Poradnictwo antydyskryminacyjne, czyli pytanie o trudność analizowanej materii

fe6058a772cd96dam

http://images27.fotosik.pl/13/fe6058a772cd96dam.gif

http://wyborcza.pl/1,76842,5033139.html 

Wczoraj zakończyłam na tym właśnie linku i od niego dziś wszystko się zacznie. Można rzec, że sprawa dotyka subtelność rozumowania, bowiem jedni widzą w owej reklamie przejaw seksizmu, zaś inni nie. Podobnie jest z macankami brzuchów kobiet ciężarnych, kiedy jedni maja ochotę za takie coś walnąć z kałacha, zaś inni powiedzą, że to objaw troski. I dopowiedzą, podobnie jak pani rzecznik Magdalena Kędzia, że robi się aferę z niczego.

Pawian nie ma nic przeciwko goliźnie, nawet nie ma nic przeciwko pornografii, a oglądanie “Portretu Doriana Graya” z nieśmiertelnym Rocco Siffredi wspomina jako niezłe doświadczenie filologiczne. Jeżeli ktoś uważa, że aktorstwo pornograficzne jest niezłym sposobem zarabiania pieniędzy, to mnie nic do tego i tyle. Jest gałąź przemysłu rozrywkowego, są nabywcy – i tyle. Oczywiście zupełnie inną sprawą jest naruszanie prawa.

A jeszcze inną sprawą jest sztuka związana z ciałem, jak na przykład fotografie Jana Saudka. Pawian się przyzna, że niewiele wie o fotografiach aktów, ale specjalnie go temat nie wciąga, jednakże wie, iż istnieją artystyczne kalendarze z rozebranymi paniami, a także panami. Pawian ich nie kupi, bo woli na przykład kalendarze z kapibarami. Jednakże sednem sprawy nie jest feministyczny negatywny stosunek do golizny, ale podstawowa sprawa, którą nawet rozwielitka powinna zauważyć – cel i sens samego przedsięwzięcia. A także rola i funkcja w jakiej owo nagie ciało występuje.

 

 

beckham1

http://images.starlounge.com/slideshows-2/beckham1.jpg

Na ten przykład kalendarz firmy Pirelli posiada cel jest prosty jak konstrukcja podnośnika samochodowego. Oczywiście interpretacja kalendarza z 2009 roku, którego myśl główną przedstawia artysta-fotografik (“Jedyna nadzieja w pięknie. Beard wierzy, że kluczem do uchronienia rodzaju ludzkiego jest ciągłe dążenie do poszukiwania prawdy i piękna. Kobiety fotografowane przez Beard’a są ukazane jako źródła życia. Przedstawione zostały jako istoty heroiczne, pełne siły, zdecydowane i gotowe do walki”) może wydawać się naciągana, ale Pawian nie widzi tu jakiegoś wielkiego nadużycia. Jednakże nadużyciem jest przedstawienie ciała kobiecego (męskiego) przedmiotowo, instrumentalnie. O ile reklama perfum czy bielizny, w której będą nagie (albo prawie nagie) modelki i modele Pawiana nie odrzuci, to już gładź szpachlowa, woda lub radio, owszem. Nagość – niestety przede wszystkim kobieca – wykorzystywana jest nagminnie jako zachęta do kupna dowolnie wybranego produktu. Pamiętam taka reklamę, w której rozebrana pani reklamowała usługi budowlane. Jaki związek? Co ma piernik do wiatraka? I to jest seksizm. Myślenie, że użycie gołej pupy kobiecej pozwoli zwrócić uwagę potencjalnego, z pewnością męskiego, odbiorcy. I nawet nie widzi się niczego złego w tym fakcie, podobnie jak przedstawiciele firmy produkującej gładź, którzy mówili: “Niech się panie nie obrażają. To reklama dla mężczyzn”. Jasne, teraz już wszystko jasne, gładzi szpachlowej używają wyłącznie mężczyźni. Pawian pójdzie do sklepu, poprosi o dwa opakowania, a sprzedawca (bo przecież nie sprzedawczyni) powie: Niestety, nie może pani kupić naszego produktu, bowiem jest on wyłącznie przeznaczony dla panów. I Pawian może by chciał sobie ścianę wygładzić, a tu nie ma. Dupa i kicha! Trzeba będzie znaleźć znajomego penisa pozytywnego i dopiero remoncik robić. Czyli mogę reklamować z gołym pupiszonem, ale kupić już mi nie wolno. Bo stereotypowo remonty wykonują ci ludzie, którzy nie maja jajowodów. Proste, nieprawdaż?

gormly

http://www.theage.com.au/ffximage/2007/03/12/gormly.jpg

Pawian wcale nie chce żeby na przykład torebki, lakiery do paznokci, czy cienie do oczu reklamował goły pan. Nie widzi sensu, w przedmiotowym traktowaniu ludzkiego ciała. W postrzeganiu go jako wabika erotycznego. Sztuka z nagością, owszem. Pornografia (bez łamania prawa) – jak najbardziej, bo przecież wiem co kupuję – jeśli zdecyduję się na film “Nadzy i spoceni surferzy 8”. Używanie ciała ludzkiego w reklamie, jako źródła potężnej siły stereotypów związanych z płcią – nigdy. Wydaje się dość proste w teorii, ale w praktyce nigdy takie nie jest. To w takim razie, kiedy mamy do czynienia za niedelikatnością, gruboskórnością, kiepską Kindersztubą, a kiedy seksizmem, dyskryminacją?

Chyba wówczas, gdy czujemy, że rozmówca traktuje nas jak nie-osobę, gdy jesteśmy gorsze właśnie dlatego, że mamy menstruację, że odczuwamy zazdrość o penisa (tu Pawian zachichotał szatańsko), albo gdy postrzegane jesteśmy wyłącznie przez pryzmat biologii i fantazmatów (intuicja, delikatność, wrodzona opiekuńczość, zamiłowanie do porządków, mycie garnków, vagina dentata, czy wściekła feministka). Wówczas, gdy dyskurs jest prezentacją siły i władzy, gdy ktoś próbuje nami manipulować, uznając że ma do tego prawo wynikające z “naturalnego” porządku. Także wówczas, gdy podkreślona zostaje nasza płciowość bez względu na kontekst, na przykład gdy mówimy o nitowaniu blach okrętowych, a rozmówca odpowiada, że jesteśmy tak ładne, że nie powinnyśmy tak się przejmować, albo nasz zły humor jest interpretowany jako przejaw napięcia przedmenstruacyjnego. Podobnie, gdy zostajemy wtłoczone w pewną rolę, społecznie przypisywaną kobietom. Przykład: robienie kawy na zebraniu w pracy, gdy zostajemy wyznaczone, niejako apriorycznie, bo przecież, jesteśmy kobietami, a te jak rzekł kiedyś pan Korwin-Mikke, nadają się do tego świetnie. Ja na ten przykład nie piję kawy i nie widzę powodu, dlaczego siedząc z butelką mineralnej w dłoni mam robić pierdylitry napoju dla wszystkich. Jednakże, jeśli taki Borsuk mnie by miał ochotę, a to kawiarz jest nad kawiarze, to oczywiście zrobię. Dla człowieka w potrzebie. Nawet dla mojego szefa, jeśli poprosi, a nie uzna, że ja powinnam. Jak poprosi, to nawet na cukier polecę zapolować, a w innym wypadku prychnę, że nie jestem jego służącą. Pawian przydrożny ma dziwne wrażenie, że temat będzie kontynuowany, ale na razie idzie sobie, pozostawiając Państwu trochę materiałów do oglądania.

