Drżące ciała męskich korposzczurków, czyli kobiety mają lepiej

images

Dopadło mnie choróbsko. W związku z powyższym, wzięłam bety z kozety i powiedziałam, że wychodzę z korporacji papierniczej. Idę, a gdzie tam idę – wlokę się noga za nogą przez całe miasto, bo nawet w stanie przedzawałowym nie uznaję komunikacji miejskiej. Ogólnie, wicher duje jak za cara Mikołaja, najgorszy typ pogody: wiatr, mała ilość śniegu, ciemno i mróz, który niby niewielki, ale dokuczliwy. Lezę jak ostatnia łazęga, łachmyta pospolita: buciska – paskudne uggi, czapka czołgisty azteckiego, nieheteronormatywny sweterek w niebieskie jelonki, żółta puchówka. Wyglądam jak szóste dziecko stróża, na dodatek to z nieprawego łoża. Ale mi ciepło. I nagle do głowy włazi mi rysunek, który widziałam jako dziecię. Autorem rysunku był chyba Lengren. Jest zima. Stoi pani i pan. Mają na sobie stroje z lat sześćdziesiątych. Ona marzy o jego kalesonach, a on o jej czapce. Myślę sobie w tym momencie, że kalesonki nie są złe. Sama nie noszę, ale popieram. Zapalam papierosa (tak, wiem, to brzydko palić na ulicy), a mogę palić bezkarnie nawet w największy mróz, bo dostałam od siostry takie cudne rękawiczki z odpinaną górką. Jak chcesz, to masz jednopalczaki, a jak guziczek odepniesz, to masz mitenki. Sprytne, nieprawdaż? Żeby ludzkość wkładała więcej energii w takie wynalazki, to wszystkim żyłoby się lepiej i dostatniej. Jak zapalałam, to kątem oka zauważyłam dwa nieszczęsne męskie korposzczurki. Drżące ciałka. Jesionki mieli brązowe. Ach, jesionki! Któż jeszcze używa tego słowa? Pewnie wyłącznie filolożki w wieku późnobalzakowskim. Z drugiej strony, to były jesionki. W lutym, w Polsce. Jakiś quasi-włoski design, szyty gdzieś pod Myszkowem. Odpowiedni do korporacji. I odpowiedni dla korporacji. Wyobrażam sobie takich gości w Mediolanie, nawet o tej samej porze roku. Pasowaliby, ale nie w Polsce. Ludzie, zlitujcie się – oni mieli półbuty. Naprawdę, półbuty. Nota bene – czarne. Ale to akurat nic do naszej historii nie wnosi. Te korposzczurki męskie stoją pod bankiem, niedaleko mostu nad rzeką, która nie istnieje i drżą. Jeden nawet powiedział: „ale, kurwa, piździ”. Spodenki mają obcisłe i jeszcze przykrótkie, żadne kalesony, nawet takie z wytwornej wigoniowej wełenki czy kaszmiru z Kaszmiru się nie zmieszczą.

Jakem feministka, dostrzegłam opresję. Te bidniusie chłopaczyny, prekariat potencjalny, albo rzeczywisty, zatrudniony na jakichś śmieciowych warunkach, odziany w absurdalne klimatycznie wdzianka, chociaż brak rękawiczek wyglądał mi raczej na lenistwo lub fanaberię pospolitą. A gdzie jakieś ogacenia? Gdzie snopki słomiane owijające stopy? Gdzie kożuch do pięt? Gdzie walonki? Pewnie chłopaki wierzą, że od szlachty się wywodzą, a nawet jeśli nie wierzą, to jakąś absurdalną teorię pewnie ma ich szef, albo szef ich szefa. A może wierzą w to, że jak cię widzą, tak cię piszą? A może inaczej być nie może?

Ich koleżanki, kobiece korposzczurki, mają ciepłe rajstopy, wełniane spódnice, kurtki puchowe i czapeczki wdzięczne – mogą być nawet ze sztucznego futerka. A tym chłopakom wiatr lutowy plerezy rozwiewa, nawet nie w sposób artystyczny, ale taki żałośnie biedny. Ja już nie mówię o takich abnegatach i anarchistach jak ja, takich, którym nikt niczego nie może nakazać i zakazać. I całe życie będą chodzić w sweterku w jelonki z miną: „pocałujcie mnie wszyscy tam, gdzie pan może pana majstra w dupę pocałować”, ale jakimś wstrętem i współczuciem jednoczesnym napawają mnie te jesionki, półbuty i gołe głowy, gdy w tym samym czasie korpokobiety mogą bezkarnie nosić grube majciory do kolan i szaliki wełniane. A te chłopaczny mają jedynie jakieś takie rozkoszne fontazie, które w żadne sposób nie przesłonią im krawacika, wyłaniającego się na cherlawej piersi spomiędzy klap marynareczki, bo płaszczyk musowo rozpięty jest. Zatulony, ale rozpięty. Taka fantazja, taki sznyt czy taki mus?

Widziałam dziś jedną, naprawdę JEDNĄ, kobietę w przezroczystych rajstopach, która wyglądała tak, jakby zgubiła sporą część garderoby. Jakąś nieszczęśnicę bez mózgu, która nie dba o nerki i jajniki. Ale naprawdę, jedna kobieta na całe miasto. Państwo mi powiedzą: „co to za miasto, raptem niewiele ponad 300 tysięcy mieszkańców”. Może i tak, pewnie takich wyrozbieranych do bielizny, to w stolicy bym znalazła znacznie więcej. U nas, na prowincji, liczą się barchany, czyste okna i takież sumienie. Barchany owszem, ale jedynie żeńskie, zaś biedne korposzczurki nigdy się rozmnażać nie będą – z powodu zamarzniętych plemników, a po uchwalonej dziś konwencji, to nie tylko już koniec cywilizacji białego człowieka oraz polskości i orła białego, ale też permanentna rozpacz i trwoga. Na dodatek zimno.

Wiecie co, drodzy Państwo? Chyba się starzeję. Jednak nie doczekacie się frazy, że za moich czasów było inaczej, bo za moich czasów wszyscy chodziliśmy wyrozbierami równo. A czapek to nigdy nikt nie nosił, tyko starcy w moim wieku opowiadali nam, że jak już osiągniemy wiek męski, wtedy z rozkoszą będziemy uszanki zakładać na łapetyny. W sumie, rację mieli. Królestwo za uszankę i grube majty.

Dobranoc, idę chorować. Pod pierzynę! A co…

Published in: on 02/06/2015 at 23:41  6 komentarzy