Nie samym pisaniem dziennikarz żyje, czyli czego Jaś się nie nauczy…

http://wyborcza.pl/1,99069,11020296,Nie_sama_sztuka_artysta_zyje.html

(cytaty z linkowanego felietonu zostały w moim tekście wyróżnione na niebiesko)

Rąbnęło mnie, rąbnęło mnie zdrowo. Może to dlatego, że zdarzyło mi w ostatnim roku uczyć przyszłych dziennikarzy i zatrwożyła mnie perspektywa ich nieodpowiedzialności za słowo? Być może właśnie te doświadczenia, jakby napisał Niziurski, gogiczne, spowodowały że po przeczytaniu linkowanego wyżej tekstu polemicznego zaczęłam trząść się ze zgrozy. Moja zgroza jest ściśle filologiczna i nauczycielska. Nic osobistego. Tak wiem, jestem starą i wredną nauczycielicą, która nie rozumie idei, tylko się czepia każdego spójnika i niszczy swobodę wypowiedzi. Ano tak! W każdym razie na moich zajęciach dla adeptów dziennikarstwa niektórzy by nie zaliczyli.  

Nie twierdzę, że podoba mi się wszystko w traktacie ACTA. Ale świat całkowicie bezkarnego piractwa będzie światem bez umów, bez zaliczek i bez wydawców. A więc także bez Beatlesów i bez Beethovena.

Mamy do czynienia z manipulacją – w tym wypadku jest to rozszerzenie  granic wypowiedzi adwersarza i przesunięcie jej granic ad absurdum. Żakowski pisał o sprzeciwie wobec ACTA, WO – w polemice – absurdalnie wykrzywia optykę wypowiedzi, manipulując faktami (tak, jakby bez ACTA nie istniały żadne ustawy umożliwiające karanie piractwa).

Gdy Jacek Żakowski pisał swój komentarz o internecie jako o bibliotece („Gazeta” z 23 stycznia), marzył chyba bardziej o pozyskaniu jak największej puli „lajków na fejsie”, niż o trzymanie się faktów.

Zazwyczaj argumenty ad personam są domeną rozgrywek erystyki podwórkowej, która, jak pokazuje praktyka, przeniosła się także do polskiego życia politycznego. Natomiast tego typu argumentacja u dziennikarza z kilkunastoletnim stażem pokazuje jego słabość, skoro już w pierwszym akapicie musi dowalić przeciwnikowi tak, jakby cały spór rozgrywał się na forum, a nie w jednej z najważniejszych gazet krajowych.

Żakowski pisze więc, że „kilkadziesiąt lat temu wymyślono »własność intelektualną «”, co po prostu nie jest prawdą. Własność intelektualna pojawia się w renesansie razem z pierwszymi patentami i sporami dramaturgów elżbietańskich o to, który komu ukradł jaki wątek.

Skoro ktoś domaga się faktów, nie powinien się podkładać. Przykład z dramaturgami elżbietańskimi jest nietrafiony, ponieważ ich spory nie miały żadnego umocowania prawnego – bowiem nie istniało wówczas prawo autorskie. W renesansie pojawia się kwestia autorstwa, nie zaś własności intelektualnej. Jeżeli ktoś chciałby mieć wówczas skopiowaną „Ostatnią wieczerzę” u siebie na ścianie, bo mu się spodobało, jak to machnął Leonardo, to by mógł, zaś autor „Mony Lisy” mógłby być albo wściekły, albo zadowolony – w zależności, czy ową kopię potraktowałby jako promocję, czy jako spieprzenie własnej idei.