24_eww1_lg1

http://nymag.com/images/2/daily/fashion/08/04/24_eww1_lg.jpg

a także

http://i.pbase.com/u41/sidepocket/upload/26703077.SelfPortrait.jpg

http://www.artfakes.dk/blog/images/schiele02.jpg

http://showyourgaypride.com/wp-content/uploads/2008/02/chrisrockway2.jpg

http://www.naked-people.de/

Published in: on 03/31/2009 at 22:25  17 komentarzy  
Tags: ,

Familiarność, chamstwo czy seksizm, czyli kim jesteś człeku? (Poradnik)

Na straganie w dzień targowy

Takie słyszy się rozmowy:

„Może pan się o mnie oprze,

Pan tak więdnie, panie koprze.”

„Cóż się dziwić, mój szczypiorku,

Leżę tutaj już od wtorku!”

Rzecze na to kalarepka:

„Spójrz na rzepę – ta jest krzepka!”

Groch po brzuszku rzepę klepie:

„Jak tam, rzepo? Coraz lepiej?”

„Dzięki, dzięki, panie grochu,

Jakoś żyje się po trochu.

Lecz pietruszka – z tą jest gorzej:

Blada, chuda, spać nie może.”

„A to feler” –

Westchnął seler.

(Jan Brzechwa)

Poprzednia notka ujawniła płynność granic. Co jeszcze można zaakceptować? Czy godzić się, choć z nieco oklapniętym uszkiem, na familiarne poklepywanie po brzuszku, czy trawić ze szczękościskiem, a za co już należy walić szpadlem po łbie. Napotkane po drodze ciężarne znajome pawiańskie zawsze narzekały na macanki. Każdy podłaził i po brzuchu klepał, obmacywał, a co więksi zboczeńcy, płci obojętnej – głaskali. Nagle okazywało się, że w przypadku kobiety ciężarnej, nie istnieje dystans graniczny, nie istnieje nietykalność cielesna. Dopóki nie była zapłodnioną mówiło się do niej: Dzień dobry pani Krysiu, zaś gdy tylko objawiała światu swą pełnię, czy kompletność (tu mówię językiem Freuda), nagle ludziska witali ją grzecznie i tytułowali nadal “panią Krysią”, a następnie wystawiali łapska i macali ją po żywocie.

Moja ciotka Eufrozyna, gdy została babcią, wszystkim pokazywała zdjęcie swojej córki z biustem na wierzchu, w trakcie karmienia potomka (nota bene niemowlę było odziane). Gdy ciskałam się wściekle od własnej matki usłyszałam: A o co ci chodzi?

Odpowiedź nie była prosta, bo “przecież zawsze tak było”. Zapytałam, czy dziecko ciotki Eufrozyny chce być pokazywane połowie Polski w negliżu? Żeby było jasne: nie widzę niczego nagannego w publicznym karmieniu dziecka (tekst o tym też gdzieś można znaleźć w rozważaniach pawiańskich), bo to czynność naturalna i wara wszystkim od małego ssaka i jego opiekunki. Jednakże wścieka mnie to, gdy kobieta w ciąży i młoda matka traktowane są jako naczynie, jako przedmiot, jako inkubator i na pewien czas tracą własną tożsamość stając się woreczkiem, który wszyscy poklepują, a następnie pojemnikiem na mleko, w którym nikt indywidualności nie widzi i można ów pojemnik rodzinie, powinowatym i znajomym pod nos podsuwać, nie dostrzegając w tymże fakcie jakiegokolwiek naruszenia godności osobistej, a także symbolicznego gestu wywalenia do piachu wolności osobistej.

Czy jest to gest dyskryminacji płciowej, czy też po prostu familiarność, gruboskórność, a nawet źle pojęte zainteresowanie, albo życzliwość.

Wedle mnie, przekupka (może to być także przekupień), która/który na targu zwraca się do wszystkich klientów: słoneczko, kaczuszko, sreberko, złotko, perełko, albo skarbeczku jest po prostu źle wychowana/y. Uważa, że nawiązanie więzi z klientem jest związane z brakiem dystansu. Sprawa jest niezmiernie prosta. Ten sam mechanizm można obserwować ostatnio, gdy modnym staje się przechodzenie ze wszystkimi na “ty”. Używasz form “pan”, albo “pani’ to nie jesteś trendy i cool. Szczęka mi opada, gdy istota młodsza ode mnie o trzysta lat skraca dystans i mówi: “Pani Pawian, tak mi jakoś niezręcznie, możemy sobie mówić po imieniu?” Co wówczas odpowiedzieć? Jak się zachować, wszak cisnąca się na usta riposta: “Pójdź dziecię, ja cię uczyć każę”, jest niedopuszczalna. Pawian się przyzna, że nie jest asertywny, a potem zgrzyta zębami, gdy jakaś dziunia, albo dziuń, mówią do niego: Pawianeczku, Pawianku, albo Pawianusieńku… No tylko wziąć szpadel i… we własny łeb się trzasnąć, że się nie potrafi powiedzieć: “Nie, nie będziemy ze sobą po imieniu i koniec dyskusji”.

Dla Pawiana to także jest kwestia manier. Jednakże pod ich płaszczykiem przemycane są często czysto seksistowskie zagrywki, które wyglądają niewinne, na fraternizację, na nadmierną familiarność, a są po prostu czystym wytworem społeczeństwa patriarchalnego. I dlatego Pawian sugeruje, że klepanie ciężarnej, a także pokazywanie zdjęć karmiącej bez konsultacji z nią jest właśnie taką sytuacją. Nieważne, czy robi to kobieta, czy mężczyzna. Chodzi raczej o ubezwłasnowolnienie kobiety występującej w pewnej funkcji. Jakiś czas temu, jeszcze na socjopatycznej pisałam o właśnie wtłaczaniu kobiety w role i obdarzaniu jej funkcjami społecznymi, po to by nigdy nie mogła być po prostu sobą. Brzuch nie jest więc twój droga ciężarna koleżanko, bo stałaś się przedmiotem. Podobnie jest z twą piersią, który nagle stała się przenośną butelką na mleko. I koniec. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że takich rzeczy nie robi się mężczyznom, ponieważ nie bywają w ciąży i nie mają mleka. Tyż prowda! Jednakże nie tu sprawa się zaczyna, tu już Hund jest begraben, bowiem jeśli społeczeństwo akceptuje reklamę gładzi szpachlowej czy wody Vichy, a do tego potrzebuje kobiecego ciała, to od razu widać, po co my jesteśmy na tym najlepszym ze światów i jakie są obowiązki i przywileje, jak rozdane są karty. Ściągaj majty jedna z drugą, nieważne że znasz pięć języków i masz trzy fakultety. Gładź, gładź… szpachlowa się liczy i twój tyłeczek.

