Pawian versus rekinek finansjery, czyli point de rêveries

Żył sobie raz pewien Pawian, dodajmy że żył dość beztrosko, bo był zwierzęciem, które zwykło powtarzać: „Nie dziś, to jutro. Nie jutro, to pojutrze”. Ponadto Pawian nie miał kalendarza, bo naprawdę było mu wszystko jedno, czy jest 22, czy też 25. Odróżniał poniedziałki od czwartków – to mu wystarczyło. A poza tym bardzo często zapominał. O czym? No, prawie o wszystkim. Państwo nie wierzą? Och, będą dowody, bo na przykład zapomniał raz, ale za to skutecznie, bo na trzy lata, że ma do odebrania kupę kasy w pewnym wydawnictwie. To znaczy, nie jest pewne, czy była to prawdziwa góra forsy, ale dla naszego bohatera, pracującego w budżetówce, owszem.
W każdym razie nasz skonfudowany bohater udał się do wspomnianego wydawnictwa i pokazał umowę i rachunek. Prezes dostał ataku śmiechu, księgowa strzeliła foch oraz nadąsała się, kasjer prawie się posmarkał. Od tamtej chwili Pawian stara sobie powtarzać (chyba, że znów zapomni), że „pecunia non olet”, a także „zrobiłaś = zarobiłaś”. Oczywiście poza tym rzeczami, które robi się społecznie. No i nasz Pawian się rozbestwił, jednakże do tej pory trafiał na niesłychanie uczciwych „płacodawców”. Po wykładzie dla pewnej szacownej instytucji, to sama główna księgowa latała za naszym bohaterem, żeby wpisał w odpowiednie rubryczki różne PESEL-e i numery konta. Przed spotkaniem, na którym Pawian robił za „gadającą głowę”, przysłano mu maila z tabelką, gdzie miał dane wpisać, a jak już przyszedł i zaczął płaszczyk ściągać, to miła pani już stała z kopertą w łapie. Dlatego się rozbestwił nasz Pawian i kompletnie nie zna polskich realiów. Aż do zeszłego tygodnia.
A było to tak… Zlecono pracę. Pawian przeczytał materiały i napisał, nie fuszerując, wszystko to, czego od niego chciano. Nie to, że narypał się jak koń w tracie kręcenia westernu, ale kilka dni był mocno zajęty. Minął miesiąc od oddania pracy i Pawian, nauczony wcześniejszym doświadczeniem postanowił się upomnieć, żeby znów na śmiech ludzki się nie narażać. Umówiony z Prezesem Gazety Bardzo Kulturalnej został zawieziony przez Łasica do innego miasta. Na razie wszystko wydaje się proste, ale przestaje takie być, gdy się okaże, że Prezes zwiał. Następnego dnia zaczął kręcić nosem, nie nad jakością pawiańskiej pracy, ale nad okolicznościami natury ogólnej: że rachunek źle wypisany, że to chyba nie tak, ale jak inaczej, że może w przyszłym tygodniu, że trzeba się skonsultować, a księgowa na urlopie do połowy września, że za gorąco, że woda mineralna za zimna, że świat jest paskudny, a ludzie parszywi.
Następnie zwiał, zanim Pawian zadzwonił.
Cóż było robić? Na razie Pawian, ani pisnął, bo jakoś mu głupio molestować codziennie Gazetę Bardzo Kulturalną. Dodatkowo telefony Pawiana odbiera stażystka, czyli ostatnie ogniwo w strukturze dziobania. Cóż ona biedaczka może, poza dokładnym streszczeniem Pawianowi tego, jak plącze się Prezes? Dlaczego ona ma się wstydzić za swego niesolidnego pracodawcę? Spryciarza nad spryciarze, który z pewnością wie, że Pawian nie wynajmie ukraińskiej mafii, bo go to będzie więcej kosztować, aniżeli przewidzenie honorarium? Jednakże, jakby zauważył Tewje Mleczarz, jest jeszcze druga strona.
Pawian to prosta małpa i nie rozumie świata wielkiego biznesu (tu jest miejsce na dziki śmiech). Zamówili, zrobiono, a kasy nie ma. Jak Prezesowi ktoś myje okno, to też nie dostaje kasy? Jak Prezes myje swe autko w myjni bezdotykowej, to najpierw dyskutuje z automatem, czy też posłusznie wrzuca dwuzłotówki? Czy Prezes płaci rachunek telefoniczny? Czy Prezes kupując chleb swój codzienny obiecuje sprzedawczyni pieniądze kiedyś, w przyszłości? Czy Prezes wyjeżdżając w sierpniu na wczasy w Sopocie płaci w styczniu następnego roku?
Dlaczego praca Pawiana jest gorsza od tej, którą wykonał automat w myjni?
Oczywiście można rzec, że z ludźmi bez honoru współpracować nie wolno. A czy Prezes miał na czole napis: „Jestem bucem i nie płacę za wykonane zlecenia”? Albo: „Jestem stworzony po to, by zmienić sposób myślenia naiwnego Pawiana (tu miejsce na śmiech demoniczny)”? Czy Prezes miał napis na koszulce: „Jestem krwiożerczym kapitalistą – takim z Dickensa”?
Wiedza Pawiana na temat rekinów i rekinków finansjery jest miałka, żeby nie powiedzieć – żadna. Do tej pory spotykał samych takich uczciwych, nota bene wielu to ich nie spotkał, bo obraca się w innych kręgach – bardziej budżetowych, albo artystycznych. Chociaż nasz bohater doskonale wie – bywa różnie, np. pewna instytucja w Macedonii, powiedzmy uniwersytet, jemu prawie zawsze płaci, ale takiemu Delfinowi Ochrydzkiemu to już nie.
W rozgrywce na stopniu okręgowym, w której biorą udział dwie drużyny Prezes i Pawian, na razie wynik jest żałosny. Trzy do zera, albo jakoś tak. Jedno jest pewne, nasz bohater przegrywa. Sromotnie. Nie przymierzając jak polska reprezentacja w piłce nożnej.
Jutro Pawian opatulony w kominiarkę, przyczajony jako tygrys i ukryty jako smok (pod schodami) zasadzi się na Prezesa. No, nie oszukujmy się. Tak nie będzie. Bo co? Bo jak? Złapać kolesia za guzik od marynarki? Rzucić się przed jego samochodem? Albo na maskę? Ostrzelać ryżem z rurki? Natomiast jedno jest pewne. Pawiany to ssaki naczelne. Uczą się. No bo co jest, kurczę blade…

