Nieustannie o tym samym, czyli przedmurza obrotowego opisanie języka

Jest jakiś porządek na świecie tym, jest
Na każdy wiersz dobry jest zły wiersz
Na każdych trzech mądrych i głupich jest trzech
I dobrze to i sprawiedliwie
Lecz taka zasada jest – głupim nie w smak
Ci inni wyszydzać ich lubią
I mówią głupiemu – durak ty, durak
A głupim jest przykro i głupio

Więc by się czerwienić nie musiał kto kiep
By mógł rozpoznawać swój swego
Każdemu mądremu stempelek na łeb
Przybiło się razu pewnego

Od lat te stempelki w użyciu są i
Ten system i później się przyda
Bo mądrym dziś mówią – ech, durnie żesz wy
A głupich, jak zwykle, nie widać

(Bułat Okudżawa)

Parę lat temu napisałam tekst o beretach i słoiczkach: że jest barykada, po jednej ci w beretach, bo drugiej ci ze słoikami. A Ty człowieku gdzie się nie obrócisz, to nie tylko, że dupa zawsze z tyłu, ale też, albo nałożą ci berecik, albo do łapy słoiczek włożą. Za komuny było prosto: oni mieli sklepy za żółtymi firankami, my staliśmy w długich kolejkach po papier toaletowy. I chyba ten podział jakoś tak się w mózgach zagnieździł dużej części naszego społeczeństwa, że teraz ciągle barykadę stawiają, a przechodniów wypytują i ustawiają w proste kolejeczki. Jedni są za, a drudzy mają być przeciw. tak jest łatwo, tak jest prosto – innych opcji się nie przewiduje.

Najłatwiej to zjawisko zauważyć można w ostatnich dniach. Chodzi o ten haniebny „zakaz pedałowania” i inne zalegalizowane symbole. Gdy ktoś protestuje, żołądkuje, albo wyrywa włosy, to zaraz się okazuje, że jego rozmówca ma znajomego, który w stroju historycznym został pobity przez niemiecką antifę. Lekko złośliwie pytam: to tam legion szedł? I dał się załatwić Niemcom? A może wszyscy mają tego samego znajomego? A tak na marginesie, co mam ja do tej antify? Ja ich zaprosiłam? Co ma jedno z drugim wspólnego – rejestracja sądowa i zajścia w dniu 11 listopada. Gdzie Rzym, gdzie Krym?

Ja się tu pieklę, zadaję pytania, a cała sprawa okazuje się być prosta jak wystraszony świński ogonek. Jeśli protestujesz przeciwko faszystom, to jesteś lewakiem. teraz już Państwo rozumieją? Bycie na przedmurzu obrotowym ma swoje prawa, tu tylko są dwie strony i proszę mi się tu zaraz opowiedzieć. Na blogasku się zrobi ankietę i zaraz wszystko będzie jasne – że same lewaki tu przyłażą. No… bez żadnych mi tu inteligenckich wątpliwości. Protestujesz? Toś lewak i żadnych innych opcji nie ma. Znów zawłaszczono język, nie pierwszy raz. Albo się jest obrońcą życia, albo relatywistą i zwolennikiem filozofii śmierci, czy jakoś tak. Jak krytykujesz PiS, to jesteś za PO, a jeśli krytykujesz PO, to jesteś za PiS-em. Albo jesteś prawdziwym Polakiem, albo wypierdalaj z tego pięknego kraju. Albo jesteś katolikiem, albo komunistycznym pomiotem, do tego Żydem. Albo się chroni życie poczęte, albo się jest za aborcją. I tak dalej, dalej, a raczej więcej i zdziwniej. Nawet nie zauważyliśmy, jak stanęliśmy gdzieś w okolicach barykady i musimy się opowiedzieć.

W momencie zawłaszczenia języka od razu zauważamy, że są jedynie dwie strony, na dodatek, najczęściej swoje wypowiedzi musimy rozpoczynać od tłumaczenia się, że nie jesteśmy wielbłądami. Ostatnio zdarzyło mi się tłumaczyć w rozmowie słowa, tłumaczyłam, a że w kwestiach dydaktycznych (a w końcu nauczycielem się jest całą dobę) to ja mam oceany cierpliwości, to minutę później (i godzinę później też) tłumaczyłam i ciągle słyszałam: mi się to kojarzy… ja myślę… to można uznać… Ciśnienie mi skakało, ale tłumaczyłam. Prościej by było wrzasnąć: „ćwoku jeden, przeczytaj i postaraj się zrozumieć słownik swego ojczystego języka, a dopiero potem dziób otwieraj”. Komuś się coś kojarzy z czymś, bez względu na fakty, ktoś uznaje coś sobie zupełnie dowolnie, a ty człowieku tłumacz, wracaj do znaczenia i słów… A potem znów tłumacz i znów wracaj do znaczenia słów. Inaczej się nie da.

Na razie pozostaje lewaczką, co ani mnie ziębi, ani grzeje. Nie w smak mi, kto został patriotą, ale zamierzam tłumaczyć dalej, bowiem brak uczestnictwa w tym nie-dialogu, będzie prowadził do całkowitego zawłaszczenia języka. A na to, Proszę Państwa, pozwolić nie możemy. Proszę to potraktować jako misję. Pamiętają Państwo film Fahrenheit 451, albo powieść Ray’a Bradbury’ego? No właśnie, ktoś musi pamiętać, jak jest w książkach, jak się pisze, jak się mówi. Inaczej pozostaną tylko ci, którym się kojarzy, którzy sądzą, którzy myślą, że coś można uznać… Po prostu, musi być ktoś, kto wie. Kto zna język polski.

Reklamy

Prorok jaki, czy co, czyli: ty lepiej Pawian nie kombinuj…

Jestem słynnym adwokatem,

jam palestry chluba.

Gdy masz do czynienia z katem,

to się do mnie udaj! 

Niejednego przecie zbira,

co mu groził stryk,

argumentów swoich siłą

obroniłem w mig!

(Janusz Szpotański: Cisi i Gęgacze)

Wykrakałam, no wykrakałam – analizując tekst piosenki z „Kabaretu” Boba Fosse’a nie miałam pojęcia o tym, jak zwykle, co czai się już za drzwiami, co już jest w ogródku i wita się z gąską. Notabene ta gąska, to wcale nie jest głupia gęś, tylko świadoma swych wartości biała gęś, taka aryjska. Nie dziwmy się, że ta gęś jest bardzo tłusta i wyrośnięta, ona jeszcze parę lat temu była małym gąsiątkiem, które stało w sądzie po zajściach na Górze świętej Anny. Sąd wówczas uznał, z tego co pamiętam, że mamy do czynienia z tzw. „salutem rzymskim”. A gąska rosła. Skoro poseł na sejm mówi o końcu białej rasy czy cywilizacji, skoro kilka dni temu senator reprezentujący rządzącą partię mówi, że faszyści mają prawo do demonstrowania w dniu Święta Niepodległości, ja zaś mam siedzieć w domu, bo nie mogę im przeszkadzać, skoro podczas przemówienia posła Biedronia sala (wraz z premierem) rechocze, skoro posłanka Pitera bez skrępowania mówi o swych sprośnych skojarzeniach uznając je za normę, to co nas może dziwić? Kilka dni temu pisałam, że faszystów to ja się nie boję, będę się bała dopiero gdy dołączy do nich społeczeństwo. No i wykrakałam… Oczywiście, można wyrok sądu uznać za incydent. Jasne, że można. Natomiast za wiele ostatnio takich incydentów.

Wczoraj zajrzałam na fejsbukę i oniemiałam. Kolega z innego wydziału nieświadomie otworzył puszkę Pandory. Opublikował artykuł gazetowy, z komentarzem własnym, że to skandal, żeby polskie sądy godziły się na rejestrację faszystowskich znaków. I co się okazało? Że część jego znajomych uważa, że zajmuje się bzdurami, część uważa, że to patrioci mają prawo do jawnego wyznawania własnych poglądów, zaś koledze zasugerowano, że jest lewak. Witamy w klubie, po jakimś czasie to nawet przestaje irytować, a zaczyna śmieszyć.