http://billbordowy.blox.pl/resource/gladz01.jpg

a tu odpowiedź:

http://bi.gazeta.pl/im/3/5032/z5032313N.jpg

Pawian przypomina sobie chwilę sprzed kilku lat, gdy rodzina bliższa i dalsza dowiedziała się, że nasz bohater zdobył uprawnienia do noszenia dwóch literek. Duża część po prostu gratulowała, niektórzy byli dumni, niektórzy zaś otwierali szeroko oczy ze zdumienia, a nawet podziwu. Najlepszą reakcję zaprezentował wuj Lucek, który rzekł, przytulając mnie do siebie: No dumny jestem doktorze, ale dla mnie zawsze będziesz małym, kochanym Pawianem. 

Wówczas pomyślałam sobie przez moment, że wujo zmienił zdanie na mój temat, bo jeszcze kilka lat wcześniej znany był z uwag typu, że skończę na szubienicy. Po analizie wypowiedzi mi przeszło, wuj Lucek bowiem upraszczał sobie świat. Wizja Pawiana jako małej istoty z upapraną marchwią w łapie i opadającymi porciętami była dlań do przyjęcia, zaś Pawian oficjalny, namaszczony ustawowo, wymykał się spod kontroli. Nie zauważył mój szanowny wuj, że zarówno Pawian w dziurawym odzieniu, siedzący okrakiem na prosiaku i podpalający gołębnik, był tą sama istotą, co Pawian dyplomowany. Jednakże wuj Lucek z wyżyn (lub nizin) swej mentalności nie wiedział o wielowymiarowości istot ludzkich i porządkował zawsze świat wedle własnego mniemania. Seksizm, czy zwykła głupota?

Okazało się, że to pierwsze, ale dopiero wówczas, gdy syn wuja – Marcjalis – skończył studia. I to jakie, Proszę Państwa. PRAWNICZE. A na dodatek dostał się na APLIKACJĘ. Pawian w oczach wuja na zawsze pozostał małym i kochanym Pawianem, zaś jego syn był PRAWIE PROKURATOREM. O córce – instrumentariuszce w wielkiej klinice – jakoś się nadmiernie nie rozgadywał. Ciekawe dlaczego?

I właśnie tu zaczynają się schody, o których w odcinku następnym stanie, bo już się nasz Pawian przydrożny niemożebnie rozgadał…

PS.

http://wyborcza.pl/1,76842,5033139.html

 

 

 

 

 

Published in: on 03/30/2009 at 20:29  20 komentarzy  
Tags: , ,

Historyja edukacyjna wielce, czyli o serniku, pierniku, wiatraku i intuicji

Pawiana można wynająć – robi za gadułę – jedynie wtedy, gdy jest się jednostką oświatową. Pawian, w przeciwieństwie do Kościoła Katolickiego w Polsce (a szczególnie tej jego części, która jest mocno zaangażowana w spór z pewnym liceum w Poznaniu) nie wpadł jeszcze na to, że na dziatwie szkolnej można zarabiać. I ma nadzieję, że nigdy takie coś mu przez głowę nie przejdzie. W każdym razie dziś Pawian był pracownikiem najemnym (wolny najmita, jak to brzmi). Zapakował w torbę parę książek, buty na obcasie i pojechał w siną dal. Pociągiem i tramwajem.

Gdy zmieniał obuwie w pokoju nauczycielskim usłyszał jakiegoś gościa, który także wydawał się najemnikiem w służbie edukacyjnej. I Pawian zbaraniał. Ja myślałam, że ja jestem gadułą niesamowitą, że mi się paszczęka nie zamyka, że potrafię nawijać bez przerwy przez kilka godzin… Jednakże po analizie dokonanej dziś okazało się, że ja jestem mały pikuś. Ja jestem dyplomowanym milczkiem naprzeciw tego pana, którego poznałam w owym pokoju nauczycielskim. Siedzi sobie koleś, kawusi łyczek, kęsik serniczka, łypnięcie okiem i wali z koksem:

– Futurolodzy już dawno o tym wspominali, tralalalala, moja żona zaś mówi, ale na Saharze o tej porze roku, mam syna i córkę, jednakże wzrok ludzki od czasów dinozarurów, zaś twierdzenie Pitagorasa nie ma żadnego wpływu na pływy oceaniczne…

I nawija. Nie przeszkadza mu nic. Ludzie się kręcą, a on paluszkami młynka kręci, kawusię siorbie i serniczek wchrzania, pomiędzy kolejnymi wytwornie z talerzyka zbieranymi kęsikami rozprawia się z kryzysem światowym, językami południowosłowiańskimi, prognozami pogody, fazą REM i padlinożernością tyranozaura. Pawian wpadł w osłupienie, z oczkami jak pięciozłotówki siedział i patrzył na to zjawisko. NIESAMOWITE. Ktoś kiedyś mówił, że kobiety są gadatliwe? Ktoś kiedyś powiedział, że ja nawijam jak najęta? Po pięciu minutach Pawian wysiadł i zajął się oglądaniem wzorków na boazerii i wymianą spojrzeń z pewnym ironicznym człekiem z wygoloną czaszką, jak się później okazało – historykiem. Zawsze wierzyłam w historyków. Jednakże nie dało się nie słyszeć szumu tej wezbranego elokwencją potoku, tej patoki słów lejącej się niby Niagara. No i nagle stało się. Gaduła skubiąc serniczek i wspominając po raz sto trzydziesty trzeci o swojej żonie (jak tylko się słyszało hasło “moja żona”, miało się ochotę dodać: wspaniała zresztą kobieta, bruneta a’la Cygana, 180 cm wzrostu… – cóż Pawian może, że zawsze słyszy cytaty) zauważył nachylając się nad dłonią pani dyrektor i cmoktając ją w przegub, że:

     

  • Wy kobiety macie intuicję…
  •  

Pawian nie wytrzymał i natychmiast oznajmił, dość obcesowo, że ma jajniki i macicę, ale intuicji u niego nie ma nawet szczątkowej i chciałby się zapytać, czy intuicja jest kategorią naukową.