http://www.dinosoria.com/mammifere/babouin_soft02.jpg

 

babouin_soft02

Reklamy
Published in: on 08/31/2009 at 11:26  11 Komentarzy  
Tags: ,

Stada słoni i mamutów, czyli nieśmiertelna sprawa polska

Ostatnio Pawian w radio słyszał, że w Londynie podpalono polski sklep. Komentarze? Nas to nie lubią na Wyspach. A jak polscy squattersi zdewastowali zabytkową rezydencję w Londynie? Anglicy mówią, że zrobią remont i nie siąkają nosami, że ich nikt nie lubi. Biedniśmy, oj biedniśmy, naród jakby wybrany, a może prawie wybrany, skazany na to, by od zarania aż po zmierzch być chłopcem do bicia całego świata. Bo nikt nas nie lubi. A tacy jesteśmy mili, serdeczni, słodcy i mamy seksowną grzywkę.
Od dwóch tygodni polska prasa bije na alarm, jak to Rosjanie fałszują historię wymigując się od odpowiedzialności za wrzesień 1939. Gdzieś nawet, kątem oka, wychwyciłam w Internecie artykuł pt. „My byliśmy najbardziej pokrzywdzeni” (ciekawa jestem, co na takie dictum np. Litwini, Łotysze i Estowie), ale znaleźć go nie mogę. Nie chodzi mi o to, żeby przymknąć na mrzonki rosyjskich quasi-historyków oko. Tylko o fakt, żeby w przypominaniu naszej krzywdy dziejowej nie posunąć za daleko. Historia jest nauką o faktach, a te są takie, że nikt nie ma czystych raczek. Tak strasznie wrzeszczymy jak Rosjanie ideologizują i wybielają swoją historię, posuwając się do tego, że jeden z nich stwierdził, iż wojny by nie było, jak by się Polska przy rozsądnych propozycjach (korytarz) Hitlera nie stawiała. Ręka sama sięga po karabelę, nie? A przecież sami, wykorzystując sytuację międzynarodową, zażądaliśmy od postawionej pod ścianą Czechosłowacji, Zaolzia. I tam wkroczyliśmy. Oczywiście wiem, że mieszkało tam ponad 120 tysięcy Polaków, niewiele ponad dwadzieścia tysięcy Niemców i tyleż samo Czechów. No i co z tego? Tak, wiem również, że te 35 tysięcy żołnierzy pod dowództwem Bortnowskiego witano serdecznie. No i co z tego? Mogę pokazać zdjęcia, jak Niemców serdecznie witali w Austrii. Zawsze się ktoś cieszy, zawsze ktoś rozpacza.
Elegancka ta nasza rajza (aż się tu prosi wstawić śląski regionalizm) na Zaolzie nie była.
Ciekawa jestem dlaczego z takim pietyzmem, z takim zaangażowaniem kreujemy się na ofiary. To w sumie niepartiotyczne. Zamiast budować swoją tożsamość na Cedyni, Moskwie w 1610, a potem w 1617 i innych tego typu wydarzeniach, a nawet na tym chamskim zajęciu Zaolzia, ciągle wspominamy czarne krucyfiksy, pierścionki z włosia, zabory i okupację. Zdobywaliśmy i byliśmy zdobywani. Bywa.
Rosjanie dając ambasadorowi polskiemu w Moskwie pismo podpisane przez Mołotowa, które miało sankcjonować zajęcie ziem polskich i złamanie traktatu z 1932 postąpili niehonorowo. My na Zaolziu też. Nie ma co się licytować, kto w owym czasie był większym chamem, rozbójnikiem, kto ma na sumieniu więcej podłych sprawek. Nie chodzi też o przemilczanie, jak wspomniałam wcześniej tekstów fałszujących historię. Ale tak przez dwa tygodnie? Ciągle? W każdej gazecie? Piszczeć i jęczeć?
W tym samym czasie niemieccy intelektualiści przepraszają nas za 1939, a dziękują za 89. My jednak wolimy się zajmować grupą ludzi, którzy wspominają czule ojczulka Stalina i obarczaniem nas za wybuch wojny. To może zamiast wypytywać rosyjskich historyków o to, czy nas lubią, zabrać się za nauczenie dzieci polskich historii, bo to chyba leży i kwiczy, co widać po różnych sondażach przeprowadzanych w dniach rocznic?
Nie chodzi o to, że mamy się notorycznie wstydzić, głowę posypawszy piachem i popiołem. Było, jak było. Chodzi raczej o to, żeby przestać szukać spisków i dowodów na to jak bardzo nas nie lubią. Wszyscy i wszędzie. Przestać ciągle tworzyć kolejne rozprawki na temat „Słoń, a sprawa polska”. W Rosji też są historycy (stowarzyszenie „Memoriał”), którzy chcą rzeczowej oceny faktów, a nie takiej jaką właśnie dyktuje Putin i jego marionetki. Sami zachowujemy się często jak część historyków rosyjskich negując wszystkie aspekty, wszystkie fakty historyczne, przedstawiające nas w niekorzystnym świetle. Może więc zamiast pisać w gazetach o tym, jak bardzo nas nie lubią, skorzystać z okazji, która się właśnie pojawiła. Nie płakać, nie siąkać nosem, nie zgrywać obrażonych, tylko dołączyć do europejskiej dyskusji o faktach. No tak, ale Niemcy też nas nie lubią… Chodziła czapla po desce.