Większość społeczeństwa jest bierna i ma w dupie, czy od dziś wolno chodzić z transparentem „zakaz pedałowania”, zaś jeśli ja takowy transparent zniszczę, to pójdę siedzieć. Pewnie, nawet ta bierna część uzna, że „w sumie to dobrze tak, tym paskudnym pedałom”. Jeśli wyproszę z zajęć studenta, który w legalnej koszulce dyskryminuje swoich kolegów, to można mnie podać do sądu. Czy mam postępować tak, jak przed wojną czynił minister Grabski, który udawał, że nie widzi getta ławkowego? Tak samo ja będę udawać, że nie widzę? Godzić się na dyskryminowanie i upokarzanie? Dziwię się też polskiej prawicy, która dość często używa słów „Polska” i „patriotyzm”. Nie przeszkadza im to, że ktoś profanuje święte dla nich pojęcia? Że wykorzystuje do szerzenia przemocy?

A co ta decyzja sądu spowoduje? Że częściej niż dotychczas w prasie zagranicznej będą pojawiać się sformułowania o „polskich obozach koncentracyjnych”. nie wystarczy ciągle przypominać, że mamy, jako naród, największą ilość drzewek, w Instytucie „Yad Vashem”. Skoro legalizujemy faszyzm, dziś? Nie wystarczy mówić, że kiedyś byliśmy ofiarami, że to były nazistowskie obozy. Zacznijmy się przejmować naszym dzisiejszym wizerunkiem, bo na razie jest paskudny. A jak wybuchnie następna zagraniczna afera o „polskich obozach”, to będzie mi przykro, ale będę wiedziała, że w opinii świata zasłużyliśmy – skoro tyle lat po wojnie polskie sądy nadal nie widzą niczego złego w faszystowskich symbolach.

 

Published in: on 11/23/2011 at 18:26  7 Komentarzy  
Tags:

Dwadzieścia jeden dwój, czyli ręce opadają

Lecz, nie kwiląc jak dziecię,

Raz wywalczę się przecie;

Złotostruna nie opuść mię lutni!

Czarnoleskiej ja rzeczy

Chcę – ta serce uleczy!

I zagrałem…

…i jeszcze mi smutniéj.

(Cyprian kamil Norwid)

Pawian ma zajęcia z pierwszym rokiem – nazwijmy je „jazda ze starymi papierami w pojazdach z napędem hybrydycznym”. Zasady są następujące (chociaż przedmioty różne) – pierwszy rok, dyscyplina i konfucjanizm, drugi rok – sumienność i shintoizm, trzeci rok – zabawa i nietzscheanizm, czwarty rok – orgia i bergsonizm, piąty rok – rozkosz i filozofia dialogu. Na wykładach jest inaczej, ale to już inna historia.

W każdym razie dziś Pawian wystawił dwadzieścia jeden dwój z pracy domowej (100% ocen) i chlipie bezradnie pod piecem. No dobra, nie chlipie, tylko zgrzyta zębami. Za co te dwóje? Za złodziejstwo. Za internetowe złodziejstwo i głupotę. Oczywiście, pierwszy rok, w ciągu kilku miesięcy się odzwyczai od złych nawyków, uznając – i słusznie – że nie należy przystawiać sobie do skroni rewolweru z pełnym bębenkiem. Natomiast Hund jest begraben gdzieś indziej – oni się tego nauczyli, na dodatek uznali, że takie działanie jest oczekiwane i skutkuje pozytywna oceną. Kopiuj, wklej – brzmi mądrze, albo przynajmniej na takie wygląda i praca domowa odrobiona. Myślę, że te dzieci są niewinne, a jeśli nawet winne, to jakoś w niewielkim stopniu. Im nikt nie wytłumaczył, że kopiowanie z Internetu jest przestępstwem. Na dodatek dzieci szybko zauważyły dziurę w systemie, że kopiowanie i wklejanie jest zyskowne. Pisze sam i ma jakieś nędzne trzy, zaś skopiuje i dostanie pięć, a nawet sześć. Dlaczego? Bo tekst skopiowany jest wzorcowy – takie właśnie oczekiwania są stawiane młodzieży. Pisać i odpowiadać wedle określonych wzorców.

Ostatnio, znajomy licealista miał napisać wypracowanie o autorytetach. Napisał, że nie posiada, zaś jego matka zaczęła rwać włosy z głowy, że syn znów się podkłada. Zamiast pisać to, czego się od niego oczekuje, wymyśla i się stawia. Złożyło się tak, że dostał sześć, podobnie jego koleżanki i koledzy z klasy, którzy napisali, że dla nich autorytetem jest JP II (Kto jest twoim autorytetem i dlaczego Lenin?). Rozumiem matkę, która nauczyła się podczas edukacji gimnazjalnej swej pociechy, że wyłażenie przed szereg jest naganne. Szczęściem, że młody jest w dobrej szkole i może sobie poszukiwać, a matka odetchnie. Jednak cała reszta napisała, że tylko JPII – ja bym była podejrzliwa, zaś nauczycielka łyknęła, jak gęś kluskę. Nie dlatego byłabym podejrzliwa, że nastolatek nie może wzorować się na JPII, raczej dlatego że prawie wszyscy tak mają. Prawda, że to dziwne, jak wczoraj z tym skojarzeniem z Kabaretem.

Po wystawieniu ocen przepasałam swe lędźwie i udałam się na spotkanie z młodocianymi przestępcami. No i zaczęło się… Jesień średniowiecza, bombardowanie Drezna i smutek tropików. Ja wrzeszczę, oni zdziwieni. Długi czas krzyczeć nie potrafię, przechodzę na wyższy poziom tortur: zadawanie pytań i patrzenie w oczy. Dochodzimy do norm moralnych i okazuje się, że oferuje je Biblia. Zadaje pytanię, gdzie w Biblii stoi, że można kraść? Że można ściągać z Internetu? Nie widzą związku. Drążę dalej. Ateiści, wedle tych dzieci, mają łatwiej, bo normy wyciągają z religii, ale nie chce im się uczestniczyć w obrządku. Siedzę na podłodze i gryzę palce. Potem walę głową w futrynę, ot tak, żeby przestało boleć. To nie ich wina. To naprawdę nie ich wina.

Sprawa jest prosta, a może wcale nie? Może upraszczam nadmiernie, ale chyba doznałam olśnienia. Oni nie mają wątpliwości – w związku z tym nie widzą sprzeczności, a nie mają wątpliwości, bo nauczono ich odtwarzać i odpowiadać zgodnie z oczekiwaniami. Nie wyrobili sobie żadnych poglądów, w związku z tym, w zależności, kto im wciśnie coś do głowy, co uznają za bezdyskusyjne, albo nie będą potrafili wymyśleć kontry (a nie wymyślą jej, bo mają problem z oryginalnością i samodzielnością myśli) równie dobrze mogą się stać dziennikarzami Rzepy, albo korwinistami. Mogą stać się każdym, a tak naprawdę nie będą mieli żadnych właściwości. Na dodatek, gdy głupio dopytuję o ich zdanie, odpowiadają sloganami i mają pretensje, że im nie wierzę. Mam pół roku, żeby nauczyć ich myśleć, kontestować, wątpić, dyskutować, poszukiwać, mylić się, potykać i zwyciężać. Na razie trochę mi smutno, ale… jeszcze się taki nie urodził, żeby Pawiana zniechęcił. Oni są trochę inni, bo system ich wykrzywił (większość, ale nie wszystkich), ale jeśli okażemy trochę cierpliwości i włożymy trochę pracy… No dobra, może chociaż parę z tych owieczek, kiedyś? Prawda, że to miła myśl?