Gdy kończył zdanie usłyszał jedynie z kąta chichotanie historyka (takie coś, jakby “chi chi”). Gaduła jeszcze niespeszony rozpoczął tokowanie:

– Oczywiście według obiegowych sądów przyjęło się uznawać, że mężczyznami kieruje logika, zaś kobietami intuicja…

W tym momencie brutalnie mu przerwano (tak, to był Pawian) i stwierdzono, co następuje;

– Znaczy, że obiegowe sądy stają się naukową metodą badawczą? Że mężczyzn należy uczyć matematyki i filozofii, a kobiety intuicyjnego dodawania oregano do zupy pomidorowej. Wszak ilość płynu w garnku zmienną jest…

Z kąta historyka znów coś zachichotało. Rzekłabym, że był to chichot złośliwy i złowieszczy. Paluszki gaduły znów poruszyły się w równym tempie kręconego młyneczka i nastąpiło wycofywanie się na z góry upatrzone (w pobliżu serniczka) pozycje:

– Ależ droga koleżanko (czy tylko ja miałam wrażenie, że to było lekko protekcjonalne poklepywanie mnie po ramieniu), nie chciałem broń Boże powiedzieć, że mężczyźni są mądrzejsi od kobiet, ale musi pani przyznać, że w kobiecych decyzjach jest pewna fascynująca tajemnica (tu łypnięcie w stronę matematyczki, która zrobiła minę na temat. “zaprawdę wielka to tajemnica” ), fascynująca mężczyzn od zarania dziejów…

Tu znów Pawian przerwał i odpowiedział, że odczuwa dziś intuicyjnie, iż jest w nim tyle tajemnicy, co w kapuście kiszonej a fascynacja rodzi się ze zwykłej niewiedzy, bowiem wystarczy przyjąć, że to co ma inne cechy płciowe niekoniecznie inaczej myśli. Po czym poszedł nasz bohater do swych obowiązków, a w kącie historyka cały czas coś chichotało szatańsko. Pani dyrektor była uprzejma, a matematyczka z wrażenia wysłuchała pawiańskiego wykładu o nadniemeńskiej epopei, a potem długo potrząsała dłonią naszego bohatera i powtarzała, że nie przypuszczała, że jest to tak fascynująca powieść, a od czasów licealnych miała z nią związane nocne koszmary. Pawian na koniec dodał, że z pewnością powieść ta jest fascynująca tajemnicą, na co matematyczka posmarkała się ze śmiechu.

Proszę mi powiedzieć, Moi Kochani Państwo, czy ja zawsze muszę na swej życiowej drodze spotykać takich, już nawet nie “od czapy”, ale “od serniczka”. Inni ludzie idą sobie spokojnie drogą, obserwują przyrodę, a ja co? Ja nie musze czytać o polskiej polityce, wystarczy, że wyściubię nos z domu i zaraz coś mi się przytrafi. Jeszcze na dodatek wychodzę na niewrażliwe chamidło. A to nie ja. To ich wina. To oni mnie prowokują, że z lirycznej i sympatycznej istoty zmieniam się w złośliwą bestię, której włos rzednie, oko blednie i psują się zęby przednie, Zawsze wpadam na popaprańców. Intuicyjnie czuję, że ich przyciągam moją tajemniczością.

A rano znów jestem śliczny,

liryczny i apetyczny

To musnę cos jak jaskółka,

to usnę w słonku jak pszczółka

aż chmurki zbudzi mnie cień

bym brzęczał cały dzień.

(Kabaret Starszych Panów)

 

Published in: on 03/27/2009 at 22:04  16 komentarzy  
Tags: , ,

Pawian wylądował, czyli powrót na ojczyzny łono

Szczerze powiedziawszy najbardziej lubiłabym teleportację. Oczywiście marudzenie, że ponad tysiąc kilometrów robi się w jeden dzień może wydawać się dziwactwem, szczególnie wówczas, gdy dokładniej przyjrzymy się na przykład podróży Sienkiewicza do Afryki. Pociągi w drugiej połowie XIX w. pewnie nie rozwijały wyższej prędkości aniżeli czterdzieści parę kilometrów. Nie wiem – kolejnictwo nigdy nie było moją pasją. Nie rozumiem tylko jednego, że moja podróż do (ze) stolicy trwa znacznie dłużej, aniżeli dwa przeloty przez połowę Europy wynalazkiem braci Wright (nie liczę obowiązkowego czasu spędzonego na lotniskach). Nie wierzę w te stadiony wybudowane w ciągu kilku najbliższych lat, nie wierzę w autostrady, jeśli nadal Intercity będzie się toczył z szybkością kolarza-olimpijczyka po amfetaminie.

W Polsce od razu poczułam specyficzną więź z ojczyzną, gdy tylko usłyszałam nieprzyjemny ton pana konduktora skierowany w pociągu do pasażerki. Miała zły bilet, chociaż ostro tłumaczyła się, że prosiła w kasie o nieco inny, to usłyszała, że “ czytać to chyba umie, co?”. I już wiedziałam, że z pewnością jestem we właściwym miejscu w Europie. W takim, o którym Piotr Macierzyński pisze, iż przy takim rozdaniu w pokerze mówi się “pas”.

Wracając do teleportacji, o ileż milsza byłaby podróż bez walizek (pawiańska powrotna ważyła 15,5 kilograma, co nie wydaje się wielkością gargantuiczną, zważywszy na książki, butelkę “Tęsknoty za południem”, maleńkiej butelki z rakiją, sera i półtoralitrowego jogurtu upolowanego specjalnie przez Delfinka), bez tachania ciężarów przez niezbyt umięśnionego Pawiana. Tylko chwila i już by się siedziało w Macedonii, a potem tak samo bezproblemowo wracało. Nie mogę narzekać, wszak nie podróżowałam dyliżansem, na gęsi, pieszo, czy też konno, co mogłoby spowodować ciężkie obrażenia pawiańskiego tyłka.

Na razie bardziej rusza mnie to, że Ivanov ma znaczącą przewagę nad Frczkovskim, aniżeli to, gdzie pracuje konkubina koalicjanta Pawlaka. Nota bene nawet nie mam czasu, żeby postawić fundamentalne dla Polaków (płci obojętnej) pytanie: “cóż tam panie w polityce”, bo zajętam niby jednoręki tapeciarz. Mam dziwne wrażenie, że podczas mojej nieobecności musiały zajść niesamowicie istotne zmiany, bowiem nagle okazało się, że jestem po prostu ludziom niezbędna do życia, co odnotowuję z niejakim zdziwieniem. Nawet mój szef ucieszył się, gdy mnie zobaczył, a to świadczyć może o postępującej degradacji jego ścieżek nerwowych (a to niemożliwe, bo typ jest niepijący), albo o tym, że ktoś znów czegoś nie zrobił i najlepiej powierzyć to wszystko wypoczętemu Pawianowi. A niedoczekanie! A w życiu! Przyjmuję od ludów południowych pewną niespieszność ruchów, na wszystko odpowiadam “sega, sega” i zamierzam tak dotrwać do prawdziwej wiosny, bo to, co zastałam po powrocie do kraju można nazwać jedynie jej namiastką. A potem się zobaczy, może znów się wybiorę na Bałkany… Na majowe truskawki.

