wkurza? Otóż te młode istotki podpisują wszystko, co im podsunę pod łapę, nie czytają, nie zastanawiają się, tylko walą długopisem w odpowiedniej rubryczce znaki, na dodatek najczęściej błędnie wpisując nazwisko przed imieniem. A ja wówczas wrednie pytam, czy zdają sobie sprawę, że właśnie podpisali zrzeczenie się praw do własnej nerki. Następują chichoty i nerwowe przestępowanie z nóżki na nóżkę. A na dodatek, w powietrzu wisi jakieś niezadane pytanie: o co ci babo chodzi? Kazałaś podpisać – podpisane. Dostałam/łem dwa papiórki, to dwa podpisy złożone zostały, a ty dyskutujesz, jakby było o czym…

Moja koleżanka, która zajmuje się kontaktami ze studentami przyjeżdżającymi do nas na staże i praktyki opowiada, jakie maile dostaje: jak dojechać z lotniska do akademika? Ktoś może powiedzieć, że jak się zaprasza, to się wyjaśnia, jak dojechać. Ależ tak, za całą stanowczością. Oczywiście, że ta informacja się znajduje, tylko… trzeba było przeczytać mail, gdzie była mapka i wszelkie przydatne dla cudzoziemca informacje – w języku polskim, francuskim, rosyjskim, angielskim i niemieckim. Do wyboru, do koloru…

Na kursy wakacyjne także zapraszamy studentów z całego świata. Kolejna moja koleżanka odpisuje z kolei na maile, czy trzeba ze sobą przywieźć pościel. Nie, nie trzeba – odpowiada pierdyliard i sześć razy, a potem dodaje, że odpowiednie informacje znajdują się na podanej w poprzedniej wiadomości stronie (także w wielu językach), a także w załączniku do tegoż maila…

Analfabetyzm wtórny? U studentów? Z całego świata? Z Paragwaju, Urugwaju, Niemiec i księstwa Cleves? No cóż, wtedy sprawa byłaby prosta, a niestety – nie jest.

Ostatnio Łasic zmieniał telefon komórkowy. Szukał informacji o wybranym przez siebie modelu, a jak wszyscy wiedzą gadżeciażem ci on jest, dlatego wszystko sprawdzone być musiało po wielokroć, żeby dany model miał akwarium, trzy chomiki, wehikuł czasu oraz fotoplastykon. Wlazł Łasic na jakieś forum telefoniczne i znalazł tam pytanie, które wytrąciło go z równowagi. Wstrząśnięty i zmieszany jest po dziś dzień. Pytanie brzmiało: jak w tym telefonie zmienić godzinę? Po trzech dniach ten sam Internauta zdenerwowany dodał: ludzie, ja już trzy dni czekam, powie mi ktoś jak się ustawia zegar w tym telefonie? Pomyślcie drodzy Państwo, trzy dni biedaczek się martwił, męczył, spóźniał lub za wcześnie przychodził, ale nie chciało mu się zajrzeć do instrukcji obsługi. I tu jest Hund begraben. Tu dochodzimy do sedna problemu.

Czasy się zmieniły. Coś jakby przełom z ruchomą czcionką Gutenberga. My jesteśmy średniowieczni, a oni już nowocześni. My przepisujemy manuskrypty, a oni walą Psałterz moguncki w kolorze. Proszę nie wrzeszczeć, nie krytykować, tylko z zadziwieniem patrzeć na rewolucję dokonującą się na naszych oczach. Nie zrozumiemy ich, tak samo, jak oni nie zrozumieją nas. Mają kciuki wyrobione od ekspresowego pisania sms-ów. Umieją jednocześnie rozmawiać w trzech okienkach na gadu-gadu i w tym samym czasie dodawać kolejną myśl lub link na twitterze albo fejsie (skracają słowa, wszędzie dodają ikony), a także kończyć rozwiązanie zadania z fizyki. A jeszcze czterdzieści lat temu rodzice wpadali do pokojów swych pociech i krzyczeli, że nie można się uczyć przy hałasie z gitarami, że albo muzyka, albo nauka. Daremne żale – „próżny trud, bezsilne złorzeczenia! Przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia”.

Oni inaczej traktują tekst, nie potrafią, albo nie chcą czytać wielostronicowych traktatów. Informacja ma się zawierać na takiej powierzchni kartki, którą można objąć jednym rzutem oka. Są pewnie dziedziny życia, które na tym zyskują. Badania fificzne (jakie znamy) z pewnością odchodzą do lamusa, bo większość adeptów sztuki skubania starych papierów nie chce się zastanawiać dla jakiej przyczyny użyto czasu przeszłego, albo go nie użyto. Dlaczego pojawił się – bo ja wiem – garbusek, na którego krzywych pleckach dokończono ornament. Znają fabułę, dość pobieżnie, ale znają… Chyba. Nie jestem w stanie opisać ich myślenia, bo jestem z tych średniowiecznych. Patrzę na nich z lekkim potępieniem, nie potrafię inaczej, chociaż staram się myśleć filozofią dialogu, relacją ja-ty, zapowiedzią nieśmiertelności. Zastanawiam się, jak te młode istotki żyć będą, jeśli ciągle oczekują, że im się wszystko poda na tacy. Jak żyć będą wiedząc, że nie muszą niczego zdobywać? Żal mi ich, bo są niebożęta bezradni jak żuczki wywalone na plecki. Jednak się mylę, wiem o tym. To nie jest bezradność, ale model życia, którego nie rozumiemy. Możemy się z nim nie zgadzać, możemy go piętnować, ale nie zatrzymamy gołymi rękoma koła młyńskiego. Może nie wiedzą wiele o Szekspirze, ale napiszą własne książki. Krótkie, ale własne – bywa…

PS. Strasznie długi tekst dziś wyszedł. Średniowieczni tak mają. Dlatego nie mam twittera i nie używam emotikonów. 

O języku, monstrancji i obrazkach, czyli ciąg dalszy skojarzeń

Nie myślałem, że żyć będę w tak osobliwej chwili.

Kiedy Bóg skalnych wyżyn i gromów,

Bóg Zastępów, kyrios Sabaoth,

Najdotkliwiej upokorzy ludzi,

Pozwoliwszy im działać jak tylko zapragną,

Im pozostawiając wnioski i nie mówiąc nic.