To olśnienie nie dopadło mnie na sali zajęciowej, ale w chwili, gdy przyszłam do domu i usłyszałam fragment audycji słuchanej przez Łasica. Wypowiadał się pan Dominik Zdort. Zapytany, skąd coś wie – odpowiedział, że ze swojego pisma. Wtedy mnie olśniło. Dlatego myślę, że nie trzeba, a nawet nie wolno, wchodzić w dyskusję, tylko spokojnie, pomóc przejść takim osobom wszystkie etapy edukacji – dopiero w momencie, gdy to zrobią, przyznać im prawo do reprezentowania poglądów. Każdych poglądów, ale muszą pokazać, udowodnić, że mogą rozmawiać, że potrafią, że są już duzi. Jeśli tego nie potrafią, wtedy przyjmować pozycje dobrotliwego nauczyciela i wykazywać sprzeczności, w które się wikłają. Dopiero gdy dorosną – dyskutować o poglądach. Po prostu – jak mamy pięcioletnie dziecko, to nie żądamy od niego, by umiało odpowiedzieć na pytanie co to jest OFE. Prawda? Pytamy spokojnie: bajka o misiu, czy rowerku? Na odpowiedź, że klocki, spokojnie mówimy, że jest 21.00 i będzie o misiu. Koniec. Wychowujemy bezstresowo, żadnych krzyków, wrzasków i karcenia oraz zawstydzania i poniżania, tylko: tak nie wolno mówić, jak będziesz tak mówił, to wyjdę z pokoju. I już. Sprawa zostanie rozwiązana. Tylko, powtarzam, nie wdawać się w dyskusje, dziecko jest jak walizka, co włożysz, to wyciągniesz. A skoro niektórzy dorośli nie przeszli do końca etapu dzieciństwa – trzeba pomóc. Może wtedy będzie taki Zdrot gwiazdą prawicowego dziennikarstwa, czego mu serdecznie życzę i na co z utęsknieniem czekam.

Published in: on 11/15/2011 at 21:57  9 Komentarzy  
Tags: , ,

Skojarzenia, czyli czyj był dzisiejszy dzień

The babe in his cradle is closing his eyes

The blossom embraces the bee

But soon says the whisper, arise, arise

Tomorrow belongs to me

Tomorrow belongs to me

Now Fatherland, Fatherland, show us the sign

Your children have waited to see

The morning will come when the world is mine

Tomorrow belongs to me

Tomorrow belongs to me

Dzisiaj byłam bardzo zajętym Pawianem Oficjalnym oraz Pawianem Dydaktycznym. Co oczywiście nie przeszkadzało mi przeczytać kilku tekstów komentujących rzeczywistość. Dochodzę do wniosku, że jesteśmy przewidywalni, jak corocznie zaskoczeni przez zimę drogowcy. Otóż, Proszę Państwa, ktoś przy okazji wydarzeń sprzed dwóch dni, wyciągnął jako skojarzenie piosenkę z filmu Kabaret Boba Fosse’a. Przy trzecim tekście (prasa i Internet), gdzie owo porównanie się pojawiło, byłam z lekka zniesmaczona faktem, że znani komentatorzy życia politycznego, wszyscy jak jeden mąż i dwie żony (tu puszczam perskie oko do tych, którzy pamiętają z Kabaretu więcej niż jedną piosenkę) widzą to słodkie chłopię. Ciągle to jedno, to samo – to jest po prostu nudne. Skojarzenie gromadzkie? Na dodatek, będę się czepiać, może chociaż jedno inne skojarzenie? A Czarny obelisk? I znacznie bardziej adekwatna scena bójki z bojówką? I odkręcenia sztucznej ręki? A pierdzący na faszystę rudy Willy? Oczywiście, każdy może mieć własne skojarzenia. Ale w tak dużym kraju, żeby wszyscy mieli jedno? Bez jaj…

Nie wiem, nie chcę być niegrzeczna, może po prostu kilka osób, w bardzo podobnym czasie miało to samo skojarzenie – zobaczyli w wyobraźni, czy przed oczyma duszy słodziuchnego blondyneczka, który śpiewa… Państwo pamiętają co on śpiewa i jak on śpiewa, a jeśli jakoś umknęło, to link w przypisach. Przyznam się, że zaskoczyło mnie to porównanie, nie dlatego że zostało użyte, ale że tak zostało spłaszczone. Ta piosenka nie dlatego jest straszna, że sympatyczny i rozkoszny blondynek stoi w mundurze Hitlerjugend (gra go Oliver Collignon), a w tle towarzyszą mu dwaj, znacznie lepiej zbudowani koledzy o twardych, burszowskich szczękach. Szczękach, które już niejeden kufel na się przyjęły i które niejedno przekleństwo już zmełły. Koledzy o silnych dłoniach, które niejeden kamień brukowy już wyrwały i niejedną szybę w żydowskim sklepiku stłukły. O sinych, umięśnionych nogach, które wymierzały kopniaki na uniwersytecie, by ktoś do ich białej, aryjskiej ławki się nie dosiadł. Ta piosenka jest straszna z innego powodu.

Stopniowo, do młodzieńca tak rozkosznego, jakby przynajmniej był Janem Bohatyrowiczem, dołączają inni. Tłuścioch ze spoconą gębą, proste i jędrne dziewczę w niebieskiej sukieneczce w biały wzorek (która śpiewa z takim ogniem, tak wyraźnie akcentuje, że aż ciarki przechodzą). Staruszka z loczkami a’la Hugo Kołłątaj, tylko mniej siwymi, patrzy na młodzieńca z jawnym zainteresowaniem, z uwagą, jakby lekko kołysze się w takt. Cała knajpka zastyga w chwili, gdy młodzieniec zaczyna śpiewać. Pięcioletni malec zdaje się powtarzać słowa usłyszane z estrady. Gospodyni domowa w koszmarnym, błękitnym kapeluszu, która tylko Kinder, Kirche i Küche, dziecko na rękach u tatusia… wszyscy, po kolei, dołączają.

W zasadzie nic się nie dzieje. Drogą jedzie konny wóz, rozbawiony (co widać po ogonie) pies biega między stolikami licząc na przypadkową, niezaopiekowaną golonkę. Stopniowo, ale dość wyraziście, ekstaza ogarnia zgromadzonych. Bohaterowie popijający beztrosko piwko nie rozumieją co się dzieje. Rozglądają się wokół. Oni jeszcze nie załapali przemiany – w ich świecie ten problem nie istnieje. Mogą wsiąść do samochodu, marzyć o Afryce, popijać niezłe trunki i pieprzyć się jak norki, w dowolnych kombinacjach. Jeszcze nie wiedzą, że odejdą jak dym wypchnięty przez kominy krematoryjne… Jeszcze nie wiedzą.

Jedyną osobą, która rozumie jest staruszek w czapce i w okularach, za pierwszym razem popchnięty przez gorliwe dziewczę, które z impetem wstawało do śpiewu, za drugim razem, zniechęcony podpiera dłonią twarz. Patrzy w jeden punkt, nie na estradę. Potem podnosi głowę. To dla mnie kluczowy moment tej sceny. Czy dołączy? Czy się złamie? Czy będzie miał siłę? Tego nie wiemy, kamera znów zwraca się w stronę wokalisty, który zakłada czapkę i podnosi dłoń do góry. Na samym końcu widzimy przez chwilę twarz Joela Greya, który się uśmiecha, coraz szerzej i lekko kiwa głową. To jest straszne.

Nie jest istotne, że jakiś młody chłopak w brunatnej koszuli śpiewa. Nie to jest sensem tej piosenki. Najgorsze w niej jest to współuczestnictwo. Powolne dołączanie wszystkich do jednej melodii. Najgorszy jest ogień w ich oczach i twarz nieskażona myślą. Najgorsze jest to, że całe społeczeństwo ukazane przez pryzmat małej wioski, gdzieś w Alpach, już dokonało wyboru. W związku z tym, wybór skojarzenia nie jest trafny. Przyznam się Państwu, że ja tez myślałam o tej piosence, ale nie wczoraj, ani nie przedwczoraj. Ja o niej myślałam, gdy ministrem edukacji był taki wysoki pan. Wtedy oglądałam Kabaret i się bałam. Dziś – nie.