Gdyby nie fakt, że podczas wyjazdów tęsknię wściekle za Łasicem i Kluchą, to… No właśnie, to co? To dokładnie nic, bowiem pawiany to lud nomadyczny, ciągle muszą być w ruchu, ciągle muszą zmieniać scenerię, ciągle muszą mieć nowe zadania.

No cóż, wracam “do mas, do roboty, do partii”. Przyznam się jednak, że ta perspektywa, chociaż pociągająca, na razie ma dla mnie smak papieru ściernego popitego benzyną. Pawian przywyknie, niech no tylko zakwitną jabłonie. I niech mnie wreszcie przestanie boleć żołądek, co odnotowuję ze sporą przykrością, jako kolejny dowód na destrukcyjną rolę, jaka mogą pełnić Polacy za granicą. Brzmi dziwacznie? To długa historia, w każdym razie należy unikać Polaków, którzy o ósmej rano w bufecie uniwersytetu Cyryla i Metodego próbują zamówić kawę w języku angielskim. Historia zaczyna się dość niewinnie, ale… żołądek boli mnie już tydzień. Idę się napić “czaj od nane”. Dobranoc Państwu.

 

 

Published in: on 03/26/2009 at 20:35  9 komentarzy  
Tags: ,

Rzut okiem, czyli fotoreportaż 2

Zdjęć mam sporo, bo to już trzecia wizyta w Macedonii (maj, listopad, marzec). Dlatego czasem przyroda wygląda mało aktualnie.

Dzwonnica w Markov monastyr (pod wezwaniem św. Dymitra)

dscf5490

Kamienne wesele

dscf5378

Kratovo – pozostałości tureckiej zabudowy

dscf5400

Nad górami – jak zawsze – mgiełka

dscf4675

A może będzie to słynny pstrąg ochrydzki?

dscf4722

Macedonia jest wielobarwna jak ogon pawia spod świątyni św. Nauma

dscf4792

Kanion Matka

dscf5302

Budynek starego dworca – symbol przypominający o trzęsieniu ziemi z 1963

dscf48261

Published in: on 03/22/2009 at 21:34  5 komentarzy  
Tags: ,

Rzut okiem, czyli fotoreportaż

Kratovodscf5401

Entuzjazm nie wiąże się z przedwyborczą gorączka, ale występem znanej gwiazdy

dscf5405

Nie podchodź do mojego osiołka, bo pogryzę

dscf5425

W Lesnovie znajduje się jeden z trzech najsłynniejszych macedońskich ikonostasów

dscf5457

W wysokich górach nadal śnieg. Czasem przychodzi stamtąd jeszcze zimny wiatr

dscf5515

Na dziś wystarczy, bo babun głodny. Amyntas podał szarską pleskavicę, tavcze-gravcze, sałatę i rakiję. babun idzie jeść…

dscf55491

Published in: on 03/22/2009 at 00:04  5 komentarzy  
Tags: ,

Życie uniwersyteckie w Skopje, czyli zwyczajny dzień

 

Uniwersyteckie życie towarzyskie na Uniwersytecie Cyryla (Kiryła) i Metodego w Skopje kwitnie w bufecie. Nawet można zamówić rakiję, chociaż Pawian jeszcze na to się nie zdobył. I chyba się nie zdobędzie, nawet jeśli będzie powtarzał sobie często: Jeśli jesteś w Rzymie – zachowuj się jak Rzymianin. Pawian nie potrafi sobie wyobrazić sytuacji, w której wykładałby pod najmniejszym nawet wpływem. Pawian siedzi w wydzielonej części dla wykładowców, stuka w klawiaturę, pije „czaj od nane” lub „czaj od kamilice” – czyli miętę lub rumianek i obserwuje, namiętnie obserwuje. Rozmawiać się nie da, bo muzyka gra tak głośno, że niewiele poza tym słychać. Kelnerka z bufetu zna już upodobania Pawiana i za każdym razem, z uśmiechem i krótką, zabawną uwagą poda kolejną porcję ziółek.

Pawian dobrze się czuje na „filolożki i filozofski fakultet”, coraz więcej ludzi go zna, pozdrawia, pytając: Kako si babun? A Babun odpowiada zawsze, że „dobro”. Za nic się nie przyzna, że „me boli stomak”, albo że „dobiv”.

Moim kolegą jest bibliotekarz, którego podobno nikt tu nie lubi bo jest człowiekiem bezkompromisowym i ma niewyparzoną gębę. Pawian ma wrażenie, że właśnie dlatego od razu złapaliśmy dobry kontakt. Mimo, że uniwersytet jest bardzo duży, ba – nawet część filologiczno-filozoficzna też spora, to profesorowie dość szybko zauważyli nową twarz i są otwarci i mili. Starszy pan profesor, w jasnym garniturze pyta Babuna, co ten pije, potem zagląda mu w dekolt i zamawia to samo. Pawian zdecydował, że przy najbliższej okazji też zajrzy mu w dekolt. Pewnie to bałkański zwyczaj sygnalizujący przyjaźń międzynarodową. Dlatego Pawian nie będzie się wybrzuszał i robił skandali.

Studenci zwracają się do Babuna w śmiesznej formie (w języku macedońskim okazywanie szacunku odbywa się przez „wy”, ale znają polską formę „pan” i „pani”). Brzmi to tak:

  • Masz odpięty plecak… pani Babun.

Czasem łączą zabawnie języki:

  • Profesorke, profesorke… idziesz na wykład? Gdzie mamy predawanie?

Takie łączenie wyrazów stosuje jednak tylko pierwszy rok. III rok już ma większe ambicje. Dla nich niestraszne są metafory, symbole i aluzje. Babun ma dziwne wrażenie, że wpadając tutaj, wraz ze swym chaosem, dygresjami, skojarzeniami i głupimi przykładami, w których zawsze musi znaleźć się świnia (nie wiem dlaczego, ale jest to pierwsze zwierzę, jakie przychodzi mi do głowy, a na zwierzątkach najlepiej się tłumaczy literaturę) stworzył swoisty teatr, przedstawienie, jakiś spektakl. Chociaż z drugiej strony studenci są do tego przyzwyczajeni, bo Delfin, chociaż nie macha łapami, jak Babun, ale też bawi się z nimi świetnie.

Studenci od razu łapią konwencję, i zrywają boki, gdy Delfin im śpiewa hymn, a Pawian potańcuje, albo pokazuje dokładnie bitwę pod Grunwaldem. Team Delfina i Pawiana jest zaiste mieszanką wybuchową, bo Pawiana łatwo rozśmieszyć, a Delfin robi to zawsze z niewinną minką. Ot chociażby wtedy, gdy Babun siedział na zajęciach gramatycznych Delfina dotyczących imiesłowu i gapił się w okno. Studenci robili ćwiczenie, nota bene szło im doskonale, aż nagle Delfin wpadła na szatański pomysł:

– Teraz następny przykład. Nie widzę chętnych (prosię jedno, na sali był las rąk), to może… Babun.