Było to widowisko niepodobne, zaiste,

Do wiekowego cyklu królewskich tragedii.

(Czesław Miłosz)

http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,9837355,Festiwal_reggae_przesuniety__W_Boze_Cialo_nie_przystoi_.html 

Któż z nas nie powiedział kiedyś, że słońce wschodzi, albo zachodzi. Nawet się nad tym nie zastanawiamy, uznając skrót myślowy, formę archaicznego myślenia za całkowicie uprawnioną, ba… za logiczną. Inaczej chyba nawet nie będziemy w stanie wyartykułować sensu tej myśli, stworzyć zdania, bo jak? Proszę próbować, wyjdzie zdecydowanie nienaturalnie, niezręcznie. Przyzwyczajeni do sformułowań, do zdań często używanych, przestajemy dostrzegać błędy w nich zawarte, brak logiki, wręcz ewidentne nadużycia. Im bardziej coś zakorzenia się w języku, tym bardziej staje się naturalne, zwykłe, normalne. Im częściej jest coś wypowiadane, tym silniej trzyma nas za język, uparcie wchodzi w myśli. Trzeba sporego wysiłku, żeby się przeciwstawić, żeby zauważyć nonsens, żeby zaprotestować. Nota bene ten protest jest często waleniem kulą w płot, bo co z twoich wrzasków, skoro i tak usłyszysz, że się czepiasz, że to nieistotne, najważniejsze jest oddanie sensu, nieważne jakimi słowami.

Dziś przeczytałam, że w gazetce parafialnej „Wniebowzięta wola” pojawił się protest parafian Kobióra przeciwko ekscesom uczestników koncertu muzyki reggae w dzień Bożego Ciała. Pojawiła się tam sugestia, iż jedna z uczestniczek koncertu podeptała monstrancję. Co Państwo widzą w wyobraźni? Rozwydrzoną dziewuchę, która włamuje się do kościoła, wydobywa monstrancję z tabernakulum i w dzikim szale po niej skacze? No, bo taka właśnie informacja się pojawiła. Z tekstu linkowanego artykułu nie dowiemy się, czy jest to cytat z gazety kościelnej, czy też jedynie powtórzenie plotki. Zostawmy więc na razie nadawcę w spokoju. Pochylmy się (tu proszę usłyszeć złowieszczy chichot pawiański) nad samą informacją i naszą jej interpretacją. Co w rzeczywistości podeptało dziewczę? Nie barokową, złotą, wysadzaną klejnotami monstrancję, z opłatkiem symbolizującym ciało Chrystusa. Podeptała, a może jedynie przeszła po kwiatowym obrazku. Wizerunek usypany z płatków kwiatów. Jak znam naturę płatków, to chwilę po pracowitym usypaniu obrazka już się wszystko rozwiewało. A nawet jeśli nie? To co? Mam się zastanawiać nad tym, co ktoś usypał? Patrzeć od każdej możliwej strony, żeby nie sprofanować? Że z tej strony żółwik, a z drugiej symbol religijny? A nawet jeśli zobaczę twarz Chrystusa na czipsie, to nie mogę go wyrzucić, albo zjeść? A rozgnieść palcem na miazgę? Nie mogę przejść po płatkach kwiatów, bo mogę być oskarżona o profanację? Nie wchodzę do świątyni, nie czynię na ołtarzu żadnych niegodziwości, które tak dokładnie opisał Georges Bataille w Historii oka. Przechodzę po jakichś płatkach kwiatów. Zamieść miotłą wolno, nota bene miotłą którą wczoraj się zamiatało kurze kupy. Przejść nie wolno – profanacja.

Nie mam pojęcia, czy ta historia jest prawdziwa, czy też całość sprawy opiera się na plotkach, pomówieniach i wzajemnej niechęci skonfliktowanych stron. Nie o to jednak chodzi. Proszę zauważyć, co stało się z językiem. Kompozycja kwiatowa staje się monstrancją. Płatki kwiatów stają się naczyniem liturgicznym. W sporze, jak w założeniach erystyki Schopenhauera, wszystkie chwyty stają się dozwolone. Czyste petitio principii, kiedy uznaje się, że kupka kwiatków jest miejscem przechowywania najświętszego w danej religii przedmiotu – ciała boga. No i jak gadać, jak argumentować? Ano właśnie. Dlaczego nie wyśmiać? Dlaczego się tłumaczyć? Nie da się, bo już  u podstaw sporu tkwi ciało boga, a nie płatki piwonii lekko rozwiane i możliwe, że obsikane przez psy. Z tego miejsca już niedaleko do słynnej obrazy uczuć religijnych, a potem już samo poleci. A to były po prostu kwiatki, zwykłe kwiatki. I mogły coś przedstawiać, ale niekoniecznie było to widać, a nawet jeśli byłoby, to co z tego?

Ostatnio pisałam o języku, którego używają niektórzy moi studenci, a następnie obiecałam, że wyjaśnię skąd się to bierze. Między innymi bierze się to z Kobióra. Gdzie koncert w prywatnej stodole staje się zarzewiem konfliktu i zostaje przeniesiony na inny dzień, by nie powodować zadrażnień. To może ja też nie będę mogła wywiesić prania w niedzielę, w Zielone Świątki, Boże Ciało, Wielkanoc, w dniu przemarszu pielgrzymki? Bo nagle ktoś zwróci mi uwagę, że tak nie wolno, że profanuję… Wszystko zaczyna się od myśli, przechodzi do języka i staje się czynem. To, co czytam w niektórych pracach studenckich („Bezspornie Bóg jest bytem rzeczywistym”) to językowy obraz świata części naszej młodzieży. Bezrefleksyjnie wypowiadany, z przyzwyczajenia, zakorzeniony w języku. A czyny? Już się pojawiły. Wystarczy się trochę rozejrzeć i sami Państwo zobaczą.

