„His” i „her”, czyli poplątane dzieje

zanim doliczysz do trzech

dawno zapomnisz i mnie

zanim doliczysz do trzech

nim napiszesz wiersz

pomyśl i zważ

jak dalece słuszny to krok

i czy naprawdę masz czas

żeby pisać wiersz

(Grzegorz Turnau)

Tak się złożyło, że obaj pawiańscy dziadkowie istnieją jako byty tekstowe. O jednym przeczytać można w opracowaniach historycznych dotyczących partyzantki małopolskiej. Drugiego zaś, jak się niedawno okazało, opisał w swych wspomnieniach wielotomowych, nota bene kiepski pisarz, pewien właściciel mająteczku ziemskiego. No i bardzo ładnie, ale co z tego? Jeśli o mnie chodzi, to kompletnie nic. Dlaczego?

Pierwszy dziadek, ten partyzant, zmarł jakiś czas po wojnie na gruźlicę, której nabawił się w więzieniu, bo jak wyszedł z lasu, to nie był w zbyt dobrej formie, a zgarnęli go w zimie i wsadzili do takiego pierdla, gdzie woda się lała po ścianach. Dużo o nim wiem, bo mama pawiańska mówi, że jestem do niego podobna, chociaż miał on prawie dwa metry wzrostu, a ja cóż, jak typowy krasnal ogrodowy, zza łubinu już mnie nie widać. Podobno mam po nim łydki, oczy, nos i to, że jestem obrzydliwie pryncypialna. Czy fakt, że jakiś naukowiec go opisuje, a także jego pseudonimy, przemieszczanie się oddziału, w którym był i działania tegoż, jakoś mnie zmienia? Czy więcej wiem o dziadku Marcysiu? Z tych opracowań historycznych niewiele się dowiaduję. Niewiele? Bądźmy uczciwi. Niczego się nie dowiaduję. Wiem tylko, że chyba nie był ranny, wiem jaki miał stopień, jakie dostał odznaczenia. Nie wiem natomiast jak pluł krwią, jak kochał moją mamę, jak umierał, co myślał o Dickensie, czy wolał żółwia, czy psa? A to interesuje mnie znacznie bardziej niż wszystkie jego ordery. Chyba dwa.

Dziadka Piotra znałam. Teraz myślę, że był przystojny. Marudził, że nie ma żadnego wsiadania na wóz, żadnego łażenia koło konia, a potem na wszystko pozwalał. Jechał na koźle i końcem bata, którego nie używał nigdy wskazywał ciekawe rzeczy i opowiadał o nich. Znałam go, ale go nie poznałam, bo zmarł, zanim skończyłam dziesięć lat. I też nie mam pojęcia, co czuł, gdy tata i wujek (wówczas dziewięcioletni bliźniacy z piekła rodem), wykopali dół pod domem, pod wpływem lektury Londona. Wilk miał się tam złapać, a złapał się dziadek, którego jeszcze przygniótł worek z niesioną z młyna mąką. Nie wiem też, jak uciekał po klęsce we wrześniu 1939 r., żeby się nie dostać do niewoli. Jak się czuł, jako ojciec dwóch par bliźniąt, a ogólnie szóstki dzieci? Dziś czytam o nim w książce i traktuję go jak by fikcyjny. Miło mi, że ktoś ciepło pisze o moim dziadku, ale ta postać jest wręcz papierowa. Nie mówi mi nic, czego byłabym ciekawa.

Z drugiej strony obaj dziadkowie mieli żony. O babci Brygidzie niewiele wiem, bo zmarła, jak jeszcze sypiałam w łóżeczku ze szczebelkami. Wiem tylko, że owo dziwne, jak na tamte czasy i okolice imię, dostała jako bękarciątko, które śmiało się urodzić przed ślubem własnych rodziców. Ot, taka pamiątka, jak wypalony znak na boku cielaka w stadzie, albo szkarłatna litera. Natomiast babcia Marianna… O, proszę Państwa, to jest po prostu herstory. Miała loczki jak Hugo Kołłątaj i umiała opowiadać. Haftowała, szyła, czytała, śpiewała, opowiadała bajki i historie prawdziwe, urodziła czwórkę dzieci, z czego zmarło troje. Umiała gotować tak, że Pawian do dziś się czasem oblizuje na przypomnienie tych frykasów. To ona zbierała w gębę i traciła zęby w czasie wojny, gdy gestapo szukało jej męża.

Teraz mam pytanie, jak zawsze niesłychanie naiwne. Moi dziadkowie nie byli ani Talleyrandem, ani Maratem, ani Presleyem, ani nawet prezenterem “Tańca z gwiazdami” (jest coś takiego, bo nadal nie ma telewizji?), a zostali zauważeni przez historię. Zanotowane zostały ich nazwiska, niby nic, a jednak nie zaginęli w pomroce dziejów, gdzie po omacku błądzi nieszczęsny ród ludzki, jakby to stwierdził Prus.

Przypomina mi się fragment Obietnicy poranka Romaina Gary, w którym jest fragment o pewnej “małej żydowskiej myszy”, czyli o krawcu wierzącym w to, że mały chłopczyk, który do niego przychodzi będzie kiedyś kimś sławnym. Ów mały chłopiec, późniejszy pisarz, miał mu obiecać, że gdy tylko będzie rozmawiał z politykami, książętami, czy królami, to powie o istnieniu nieważnego krawca z Małej Pohulanki. Romain Gary wspominał, że gdy los, “małej żydowskiej myszy” dopełnił się w jednym z pieców Oświęcimia, wówczas poczuł, że musi mówić, przypomnieć, zachować, ocalić od zapomnienia. Poczuł odpowiedzialność za tę jedną śmierć i nieważny, anonimowy prawie los. Krawiec został utrwalony w powieści i już będzie żył na wieki, do czasu, gdy książki nie rozpadną się w pył, a może i nawet dłużej.

Nie wiem, czy pragnienie, by jakoś zaistnieć w dziejach ludzkości jest w każdym z nas. Jednakże denerwuje mnie owa arbitralność historii, w związku z którą moi dziadkowie, moje małe małopolskie myszy istnieją, a moja babcia – nie. Nie chodzi mi o to, że dziadków wymazałabym z kart historii, ale o to, że babcia się na nich nie znalazła. Z prostego powodu, nie uczestniczyła w męskiej wizji historii. Gdybym nie była feministką, nie upomniałabym się o nią, o jej herstory, uznając za naturalny fakt, że “męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać”, czy jakoś tak.

Jakiś czas temu byłam na promocji Przewodniczki po Krakowie, książki poświęconej kobietom ważnym dla miasta, których życiorysów nie ma w dotychczasowych przewodnikach. Nie ma dla nich miejsca w history, to trzeba napisać herstory, żeby po prostu było sprawiedliwie. Moja babcia Marianna zasługuje na to, żeby Państwo o niej wiedzieli. Państwo zasługują na to, by wiedzieć o babci Mariannie. Proszę pamiętać, że miała loczki jak Hugo Kołłątaj, nosiła fioletowy płaszcz, nieco jaśniejsze kapelusze i torebki, była niewysoka – jak ja – i umiała pięknie opowiadać. Nie była nikim ważnym, ale zasługuje na swoją opowieść, na herstory, tak samo jak moi równie nieważni dziadkowie.

 

Reklamy
Published in: on 03/28/2010 at 21:52  34 Komentarze  
Tags: ,