– E…. ja nie mam książki… Nie wiem… – skonsternowany Pawian dał ciała w kwestii imiesłowu biernego.

Rozmawiam ze studentami i ciągle słyszę powtarzającą się frazę: „jak wrócisz…”. No jasne, że wrócę. Jeszcze nie wyjechałam, a oni już mówią o moim następnym przyjeździe. Nawet ten mroczny chłopak w niebieskiej kurtce, któremu dałyśmy ksywkę „zabójca”, potrafi się czasem rozpromienić na hasło „poezja metafizyczna”. A niebieskooka piękność w pierwszej ławce jest zawsze przygotowana, a jej zeszyt pęka od notatek. Babun widzi, że chce zrozumieć każde słowo. Nie wstydzi się pytać i wie, czego chce. Mała mysia w drugiej ławce, o brązowych oczkach niewiele mówi, ale testy pisze błyskawicznie i bezbłędnie. Kochane dzieciaki. Oczywiście, że Pawian tu wróci, a na razie idzie się trochę zabawić. Jutro znów wykłady… Zwyczajny dzień. O czym zawiadamia babun makedonski.

 

Published in: on 03/20/2009 at 08:01  7 komentarzy  
Tags:

Macedonska noc, czyli to nie tęsknota…

Przez szeroko otwarte okno wchodzi do pokoju noc. Siedzę przy biurku, czuję jak przenika mnie chłodne powietrze, ale jestem z bluzce z krótkim rękawem. Ciepło. Noc wchodzi mi do pokoju, taka miękka jak aksamit, chociaż wiem, że to porównanie jest bardzo banalne. Och, bogowie Olimpu, jaka pretensjonalna sceneria. Jest noc, niebo gwieździste nade mną, czytam poezję polską (Daniel Naborowski) i piję sok brzoskwiniowy. Może to śmieszne, ale właśnie pracuję, chociaż czuję się, jak heroina z kiepskiej powieści, która patrzy w okno, czyta smutne wiersze…

Nie, to nie jest melancholia. To nerwy, bo naprawdę nie lubię, jak ktoś śmieje się z Bałkanów. Nie lubię poznawać przyjeżdżających tutaj na chwilę Polaków, w których głosie czuję nutkę wyższości. Tak, przyjeżdżają zobaczyć egzotykę. I maja taką pozę: och, och, jestem obywatelem zjednoczonej Europy, mieszkam w Londynie, no – nie do końca, bo w zasadzie mieszkam w Polsce, ale i tak patrzę z góry na taką prowincję. Cholera! Europejczyk w ząbek czesany! Spojrzenie z góry, taka litość, taka pogarda – obrzydliwe. Nie znoszę, gdy ktoś się śmieje z Bałkanów. Robię się niemiła. Pryncypialna. Złośliwa. I mam stalowe spojrzenie. Palę jednego papierosa za drugim. Można żartować, w końcu każdy temat jest dobry. Ale nie wolno patrzeć z góry. Przyjechał, cholera, taki jeden i robi za światowca!

Patrzę w noc i nie chcę myśleć o tym, co mocno zabolało. Może właśnie tutaj mam za cienką skórę. Może jak Gustaw-Konrad cierpię za miliony, kocham i cierpię katusze? Cicho, ale nie słyszę ciagnących żurawi… Nie chcę, żeby teraz ktokolwiek zawołał. Ale ucho wytężam ciekawie, że usłyszałabym głos Łasica (minuta rozmowy ponad pięć złotych). Dość zwierzeń, noc wchodząca miękką materią do pokoju mocno rozstraja. Tracę moją broń – ironię. Zostaje tylko noc. Żeby już nie rozkleić się do końca opowiem Państwu najnowszy dowcip polityczny, świeżutki – cały kraj się z niego śmieje.

Na samym początku należy wytłumaczyć, że polskie słowo oznaczające fallusa (w tej wersji zdecydowanie wulgarnej, tak jak u nas słowo na „ch” często pisane z błędem) w Macedonii brzmi dość swojsko: kur. Pomyślcie Państwo, jak Macedończyków śmieszy polskie piwo o nazwie „ Złoty kur”.

W każdym razie jeden z kandydatów na prezydenta tłumaczył, co oznacza nazwa Pakistan. Mówił mniej więcej tak, że armia Aleksandra Macedońskiego szła do Indii i na wysokości dzisiejszego Pakistanu żołnierze byli mocno zmęczeni. Upadali i się podnosili. Pak i stan(i) – tak to mniej więcej brzmi, czyli padaj i wstań. Może coś, jak: padnij – powstań? Inny kandydat na prezydenta, który ma swoją stałą rubrykę z felietonami w popularnej gazecie, zapytał w jednym z nich: jeśli tak powstała nazwa Pakistan, to skąd wziął się Kurdystan?

Filip Macedoński mnie chwali, że coraz więcej rozumiem. Czasem, niestety – ale to się zdarza – rozumiem zupełnie na odwrót. Wczoraj jeden gość mówił, że mają małe lodówki i tort nie może być duży. Ja zrozumiałam, że tort może być dowolniej wielkości, bo mają lodówki. Ot siurpryza, jakoś zgubiłam to „ne”. Rozmowy o podatkach kompletnie nie rozumiem. No cóż, może i dużo rozumiem (chociaż jak widać z kontekstu, czasem daję ciała), ale mówię stanowczo za mało. Na studentów gromko pokrzykuję, że „ne razbiram” – a oni się śmieją. Wtedy rzucam w nich kredą, a raczej obiecuję, że to zrobię. Jednak o uniwersytecie napiszę jutro.

Zamykam okno. Wyganiam noc. Dość marudzenia. Trzeba popracować, a nie rozczulać się nad sobą. O czym donosi makedonski babun, który wraca do poezji. No tak, z czegoś trzeba żyć. Dobranoc.

PS. Próba zamiany jogurtu pitego w czasie wykładów na napój owocowy o smaku zielonego jabłka (napój „Bravo” firmy Rauch) zakończona niepowodzeniem. Babun pluł pod tablicą i uczył studentów leksyki: syf, grzybnia, świństwo, zaraz rzygnę… Znajomość potocznej odmiany funkcjonalnej opanowana przez studentów w sposób doskonały. Mogę jedynie dodać, że potem czytaliśmy poezję. Styl wysoki też opanowali. Babun jest wielozadaniowy.   