Bitwa o sesję, czyli w oparach (bynajmniej nie gazu musztardowego)

Moi rozmówcy twierdzą coś szczególnego: że ich studenci są inni niż nauczyciele pod bardzo szczególnymi i ważnymi względami. Że doszło do kulturowej zmiany, którą przeoczyliśmy – radykalnego zerwania z normami, które dla wykształconego jeszcze kilkanaście lat temu inteligenta są czymś oczywistym. Próbowałem zestawić pewną typologię tych różnic. Wynika z nich, że to zerwanie dokonało się w trzech podstawowych sferach: norm zachowania w sytuacji nauczyciel – uczeń (która była kiedyś częścią uczonej w domu i w szkole kindersztuby); w podejściu do plagiatów i własności intelektualnej; wreszcie w sferze tego, co elementarnie wykształconemu człowiekowi wypada wiedzieć – bo jeśli się nie wie, to się kompromituje. Te trzy sfery zachodzą na siebie.

http://wyborcza.pl/1,76842,9764441,Tresowanie_inteligenta.html#ixzz1Pr5a6DTH

Za moich czasów było inaczej. Ciekawa jestem, kto pierwszy powiedział to zdanie, które zrobiło tak zawrotną karierę. Oczywiście, do słów dziennikarza można jeszcze dodać, że za dużo w naszym kraju szkół ogólnokształcących, że zmienił się model wychowania, który zaowocował niesłychaną bezradnością młodego pokolenia, za które wszystko załatwiają rodzice.

Śmieszy mnie to, że z kandydatem na studenta przychodzi mamusia, albo tatuś i to oni tłumaczą komisji rekrutacyjnej dlaczego dziecię chce poznać tajniki starych papierów. Pod dziekanatem, w kolejce po indeks tłumy rodziców chcących ulżyć strudzonym pierwszym tygodniem nauki pociechom. Pawian, jak zobaczy rodziców, to grzecznie ich pyta, czy ich rodzice też brali udział w studenckich czynnościach administracyjnych. Czy młodzi ludzie mający prawo do głosowania i rozmnażania naprawdę nie mogą sami podpisać stosownego papierka? Śmieszą mnie telefony, gdy zaaferowani rodzice wypytują mnie o różne rzeczy (serio, serio), jakby mogli, gdybym dała im szansę, przygnaliby na wywiadówkę. Śmieszy mnie także, gdy studentka przed obroną licencjatu pyta, czy może przygotować multimedialną prezentację.

Nie śmieszy mnie, ale też nie powoduje spazmów i szlochów, gdy studentka w toalecie, z użyciem wyrazów, omawia okoliczności otrzymania oceny u Pawiana. Przy okazji się ją złapie, przypomni o tym, że uciekanie z toalety bez umycia rączek może skutkować brzydkimi chorobami, a potem się jej wyjaśni co oznaczają takie pojęcia, jak: dobre obyczaje, humanistyka, uniwersytet oraz to, jak dama powinna wyrażać emocje po otrzymaniu oceny dobrej, a oczekiwała wyższej. Bo czego Pawian nie nauczy Jasia, tego Jan nie będzie umiał. Dawniej na studia przychodzili ludzie dorośli, dziś są to dzieci. Trzeba się przyzwyczaić, pokochać, wyjaśniać i wychowywać. No i nie wyrywać sobie włosów z głowy, bo są inni niż my – nie szpanują Stachurą, Whitmanem i literaturą iberoamerykańską. Jednakże jeśli wsłuchamy się dobrze, to okaże się, że czytają Świetlickiego, Bukowskiego, pasjonują się fantasy, piszą interesujące teksty. W końcu, za moich czasów też bywało różnie. Do dziś pamiętam charakterystykę bohaterów „Ich czworo” zrobione przez moją koleżankę z grupy, które brzmiało: matka puszczalska, dziecko smutne, ojciec zaniedbany, kochanek – głupi.

Znacznie bardziej niepokoi mnie inna zmiana w jakości kształcenia, o której w cytowanym artykule nie ma ani słowa. Może to przypadek? Może na razie tylko biedniusieńki Pawian wpadł na pole bitwy pod Ypres zapomniawszy maski gazowej? Zacznijmy jednak od początku. Pawian prowadzi zajęcia, nazwijmy je „narracyjny punkt widzenia” (no co, no co, skopiowałam ze „Świata według Garpa” – fajnie brzmi), zaliczenie których wiąże się z oddaniem dość poważnej pracy. Trzeba było wymyśleć tematy dla detyn, co Pawian uczynił, na drugi raz jednak wcześniej pomyśli i będzie roztropny i absolutnie niebrawurowy. Pawian bowiem wymyślił takie, w których ważnym aspektem była religia – dodać należy, że nie chodziło o chrześcijaństwo. Nie wiara, a religia – tak dla jasności. No i się zaczęło, koleżanki i koledzy z macierzystej jednostki pawiańskiej chichotają pokątnie oraz bezpośrednio w oczy naszego bohatera, który z rozwianym włosem toczy batalie o naukę, a przegrywa z teologią i wiarą. Dodać należy, że Pawian twierdzi z mocą, że teologia nie jest nauka, bowiem nie może nią być coś, czego przedmiot jest ezoteryczny. I proszę bez mściwych wycieczek w stronę fizyki teoretycznej.

Nie zaczęło się wcale niewinnie, jak to zazwyczaj w powieściach bywa. Pawian przeczytał w jednej z prac zdanie: Bezspornie Bóg jest bytem rzeczywistym. Szczęki Państwu opadły? Nie dziwię się. Komentarz mojego kumpla był następujący: Nie ma sporu, nie ma nauki. Nie ma nauki – nie ma zaliczenia pracy. Potem było jeszcze lepiej, gdy Pawianowi objawiono (w innej pracy), że stworzył nas Bóg i nie możemy mu przeszkadzać w dziele boskiego stworzenia. Państwo pytają skąd się to bierze? Myślę, że z tych dwóch godzin religii w szkołach i tej jednej godziny historii. Z tych rekolekcji, z tych nabożeństw majowych na ocenę. Upraszczam? Pewnie tak, ale niepokoi mnie myśl trzepocąca się nerwowo w skołatanej głowie, że coś może być na rzeczy.