Dziwi mnie tylko, gdy znani felietoniści i publicyści wszyscy widzą tego blondynka. Ja się go nie boję. Będę się bała dopiero wtedy, gdy inni do niego dołączą. Jeśli będą to jego koledzy o szerokich szczękach, też nie będę się bała. Zacznę się bać, gdy pani z piekarni zacznie śpiewać. Albo tramwajarz. Nie mówię, że moja interpretacja tej sceny jest jedynie obowiązująca. Jednakże myślę sobie, że ta piosenka mówi o czymś innym, aniżeli o blondynku w brunatnym mundurku. Lepiej jeszcze raz obejrzeć Kabaret i zastanowić się, co tam, tak naprawdę, jest najgorsze. Według mnie, zawsze najgorsi są ci zwykli ludzie, którzy odwracają oczy i którzy nie widzą. W Kabarecie jest taka scena, gdy faszyści biją kogoś w lokalu. A nikt tego nie widzi, albo nie chce widzieć. Można rzec, że owo bicie dzieje się na oczach przyzwalającej publiczności, a raczej poza jej oczami, bo oni nie chcą zobaczyć. Myślę, że to porównanie jest bardziej adekwatne, a nie ulubiony symbol ostatnich dni – blondynek….

Przypisy: http://www.youtube.com/watch?v=bs5bnVoZK4Q

Published in: on 11/14/2011 at 22:00  7 Komentarzy  
Tags: , ,

Kilka słów poświątecznych, czyli bez przesady: lepszy faszysta niż ja

DZIENNIKARZ

Ale tu wieś spokojna. –

Niech na całym świecie wojna,

byle polska wieś zaciszna,

byle polska wieś spokojna.

CZEPIEC

Pon się boją we wsi ruchu.

Pon nos obśmiwajom w duchu. –

A jak my, to my się rwiemy

ino do jakiej bijacki.

Z takich, jak my, był Głowacki.

A, jak myślę, ze panowie

duza by juz mogli mieć,

ino oni nie chcom chcieć!

(Stanisław Wyspiański)

Czytam dziś, że w narodzie są podziały, które najjaskrawiej się ujawniły podczas wczorajszych demonstracji w Warszawie i krew mnie zalewa, jak tego Czepca, pewnie dlatego że to mój przodek. To znaczy ma być tak, że na przykład mój sąsiad może urządzać conocne imprezy i srać mi na wycieraczkę, ale jak go huknę przez łeb, bo wcześniejsze upominania nie pomogły, a dzielnicowy, jakoś się nie kwapił z przyjściem, to tworzę podziały w kamienicy, tak? Dlatego nie mogę się z zgodzić z profesorem Łukowskim, który po prostu, po inteligencku pieprzy, wierząc i pragnąc wspólnoty oraz dialogu ze wszystkimi. Proszę, niech zaprosi zamaskowanych faszystów na swoje seminarium i z nimi dialoguje. Jako bywalczyni feministycznych manif znam ich dialogowanie – z zasłoniętymi twarzami, z kamieniem w dłoni, z publikacją zdjęć obraźliwie podpisanych na Red Watch, z wezwaniem do bicia tych, którzy wedle nich prawa do głosu, a także do życia nie mają. Profesor Łukowski pisze, że narodowcy nie mogą być wykluczani. Jasne, tylko mam pytanie, jak zawsze niesłychanie naiwne – czy oni chcą dialogu ze mną, z panem profesorem? Niech Łukowski ich zapyta, ja jakoś nie mam ani ochoty, ani na tyle odważna nie jestem. Proszę mi wybaczyć, wystarczy mi to, co przeżyłam i co pewnie w przyszłym roku, w okolicy ósmego marca przeżyję. W przeciwieństwie do profesora, stałam nie raz, oddzielona od narodowców kordonem policji. I cieszę się, że ten kordon tam był – bo inaczej dialog wyglądałby bardzo prosto: ich kamień w ręce, mój pysk obity. Jak to wyglądało od środka, wczoraj? Proszę na blog Azraela zajrzeć.

http://www.azraelk.eu/2011/11/12/po-marszu-niepodleglosci/

Wszyscyśmy winni, wszyscy. Na całą masę rzeczy pozwoliliśmy, oddając pole. Od kilkunastu lat dyskurs patriotyczny zawłaszczyła prawica, nie tylko dyskurs patriotyczny, poza racjami prawicy nie ma języka, co chociażby udowadniają słowa biskupa Ryczana. Czy ja odmawiam mu racji bytu? Czy ja odmawiam mu możliwości głoszenia poglądów, czy je dezawuuję? Mogę się z nimi nie zgadzać, ale głupio będę twierdzić, że nie zgadzając się z jego poglądami, będę walczyć o to, by mógł je głosić. Nawet w obecnej formie. I głupia jestem, popełniam idiotyczny błąd. Bo on nie tylko, że nie chce poznać moich racji, ale też chce je wyrugować z publicznego dyskursu, chce je ośmieszyć, wykoślawić, a ja mu w zasadzie na to pozwalam. Tłumaczę się, odnoszę się do pomówień, do kpin, a nie powinnam. Znów mi po głowie Wittgenstein się tłucze: nie pytaj o znaczenie, pytaj o użycie. Poseł Biedroń nie może użyć zwykłego związku frazeologicznego, bo cały parlament rechocze (Panie Premierze nie spodziewałam się, że i pan… to spore rozczarowanie), właśnie dlatego, że przez ostatnie kilkanaście lat racje moje, Biedronia, Laszuk, Nowickiej, Walczewskiej, Kozak, Weseli, Grodzkiej i wielu innych były ośmieszane, sprowadzane do pospolitych kłamstw, niewielkich świństewek oraz po prostu podłości. Tak mocno wszedł w krew, niejako obowiązujący język, że nie wiemy już, kto jest pokrzywdzony, kto poniżony… Pewnie już nie pamiętamy wiceministra, który mówił, że jak sobie wyobraża seks gejowski, to mu niedobrze. Nikt nie powiedział: „to sobie bucu nie wyobrażaj, o kwiatkach myśl”, nikt nie powiedział, że chamstwem jest tak mówić, nie było ostracyzmu społecznego – za delikatniśmy, za miękkie mamy łapki. Mnie do głowy nie przychodzi wyobrażać sobie cudzego życia seksualnego, bo to niegrzeczne, a wiceminister tak mówił… Wiceminister w demokratycznym kraju. Ktoś może powiedzieć o wolności wypowiedzi, a ja na to odpowiem: że o wolności wypowiedzi w tym kraju mówią najczęściej osoby, które nie wiedzą, co ona znaczy. A jej tradycję wiążą z warcholstwem i chamstwem. Były minister edukacji z kolei dzielił Polskę na gombrowiczowską i sienkiewiczowską, a jako prawdziwy patriota mylił Sienkiewicza z Konopnicką i chyba Morcinkiem. Pomidorami w takich… A myśmy na to pozwolili… Tak jak dziś pozwalamy na rechot po wypowiedzi posła Biedronia. Niech się Łukasz Abgarowicz zastanowi, nad tym, co mówi, bo ja rozumiem z jego wypowiedzi, że faszyści mogą zawłaszczyć narodowe święto, a ja mam się temu przyglądać. Pewnie jeszcze im kwiatkiem machać. I nie mogę swojego marszu urządzić, dla świętego spokoju, byle polska wieś… Ech! Jak panu Abgarowiczowi faszyści, bo przecież nie ja, szyby wybiją, albo uznają że Żyd, to będzie piszczał inaczej. Ale wtedy będzie za późno. Abgarowicz chce zmieniać prawo, żebym nie mogła protestować przeciw faszystowskim bojówkom. Brawo, brawo… Niech oni se latają po mieście i świętują rocznice niepodległości, a ja mam siedzieć w domu, żeby konfliktu nie było. Rany boskie, jak napisał w jednym z wierszy Paweł Macierzyński:

urodziłem się na 52˚ szerokości geograficznej północnej

i 20˚ długości geograficznej wschodniej

wylosowałem Polskę

w pokerze po takim rozdaniu

mówi się pas

Niepoważne te słowa Abgarowicza, przynajmniej niepoważne – napisałabym ostrzej, ale to w końcu senator… Przykro mi słyszeć, jak polski parlamentarzysta popiera faszystów. Naprawdę mi przykro, ale na to pozwoliliśmy. Naprawdę mi przykro, że wybrałam człowieka, który woli faszystów niż mnie. To symptomatyczne.