Bartosz T. Wieliński: Piszecie, że „nieszczęsny pakt” Ribbentrop-Mołotow był preludium nie tylko wojny, ale i komunistycznego zniewolenia wschodniej Europy. Za winnych uznajecie zarówno Niemcy, jak i ZSRR. Ale w Polsce czy krajach bałtyckich nikogo do tej tezy nie trzeba przekonywać.

Wolfgang Templin: Za to w Niemczech i Europie Zachodniej mamy w tej sprawie lukę w wiedzy. Co gorsza, stale się ona powiększa. Uznaliśmy, że szczególnie w tak symbolicznym roku nie możemy biernie się temu przypatrywać. Trzeba jasno powiedzieć, że tragedia, jaka spotkała Europę, że to okrutne zniewolenie rozpoczęło się 23 sierpnia 1939 r. w Moskwie.

http://wyborcza.pl/1,75477,6953538,Rosyjskie_podejscie_do_historii_nie_do_zaakceptowania.html

Published in: on 08/25/2009 at 12:49  21 Komentarzy  
Tags: ,

Akcja „szczurek”, czyli działalność spółki „Rescue Cokolwiek”

szczur

Początki spółki „Rescue Cokolwiek” sięgają przynajmniej kilku lat wstecz, gdy Pawian i Łasic przenosili przez ulice ślimaki, jeże, żaby, a także greckie żółwie. Ukrywali salamandrę pod spódnicą Pawiana, żeby rodzinka z dwójką dzieci, która wychyliła się zza zakrętu, czasem jej nie dorwała. Może zbyt mało wierzymy w ludzkość, ale mamy ku temu pewne podstawy. Nasi bohaterowie zajmowali się także reedukacją społeczną pewnego wróbla wyciągniętego z psiej paszczy. Czasem w owej pasji ratowania wszystkiego wychodzą na dyplomowanych głupków. Bywa.
Jakiś rok temu, do pustego, zniszczonego domu na następnym podwórku – widocznym z kuchennego balkonu – wprowadziła się Matylda. Została dostrzeżona pewnej zimowej nocy, gdy spacerowała po dachu. Łasic mruknął wówczas: „zobacz, Pawianku, kot łazi po dachu”. A Pawian kwiknął: „przynieś obiektyw, to nie kot, trzeba powiększyć”. I objawiała się ona: kuna (chyba domowa). Rozpanoszyła się w pustostanie (w centrum dużego miasta) i natychmiast wprowadziła popłoch oraz zmniejszenie populacji wśród gołębi. Pawian niehumanitarnie się przyzna, że się cieszy, bowiem równowaga w przyrodzie być musi. Matylda dostała imię, jako zawodowy zabójca skojarzyła nam się z filmem „Leon zawodowiec”. I tak zostało. Matylda czasem zostawia na śniegu ślady łapek, czasem zapuka nocą w okienko sypialni Sąsiadów, ogólnie jest cichym, aczkolwiek bardzo pożądanym znajomym. Z rudym, dzikim kotem mieszkającym także w pustej kamienicy jakoś nie wchodzą sobie w drogę. On rozkłada się w ciągu ciepłych dni na parapetach, ona przemyka nocą po dachu. Jak się dobrze przyjrzeć, to czasem widać ją także jak biegnie po schodach. Z Umiłowanymi w Duchu Absurdu Sąsiadami jedynie opowiadamy sobie o tym, że jest, że była, albo, że będzie.
Całkiem niedawno Pawian wrócił do domu późnym wieczorem, otworzył drzwi na balkon i usłyszał przeraźliwy wrzask. Wrzask zwierzęcia złapanego w pułapkę, wrzask zwierzęcia, któremu krzywda się dzieje, wrzask śmiertelnie przerażonego zwierzęcia. Pawian długo nie myślał, złapał za telefon i też zaczął wrzeszczeć: „Łasic do domu, słoniocy, pomocy, straszliwy pom”. Łasic nie pytał o nic więcej, piwo na stoliku zostawił, po trzech minutach wpadł do domu, rozeznał się w sytuacji i wybiegliśmy w mrok z okrzykiem: „Rescue Cokolwiek”. Dostanie się do rozwalającego się domu nie było łatwe. Jak o 23.12 dzwonić domofonem do obcych ludzi i prosić o wpuszczenie na podwórko? Pawian być bezczelny, dzwonił. Za każdym razem słyszał: „Tak, tak, też to słyszę, proszę, niech pani wejdzie i coś z tym zrobi”. Na balkonach i w otwartych oknach pełno publiczności pomagającej w dochodzeniu: „o tam, tam, niech pan weźmie ze sobą jakiś kij, może to wściekły pies?”.