Skoro wiarę można oceniać, skoro religia stała się takim samym przedmiotem, jak biologia czy matematyka, a młode pokolenie rzeczywiście jest trochę inne, bo znacznie mniej ceni sobie bunt wieku nastoletniego, aniżeli koniunkturalny święty spokój, to potem wychodzą im z ust i spod piór takie kwiateczki, bynajmniej nie świętego Franciszka. Ten bunt, o którym piszę, powodował, że do wszystkiego podawanego przez starców podchodziliśmy z nieufnością, z podejrzliwością, kontestowaliśmy, wręcz wyszydzaliśmy. Kłóciliśmy się, spieraliśmy, poznawaliśmy świat w walce, choć często wyważaliśmy otwarte drzwi, wyobrażając sobie, że odkrywamy coś ważnego. Dziś też są takie dzieci, ale duża część przyjmuje wszystko co je otacza –  „jak leci”. Bez zastanowienia się, bez analizy, bez naturalnego w tym wieku buntu. Bóg jest tak samo abstrakcyjny, albo tak samo rzeczywisty, jak teoria ewolucji i budowa komórki, jak wzór kwasu siarkowego, przeciwprostokątne i narrator. A może to nie tak? Może zarówno nie abstrakcyjne, jak i nie rzeczywiste – tylko po prostu obojętne? Zupełnie nie związane z życiem danego dziecięcia? Takie „bla bla bla”, które z ust nauczycielki zawsze słyszał Bart Simpson?

Pawiańskie dzieci zobaczyły, „coś tam, coś tam z Bogiem w literaturze”, wstawiły jedyny język jaki znają, oczekując, że będzie dobrze. A głupi Pawian chciał walki na bagnety, sporu, łez, krwi, potu i spermy. Wpadł na pole walki z odsłoniętą piersią, gotów prowadzić lud na barykady, a lud w maskach gazowych patrzył na wygibasy naszego bohatera i zastanawiał się: o co tej wariatce chodzi? Zawsześmy tak pisali/pisały i dobrze było. Piątki były, a nawet szóstki. A ta się czepia, rzuca i głupkowato komentuje, że jej żaden Bóg nie stwarzał i ona sobie wyprasza. A potem kreśli w wystukanych pracowicie tekstach i wrednie dodaje, żeby „poprawić i wrócić za tydzień”. Sucz jedna, której się nie podobają produkty (wszak nie podmioty, skoro tak bezrefleksyjne) edukacji polskiej.

Z drugiej strony niech starsze pokolenie rzuca kamieniami, niech rzuca – przypomnę tylko wasze nieśmiertelne teksty o krzywdzie chłopa i walce narodowowyzwoleńczej, albo to, jak się pisało, że tekst jest ogólnoludzki i ponadczasowy. No i co? Głupio wam teraz? Dlatego właśnie nie chcę porównywać owych niektórych prac studenckich, do tych powstających w okresie dawnym, gdy składając obiatę, cytowało się Lenina, Stalina, czy Marksa. Chociaż, z drugiej strony, to czym niby było cytowanie myśli Jana Pawła II na politechnicznej promocji doktorskiej? No czym?

Problem, o którym dziś piszę inne chyba ma korzenie. Wstawieniem do programu nauczania mitycznych opowieści o Jezusie, duchu i ojcu. Te mityczne opowieści, skądinąd interesujące, stały się elementem systemu edukacji i nabrały mocy. Stanęły na równi z eugleną zieloną, Janem Kochanowskim i pierwszą zasadą termodynamiki. Wiara stała się nauką. Religia stała się nauką. A to już jest bardzo poważny problem.

Proszę zwrócić uwagę na akapit z tekstu:

http://historia.gazeta.pl/historia/1,99641,9494642,Bezplodnosc_w_dawnych_czasach_.html

Co działo się, kiedy problem bezpłodności doprowadził małżonków przed sąd? Wyrok często stwierdzał, że jeśli żona w ciągu trzech lat nie urodzi dziecka, to mąż uzyska separację. Bezdzietność mogła też doprowadzić do tragedii. Według Długosza, książę Przemysł II, kazał udusić żonę za to, że ta była bezpłodna i nie mogła dać mu męskiego potomka. Co zatem mogło być przyczyną bezpłodności? U kobiet najczęściej mógł to być skutek przebytych chorób kobiecych, niedożywienie, a u mężczyzn źle leczone choroby. Często były to także nabyte lub odziedziczone choroby weneryczne. Przyczyną bezpłodności mogły też być czary lub uroki rzucone na kogoś z zemsty, czy nienawiści.

Coś nie gra? No właśnie…

Published in: on 06/21/2011 at 21:23  9 komentarzy  
Tags: ,

Pawian zostaje bałkańskim przemytnikiem, czyli „ne znam za szto se raboti…” cz. 1

Nie działa na mnie leniwy urok prowincjonalnych miasteczek. Popołudniowe spojrzenia południowców, którzy taksują z powagą działanie koparki, dostojny krok Filipa Macedońskiego, a także dekolt Delfina Ochrydzkiego i ironiczne łypnięcia Pawiana, są zdecydowanie niezobowiązujące, chociaż dosyć uważne, bowiem w Strumicy, po prostu nic się nie dzieje. W sobotnie popołudnie, gdy mężczyźni wylegli już na ulice, by trawić mięso z grilla naszego powszedniego, wszystko może być ciekawe, interesujące, bo chociaż na chwilę odwraca uwagę od pełnego żołądka. Na mnie jednak urok leniwego popołudnia nie działa do tego stopnia, że zapieram się wszystkimi czterema kopytkami przed wejściem do lokalnej gospody wnosząc lamenty, które nie licują z godnością poważnych osób (najwidoczniej Pawian nie jest poważny):

–          Święty Naumie, święty Klimencie pomóżcie, czy my naprawdę musimy tutaj jeść obiad?

Widzę pokrywę żelu na głowie kelnera, który z pewnością po pracy wzbudza pożądanie uczesanych „na perliczkę” tutejszych szmizli w butach na niebotycznie wysokich obcasach i jest najlepszym tancerzem w dyskotekach strumickich, a także hiperrealistyczny portret szefa nad kontuarem, z zegarkiem (jak mniemam, bo jakiż) firmy Tissot na nadgarstku i… wymiękam. Filip Macedoński spokojnie popycha mnie w kierunku najbliższego stolika, kopie czule w pośladek i mówi:

–          Pawian, nie marudź, bądź człekokształtny, a nie kawał małpy. Nie jesteś w Polsce. Nie zachowuj się, jak pewien Sarmata bez sweterka.