Trzeba też pamiętać, że dobieranie przykładów jest bronią obosieczną. Przypominam historię Mozarta, który po jednokrotnym wysłuchaniu Miserere Allegriego, które było ściśle chronioną tajemnicą Watykanu, udostępnił to dzieło całemu ówczesnemu światu. Później WO porównuje sytuację mecenatu do współczesnych praw autorskich, co nie tylko jest nadużyciem, ale też ma zdecydowanie krótkie nogi. Gdybym była złośliwa, to napisałabym, że tak krótkie jak… No nie, Państwo pozwolą, że Pawiany przydrożne pozostaną pawianami – semper idem. Oczywiście książę Lobkowitz mógł sobie próbować zagwarantować odtwarzanie utworu u siebie. Jednak, czy mógł być pewny, że tak będzie? Czy jego prawo działało w innych księstwach niemieckich? Czy działało we Włoszech? Czy prawo księcia było prwem korporacyjnym? Co by się stało, gdyby ktoś Eroicę grał u siebie, np. w Hiszpanii, albo nawet w sąsiednim dużym mieście będącym pod inną władzą? Jaka była władza księcia Lobkowitza? Czy miał możliwości ukarać kogokolwiek, poza swoimi włościami? Idźmy dalej i zabawmy się trochę w gdybanie, którego jako historyczka nie znoszę. Chopin piszący mazurki? A tantiemy za wykorzystanie muzyki ludowej? Czy za czasów Chopina chodziła po salonach policja i wsadzała do pierdla tych, którzy bezkarnie grali Etiudę Rewolucyjną – np. w Polsce?

Żakowski wymienia listę twórców ilustrujących jego tezę: „Chopin, Beethoven, Chaplin, Beatlesi, Picasso, małżeństwo Curie”. Otóż wszyscy oni działali już w czasach, w których istniało nowożytnie rozumiane prawo autorskie.

Oj, oj… znów się autor podłożył. On tak serio? Przypominam o Dickensie, którego powieści przerabiano na sztuki i bez jego nazwiska grano w całej Anglii, czasem nawet przerabiając zakończenia. Dickens się pieklił. Tak samo spór Sienkiewicza o tantiemy w Rosji. Przypomina mi się list do autora Trylogii, który napisał Dostojewski (albo Tołstoj – przyznaję nie pamiętam), o finansowe wsparcie akcji popowodziowej. Sienkiewicz odpisał, że wsparciem będą wszystkie tantiemy z jego dzieł wydawanych w Rosji, która piraciła wówczas niesamowicie wydając nie tylko dzieła naszego noblisty, ale też innych znanych pisarzy światowych. Koniec XIX w. nie jest więc dobrym przykładem funkcjonowania nowoczesnego prawa autorskiego – i chyba nie o to chodzi, prawda?

Świat całkowicie bezkarnego piractwa będzie światem bez umów, bez zaliczek i bez wydawców. A więc będzie to także świat bez Beatlesów i bez Beethovena. A także najprawdopodobniej bez Żakowskiego – bo jakoś nie wierzę w to, że z jednakowym entuzjazmem brałby się do pisania za darmo na blogu.

Kiedyś Juliusz Słowacki, ironicznie, w Wieczorze w Vostiz, napisał:

To były łóżka, jeśli kto nie wierzy,

Tłumaczę jasno, to, na czym się leży.

Postaram się teraz równie zwięźle wyjaśnić, o co dokładnie chodzi, tym którzy nie rozumieją, albo nie chcą zrozumieć. Żakowski nie chce ogólnoświatowego bezhołowia i piractwa, bo prawo już jest i funkcjonuje. On obawia się współczesnego casusu Schillera, który miał zakaz publikacji. W XIX w. wystarczyło wyjechać i „schronić się” w innym systemie prawnym (jak autor Zbójców – ze Stuttgartu do Weimaru). Korzystali z tego także nasi pisarze w czasach zaborów. Dziś świat jest globalną wioską i nie znajdzie się takiego miejsca, gdzie można się będzie ukryć. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to albo powinien wrócić do szkoły, albo przynajmniej niech się zastanowi nad swoim dobrym samopoczuciem.

Po analizie felietonu WO podtrzymuję zdanie, że u mnie na zajęciach otrzymałby ocenę niedostateczną. Sesja trwa drogi panie WO. Może pan napisać jeszcze raz swój tekst, rozumiem, że pan się z Żakowskim nie zgadza, ale proszę to udowodnić – merytorycznie, dobrze stylistycznie (bez tych obrzydliwych spójników na początku zdania – pan doczyta w słowniku o stosowaniu spójników w języku polskim) i bez uciekania się do tanich chwytów, godnych dzinnikarzyny a niegodnych dzinnikarza. Wtedy proszę przyjść z indeksem. Dziękuję…

Reklamy
Published in: on 01/24/2012 at 11:53  43 Komentarze  
Tags: ,