Dlatego proszę się nie dziwić wczorajszym zajściom. To moja wina, to twoja wina, to nasza wina. Pozwoliliśmy, nie na to by lud wszedł do śródmieścia, ale by faszystowskie bojówki dyktowały nam sposób spędzania święta narodowego. Dlatego pozostaje mi tylko na koniec zacytować Jacka Żakowskiego: „- Jak widzę facetów, którzy jawnie nawiązują do faszystowskich tradycji, nazistowskich i chcą po moim mieście maszerować z pochodniami, to jako obywatel, który czuje się odpowiedzialny za ten kraj, zawsze będę czynnie protestował” i apelować do Państwa, by nie mylili tolerancji dla inności z biernością wobec agresji. Dość wycofywania się, dość tłumaczenia się! Dość oddawania pola, Polska należy także do nas.

Przypisy:

http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,10630967,_Tragiczny_dzien__Nie_ma_wspolnoty__Pogubilismy_sie.html

http://kielce.gazeta.pl/kielce/1,35255,10630752,Biskup_Ryczan_o_pseudotolerancji__feministkach_i_ekologach.html

http://m.tokfm.pl/Tokfm/1,109983,10631305,Zakowski__Nie_stoimy_na_drodze_polskich_patriotow_.html

http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103087,10632883,Politycy_w_TOK_FM__Trzeba_tak_zmienic_prawo__by_mozna.html

 

Published in: on 11/12/2011 at 15:12  9 Komentarzy  
Tags: ,

Szczęścia w domu nie znalazł, czyli zagubieni w historii

Ojczyzna moja wolna, wolna…

Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada.

Ojczyzna w więzach już nie biada,

Dźwiga się, wznosi, wstaje wolna.

[…]

Odrzucam oto płaszcz Konrada:

Niewola ludów nie roznieca

Płomienia zemsty! – Pusta heca!

Gdzie indziej żagiew moja pada!

(Antoni Słonimski)

Maria Janion pisała wielokrotnie o tym wieku XIX, a dokładniej o jego pierwszej połowie, że jego bohaterowie wiszą nam u szyi, jako te wampiry i wysysają naszą krew, czyniąc nas coraz słabszymi, na ataki upiorów poddanymi łatwiej, osłabieni romantyczną gorączką, bez sił na zmaganie się ze skrzecząca rzeczywistością. Pisała też, że wszystkie epoki literackie, które po romantyzmie nastały, musiały się do niego odnieść, taką bowiem siłę miał zestaw mitów wówczas wytworzonych. Najzabawniejsze, a jednocześnie najsmutniejsze jest to, że z owych mitów pozostała nam jakaś taka wykoślawiona karykatura. Wizja całkowicie nieprzystająca, ani do tamtej rzeczywistości, ani do literatury – jakby ktoś niepiśmienny sylabizował te Dziady, a potem streszczał, na dodatek w ciągu dwudziestu minut, niespójnie i bez przekonania, bo paru rzeczy nie doczytał. Powstał nam więc taki pokraczny, poroniony płód, paskudna hybryda, jakieś monstrum, gdzie poczucie misji a’la Chrystus narodów bije się o pierwszeństwo z poświęceniem i szarżą kawaleryjską. Gdzie czarna sukienka zmaga się z pierścionkiem z włosów i chopinowską wierzbą. Niezłomność postawy od pieluch (ostatnio usłyszałam nawet, że Benedykt Korczyński współpracował z zaborcą – pewnie dlatego, że nie poległ honorowo jak skaut, myślę raczej, że jego krzyżem była współpraca z Emilią, ale co ja się tam znam), uznawana jest za wzorzec, jednak nie chodzi o postępowanie i normy, raczej o dobrą ocenę w szkole i dobry wizerunek w mediach. Tak wypada… i tak się opłaca. Chociaż pewnie męczy.

Obraz przechowywany i odtwarzany z pietyzmem przez lata w coraz mniejszym stopniu komunikował się z rzeczywistością. I nagle, z tej wymarzonej, oczekiwanej, wyśnionej (jak choćby w XXX sonecie Nad głębiami Adama Asnyka, niby innej, ale ciągle tej samej) wizji, o której opowiada się dzieciom, wnukom i prawnukom – zawsze wyidealizowanej (jak chociażby tu: „Da Bóg kiedyś zasiąść w Polsce wolnej / Od żyta złotej, od lasów szumiącej”), zjawiła się taka zwyczajna, codzienna, czasem przaśna, czasem śmierdząca, czasem uwierająca  — już nie wizja, ale konkret. Jak Państwo pamiętają o anegdocie, której bohaterami byli major ze sztabu i szeregowy legionista, to wiedzą że: ci co chwycili za cycki, mieli mleko, a ci co chwycili za dupę, mieli…

Z drugiej strony, w takim dniu jak dziś wolałabym zobaczyć właśnie Polskę – chociaż odmienia się ten wyraz przez wszystkie przypadki, nadając mu często dodatkowe określenia, aby nikt się nie pomylił i nie stanął po niewłaściwej stronie barykady – Polskę, a nie zlepek quasi-tradycji, wymuszonych czasem zachowań, pomylonych porządków i najzwyklejszego nieuctwa. Chciałabym spokojnie pomyśleć, że ten ułan, co na jego mogile „wyrósł białej róży kwiat”, to dla mnie, to za mnie… Przy mojej szyi też wiszą wampiry, ale nie mam ochoty ich wszystkich strącać, nie mam ochoty wrzucać płaszcza Konrada do starej szafy, niech wisi tuż przy drzwiach, zazwyczaj nieużywany i zakurzony, ale jest i może się jeszcze przydać – stanowi o części mnie, mówi do mnie i mówi o mnie, o tej jednej z wielu części. Czy ważnej?

Ja nie chcę nic innego, niech jeno mi płacze

Jesiennych wiatrów gędźba w półnagich badylach;

A latem niech się słońce przegląda w motylach,

A wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę.

Bo w nocy spać nie mogę i we dnie się trudzę

Myślami, co mi w serce wrastają zwątpieniem,

I chciałbym raz zobaczyć, gdy przeszłość wyżeniem,

Czy wszystko w pył rozkruszę, czy… Polskę obudzę.

(Jan Lechoń)

Published in: on 11/11/2011 at 16:36  5 Komentarzy  
Tags: , ,

Do siódmego pokolenia, czyli prześwietl swoje drzewo genealogiczne

Ojciec Wirgiliusz

uczył dzieci swoje,

a miał ich wszystkich

sto dwadzieścia troje.

Posiadanie w Polsce rodziny, przy aktywnym uczestnictwie w życiu publicznym, jest wysoce niebezpieczne, o czym wiedzą Magdalena Środa czy Adam Michnik. Można się udławić ciągle tym samym pytaniem: azaliż jestem stróżem brata mego? Warto jednak pamiętać, że zadawanie go ma niewiele sensu. Przeczytałam, że Wanda Nowicka powinna się była odciąć od synowskich wypowiedzi. A nie wystarczy, jeśli da mu szlaban na głupie książki? A poza tym, co jej do tego, chłopak jest dorosły, a co by było, gdyby dilerem narkotyków był? Przyznam, że ja jej współczuję, bo znam kilku neomarksistów – to straszne, Proszę Państwa, to straszne. Po pierwsze ci neomarksisci strasznie bredzą, cytują niespójną wewnętrznie myśl leninowską i marksistowską z ogniem w oczach, zazwyczaj totalnie bezrefleksyjnie. Ostatnio jeden znajomy neomarksista zaczął mi tłumaczyć konieczność rewolucji, kazałam mu się z roboty zwolnić, bo na razie od kapitalistycznych świń przyjmuje wynagrodzenie – obraził się. Wydaje mi się, że moje wezwanie bezsasadnym nie było, ale co ja tam wiem. Może jest w tym jakaś rewolucyjna dziejowa konieczność? Lepiej się odzywać nie będę, bo mnie czekanem w Meksyku załatwią i będę miała nauczkę.

Wedle Pawiana neomarksizm to straszne szmondactwo jest. Odgrzewane kluchy, na dodatek totalnie skompromitowane, bardzo często uprawiane przez dzieci, które kiepsko znają historię. Jeśli ktoś ma życzenie, to może mnie przekonywać, że jest inaczej, ale proszę ostrożnie, bo akurat w te wakacje przeczytałam Zizka, a potem, dla pewności, sporą cześć Marksa (bez Englesa), Lenina, Trockiego, Bakunina i wreszcie Stalina – mam na to świadków. Jak szaleć, to szaleć, po to są wakacje. Nie zamierzam się odnosić do wypowiedzi szmondactwa, bo po pierwsze znaleźć nie mogę całości (podobno już nie istnieje – mściwie dodam, że się cieszę, bo chociaż Internet to Cloaca Maxima, to jednak powinny być granice – przepraszam, że tak pryncypialnie, ale mam uczulenie na totalitaryzm w każdej postaci do tego stopnia, że wobec miłośników totalitaryzmów popieram zachowania totalitarne, a co… niech zobaczą, jak to jest), a po drugie – grzebcy w starych papierach MUSZĄ mieć tekst źródłowy, żeby się do niego odnosić. Z drugiej strony, to mam głupie skojarzenie: łatwość z jaką zamknięto Młodego Komunistę, czy coś tam, nasuwa wątpliwości o niemożność poradzenia sobie z Red Watch. Nieustającym. Na marginesie, kolejnym, dlaczego się tym nikt nie zainteresuje (pozostawiam oryginalną pisownię): W poniedziałek podczas czatu Janusz Korwin-Mikke, odpowiadając na pytanie swojego sympatyka, zachęcał bez ogródek do przemocy fizycznej wobec antyfaszystów 11 listopada. Tuziak: „Panie Januszu czy mamy mocno  bić lewactwo w warszawie?”. „Tak. Oszczędzać dzieci i kobiety!”  –  odpowiadał Korwin (http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/KurkiewiczPrzemocjuztujest/menuid-197.html)

Mocno ulubiona ostatnio przeze mnie Julia Pitera powiedziała, że za rodziców się nie odpowiada, ale rodzice wychowują dzieci – niech to wyjaśni krytykom Środy i Michnika, bo odpowiedzialność rodzinna w Polsce jest niesłychanie rozwinięta. Skoro rodzice wychowują dzieci, to są odpowiedzialni za to, co te dzieci robią? Co zrobić ze skazanymi mordercami? Ich rodziców też zapudłować? Muszę to powiedzieć pawiańskiej mamusi – niech się wstydzi, że wychowała ateistkę, feministkę i w ogóle paskudztwo jakieś. A co? Niech widzi swoje błędy wychowawcze, niech się odetnie! Niech złoży samokrytykę, a na koniec niech mnie wydziedziczy!

Proszę sobie wyobrazić, że za wszystkich parlamentarzystów polskich są odpowiedzialni ich rodzice – skoro Nowicka ma się tłumaczyć z syna, to bierzemy wszystkich w obroty. Wszyscy są odpowiedzialni, nie ma litości – no chyba, że się odetną, a czasem byłoby od czego. Śmiesznie by było nachodzić tych żyjących i pytać, jak wychowali swe pociechy. Na przykład mamę prezydenta obecnego i wyrzucać jej małe zaangażowanie ortograficzne. Albo lecieć do mamy najsłynniejszego prezesa i pytać, co on czytał w młodości i dlaczego do tego dopuściła. 

Jeśli syn wicemarszałkini sejmu popełnił przestępstwo, to sprawę wytoczyć i do pierdla wsadzić – dorosły człowiek sam odpowiada za swe czyny. Skarpetki pierze sam, prezerwatywy kupuje sam, głosuje sam, zarabia sam, a jak przestępstwo popełnia, to sprawa mamusi? Jak nie znoszę przysłów, to jedno mi się pod paluchy ciśnie – kto chce psa uderzyć, kij zawsze znajdzie.

Przypomniało mi się też, jak były minister edukacji, taki wysoki, nie musiał się odcinać od swych partyjnych kolegów zamawiających pięć piw, a w końcu jako szef partii, chyba powinien brać odpowiedzialność za tych, co składki płacą. A tak na marginesie, posłanki i posłowie, którzy chichotali przy przemówieniu posła Biedronia, jak zawsze popisali się znajomością języka polskiego i odkryli po freudowsku własne myśli. „Chwyt poniżej pasa” czy „cios poniżej pasa” są związkami frazeologicznymi pochodzącymi z języka sportowego, oznaczającymi nieuczciwe zagranie, co oczywiście jest wiadome. Przyznacie Państwo, że początek tej kadencji sejmu jest żałosny, po prostu żałosny. Pan Biedroń kojarzy się posłance Piterze… Chyba posłanka Pitera nie chciałaby wiedzieć, z czym ona mi się kojarzy. Nawet mi się nie kojarzy, to widać gołym okiem. Mam apel do posłów PO, może nie wysyłać pewnych osób do mediów, bo to mi się kojarzy z kompromitacją.

Olejnik nie wytrzymała: – Ale pani poseł, gdyby premier […] powiedział, że to jest „cios poniżej pasa”, to pani też by się śmiała?
– Z całą pewnością by się posłowie nie śmieli. Tak się składa, że pan poseł Biedroń kojarzy się wyłącznie z omawianiem spraw dotyczących seksualności i preferencji. I w związku z tym taka była reakcja – wyjaśniła Pitera.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114884,10620604,Pitera_i_Biedron_w_TVN24__Monika_Olejnik___Ja_uwazam_.html

Do zaś…

Published in: on 11/10/2011 at 09:58  5 Komentarzy  
Tags:

Jacek Kurski versus Hanka Mostowiak, czyli puls świata i punkt widzenia

Ten, kto wymyślił wiarę i dynamit

czy widzi czemu dziś służą?

ten, który chmury rozwieszał nad nami

na jaką liczy dziś burzę?

(Marek Grechuta)

Wczoraj moje detyny, na zajęciach, zażądały minuty ciszy. Chodziło o Hankę Mostowiak. Gdy opowiedziałam im anegdotę o profesorach UJ, którzy po opublikowaniu kolejnego odcinka Ogniem i mieczem zamówili mszę za duszę Podbipięty, zachichotali, ale do serca zbytnio sobie nie wzięli. Kazałam następnie minutą ciszy uczcić pamięć Joe Fraziera. Nie mieli pojęcia kto zacz. Kazałam sprawdzić, ale pewnie tego nie zrobią. Każdy ma swoich bohaterów, jak w starej anegdotce z lat stalinowskich, gdy Józka Maciaszczyka do partii przyjmowali. Pokazywali mu portrety Stalina, Lenina i Marksa, a on nie miał pojęcia o ich istnieniu. On zrewanżował się fotografiami Janka Wójcika, Tadka Stępnia i Wojtka Kowalskiego. Zdumieni egzaminatorzy partyjni zapytali o związek, a Józek odrzekł: „Wy macie swoich znajomych, ja mam swoich”. Moim znajomym był Joe Frazier, Hanki Mostowiak nie znam, chociaż jak pokazują wydarzenia wczorajszego dnia, chyba powinnam. Śmierć fikcyjnej Hanki, a może raczej jej komediowy aspekt (w stosie kartonów), była dla sporej części społeczeństwa równie istotna, a może znacznie ważniejsza, aniżeli wczorajsze rozważania sejmowe.

Ciekawa jestem, czy polscy politycy są tego świadomi, chociaż oni zazwyczaj „mają świadomość” – tu otrząsam się z obrzydzeniem. Signum temporis widoczne chociażby w rozmowie Dominiki Wielowiejskiej z Jackiem Kurskim. Dziennikarka próbowała uświadomić, jak mi się wydaje, politykowi, że nie wokół jego decyzji kręci się świat, że jego przyszłość, zmiana barw nie jest zbyt ważna. A w porównaniu z Hanką i deklaracjami, że „dziś wszyscy jesteśmy Mostowiakami”, słowa Kurskiego, który mówi o dniu „kiedy jest samo centrum wydarzeń”  brzmią zabawnie. Abstrahując od nonsensu zawartego w jego słowach – centrum wydarzeń może być gdzieś, a nie kiedyś. Centrum wydarzeń jest kategorią przestrzenną, a nie temporalną.

Może jesteśmy już zmęczeni polityką, która jawi nam się jako przelewanie pustego w próżne? Dlatego właśnie śmierć serialowej postaci świadczy o tym, co zajmuje społeczeństwo? Co go dotyczy, co go obchodzi, co go bawi, co go interesuje? Poza garstką dziennikarzy i nieznużonych blogerów mało kto zajął się chociażby bardzo ciekawymi wydarzeniami sejmowymi. Poseł Dorn, jak zawsze, dał pokaz swej wyjątkowej kultury osobistej i językowej, a posłanka Kempa… No właśnie. Łatwiej zostać jest wicemarszałkiem polskiego parlamentu będąc przestępcą, jak odżałowanej pamięci Lepper, aniżeli będąc feministką – jak Nowicka. Trzeba było jeszcze jednego głosowania, oczywiście czysto formalnego, bo przecież nikt by nie chciał by PiS miało dwóch marszałków, ale… Przyznają Państwo, że samo wydarzenie jest interesujące i znaczące. Być może chodziło po prostu o pokazanie Palikotowi, pewnych prostych zasad. Słusznie, słusznie, ale wyszło kosztem Nowickiej. Przynajmniej została wicemarszałkinią. Gdy pojawiła się kandydatura Nowickiej ciekawie zaprezentowała się Pitera, jak zawsze złotousta. Powiadomiona przez prasę o tym, że być może Nowicka zostanie wicemarszałkinią sejmu, rzekła:

„Muszę mieć przedstawioną kandydaturę i będę się do tego ustosunkowywała. Wiem o niej niewiele, wiem że jest działaczką feministyczną, a ja nie jestem i tych poglądów nie podzielam. Nie podoba mi się ten proaborcyjny szum, który jest robiony wokół tej organizacji, uważam że obecne rozwiązania prawne są dobre i to jest ciężko wypracowany konsensus. Nie uważam, żeby do Sejmu nowej kadencji wprowadzać kolejne awantury o aborcję”.

Obiecała, że się ustosunkuje, ale swoje zdanie już miała. Nowickiej nie zna, ale też doskonale wiedziała, że jest szum, a będzie awantura. Nowicka wprost mówi o 150 tysiącach Polek rocznie dokonujących nielegalnych aborcji, o podziemiu, zaś Pitera mówi o ciężko wypracowanym konsensusie – jakże miło jest wypracować tak słodką perspektywę myślową. Jak będę dużym pawianem, też zostanę Piterą, to takie niekonfliktowe, takie miłe, takie… No dobra, wystarczy.

To oczywiście nie jest pierwsza wpadka posłanki PO. Moją ulubioną jest ta z 2008 roku – tak, tak, pawiany mają pamięć porównywalną do tej słoniowej – gdy w Dniu Tolerancji wyraziła się jasno: „Orientacja seksualna to intymna sprawa każdego człowieka. Mówiąc o tym publicznie, człowiek sam stawia siebie poza pewną normą”. I jakoś nie pomyślała, że noszenie obrączki, ślubne zdjęcia i zmiana nazwiska, posiadanie potomstwa, to też forma objawiania orientacji seksualnej. No, w sumie, o czym miała myśleć. Jej to nie dotyczy, bo jest normalna – albo za takową się uważa. Jakże miło być osobą normalną, jakże miło jest być Paszczakiem.

Duża część parlamentarzystów, a niestety parlamentarzystek też, o feminizmie nie ma pojęcia. Wandzie Nowickiej trzeba życzyć spokoju myśli i precyzyjnego sposobu formułowania zdań, bo jak wiadomo feministki są „za aborcją”. Nie wiem jak Państwa, ale mnie ta fraza doprowadza do białej gorączki, a ręka szuka u boku szpadla z najprzedniejszej stali toledańskiej. A teraz koniec rozrywek, pawian zmierza do pracy – by tworzyć kolejne szeregi słów, które przeczyta jakieś 150 osób na całej kuli ziemskiej. Ba, ale przeczytają – nie jestem ci ja tak zadufana w sobie, bym oczekiwała popularności równej tej posła Kurskiego, albo Hanki Mostowiak. Do zaś…

Jeszcze wczoraj, czyli hołubienie sierot

I w tej chwili, i zawsze mogę ujrzeć ich w wyobraźni:

W barwnych i sztywnych szatach, bladzi, nienasyceni,

Majaczą w głębiach nieba, sędziwi i niewyraźni,

Z twarzami podobnymi do deszczem spłukanych kamieni,

Z szyszakami ze srebra unoszącymi się w górze,

Z oczyma, co wciąż patrzą, krwawym Kalwarii cierniem

(William Yeats)

Każdy wypędzony z PiS jest jak nowa nadzieja polskiej prawicy – Luke, kto jest twoim ojcem? Oczywiście głośno nikt wypędzonych nie chwali, ale mam dziwne wrażenie, że mówi się o nich wręcz z czułością, z niezwykłą delikatnością, z pewnym nawet zachwytem, od czego odwykłam w ostatnich latach. Możliwe, że te uczucia i emocje związane są z nadzieją rozpadu. Oczekiwaniem na poruszenie się lawiny po pierwszych usunięciu kilku kamyczków. Z drugiej strony chyba nie o to chodzi. Wypędzeni są wrogiem własnym, na własnej piersi wyhodowanym – zaraz przypomina mi się scena z filmu Sami swoi, gdy po odkryciu Kargulowej Mućki, rodzina Pawlaków wyładowuje się z pociągu, by nie zmaronować potencjału nagromadzonego przez lata.

W polskim życiu politycznym jest podobnie. Kto pozostał po ostatnich zawirowaniach? Kto tam jeszcze zdolny do noszenia szabli? Z kim potyczka hańbiącą nie będzie? Ostatnio gdzieś przeczytałam, że posłanka Kempa słynie z ciętego języka. Musi już naprawdę być źle, skoro pojawiają się takie sformułowania. Lewica już się dawno temu przestała liczyć, bo kto by okładał tasakiem ślicznego chłopczyka? To tak, jakby ktoś wymyślił grę komputerową, w której zgromadzona broń służyłaby do widowiskowego rozwalania pluszowych misiów, a nie mutantów, kosmitów, albo zombie. Z PSL-em nikt się nie nawala, bo koalicjant i trzeba delikatnie. Palikotowcy na razie są zbyt wielką niewiadomą, by można było w nich pokładać nadzieje co do wyrazistych pojedynków. Polskie życie polityczne nie tyle opiera się nie na konfliktach, bo te są oczywiście zrozumiałe, ale na przepychankach, w związku z tym poszukiwanie wroga dziwić nie może. No może nie poszukiwanie, ale już dawno ustalony podział, w którym wiadomo, co jest czarne, a co białe, czy jakoś tak. Dlatego szkoda wypędzonych, oj szkoda. Muszą teraz znaleźć jakiś ekosystem, albo stworzyć własny, muszą wypracować sobie nową strategię, a nie jest wiadomo czy będzie ona udana. Dlatego szkoda starych, sprawdzonych harcowników.  Mnie tam nie szkoda, ale co ja się tam znam.

Pewnie każdy ma swoje powody, by rozpaczać po wypędzonych. Na przykład „Nasz Dziennik” pisze o amputacji, że najpierw łapki obcięto, a teraz wyrywają serce. Toż to jakiś krwawy rytuał, ofiara z Teotihuacán, no ale jak wojna, to wojna, nie ma się co rozczulać. Żurnalistów z „Naszego Dziennika” też rozumiem – jak w śnie interpretowanym przez Józefa są krowy tłuste i krowy chude. A im ewidentnie została już taka wychudzona krowina, bezmleczna i z egzemą. A powrót lat tłustych się nie szykuje.

Przypomina mi się historyjka, gdy w latach sześćdziesiątych XX w. na Uniwersytet Jagielloński zaproszono poetę – bodajże Jerzego Harasymowicza, jak Państwu wiadomo, niesłychanie płodnego. Studenci na spotkanie przyszli, wierszy wysłuchali, brawa bili. Po spotkaniu pewien profesor starszego pokolenia mówił zniesmaczony: „Studenci, studenci, za moich czasów to by pomidorami… a dziś brawa biją”. No, jakoś tak mi się skojarzyło. Do zaś…

PS. Muszę się z Państwem czymś podzielić – zupełnie nie związanym z tematem, ale muszę. Z cyklu: podsłuchane na ulicy:

  1. Słyszałem to z ręki Zbyszka;
  2. Założyłam sukienkę do gołych nóg. 
Published in: on 11/07/2011 at 09:10  4 Komentarze  
Tags: , ,

Czujność, czyli tekst posiadający przynajmniej dwa dna

Jesteśmy poddani produkcji prawdy przez władzę i nie możemy sprawować władzy inaczej jak tylko przez produkcję prawdy […] Władza nigdy nie zaprzestaje swej ingerencji, swej inkwizycji, swej rejestracji prawdy. Ona instytucjonalizuje, profesjonalizuje i nagradza jej poszukiwanie.

(M. Foucault)

Zostałam zmuszona przez siebie samą, przez konieczność dziejową, przez niesforne skojarzenia (jak zwał tak zwał) do  napisania tekstu, który do Pawiana nijak nie przystaje. Jeśli jednak można Państwa prosić o wyrozumiałość, to proszę o wzruszenie ramion i puszczenie perskiego oka w stronę tej pretekstualnej (dla pierwszego i drugiego dna) nad wyraz lewackości. 

Jak przypominam sobie pisma Marksa czy Lenina, szczególnie tego ostatniego, to często pojawiają się  tam wizje walki, rzecz jasna prowadzonej w sposób ciągły, nieustający. Są to wojny obronne przeciwko burżuazji, wojny domowe, narodowe, walki o dominację proletariatu, walki z kontrrewolucją, z odchyleniem prawicowym, z formalizmem itd. W każdej z możliwych mikrorewolucji zostają zredefiniowane pierwotne cele i stworzone zostają nowe sensy. Słusznie, słusznie, bo trzeba twardym być, nie miętkim – brak wroga rozleniwia, powoduje przyrost wagi, zawiązanie się brzucha oraz przywiązanie do luksusu, a rewolucjonista powinien być czujny, uważny i zawsze gotowy. Na dodatek, jak zauważa Kołakowski, wszelkie próby humanizowania nie prowadzą do uspokojenia społeczeństwa, ale do wzmocnienia jego żądań (w tym także z pewnością do wzmocnienia się grup opozycyjnych w obrębie łona partii, które trzeba w związku z tym trzymać w ciągłej niepewności co do przyszłych losów) – co widoczne było w okresie PRL-u, ale znacznie bardziej zauważalne w historii ZSRR. Z kolei rozprawianie się z prawdziwymi, bądź wyimaginowanymi przeciwnikami systemu stanowi realne wzmocnienie aparatu władzy oraz praktyczny sprawdzian jej skuteczności, ewentualnie jest dowodem strachu przed wzmocnieniem innych grup, a nie dowodem niemocy, o czym przekonują nas świadectwa uczestników czystek – wystarczy przeczytać książkę Szepty Orlando Figesa, a niektóre partie Wspomnień Nadieżdy Mandelsztam, gdzie często powtarza się motyw słuszności władzy, absolutnego przekonania, uzasadnienia terroru, wiary w to, że władza inaczej nie może postąpić.

Slavoj Zizek w dyskusji z Agatą Bielik-Robson, który stawia karkołomną tezę, że  stalinowskie „czystki były zasadniczo reakcją wynikającą ze strachu, oznaką niemocy”, myli  się całkowicie – bo czystki są naturalną reakcją władzy planującej na przyszłość – usuwającej wszelkie możliwe kamienie ze swej drogi – bez względu na to, czy usuwane są elementy ortodoksyjne czy też nazbyt liberalne, a także te, które przedwcześnie rosną w siłę, gdy pokolenie przywódców nie jest jeszcze gotowe na podział łupów, bądź ustąpienie na korzyść młodszych członków stada. Na to ostatnie zdanie zwracam szczególną Państwa uwagę.

Wszystkie te działania, jakkolwiek nie wydawałyby się obserwatorom postronnym, bądź samym uczestnikom zdarzeń, bezsensowne służą wzmocnieniu samej organizacji hierarchicznej, partii — po prostu władzy. Oczywiście posunięcia te mogą nie przynieść pożądanych rezultatów, moglibyśmy w tym miejscu zapytać Robespierre’a czy Héberta, ale obawiam się, że nikt nie ma na składzie talerzyka do konwersacji z duchami, żeby się upewnić, co oni na to. Władza absolutna ( w tym także ta do absolutnej dążąca) zawsze jest niepodzielna, według Hannah Arendt, ważnymjest tu proces atomizacji, który pozbawia przestrzeni wszystkie elementy zbioru. Dzięki niemu przestają funkcjonować normalne relacje międzyludzkie i proces oddziaływania staje się bardziej skuteczny. Wytrącone ze swych orbit, cały czas podlegające ocenie, której podstawy nie są w żadnym razie stałe a całkowicie arbitralne, poszczególne człony w takim układzie łatwiej podlegają manipulacjom i są łatwiejsze (w tym przez strach) w sterowaniu do określonego w danym momencie celu.

Chociaż wczoraj pisałam, że tworzenie kolejnych haiku niczego nie zmieni i nadal ową tezę podtrzymuję, to jednak uważam że w interpretacjach ostatnich dni dokonywanych w mediach zapomniano o kilku, jak mi się wydaje, ważnych kwestiach, które niniejszym poruszam. Monolit władzy absolutnej, bądź dążącej do absolutu musi być niepodzielny. Przyzwolenie na ruchy odbiegające od głównego nurtu byłoby przyznaniem się do słabości, wystawieniem miękkiego brzuszka z doczepioną żółta, samoprzylepną karteczką z napisem: kopnij mnie, albo ugryź mnie. Trzeba także pamiętać o tym, że nic tak dobrze nie robi jak wyrzucenie, uciszenie, albo skarcenie wybranego elementu zbioru – reszta patrzy i wyciąga wnioski. Nie ma zupełnie znaczenia jakiej jakości są owe elementy – wybiera się najmądrzejszych lub najbardziej dociekliwych (Trocki), najpopularniejszych (Ordżonikidze), albo – jeśli ci byliby zbyt sprytni – najbardziej naiwnych i tych z długimi ozorami (Zinowiew). Możliwe oczywiście są wariacje, chociaż kombinacja – najmądrzejszy, ale z długim ozorem jest chyba oksymoroniczna. A potem reszta wiernopoddańczo klaszcze, albo przynajmniej siedzi przez jakiś czas cicho. Tak mi się skojarzyło, dzięki czemu udało mi się połączyć dwie dość głośne ostatnio sprawy.

A teraz idę pisać, aż mi paluchy odpadną. Do zaś… 

Published in: on 11/05/2011 at 09:29  7 Komentarzy  
Tags: ,