Opięta kamizelka na brzuchu kelnera. Mężczyzna ze złotym łańcuchem na szyi, który odstawia mały palec sięgając po kufel zimnego piwa. Wypalone dziury w ciemnoczerwonej serwecie na stole. Pawian czuje się jakby nagle, ni stąd ni zowąd, znalazł się na rynku w Siewierzu, albo na przykład w Olkuszu. Swojsko, ale sierść na karku Pawiana się jeży. Ten świat, w którym wystrój wnętrz restauracyjnych zatrzymał się gdzieś w połowie lat 70. XX wieku jest jak wizja upiora pokrytego makijażem, udającego, że tętni w nim prawdziwa krew, że żyje.

Jeden mój student, drobny, czarnooki Albańczyk, powiedział kiedyś, że polskich potraw można spróbować jedynie raz w życiu. Rozumiem go, szczególnie jeśli założymy, że jadł w jakiejś zapyziałej knajpce, w której fatruszek kelnerki nie pamięta już, co znaczy pojęcie „lepszych czasów”, a wrzątek jest… ale zimny. Właśnie tego bałam się wchodząc do gospody w Strumicy. Nie chodzi o to, że pozuję na światowca i wzdragam się przed prowincją. A skądże. Jestem wsiok małopolski, z babki-prababki… Ja po prostu nie wierzę w prowincjonalną gastronomię. I tyle. Uważam także, że prowincja, jak piekło, jest stanem duszy, a nie geograficzną, nieuchronną przypadłością.

Wierzę w małe, przytulne lokale, gdzie starsze panie serwują naleśniki z własnoręcznie smażonymi powidłami. Wierzę w budki nieopodal dworca, gdzie robią najlepsze w świecie tosty z salami i pieczarkami (Bystrzyca Kłodzka), albo najlepsze lody (Jędrzejów). Wierzę w restauracyjki, gdzie każdy mebel jest z innej parafii, a półeczki wokół małych okienek zdobią serwetki robione przez ciocię właścicieli (Tyniec). Wierzę w bezpretensjonalny grill na rynku w Sandomierzu, gdzie do mojego talerza aspiruje, oprócz stada wróbli-twardzieli, miły kot z krzywą szczęką.

Nie wierzę natomiast w styl udawanej wielkości, quasi-prestiż. Nie wierzę w blichtr i brudne paznokcie, w trwałą robioną na rynku, w purpurowy obrusik z wypalonymi dziurami i lokalną socjetę na niedzielnym obiadku. W miejsca, gdzie aptekarzowa i komendantowa policji pokazują swe najnowsze kreacje uszyte przez panią Lusię, o tam… tam, gdzie w oknie sztuczne pelargonie i śliczniutki ratlerek.

Gdybym była w Alwerni, a nie w Strumicy, końmi by mnie nie zaciągnięto do tego typu lokalu. Jednak tutaj postępujemy rozważnie i wybieramy miejsce, w którym jest najwięcej osób. Zakładamy, że tubylcy wiedzą co w trawie piszczy. Zapach nie jest podniecający, nie łechce miło naszych nozdrzy. Lekko śmieszy mnie pan w czerwonym dresie, którego sąsiadem jest, wypisz-wymaluj stary K. z powieści Kuczoka. Stalowe spojrzenie, sarkastyczne uniesienie brwi, strzepuje każdy pyłek z obrusa. Jedynie, co odróżnia go od jednego z bohaterów Gnoju, to złoty łańcuch opinający szyję.

Chłepczemy z Delfinem Ochrydzkim zimne piwo, pozostawiając Filipowi Macedońskiemu głuchą zazdrość i szklankę coli. Kierowcy wszystkich krajów łączcie się w niedoli. Przeglądamy menu. W tym czasie do lokalu wchodzi naćpany chłopak o ptasich oczach, które omiatają nas chaotycznie, nie zatrzymuje ich bowiem ani na chwilę, nie skupia się na żadnym punkcie. Rozkłada na stołach obrazki z prośbą o modlitwę i datek. Gdy zbyt długo zatrzymuje się przy jakimś stoliku, wysoki, postawny kelner strzela palcami ze zniecierpliwieniem.

Po chwili, jakby po machnięciu czarodziejską różdżką, wszystko się zmienia. Podany pileszki uvijacz, odkrywa soczyste wnętrze pełne żółtawego, lejącego się kaszkawału. Kebabczi zawierają wyłącznie mięso i odrobinę zielonej pietruszki, żadnego sojowego substytutu. Nagle przestaje przeszkadzać mi odrapana wściekle błękitna ściana z naderwanym szyldem: „Cukiernia Firenze”. Nawet wypomadowany kelner z zapowiedzią przyszłego brzuszka pod kamizelką wydaje się mniej obrażony na strumickie sobotnie popołudnie.

Zaczynam się głupio czuć, że podejrzewałam to miasteczko o chęć udawania, bycia kimś innym. Czerwień moich policzków nie jest śladem dzisiejszej opalenizny, ale rumieńcem wstydu, że przestałam wierzyć w Bałkany, że dałam się zwieść pozorom, że zmieniłam się w turystę, który ocenia nowy świat wedle swoich dotychczasowych doświadczeń. Ruszam do cerkwi Vodoca i Veljusa, z nadzieją ekspiacji, z gorliwością neofity, którego przypadkowo przyłapano na składaniu ofiar starym bóstwom.

CDN.

Published in: on 06/20/2011 at 05:19  7 komentarzy  
Tags: ,

Współczesna menażeria ludzka, czyli każdemu wedle zasług

Była jasną blondynką, jasną jak słońce promienne… Drobna jej, maluchna buzia różowa i biała — śmiała się jakimś dziecinnym, naiwnym śmiechem, żłobiącym w pulchnych policzkach dwa rozkoszne dołki. Z całej jej postaci zdawała się wydzielać won, właściwa różowym hiacyntom, a gdy ubrana w różowe „matinee”, przesuwała się ze śmiechem z pokoju do pokoju.