Albo: „Ma pani latarkę? Latarkę trzeba było przynieść”. Lub: „Może lepiej niech pan tam nie wchodzi. To może być niebezpieczne”. Po pięciu minutach bezproduktywnej bieganiny i równie bezproduktywnych komentarzy okazało się, że na opuszczoną posesję nie da się wejść w sposób legalny. W końcu Łasic przesadził płot (szkoda, że Państwo tego nie widzieli), skoczył w krzaki i świecąc sobie telefonem komórkowym rozpoczął poszukiwania. Za chwilę zaczął szeptać:
– Pawian, Pawian, tu szczur wpadł do studzienki kanalizacyjnej, pływa, ale nie może się wydostać. A Matylda go osacza, teraz się wkurzyła lekko na mnie, że przyszedłem po jej kolację…
– Łasic, trzeba szczura stamtąd wyciągnąć, bo jak Matylda za nim skoczy do studzienki, to też się nie wydostanie. Mam plan…
Pawian zostawił Łasica z szarżującą kuną i pobiegł do piwnicy po deskę. Deska została wrzucona do studzienki, stając się pojawiającym się (niejako deus ex machina z punktu widzenia szczura) ocaleniem. Szczur zwiał, a Matylda ruszyła za nim. Nie mam pojęcia, co tego dnia jadła na kolację, ale nie był to Łasic, który świńskim truchtem umykał z terytorium drapieżnika. Spojrzenia znajomych po całej akcji – bezcenne. No tak, ale gdyby to była Matylda? Skąd miałam wiedzieć, że wchrzaniam się między wódkę, a zakąskę? A dokładniej rzecz ujmując, do talerza kuny? Proszę się nie śmiać, spółka „Rescue Cokolwiek” jest i tak lekko skonfundowana. Chociaż, z drugiej strony, wcale nie…
Jedyne, co teraz nas martwi, to fakt, że jeże łatwiej przenosić przez ulicę, niż pomagać w przygotowaniu kolacji rozsierdzonej kunie w krzakach. Co, oczywiście, nie zniechęci nas do dalszych działań. Wręcz odwrotnie, lubimy wyzwania.
A tak na marginesie, gdy jechaliśmy ostatnio nocą z Łasicem przez miasto zobaczyliśmy inną kunę jak czekała na tramwaj. Ciekawiśmy wielce, czy ma bilet miesięczny, czy też jeździ „na gapę”. A może jest społecznym kontrolerem? A Łasica najbardziej rozbawiła idąca sobie chodnikiem łasica. Wyglądała jak lekko zawiany jegomość, który wraca nad ranem do domu.
Mamy co ratować. Nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Jak nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji, tak nikt nie spodziewa się spółki „Rescue Cokolwiek”. I Ty możesz zostać uratowany!
PS. Pawian chciał się dowiedzieć, czy nasza drapieżna sąsiadka jest kuną domową, czy tez leśną, dlatego zapytał o to Łasica, który widział ją dobrze. Odpowiedź nie była cenzuralna.

kuna_1

 

 

 

 

Przypisy:

http://www.szymkowka.pl/images/galeria/kuna_1.jpg

http://fastprotektor.com/pliki/photo/big/szczur.jpg

Published in: on 08/24/2009 at 14:17  12 Komentarzy  
Tags: , ,

Ach, jak przyjemnie, czyli wysiłki niektórych byśmy żyły lepiej – dostatnio i z godnością

Każda kobieta powinna być przepełniona wstydem przez samo tylko myślenie, że jest kobietą.
(św. Klemens z Aleksandrii)

Koniec gadania o Libuszy, która podobno swych „zużytych” kochanków z urwiska zrzucała. Koniec opowieści o buncie kobiet przeciwko Przemysłowi Oraczowi. Rzeczywistość dostarcza nam stanowczo zbyt wielu bodźców, aby skupiać się na starych legendach. Co wybrać? Czy „kobiecą godność” przywołaną przez arcybiskupa Nycza? Czy może taki niewinny pomysł odebrania emerytur 300 tysiącom kobiet, na który wpadli mężni finansiści z „Leviatana” (już ich ostudzono, ale sam pomysł zaiste ciekawy), a może to, co dziś przysłała agnieszka_73, cytując „Rzepę”: „Zadebiutuje także program analizujący wydarzenia gospodarcze, polityczne i kulturalne z kobiecego punktu widzenia – U fryzjera”.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,6930909,Abp_Nycz__godnosc_kobiety_bierze_sie_z_macierzynstwa.html

Sprawa z hierarchą już ma kilka dni, ale nie mogę powstrzymać się od pewnego złośliwego komentarza, że jak słyszę hasło „godność kobiety” to przypominam, że była moralność i moralność socjalistyczna, a różniły się między sobą tym, co krzesło od krzesła elektrycznego. Dla Pawiana-feministki godność jest ludzka i nie jest ona dyktowana jajeczkowaniem. Fajnie jest mówić o godności kobiety związanej z macierzyństwem i nie zająknąć się o podziemiu aborcyjnym, które jest skutkiem braku oświaty seksualnej i restrykcyjnej ustawy obowiązującej w naszym kraju. Teoretycznie nie powinno mnie to obchodzić, bo arcybiskup mówił do wiernych, a Pawian jest niewierny. Jednakże krew każdą małpę zalać może jak się słyszy, że prawdziwa kobiecość to oparcie się pokusie panowania nad mężczyzną, to pomoc w okryciu jego wielkości i powołania do męstwa. Czysty Arystoteles, który pisał, że kobiecie nie wypada być mężną ani uczoną. Psiakrew, wielbiciel retoryki się w Piekarach Śląskich znalazł. Łasic mówi, że mu okulary zginęły, żebym pomogła mu szukać, a ja odpowiadam, że rywalizować z nim w owym szukaniu nie zamierzam, bo biskup tak kazali. A ja się zamierzam nad jego słowami głęboko pochylić, bo mnie, do jasnej Anielki, mają ubogacić. Po trzech sekundach od wypowiedzenia tego zdania taki mnie rankor zdjął, że okulary w jeden pacierz znalazłam. Mi dispiace biskupku, lepsza jestem w szukaniu. Wredna feministka nie pozwoliła Łasicowi-feminiście dojść do męstwa.
No dobra, kpinkuję sobie, ale czy można spokojnie przejść do porządku dziennego nad tym, że Kościół polski demonstracyjnie, od lat, wypacza wizję rodziny i społeczeństwa, czepiając się karier kobiecych? Niech się wreszcie może zajmą panią z „Żabki”, która pracuje po dwanaście godzin, żeby wraz z mężem utrzymać na godziwym poziomie rodzinę, by ich dzieci nie musiały tak harować. I może Kościół w kilku z wielu tysięcy odzyskanych posesji uczyni żłobki, szkoły i przedszkola? Może ogródek jordanowski gdzieś obok pałacyków arcybiskupich, biskupich, by pomóc godności macierzyństwa? Żłobek, albo hospicjum w którym księża jako wolontariusze uczyliby się pieluchy zmieniać, wymiociny ścierać, prać i jedzenie podawać? Tak dla pokory? Dla zrozumienia godności ludzkiej?
Na marginesie, to chyba wiemy, że nie chodzi tu o panią z „Tesco” tylko o MOJĄ kasiorę, moją, kurtka na wacie, karierę. Żebym nie była mężną, ani uczoną. Sprzątać w supermarkecie mi nikt nie zabroni, a nawet pewnie pochwali, gdy ciężko zapracowaną dziesiątkę na tacę rzucę. Bo jak będę mężna i uczona, to takiego kitu, jak arcybiskup na pielgrzymce smolił, po prostu nie kupię. Nie łyknę tej słodkiej patoki słów, tylko puknę się palcem w czoło. A na koniec i tak mi ksiądz uświadomi, że błądzę, bo „to, co miało przynieść wyzwolenie, potęguje wewnętrzną pustkę”. Pewnie, pustaku jeden z drugim.

http://news.money.pl/artykul/pracodawcy;chca;odebrac;renty;4;mld;zl;dla;budzetu,162,0,520098.html

Oczywiście, oczywiście, już sprawa załatwiona, nie ma się co żołądkować. A psińco! Jest! Chodzi o fakt, że komuś coś takiego mogło do główki przyjść. Niby biznesmemi, niby finansiści, a głupota tak po oczy bija, jak nie przymierzając na kurzej grzędzie. Jajka znosić, ale nie myśleć, drodzy finansiści, bo chyba… nie wychodzi, a także nie uchodzi.
Często bywa tak, a bywało także i dawniej, że jedno z małżonków, najczęściej kobieta decydowała się na skrócenie czasu pracy, aby np. dziećmi się zając do czasu pójścia do szkoły. Dlaczego? Bo razem z mężem wiedziała, że z tego powodu emeryturę będzie miała niższą, ale będą inne korzyści. Jak ustalili, tak zrobili, właśnie dlatego, że istniała możliwość (niejako pośmiertnego) przekazywania emerytury. Jeśli załóżmy małżeństwo Henryki i Henryką tak sobie ustaliło, wierząc naiwnie, że co Henryk zarobi, to Henryka jakoś będzie miała, to chyba „Leviatanowi” nic do tego. Nieprawdaż? Bo tak walczą o własność prywatną. Co JA wypracuję przez całe życie, to moje jest i mojej rodziny. Tak, wiem… pracują na nasze emerytury dzisiejsze noworodki. A ja naiwnie pytam: dlaczego? To dajcie mi ową kasiorę, która do ZUS-u idzie. Ja se zainwestuję, a potem wybierać sama będę. Tak samo te wszystkie złotówki na służbę zdrowia. A nie jakieś hocki-klocki z pomysłem o prawie działającym wstecz, okradającym dzisiejsze emerytki, które kiedyś z mężami zawarły pewną umowę. Ty bruszasz, ja nie pocziwam, ale wychowuję dzieci, gotuję obiady, piorę skarpetki, myję okna. Krócej na emeryturę zarabiać będę, ale jeśli nieszczęśliwie zdarzy się tak, że zemrzesz za wcześnie mój miły Henryku, to ja Henryka nie będę żyła w nędzy. Tak mogłoby to brzmieć, chociaż w ustach panów z „Leviatana” było coś o tym, że Polska nie może sobie pozwolić na marnotrawienie pieniędzy. I tu dochodzimy do sedna. Wychowywanie dzieci, pranie i sprzątanie są warte w oczach panów w garniturach za kilka tysięcy (zapracowali na nie, to fakt), tyle co nic. Widocznie nigdy nie mieli w łapkach trzylatka z biegunką. A szkoda, bo to poszerza horyzonty.
Wniosek? Godnosć macierzyństwa kończy się żebraniem w kruchcie. Ciekawa jestem dlaczego arcybiskup nic o tym nie rezkł. Panom z „Leviatana” palcem nie pogroził?
A na koniec: „Zadebiutuje także program analizujący wydarzenia gospodarcze, polityczne i kulturalne z kobiecego punktu widzenia – U fryzjera”. No tak… Kobiecy punkt widzenia, to znaczy jaki? Właśnie od fryzjera? A mężczyźni to się nie czeszą? Zarośnięci chodzą jako yeti? Jak zawsze zwycięża stereotyp. Feministki mogą sobie gardła zdzierać, a zawsze pozostanie ten punkt widzenia kobiecy, czyli „babskie gadanie”. Takie, u fryzjera. Wiadomo, będą gadać o tym, co tam w polityce się nosi, jakie pończochy, bluzki, biżuterię. Będą gadać o tym, czy jest koniunktura gospodarcza na tipsy. Bo o czym mogą rozmawiać kobiety? Ważność ich mowy ukazuje sam tytuł: U fryzjera. Możesz być fizyczką atomową, filozofką, nauczycielką, społeczniczka, a i tak wepchną cię w ondulację, pasemka oraz strzyżenie asymetryczne.
Cóż pozostaje? Jedno: pozostać z godnością na pozycji kobiety-dziwoląga, mężnej i uczonej. Mężnie i uczenie wycierać (wraz z partnerem/partnerką, albo sama) obesrane pupsko niemowlęcia, gotować ravioli, czytać Heideggera, pływać, słuchać muzyki, smarować się balsamem do ciała, pisać wiersze. Po prostu, robić swoje.

PS. Debiutować to może ktoś, a jeśli chodzi o program, to może się rozpocząć jego emisja. Bywa.

Published in: on 08/20/2009 at 15:36  16 Komentarzy  
Tags:

Czy ktoś sprzeda psa na Pankracu, czyli gdzie jest Szwejk?

V metru na schodech vídáme se spolu
já jedu nahoru a ona vždycky dolů
vracím se z noční směny
ona jde na ranní
oba jsme unaveni
a málo vyspaní
a schody jedou a nechtějí stát
na stanici Jiřího z Poděbrad
Praha v šest hodin ještě sladce chrápe
to jenom my dva blázni povinnosti chápem
(Jaromír Nohavica)

 

Mówię do Czeskiego Lisiaczka, że w Pradze mało wojaka Szwejka, na co on odpowiada, że to dobrze, bo jako Czech, to on ma już dobrego wojaka powyżej uszu. Dla niego, ciągłe odwoływanie się do powieści Haška jest tak zwaną kwintesencją pepickości. Kiwam ze zrozumieniem głową, bo mam takie samo zdanie na temat sentymentów małopolskich po CK, gorliwie ostatnio kultywowanych. Jednakże, jeśli nie Szwejk, w piwiarniach, w sklepach, jeśli nie Szwejk jako produkt eksportowo-turystyczny, symbol Pragi za parę halerzy, to cóż innego? Okazuje się, że będzie to matrioszka. Można to jedynie skomentować słowami jednorocznego ochotnika Marka, że „nachalne są te kurwy i bardzo zuchwałe” i owym faktem już głowy więcej sobie nie zawracać, ale… problem pozostaje. Dlaczego? No dlaczego matrioszka?
Ja rozumiem, można sprzedawać małe okienka, jako symbol jednego z czeskich sportów narodowych, czyli defenestracji. Ewentualnie mogą być drzwi, bo tam też się lubili zabijać, pokochawszy wejścia do świątyń. Można małe stosiki po 40 koron sprzedawać, bo zgodnie ze słowami Szwejka, komentując cytatem, który już na tym blogu się pojawił: „Istnieje u nas historyczna tradycja z czasów mistrza Jana Husa, w myśl której każdy porządny człowiek powinien dać się spalić”, tu ewentualnie można dodać, że wersja stosu w XX wieku wyglądała nieco inaczej, ale Drodzy Państwo wiedzą o co mi chodzi. Jest tyle hipotetycznych gadżetów turystycznych kojarzących się ponadto z Czechami: kufle, kielich, cep, kupa gnoju zwana czasem defenestracyjnym cudem, bębenek ze skóry Žižki, albo też ze skóry jego wrogów (do wyboru, jaką legendę kto woli), pociągi pod specjalnym nadzorem, auteczka, maskotki Karela Gotta, Heleny Vondračkowej, Golema, Saudka, Kafki i cała masa różnego plastykowego badziewia produkowanego w Chinach, albo w Korei… Trochę pomysłowości, trochę inwencji bracia Czesi, skoro Szwejk wam się już przejadł. Turyści kupią wszystko. No? To dlaczego matrioszki?
Jednakże ten nieszczęsny pomysł handlowy rozplenił się wyłącznie w okolicach rynku. Wystarczy zjechać ruchomymi schodami w czeluść metra, przejechać kilka stacji, oddalając się od nagromadzenia ludzi i matrioszek. Pawian lubi metro i tam nawet tłok mu nie przeszkadza. Praskie metro nie jest być może tak zachwycające jak londyńskie, ale jest to całkiem porządna, wręcz miła kolejka podziemna. Praskie metro ma pewien wdzięk, którego nie można łatwo zdefiniować. Może wynika on z metalicznych dekoracji tuneli na niektórych stacjach, może chodzi o akcent pana, który czyta nazwy kolejnych stacji i przypomina grzecznie, żeby zakończyć „nastup a vystup”. Pawian musi więc wrócić do Pragi i prowadzić dalsze badania. Zresztą do bałaganiarskie dzielenie się z Państwem wrażeniami praskimi od razu przypomniało mi kolejny cytat ze Szwejka:
– Zróbcie pięć kroków naprzód i pięć w tył.
Szwejk zrobił od razu kroków dziesięć.
– Mówiłem przecie, że macie zrobić pięć kroków – mówił lekarz.
– Ja tam, proszę pana, paru kroków nie żałuję – odpowiedział Szwejk.
Gadałam z Czeskim Lisiaczkiem o tej Pradze, nawijałam, dodawałam detale, a on w pewnym momencie przerwał moje wywody pytaniem:
– A tak w ogóle, to mam wrażenie, że tam ci się nie bardzo podobało…
No i tu mnie zatkało, że taka sugestia do głowy przyjść mu mogła. Ja gotowabym Czechom dać za ową Pragę kawałek dostępu do morza, chociaż Lisiaczek od razu ostudził moje zapędy śmiechem: „ ty nam dasz, a my to od razu sprzedamy Niemcom”. Niech więc zostanie jak jest, ale do Pragi i tak zamierzam wrócić. Może zmienię też zdanie o moście Karola, podobno najlepiej wygląda w jesiennej mgle, o szóstej rano, albo chwilkę wcześniej. Może… Kto to wie?

DSCF6327

Published in: on 08/19/2009 at 08:27  8 Komentarzy  
Tags: ,

Wełtawa płynęła, Pawian pił piwo, czyli praskie wspomnienia

Za stołem, na ustawionej za filarami przyziemia ławie, siedzieli czterej mężczyźni. Wszyscy byli barczyści, wysocy, odziani w rycerskie lentnery. Dwóch Reynevan znał, wiedział więc, że byli to Polacy. Gdyby nie wiedział, też by odgadł. Jak wszyscy Polacy za granicą, w obcym kraju, również ci zachowywali się hałaśliwie, arogancko i demonstracyjnie chamsko, co w ich własnym mniemaniu miało podkreślać status i wysoką pozycję społeczną.
(Andrzej Sapkowski)

 Mam nadzieję, że wyprawa Pawiana do Pragi, takoż samoczwór, przez nikogo tak ocenioną być nie mogła, poza tym, takie coś jak my, rzeknąć wypada wprost – scartabella, nie śmie nawet za głośno o swym istnieniu świata informować. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że wszyscy mieliśmy otwarte gęby, nawet ci z naszej czwórki, co już w stolicy czeskiej byli, otwarte gęby z podziwu, chociaż Pawian nie byłby sobą, gdyby nie zaznaczył, że most Karola (jego nadzwyczaj skromnym zdaniem) jest przereklamowany. Po drugie, dlatego że żadne ze wspomnianej czwórki wrzeszczeć nie lubi, a na dodatek jedno w tej kompanii było zagipsowane. Tak dokumentnie, że dorobiło się ksywy „gypsy queen” i wydawać mogło jeno słabe piski.
Jednakże ten cytat nie jest tak zupełnie bez związku, bowiem na Žižkovie złapała nas burza. Wydaje się, że jedno z drugim nie ma wiele wspólnego, ale Pawian, który uparcie forsuje teorię chaosu ze wszystkimi jej konsekwencjami pozwala sobie mieć nieco odmienne zdanie. W każdym razie wpadliśmy do lokalu, znanego o tyle, że jedna osoba z naszej gromady już tam była. Przywitał nas szef knajpki i po angielsku nas zaczął odpytywać. Tu odrzekliśmy (dzięki Kocikowi) w języku Nohavicy, Havla i Petera Nedveda. Wydawało się, że nad czarnym Budweiserem, naleśnikami ze szpinakiem, czesneczką i innymi szykanami poczekamy na słońce, albo na śmierć – zalani wodą spływającą do piwniczki z ulic. W tym czasie stojący przy barze tubylec zaczął się do nas uśmiechać i przepijać, wznosząc co jakiś kwadrans kufel z piwem. Odpowiadaliśmy z ochotą, bo cóż robić innego w taką pogodę. Po trzecim lub czwartym toaście (żeby było jasne – to nie jest tak, że jedno piwo to jeden toast, żadnej niemoralności nie było) ów człek zapytał nas skąd jesteśmy. I się zaczęło…
Gdy usłyszał, że z Polski okazał się być dogłębnie wstrząśniętym, zmieszanym, a nawet zakłopotanym. Uwierzył dopiero po zapewnieniach, że możemy zaśpiewać hymn Polski, a nawet jego najstarszą postać, Bogurodzicę. Pewnie jeden z jego przodków pomagał nam w bitwie pod Grunwaldem, bo w tym miejscu odpuścił, ale wznosząc kolejne toasty kręcił głową z niedowierzaniem. Z jego reakcji można wnosić, że Polaków nie ma on w wielkim poważaniu, a my zniszczyliśmy czytelny stereotyp zakorzeniony głęboko w jego poczciwej z natury, czeskiej psychice.
Popijaliśmy tak sobie jeszcze przez chwilę, aż wreszcie ukazało się słońce. W chwili wyjścia, tubylec žižkovski jeszcze bardziej się zafrasował, ale udzielił nam życiowej przestrogi, byśmy tak nie wierzyli w swego papieża. Gdy odrzekliśmy, że cała czwórka jest ateistami, zachłysnął się piwem. I z pewnością w to nam już nie uwierzył, a jeśli nawet uwierzył, to będzie o tym opowiadał każdego dnia, podczas popołudniowego piwka: „Pamiętam, spotkałem kiedyś Polaków, ateiści to byli, sami się przyznali, możecie nie wierzyć, ale tak było, a świadków mam, kelnerka, gdy to słyszała całą tacę kufli stłukła”.
Zachowanie tego miłego człeka z pewnością mogłoby skłonić Pawiana do postawienia kilku pytań: co uczyniliśmy temu człowiekowi, że za nami nie przepada? Że ma w głowie stereotyp Polaka, który rozwiewa się jak sen jaki złoty po trzecim piwie? Że „na żywca” wcale nie jesteśmy tacy paskudni i perfidni? Jednakże Pawian wie, że takie pytania sensu nie mają, dlatego mruczy tylko pod nosem: ma coś do papieża, niechybnie husyta… Nie ma się co dziwić, w tej dzielnicy, to chyba historycznie uprawnione.

DSCF6488

Published in: on 08/18/2009 at 13:59  11 Komentarzy  
Tags:

Pawian się kaja, czyli powrót na ojczyzny (blogowej) łono

Pawian przeprasza, kaja się mocno, ale miał powód… Nawet kilka. Nasz bohater nigdy nie był detalistą, dlatego jak się wziął za chorowanie, to mu trochę zeszło. Jakiś miesiąc, a potem była bitwa pod Sesją, walki o Egzamin, potyczki zaliczeniowe, zajścia na wale magisteriów, zamieszki recenzenckie oraz kampania promotorska. Krewni i znajomi Pawiana w końcu postanowili uciąć niezdrowy perfekcjonizm, a także pojawiające się u niego zarazki pracoholizmu, dlatego ciupasem zaciągnęli go  do Pragi. Tam została odkryta nie tylko stolica naszych przyjaciół, która naszemu bohaterowi znana dotąd nie była, ale także np. ciemny Budweiser. Powszechny tego lata deszcz nie wygnał Pawiana z miasta Jana Husa (wymawiać to trzeba Dżon Has, bo tak lepiej brzmi, szczególnie gdy człowiek to usłyszy znienacka i dostaje głupawki), nie wygnały go takoż bokserskie ceny. Praga została zdeptana wzdłuż i wszerz, że lepszymi piechurami pewnie nie były Sierotki po tym panu, którego pomnik nad miastem króluje. Jednakże katar i pokręcone kończyny zmusiły Pawiana do wycofania się na z góry upatrzone pozycje – na małopolską wieś, gdzie przez trzy tygodnie kontemplował trasy spacerowe jeży, polowanie z lisem w roli głównej, sowie drzemki pod lampą oraz psie wygłupy. Pawian udawał, że pracuje, głównie się gapił, drzemał, malował paznokcie, czytał, wąchał skoszoną trawę i zastanawiał się, co by, gdyby ewentualnie mu się chciało, mógł zrobić.
Zakończenie tego sielskiego epizodu niestety nadeszło zbyt szybko. Pawian musiał udać się w siną dal, żeby opowiedzieć spędzonej do sali młodzieży z całego świata, dlaczego język polska być taka trudna. Opowiadał tak przez tydzień. Ofiar w ludziach nie zanotowano, chociaż jeden Kazach w trakcie pawianich przedstawień namiętnie spał. A dziś Pawian jedzie powtórnie do kraju pełnego husytów. Jak wróci, to obiecuje poprawę… Skruszony powraca na blogowe łono, kaja się, czerwonym tyłkiem zaznacza swój wstyd i chyba już nie wie, jak ma się tłumaczyć.

DSCF6408

Published in: on 08/14/2009 at 11:37  22 Komentarze