PS II. Wczoraj okradli polską ambasadę w Skopje. Łupem złodziei padły wnioski wizowe. No i dupa zbita, bo np. prodziekan wydziału filologicznego nie pojedzie na językoznawczą konferencję naukową do Polski. Ech…

Published in: on 03/17/2009 at 17:18  7 komentarzy  
Tags:

Tutaj tak jest, czyli impresje, bo Pawian pije rakiję

 

W Polce przed wejściem do sklepów spożywczych często widnieje znak zakazu, a na jego tle umiejscowiony jest piesek. W Macedonii jest podobnie, tylko zamiast pieska jest pistolet: Prosimy nie wchodzić z bronią! Tutaj tak jest, na początku to mnie szokowało. A teraz? Po prostu. U nas nie wolno z psem, a tu z pistoletem. Tak bywa. Nawet się nie zastanawiam, bo nie noszę gnata przy sobie. Jak człowiek za dużo myśli, to zaczyna świrować. Nie wolno porównywać. Że w Polsce jest tak, a tutaj inaczej, chociaż samo się narzuca, jak ten podróżnik u Levi-Straussa. Że to może szokować. A ni cholery! Tutaj jest tutaj. Nawet reklamy polityczne wyglądają inaczej, jakby u nas naśmiewano się z prezydenta, że zawsze ma łapę wyciągniętą po szklankę z alkoholem, to co by było? Sprawa sądowa, obraza, wielka afera. A tu? Tutaj tak jest. Jednakże podobieństw jest sporo.

Nie jest łatwo kochać Macedonię: „To nie kochanka, ale sypiam z nią, choć śmieją ze mnie się i drwią. Taka zmęczona i pijana wciąż”. Macedończycy kochają swoją ojczyznę. To mi imponuje. Ale trochę przeraża. Gdyby byli innym ludźmi, nie aż tak spokojnymi (dowód na ich naturę, to rezolucja podpisana po akcji „Istotne żniwa”), to bym się pewne bała, że to nie miłość, tylko nacjonalizm. Sama nie wiem…

Podobne jak w Polsce na transformacji ustrojowej skorzystali tutaj nieliczni, na przykład Kostovski, do którego należy pół kraju. Inwestor w przemyśle hutniczym, nawet wkładał jakąś kasę w Hutę Katowice. Jaka jest różnica? Filip Macedoński pracuje w wydawnictwie. Właścicielem jest właśnie wspomniany wcześniej potentat finansowy. Proszę wskazać mi w Polsce jakiegoś gościa, który wzbogacił się w 1989/1990 i inwestuje w kulturę. No? Nikogo nie ma? No właśnie. Tutaj tak jest.

Tak dużo wrażeń, tak dużo wrażeń pod powiekami. Zamykam oczy i słyszę słowa wypowiadane po macedońsku: W Macedonii żyjemy tak… Słyszę, słyszę i widzę także samochód wyładowany pięcioma albańskimi kobietami. Pod twierdzą Kale, gdy stoimy w korku. Żeby było jasno. Pięć kobiet i mężczyzna. Samochód psuje się w tym gigantycznym korku (bo jest podobnie jak w Polsce, gdy policjanci biorą sprawę w swoje ręce, to zaczyna się „hardcore”) i zaczyna się palić. Dym bucha spod maski. Mocno. To nie chłodnica. Mężczyzna wysiada, a one siedzą w środku. On patrzy. A one siedzą, oczy spuszczone, widać tylko chustki, nic więcej. Tutaj tak jest.

Idziemy z Delfinkiem albańską dzielnicą. Przed nami trzy kobiety w długich płaszczach i chustkach. Kolebią się jak pingwiny. Znam ten sposób chodzenia. Chore stawy biodrowe i kolanowe. Za dużo ciąż, za mało ruchu, za dużo pracy, za dużo codziennych zakupów, za dużo dzieci noszonych na rękach. Szkoda, akurat niedawno w Sztokholmie wymyślono godziny na pływalni wyłącznie dla kobiet. Im by się przydało. Niestety… pingwiny ruszają w swoją drogę, przestępując z nogi na nogę. A my w swoją. Do kafany, do restauracji. Na uniwersytecie chusty są. Mało, bardzo mało, ale to nie jest proste. Na pierwszym roku jest Albanka. Ma chodzić na moje wykłady. Nie widziałam jej. Delfinek widziała ją na mieście, przy Internecie. Potem znów będzie opowiadać na uniwersytecie, że była chora, że nie mogła. Nie widzi swojej szansy. Nie chce jej widzieć. Tutaj tak jest.

W Macedonii nie ma mentolowych papierosów. No nie ma i już. A poza tym… Takiego państwa jak Macedonia to wcale nie ma. Jest FYROM, czy jakoś tak. Widzicie, drodzy Państwo, jaka siurpryza. Jestem w kraju, którego nie ma.

Zabawna historia przytrafiła się Państwu Mockturtle na wakacjach. Jechali z Grecji do Macedonii, przepraszam do FYROM-u. Pan Mockturtle, na granicy, powiedział mundurowemu, że chce do Macedonii. A tamten udawał, że nie wie, o co chodzi. Jasne, Grecy nie wiedzą, że Macedonia istnieje. Nawet na jakiś czas zamknęli swoją przestrzeń powietrzną dla samolotów macedońskich. Tak, dla zasady. Kiedy to się zaczęło? Och! To stara sprawa. Sięgająca Aleksandra Macedońskiego. I Arystotelesa, który był nauczycielem młodego wodza. Tiaaaaaa… A Mieszko pierwszy to był Kaszubem, albo Łużyczaninem. Dla nas takie słowa brzmią śmiesznie. Tutaj, to poważna sprawa, bo tutaj tak jest. I koniec.

No i mamy kraj, który nie istnieje, któremu Grecja broni wstępu do Unii, który ma problemy z Albańczykami marzącymi o Wielkim Kosowie, albo Wielkiej Albanii, ale nie chodzi o islam – to ważne. Rozumiecie coś z tego?

Sega, sega, jak mówią w Macedonii (a Grekom pokażmy teraz wielkiego soczystego „fucka”, chociaż ich lubię, ale w tej sprawie naprawdę przegięli). A to znaczy: zaraz, zaraz… W końcu jesteśmy na południu. Nie ma się co spieszyć. Pawian macedoński (babun makedonski) jutro znów coś opowie… Dziś zaliczył pierwszy wiosenny grill na powietrzu, bo kwitną już drzewa owocowe i jest pewnie z 15 stopni. Opowie, opowie, chyba, że będzie pił rakiję. Aaaaa… to wtedy nie opowie. Dobranoc. Tutaj tak jest… Sega, sega…