(Gabriela Zapolska)

„Menażeria ludzka” powstała ponad sto lat temu, ale jak Pawian spojrzał na panią Dziunię, to od razu ten tytuł mu wlazł do głowy. Och, to nie jest Żabusia, skądże. Zastanawiał się jedynie, czy jest to hiena, skorpion czy żmija? Doszedł do wniosku, że kura, chociaż… nie uprzedzajmy wypadków, bo nie tylko. Pani Dziuni chyba nikt kurą by nie nazwał, bo ten ptak funkcjonuje w języku polskim w zupełnie innych związkach frazeologicznych. A pani Dziunia jest przecież aktywną, rzutką i dynamiczną właścicielką biura nieruchomości. I kura? Ano tak, kura. Już wyjaśniam. Czarna farba na włosach solarium nieco w nadmiarze, paznokcie długie, nogi takoż. Wygląd to sprawa nieistotna, bo jak mawiał jeden z bohaterów „Scen z życia smoków”: „każdy wygląda jak potrafi”. Dlatego też, „kurzość” pani Dziuni jest związana z nieustannym ko ko ko, które wydobywa się z jej dziobka, gdy mówi wiele, by nic nie powiedzieć. Stara się ukołysać rozmówcę i zazwyczaj jej się to udaje, bo taka miła, elokwentna i zaradna. Jednakże na widok pani Dziuni Pawian staje się czujny, bo ma wrażenie, że ktoś wciska mu nieświeże jajo. Pawian tez gaduła, ale nie odczuwa wspólnoty z tym werbalnym kokoszeniem Dziuni. Pawian wolałby rozmawiać o paragrafach w umowie związanych ze sprzedażą i kupnem mieszkania pawiańskiej znajomej, ale nic z tego. Dziunia piórka poprawia, słodkie ko ko się rozlega. Uśmiecha się i mówi, że wiele o Pawiania słyszała, że to są same superlatywy. Pawian jest zazwyczaj prawdomówny i oznajmia pani Dziuni, że to ściema. Ona nie wierzy, uśmiecha się i znów ko-ko, ale w przeciągu kwadransa uwierzy, że będzie miała zrobioną z tyłka jesień średniowiecza.

Pawian sięga pani Dziuni do ramienia, ale nie jest ani wystraszony ową dysproporcja, ani też uwiedziony ko ko ko, jedynie dobitnie akcentuje poszczególne wyrazy w zdaniu: „Czy zdaje sobie pani sprawę, jakie konsekwencje będzie miało przedstawienie tej umowy w urzędzie kontrolującym pracę biur nieruchomości?”. Pani Dziunia chyba jeszcze nie wie, że jej słodkie ko ko ko przestało działać:

– Wie pani, Pawianusienieczku, ci państwo są trudni i problem powstał, że tak powiem, w interpretacji…

Pawian przerywa:

– Od interpretacji to ja tu jestem. A pani jest od kupna i sprzedaży mieszkań. A na razie to wykazałam, że jest pani niekompetentna, co pociąga za sobą fakt, że wedle umowy nie dostanie już pani ani grosza, a dodatkowo złożę skargę za sporządzenie umowy na niekorzyść pani klientki.

Pani Dziunia wtrąca, że gdybym tylko dostrzegła, iż ci państwo nie są ludźmi „na poziomie”, to zaraz zobaczyłabym jej – Dziuni – poświęcenie. Pawian zerkając spod oka wyjaśnia, że za poświęcenie dostaje się ordery, a nie pieniądze. Orderami zaś Pawian nie dysponuje, a kasy nie ma zamiaru dawać. I w tym momencie zaczyna się zastanawiać, czy kura to nie jest czasem sroka? Sroka, której oczka błyszczą na widok pieniążków, zarówno banknocików i monetek? Oczka błyszczą na widok przesypującej się z konta na konto niemałej sumeczki, o której mówi właśnie w smakowitych zdrobnieniach? A Pawian przylazł i ów orgazm chytrości tak bezczelnie przerwał?

Towarzyszący srokokurze milczący pan w wyprasowanej koszulce chyba jest sępem, a może sępikiem? Pawiana równie mocno interesuje fakt pomyślnego załatwienia sprawy, jak funkcjonowanie współczesnej menażerii ludzkiej. Chociaż, Dziunia kojarzyć się też może ze złą siostrą Kopciuszka, bowiem, gdy srokokura swym ko ko ko sprowadzała na ludzkość letarg, Pawian przyjrzał się jej stopom. A stoipy, proszę Państwa, to mówią o ludziach, że ho ho… A może i więcej?

Niebacznie zrzucona szpileczka odsłania wielki odcisk w okolicach dużego palca, nie zwykły bąbel, ale odcisk olbrzymi. Srokokura w szpilach latać będzie za mamoną, bo wygląd budzący zaufanie, to jej zawodowy atut. A ona taka dynamiczna, wesoła, elokwentna ruchliwa i na szpilkach.

„Zatrzymaj koniczka, krew płynie z trzewiczka”, jak stało w baśni braci Grimm. Tak kończą siostry Kopciuszka. Siekierą odrąbują sobie noziarę, a księcia – współcześnie kasy – i tak nie dostaną. Bo oszustki, tak samo jak kurosroka. W sumie to mi jej nie żal, bo wrednym nauczka się należy. Taka sprawiedliwość dziejowa minimalna. Za dużo srok za ogon złapać się nie da.

Może powinno mi być jej żal, bo to ofiara wyścigu szczurów, która chce coraz więcej i więcej, po drodze tratuje staruszki, które chciały tylko zmienić mieszkanie. Może to kolejna bohaterka baśni o złotej kaczce, która nie tylko, że nie potrafi się dzielić (tego nie wymagam), ale nie potrafi nawet zainwestować w swe obolałe stopy? A może to żona rybaka z baśni o złotej rybce, ta która obudzi się i zobaczy, że wszystko jak było? I chałupa krzywa, koryto dziurawe, a sieć podarta?

Nie sądzę. Jeśli nawet Pawian oblał ową kurzą srokę zimną wodą, to przecież dobrze wiemy, że piórka wyschną, dziobkiem się je wzruszy i można lecieć dalej. Stukocąc nogami obolałymi, ale za to w eleganckich szpilkach. Tak samo będzie z milczącym panem sępikiem, który w czasie sporu kurosroki z Pawianem zaczął się pocić. Koszulkę sobie wyprasuje i jutro znów z żarłocznym błyskiem w oku będzie latał i szukał smakowitej padlinki. Menażeria ludzka ma się dobrze. Ja wiem, że jestem Pawian. A tyś kto? Pewnie panda, albo wiewióreczka… Takie też muszą być, inaczej świat by zwariował.

PS. Historia już ma swój koniec. Kurosroka wycofała się z żądań finansowych. Mieszkanie sprzedane i kupione. A starsza pani nieco wystraszona, teraz będzie patrzeć podejrzliwie na wszystkich. Szkoda. 

Published in: on 06/19/2011 at 13:19  6 komentarzy  
Tags: ,

Kupujemy owcę, czyli systemy ułatwiające pracę

Trzeba mieć zezwolenie na nocleg? – spytał K., jak gdyby chciał się upewnić, czy to, co uprzednio mu zakomunikowano, nie było przypadkiem snem.

– Zezwolenie trzeba mieć – brzmiała odpowiedź, a w jej tonie słychać było drwinę z K., kiedy młodzieniec z wyciągniętą ręką zwrócił się do oberżysty i gości z pytaniem: – A może nie trzeba mieć zezwolenia?

– W takim razie muszę wystarać się o zezwolenie – powiedział K. ziewając i odrzucił kołdrę, jak gdyby chciał wstać.

– A od kogo? – spytał młodzieniec.

– Od pana hrabiego – odparł K. – Nie ma innego wyjścia.

– Jak to? Teraz, o północy, uzyskać zezwolenie od pana hrabiego?- zawołał młodzieniec i zrobił krok w tył.

– Czy jest to niemożliwe? – spytał K. obojętnie. – Wobec tego po co pan mnie obudził?

Teraz młodzieniec się zirytował. – Zachowuje się pan jak włóczęga!- krzyknął. – Wymagam respektu dla hrabskiej władzy! Obudziłem pana, aby mu zakomunikować, że musi pan niezwłocznie opuścić granice hrabskich posiadłości.

(Franz Kafka)

Występują Pawian Przydrożny i Umiłowana w Duchu Absurdu Sąsiadka, obie postaci pracują w tym samym miejscu, aczkolwiek w innych jednostkach. Warto dodać, że jednostka, w której pracuje Sąsiadka jest niewielka i nie dysponuje własnym sekretariatem, co skutkuje… Nie uprzedzajmy wypadków.

–          Idziesz do domu? – ryknął radośnie Pawian wkraczając do pomieszczenia, w którym zobaczył Sąsiadkę nad zakurzonym skryptem grubości Księgi Piasku Borgesa.

–          Nie – jęknęła Sąsiadka, przecierając zaparowane okularki – muszę zamówić spinacze.

–          Dział Zamówień, a później Dział Realizacji? – Pawian domyślił się od razu, gdy tylko usłyszał ów jęk – Wiesz co? Napiję się wody i ci pomogę. A tak w ogóle, gdzie jest zbiornik z wodą?

–          Nie ma. Rozpisano przetarg w zeszłym roku…

–          I to trochę potrwa – Pawian wszedł w słowa Sąsiadki – Trudno… A jaki problem z tymi spinaczami?

–          Nie mogę znaleźć ich w skrypcie. Nie ma ich wśród materiałów biurowych… A może są, tylko tam tyle wszystkiego i w ogóle czuję się, jakbym uczestniczyła w jakiejś dziwacznej grze.

–          Zaraz, a nie możesz wpisać w zamówienie, że chcecie paczkę spinaczy? – Pawian jak zawsze był naiwny.

–        Nie, bowiem bez specyfikacji zamówienie nie będzie przyjęte przez Dział Zamówień i nie zostanie skierowane do Działu Realizacji.

–          Pokaż ten segregatorek – Pawian spojrzał na stronę pierwszą i go zatkało – Możemy zamówić owcę? Prawdziwą owcę z wełną? Beczącą i srającą? Jaja se robisz?

–          Z owcy to chyba sery, nie? – Sąsiadka jest twardzielem i byle kłębek wełny nie wyprowadza jej z równowagi.

Pawian i Sąsiadka pochyliły się nad skryptem zamówień. Po przejrzeniu pierwszych czterdziestu stron, zorientowały się w systemie. Nie było materiałów biurowych, ale były przedmioty metalowe, a wśród nich metale gięte. Spis metali giętych zawierał te gięte barwione, a także lśniące i matowe… Im bardziej zaglądały do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Najgorsze było to, że przedmioty metalowe odsyłały często do części zawierającej przedmioty plastykowe, albo podzespoły komputerowe. Owca, której specyfikacja brzmiała 01-12-TKL-006 była najmniejszym problemem. Łatwiej było zamówić owcę i paszę dla niej, aniżeli gumkę myszkę, ołówek, czy nieszczęsne spinacze.

–          Ile nasza uczelnia kupuje rocznie owiec? – Pawian był na skraju szaleństwa i próbował wyobrazić sobie tabuny owiec ważonych oraz mierzonych w rektoracie i odsyłanych w paczkach na poszczególne wydziały.

–          Nie wiem, ale zaczynam słyszeć beczenie i za chwilę złapię jakąś, oflaguję się z nią, albo przyłożę jej do gardła długopis i zacznę straszyć, że ją zabiję, może wtedy dadzą mi te… (piiiiip, piiiip) spinacze.

–          Czekaj, czekaj… 08-225-TBC-012-4/25. Alleluja. Wpisz to teraz w formularz do Działu Zamówień. Nooooo… dlaczego nie piszesz? Mamy, mamy spinacze. Zaraz pójdziemy na piwo, oblejemy wielki sukces. Nie bądź trudna i nie rób scen.

–          Wsadź se ten numerek… Nie mieści się w formularzu zamówienia. Wiesz, mam dość. Naprawdę mam dość. Chyba że… – tu Sąsiadka złowrogo łypnęła w kierunku Pawiana, który podchwycił i już piszczały unisono – Zamówimy owcę!

–          Zamówimy owcę i jako odbiorcę wpiszemy Dział Zamówień – Pawian rechotał rozanielony.

–          I zamówimy drugą – tym razem dla Działu Realizacji – zwijała się na podłodze Sąsiadka.

Drogi Czytelniku, jeżeli masz zbędne spinacze, możemy się wymienić. Damy ci za nie paszę dla owcy. Uprawiamy najstarszy proceder uniwersytecki, nielegalny handel materiałami biurowymi w czasach komputeryzacji i kapitalizmu: ty dasz mi toner, a ja ci trzy ryzy papieru i paczkę zmywalnych pisaków. A to wszystko dzięki tym, którzy nigdy nie śpią, którzy w pocie czoła pracują, żeby cię człowieku notorycznie, kurwa, wyprowadzać z równowagi: Działowi Zamówień i Działowi Realizacji.

Jak znam życie, to gdy dostaną zamówione przez nas owce, to zrobią grill przed rektoratem, a na dodatek wpiszą to w fundusz socjalny, czy jakoś tak. Po cholerę myśmy im zamówiły te owce? Żeby im jeszcze dobrze robić? A spinaczy, jak nie było, tak nie ma. Ostatnio wymieniłam dwa ołówki na sześć spinaczy i zaniosłam Sąsiadce. Królestwo za spinacz biurowy. Owca za spinacz biurowy!

Śpiewanki, płotek i chustka, czyli o kotach, rosołku i związkach partnerskich

Pochwalona wieś dobra, wóz, konie i grabie,

Gumna, cepy i kosy ostrzone u bruska,

Wszystkie narzędzia, których chwałą zbiór i zwózka,

Rola, miedza, ściernisko, późne lato babie;

Wiatrak, co w modłach wznosi swe ramiona rabie:

„O, przyjdź, wietrze, przyjdź, zboże! Odpadnie twa łuska!”

Ręce chłopa i dziewki i jej chusta ruska,

Śpiewanki, dymy perzów i rechoty żabie

(Leopold Staff)

Proszę sobie wyobrazić scenerię z filmów Kolskiego. Krzywy płotek, może nie krzywy, ale wygląda, jakby się nieco pochylał. Za płotkiem sad, w którym lata temu mieszkał królik, uciekinier z chlewika. Za sadem domek. Przed domkiem ławeczka drewniana, która już pewnie nie pamięta lepszych czasów. Na ławeczce pięć kotów, pod ławeczką ze dwa. Rosołek z miseczek zgodnie sobie chlipią. Obok, w chustce wełnianej, w serdaczku spracowanym, siedzi sobie ciocia B. Matriarchini rodu pawiańskiego, po mieczu. Po, kurna, jakim mieczu? Nigdy żaden pawiański przodek miecza w ręku nie miał. Chyba po motyce, albo po widłach.

Ciocia B. pilnuje żeby kury od sąsiadki nie właziły w kwiatki, karmi koty i psa, ogląda wiadomości chyba ze sześć razy dziennie, bo polityka ją niezmiernie interesuje, czasem bierze motyczkę i kartofelki okopuje. Ciocia B. ma lat osiemdziesiąt dziewięć, zaś historia, o której opowiedzieć zamierzam działa się jakieś dziewięć lub dziesięć lat temu, gdy ciocia była jeszcze w wieku szczenięcym – phi… nawet osiemdziesiątki nie miała.

Weszłam na podwórko widząc niezmienny od lat obrazek – kocie mordki  w miskach i ciocię B., która wyławiała kawałki mięsa ze swego rosołku i ze zwierzyną się dzieliła. Jednakże po spojrzeniu mocno nieobecnym i kurach w kwiatkach, domyśliłam się, że ciocię B. coś gnębi. A jakże, nie pomyliłam się…

– Moja wnuczka najmłodsza nie chce ślubu kościelnego – wypaliła, po potem dodała, że bez prawdziwego ślubu, to niepewny interes, bo chłop rzucić może.

Wyjaśniłam, że kilka lat temu, jej starsza wnuczka, przepisowo wydana w odpowiedniej świątyni, jednak porzucona została, rzec można, że dokumentnie, bo jej ślubny wyszedł i tyle go widzieli. Dwójka dzieci została, które z łóżeczka za kratkami słały jedynie pożegnalne machnięcia za pasożytem (w konfidencji Państwu powiem, że za damskim bokserem takoż). Ciocia B. spojrzała na mnie i wyciągając małą, zaspaną kaczkę spod fartucha odpowiedziała, że fakt. A potem dodała: „jak mają żyć dobrze, to czy ksiądz pokropi, czy nie – różnicy nie ma. Bóg na wszystko patrzy inaczej”. A potem już spokojniej zapytała o imię dla kaczki, bo sierota taka, pojedyncza. Kaczątku nadałyśmy dumne imię Hildegardy – powiedziałam, że z takim imieniem będzie miała szacunek na podwórku i żadna kura jej dziobać nie będzie. Hildegarda już wtedy przypominała maleńki bombowiec i zapowiadała się na poważne ptaszysko.

Ostatnio jak wpadłam do cioci, to Hildegarda ledwo łażąca, nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Już nie jest bombowcem – raczej superfortecą, albo lotniskowcem. Emerytka, tak samo jak ciocia B. Koty nadal siedziały pod ławeczką i na niej. Ciocia w chusteczce i serdaczku, podpierała się laseczką, a spojrzenie miała zafrasowane. Ucieszyła się na mój widok, bo chciała wyrazić swoje zdanie na temat związków partnerskich. Zdecydowane zdanie, konkretne, takie jak cała ciocia B.

– Jak się ludzie kochają, to żyć ze sobą muszą, prawo takie musi być. Żeby odwiedzić w szpitalu nie można było, dziedziczyć ziemi… – żołądkowała się ciocia, a jej słowa zostały wzmocnione uderzeniem laski w ziemię. Załatwiłyśmy kwestię szybko i przystąpiłyśmy do wyganiania kur sąsiadki z kwiatków, no bo co jest, kurczę blade. Nota bene to wspomniana sąsiadka jest z tych niewyuczalnych – zawsze jej kury łażą, gdzie popadnie. Smacznego życzymy okolicznym liskom i ich powiększającym się rodzinkom.

Oczywiście Państwo mogą nie wierzyć w istnienie cioci B., kotów (Bunia, Ignacego, Justyny, Klary i Tygrysi), kaczki Hildegardy mającej prawie dziesięć lat, rosołku i krajobrazu jak z filmów Kolskiego. Oczywiście, że Państwo mogą. Jednakże zaręczam, że ciocia B. istnieje – lubi Becherovkę, oszukuje podczas gry w karty, nosi chustkę, serdaczek i laskę zrobioną z gałęzi bukowej przez mojego tatę, a ponadto nie zgodziła się na zamówienie przez sąsiadki mszy z okazji jej urodzin, bo uznała, że „msze to się zamawia za dusze nieboszczyków”.

Pochwalona wieś dobra, ale cos mało jej…

Published in: on 06/17/2011 at 11:50  14 komentarzy  
Tags: ,