Published in: on 03/16/2009 at 09:23  11 komentarzy  
Tags: ,

Tutaj tak jest, czyli fakty, a może już interpretacja

Od czego się zaczęło? Kiedy? Dlaczego? Pomysł Josifa Broz Tito nie wypalił. Ale o tym wszyscy wiedzą. Gdzie szukać początków wojny, która wybuchła w 2001 roku. Pytam Filipa Macedońskiego, ale jakoś trudno nam się zgodzić jednoznacznie. Nie jest prosto. Nie jest tak łatwo, jak wtedy, gdy w dzienniku telewizyjnym słyszy się pewne, logicznie połączone, gładko wypowiedziane opinie zaproszonych ekspertów. Co oni mogą powiedzieć w ciągu pięciu minut, gdy naiwny dziennikarz zadaje pytanie: co pan/pani sądzi o konflikcie na Bałkanach? Za dużo danych, za dużo wątpliwości. Jedno jest pewne, czarnymi postaciami tej opowieści z pewnością są Miloševic i jemu podobni, wierzący mocno w słowa: naród, czystość etniczna, siła. Pewnie początków wojny macedońskiej trzeba szukać w konflikcie kosowskim. Dla nas wojny na Bałkanach nie są chyba zbyt zrozumiałe. Serbowie tłuką Albańczyków, a potem ci sami Albańczycy chcą tłuc Macedończyków. Z ofiary stają się katem. I chyba tak to się zaczęło. I do dziś jakoś skończyć się nie może, o czym jaskrawo przekonać się mogłam w listopadzie, gdy całe Skopje zostało obstawione przez oddziały policyjne po zabójstwie trzech policjantów przed wydziałem matematyki. Wystraszony Łasic pytał w mailach, co się dzieje, bo nawet w polskiej telewizji była to jedna z bardziej gorących informacji tego dnia, a ja (niczego nieświadoma) jechałam właśnie na przyjęcie do znajomych. Trochę jak w filmie sensacyjnym, trochę jak w kiepskiej farsie. Nagle, na światłach wyrósł przed nami wielki facet w mundurze, z karabinem niedbale przewieszonym przez ramię. Zajrzał do samochodu na polskich „blachach” i machnął sporą łapą, że możemy jechać. Delfinek szybko spojrzała na pobocze, gdzie stały w równym szeregu zatrzymane BMW i golfy. Od razu wiedziała:

  • Zatrzymują Albańczyków. Coś musiało się stać.

Miasto nagle się zmieniło. Już nie było sennie i jak to zwykle na południu – niespiesznie. Policyjne samochody blokowały skrzyżowania, a duzi chłopcy z zabawkami do strzelania demonstrowali swoją siłę. Nie mam im niczego za złe, ale gest ten wówczas był zdecydowanie bezsensowny. Tych, którzy zabili policjantów już z pewnością nie było w mieście. A ja, Delfinek i Pani profesor Zuzanna, wylądowałyśmy nagle w jakimś zaułku blisko ulicy John Kennedy, a to niedobre miejsce w nocy. Kręciłyśmy się trochę niepewnie wzdłuż policyjnych blokad, coraz mocniej czując gęstniejąca atmosferę. Tutaj tak jest.

Niedługo wybory. Pytam macedońskich znajomych, na kogo będą głosować. Mówią, że na buraków nie maja ochoty, ale jeśli już, to jest taki jeden Albańczyk, były minister, który zrobił dużo dobrego. Wśród kandydatów jest także jeden z byłych dowódców Wyzwoleńczej Armii Narodowej. Ładna nazwa, ale nieładna organizacja. To właśnie oni wsławili się atakami w Tetovie i nie tylko. Jestem zdziwiona, że ktoś, kogo można uznać za zbrodniarza wojennego może już za parę dni zostać prezydentem. Pytam z szeroko otwartymi oczami ze zdziwienia:

  • To tak można?

Widocznie można. Tutaj tak jest.

Na albańskim targu warzywno-kwiatowym jestem bardzo widoczna. Mam żółtą kurtkę, fioletowe, bardzo krótkie włosy. Widać, że jestem inna. Różnię się od nich. Nie czuję agresji, raczej ciekawość, bo taki kolor włosów jest tu niespotykany. Wokół mnie piękne meczety, wysmukłe minarety. Ta cześć miasta uległa najmniejszym zniszczeniom podczas wielkiego trzęsienia ziemi w 1962 roku. Na targu pory powiązane w pęczki, kapusta ułożona w zgrabne piramidy, ziemniaki w siateczkach. Trochę chudych wielkich psów wylegujących się na trawnikach i trochę, może więcej niż trochę, śmieci. Kupuję japońską różę w doniczce za 100 denarów, a sprzedawca opowiada nam, jak się z nią obchodzić. I jeszcze daje nam celofan do zapakowania.

Jednym z najlepszych studentów polonistyki na III roku jest Albańczyk, „musliman” jak mówi się po macedońsku. Gdy byliśmy na andrzejkowej imprezie i podano kotlet schabowy, wszystkie jego koleżanki i wszyscy koledzy od razu wiedzieli, że zamienią się z nim na kawałek kurczaka. No przecież nie wyjdzie głodny, nieprawdaż? Jest bardzo lubiany. Często z nim żartuję. Mowię mu, że nie powinien śpiewać piosenki „Facet to świnia”, którą bardzo lubi, bo to nie jest piosenka dla muzułmanów. I chichoczemy jako te dwa żaki. Naszym innym żartem, którego nikt nie rozumie, a my jesteśmy aż posmarkani, jest zdanie: A będzie ser na słodko? Nawet nie podejmuje się tłumaczyć o co chodzi, ale proszę mi uwierzyć, to jest śmieszne. Można się śmiać, jak głupi do sera.

Na I roku jest chyba dwóch Albańczyków. Muezzin wzywa wiernych na modlitwę, w sali wykładowej słychać go wyraźnie, bo meczet jest zaraz koło uniwersytetu, którego patronami są Kirył i Metody, a chłopaki, „pingvinčinja moje”, siedzą grzecznie i w skupieniu słuchają o Psałterzu Dawidowym. Śmiać mi się nawet z tego trochę chce, ale tutaj tak jest.

To nie islam jest problemem. Część Macedończyków też jest muzułmanami. To pokłosie okupacji tureckiej. Centrum całego konfliktu jest chęć odłączenia części Macedonii i przyłączenia jej do Kosowa. Odżyła koncepcja Wielkiej Albanii. Na mapie widać to wyraźnie, o które tereny chodzi. Połączyć Kosowo i Albanię. Uciąć kawałek i tak już maleńkiego skrawka marzenia Aleksandra Macedońskiego. Jedziemy samochodem przez wsie zamieszkałe przez Albańczyków, lekceważąco mówi się: „Šiptari”. Wszędzie albańskie flagi. Macedońskie napisy na budynkach – przekreślone czarną farbą. Na dwujęzycznych drogowskazach – też czarna farba na cyrylicy. To tak, jakby na wsiach Opolszczyzny wszędzie były na przykład flagi niemieckie. Jakby polskie nazwy miejscowe i urzędowe były niszczone.

Jadę przez te wsie i wiem, że jestem tu obca. Tutaj tak jest.

O czym jeszcze napisze makedonski babun.

CDN…

Published in: on 03/13/2009 at 08:09  5 komentarzy  
Tags: