Recenzja, czyli pięćdziesiąt ziewnięć

piecdziesiat-twarzy-greya-b-iext9947775

Nie dałabym rady, naprawdę, ziewałam jak jeż przed hibernacją, chociaż starałam się ze wszystkich sił, nawet znalazłam kopię z rosyjskimi napisami. Potraktowałam to „dzieło” w sposób naukowy, chciałam poszerzyć sobie leksykę, ale… dupa, bulba i kiełbasa, ponieważ dialogi były na poziomie serialu „Chebzie Pyntla 90 210” (przepraszam za dość hermetyczny dowcip, w zasadzie zrozumiały wyłącznie dla mieszkańców Górnego Śląska). Abstrahując od faktu, że film „Pięćdziesiąt twarzy Greya” jest zbiorem patriarchalnych fantazmatów, co chyba nie jest dla nikogo żadną nowością, chciałabym zwrócić uwagę na niezwykłe połączenie kina dla nastolatków z filmem pornograficznym.

Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów z cyklu „Zapiski na pudełku od zapałek” stworzył definicję filmu pornograficznego, którą uważam za niezwykle przydaną. Otóż, włoski powieściopisarz uważa, że z filmem pornograficznym mamy do czynienia wówczas, gdy nie zostają widzowi oszczędzone żadne zbędne szczegóły. Gdy Giulio jedzie na wieczorne figo-fago do Giulietty, to widz ma szansę zobaczyć każdą zmianę świateł w całym Rzymie. W „Pięćdziesięciu…” jest dokładnie to samo. Cała masa zbędnych szczegółów, jak na przykład mieszanie ciasta naleśnikowego czy ciągłe schodzenie po schodach głównej bohaterki, abyśmy dokładnie mogli zapamiętać jej wszystkie kreacje (w tym także falbankowo-fontaziowe, łososiowe też i jeszczcze na dodatek mieszczańskie paskudztwo).

A tak w ogóle, jeśli chodzi o te naleśniki, które bohaterka przygotowuje po upojnej nocy, to ja musiałam skonsultować się z ekspertami. Jeden, czyli Borsuk Wrocławski, mawia, że nie znosi jak mu się dziewczyna po kuchni panoszy. On zaprasza – on szykuje. A nie, że ona zaraz po figlaskach łóżkowych będzie naleśniczki robiła. Bo to jest przerażające. Oznacza, że dziewczyna wije sobie gniazdko, już jej szyją suknię z welonem, w związku z czym uciekać należy. I to szybko. Drugi ekspert powiedział, że nie wie, bo jest feministą, ale wydaje mu się, że w patriarchalnym świecie, to faceci lubią być obsługiwani. Napracował się taki biedaczek w nocy, to by coś wrzucił na ruszt. I dobrze mu z tym, że po kuchni krząta się, na dodatek w jego koszuli (tak, teraz kpię sobie w sposób jawny) kobieta.

A co do tego zaspokojenia, to nie wiem, czy Państwo zauważyli (jeśli, oczywiście, oglądali), że główna bohaterka wije się w każdej scenie łóżkowej, jak jakaś żmija, albo wij stunogi. Pierwszej nocy facet ją raz ciumknął w bark, potem dwa razy pocałował okolice bikini (a następnie dokonał szybkiego zdobycia twierdzy, która do tej pory nie była zainteresowana łóżkowymi zmaganiami), a ona się wije w spazmach. Serio? Serio? To są właśnie te patriarchalne fantazmaty. Ona zawsze się wije, sapie i jęczy. A on ciągle przerywa zębami opakowanie prezerwatyw. Panie, panie… zatrzymaj się pan. A jak pan gumkę przegryziesz, to nieszczęście z tego może być, jakieś weneryczne, albo ciężarne. Ponadto, teraz wszystkie męskie nastolatki będą twierdzić, że prawdziwy samiec i macho, to zawsze zębami te prezerwatywy atakuje. Zaś gra wstępna nie trwa dłużej niż dwa pocałunki w okolicach stringów. Bo na filmie działało. Ludzie, ludzie… Zaraz mi się przypomina pierwszy odcinek „Californication”, gdy Hank, dość dosłownie, pokazywał pewnemu kolesiowi, jak uprawia się seks oralny – to niech młodzież ogląda. I niech się uczy! „Califirnication” też nie lubię”, ale to już inna historia.

Na dodatek miało być, wedle zapewnień głównego bohatera (który, to znów oczywiste, drogi Watsonie, ma specyficzne gusta seksualne, bo miał kłopoty z mamusią, co wyznaje z jakże przewidywalnym smutkiem oraz właśnie w chwili, gdy bohaterka potrzebuje dowodów na to, że mu zależy) BDSM, a jest – bardzo mi przykro to powiedzieć – sado-maso z wyobrażeń kury domowej. Wiązanie pasami i krawatem, pejczyki, czerwony pokój, kostka lodu w pępku, krawacik na nadgarstkach oraz znów wiązanie, ale tym razem sznurkiem. A także klapsiki w pupę. O rany… niech powieściopisarka poczyta markiza de Sade, albo pójdzie na spektakl katowickiej grupy Suka Off, to może się czegoś o seksualności dowie. Brakowało na tym filmie tylko płomienia świecy i tekstu: ufasz mi? Bo, rzecz jasna, pióro pawie było. No, serio. Na łydce było. Banał goni banał. Niestety, nic lepszego być nie może, bo mamy do czynienia z romansidłem dla nastolatek (takim z cyklu Harlequin, albo powieści o hrabinach, w których niedościgłym wzorem jest Danielle Steel). Dziewczyna, jakże zwykła i przeciętna, poznaje JEGO. Bogaty, przystojny, szarmancki, tylko chce lać po pupie paskiem. A jakby mieszkał w przyczepie campingowej i śmierdział oparami z fabryki nawozów, w której pracuje już czwarte pokolenie jego rodziny, to też byłoby fajnie? Gdyby nosił flanelową koszulę w kratkę i był komputerowcem (przepraszam, jadę stereotypem)? Ten krawacik, który bohater wybiera, z jakimż pietyzmem, w pierwszej scenie, zapewnia mu, stale go otaczający nimb tajemniczości i wyrafinowania. Dodaj do tego prywatny helikopter, samochodów w trzy dupy oraz apartament w Seattle, taki, że nawet ma własne schody, a także fakt, że gość gra smutne kawałki na Steinwayu (albo Bechsteinie) i masz wówczas fantazmat nastolatek. On – trudny, skomplikowany, z przeszłością, z którą nie może sobie poradzić, ale którą rekompensują jego uroda i bogactwo. No i to, że CHYBA się zmienia pod wpływem tej jedynej. Zwyczajnej, ale niezwykłej. I ty możesz nią być. Gdy go poznasz, odkryjesz w sobie pokłady niezwykłości. A tak na marginesie, jak facet, który ma być symbolem seksu, może mieć urodę frontmana z boysbandu? Otóż… może, bo mamy do czynienia z kinem dla nastolatek. I kształtujemy ich gust wedle nudnych schematów. A nie mógłby to być Heidegger? W beretce? Arendt poleciała na beretkę, no dobra, przesadzam, chodziło o Byt. Ale, da się? Trochę wyobraźni proszę, no…

W każdym razie, zwykła dziewczyna poznaje niezwykłego. O tak… już pierwsze spotkanie ukazuje jej, że wkroczyła do innego świata (kreacje sekretarek i asystentek w kontraście z jej butami za kostkę). Ona się zmienia. Też zaczyna nosić obcisłe sukienki z suwakiem z tyłu, nawet jej majtki ulegają ewolucji – najpierw nosi, jakże sympatyczną bawełnę, by pod koniec filmu zastąpić ją tandetnymi seledynowymi koronkami. Ona się zmienia. Z prostej i naiwnej absolwentki studiów literatury angielskiej, rzygającej w dżinsowej kurteczce pod pubem, zmienia się w świadomą kobietę. Tak właśnie, wedle patriarchalnych schematów, wygląda dojrzewanie kobiety. Parę klapsów w dupę i trochę sukienek z lepszych sklepów. Pierwsze wydanie powieści Hardy’ego odeszło jak wspomnienie po błonie dziewiczej. I na cholerę jej te studia, skoro jej wiedza o życiu, o stosunkach międzyludzkich są tak naiwne jak myśli czterolatki po lekturze „Franka” Konopnickiej?

Na dodatek ona jest dziewicą, a on – oczywiście – rzuca tekstem: gdzie byłaś do tej pory? Przepraszam, że tego nie skomentuję, albo nie… A co mi tam! Za ten tekst, to należy się powieściopisarce lanie. Ale nie jakieś fiku-miku z pejczykiem, ale solidne razy kablem od żelazka. Nie popieram przemocy, ale w tym wypadku lałabym bez litości. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo tak! Bo nie znoszę fantazmatów, bo nie znoszę patriarchatu.

Kiedyś, na moim profilu facebookowym, pojechałam ironią komentując popularność tej książki i filmu. Jeden z komentarzy pod tym postem był o zaufaniu, uczuciu i przekraczaniu granic. To właśnie robi z kobiet patriarchat. Właśnie to! Że wierzą w te wszystkie brednie o pejczu na dupie powiązanym z uczuciem. Może nie jestem dobrą widzką tego filmu, bo nie przepadam za bólem: moja dentystka powiedziała, że nie mogłabym w czasie okupacji należeć do żadnej organizacji podziemnej, bo wyśpiewałabym wszystko to, co wiem i czego nie wiem, wystarczy, że pokazaliby mi strzykawkę. Ale to chyba nie ma nic do rzeczy. Ten film wzbudza we mnie obrzydzenie, takie estetyczne – poczynając od kiepskiej fabuły (jak wspomniałam wcześniej – pornograficznej), a kończąc na fantazmatach czyniących szkodę zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Na dodatek to jest taka powiastka z cyklu: jak mały Jasio wyobraża sobie BDSM. Nie znoszę braku wyobraźni. Jej brak obraża moje uczucia filologiczno-estetyczne. Te feministyczne (w tym konkretnym przypadku) też. Pomieszanie męskich (patriarchalnych) stereotypów, z wyobrażeniami nastolatek o wielkiej, fascynującej i porywającej, pochłaniającej miłości są rzygawiczne. Mogłabym zarzygać tym wszystko, tak samo, jak główna bohaterka zarzygała drogie buty Greya, swoje ciuchy i pół ulicy (ten fragment akurat mi się podobał: drogie nastolatki nie pijcie alkoholu, bo to się właśnie tak kończy).

Teraz czas się zmierzyć ze „Zmierzchem”. Tym razem idę na całość. Zamierzam oglądać z macedońskimi napisami, albo lektorem, bo – jak znam życie – to inaczej nie dam rady. Wytrzymałam, co prawda, trzydzieści odcinków tureckiej telenoweli z macedońskim lektorem, o przystojnym Onurze z branży obuwniczej (nie wiem, czy tam pracował, ale wiele scen rozgrywało się w sklepie z butami) oraz piękniej Siekierezadzie, ale nie wiem czy dam radę w przypadku amerykańskiego drewna aktorskiego. Trzymajcie za mnie kciuki.

Reklamy
Published in: on 05/01/2015 at 21:58  21 komentarzy  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2015/05/01/recenzja-czyli-piecdziesiat-ziewniec/trackback/

RSS feed for comments on this post.

21 komentarzyDodaj komentarz

  1. no to z cyklu: nie znam się, to się wypowiem
    filmu nie widziałem, książkę kiedyś (dawno) przekartkowałem – rzeczywiście bzdury,
    jednakowoż kombinuję sobie, że kiepski film zrealizowany został w oparciu o słabą książkę – tak w każdym razie z opisów wynika,
    i jak to jest, że o tych patriarchalnych fantazmatach czytają głównie kobiety?

  2. Bo zostały wychowane w konkretny sposób, w konkretnej kulturze – co im ryje beret z zakresie uczuć i seksualności.

  3. Próbowałem przeczytać to badziewie i odpadłem. Nie dałem rady. Dla mnie to jest książka mówiąca o tym, jak osoba, która nigdy w życiu nie miała kajdanek na nadgarstkach wyobraża sobie bdsm. Przecież podważa podstawową zasadę, słowo bezpieczeństwa jest święte. Już parę razy spotkałem się z podejściem, że to osoba będąca masterem rządzi, a to przecież nieprawda. To uległa/uległy wyznacza granice.
    Ręce mi też opadły, gdy uległość w seksie musi się oczywiście łączyć z uległością w życiu.
    Ktoś się tego czegoś naczyta, postanowi spróbować i rzeczywistość go lub ją bardzo rozczaruje.

  4. Pawianie, „Zmierzch” też???
    Widziałam tylko zwiastun, ale też się wypowiem! On nawet do boysbandu się nie nadaje, ktoś określił to urodą pod sweterek z łosiem.
    A teraz będą wstydliwe wyznania osobiste.
    Po pierwsze od czasu do czasu lubię porno, ale porządne porno, nie takie z definicji Eco (ta sprawdza się przy tym, co niegdyś puszczano późnym wieczorem na niemieckich kanałach telewizji satelitarnej), tylko właśnie takie, gdzie praktycznie sama akcja.
    Po drugie miewam takie okresy, kiedy tarzam się w literaturze romansowej. Przy tym jestem dość wybredna, ale wytrwale szukam takich, które mi odpowiadają.
    I porno, i romanse są równie nieprawdziwe, ale dają znacznie lepsze efekty niż Greya, Crossy i Zmierzchy. Tylko żeby sobie i innym nie zrobić krzywdy, trzeba być bardzo świadomą, że nie mają nic a nic wspólnego z rzeczywistością.

  5. mroczny piskacz: zauważ, że w filmie (książki nie czytałam i czytać nie będę) ona na początku jest uległa (w życiu), ale jak dostała klapsa w pupę (nie podoba mi się jej pupa), to stała się asertywna i stanowcza, o czym świadczy jej ostateczne spanięcie jego imienia w marmurowej windzie 🙂
    Amparo: trylogię zobaczę 🙂 – całą. A co? A teraz będzie anegodota. O Pawianie i porno. Była konferencja na ten temat. Naukowa i solidna, a Pawian był współorganizatorem. I po całym dniu puściliśmy porno. Światło w sali zgaszone. Pawian taki zmęczony. Zasnął. A obudził się oparty na ramieniu pewnego profesora, który też zasnął. I spaliśmy se na tym porno oparci o siebie. Jak dzieci, kurna, jak dzieci 🙂

  6. PS. Mroczny piskacz – może niech nie próbuje po naczytaniu się tego, bo to kupa nieszczęścia może tylko wyniknąć z tak głupiego podejścia do BDSM.

  7. @pawianprzydrodze
    Temu zaśnięciu się nie dziwię. Jeśli nie ogląda się porno w wiadomym celu, to inaczej się nie da tego przetrwać.
    Ja całej książki nie czytałem. Nie dałem rady. Mam nadzieję, że ludzie po przeczytaniu tej książki nie zaczną tego wdrażać, bo to się dobrze nie skończy.
    U Musierowicz była też podobno (żona czytała) scena, gdzie chłopak dyscyplinował dziewczynę uderzając ją w twarz.

  8. Tak, była taka scena u Musierowicz, co mną wstrząsnęło, ale nie bardzo, bo poprzednie tomy w zasadzie prowadziły do tego. A przed chwilę koleżanka mi opowiedziała resztę części Greya, na końcu jest ślub. O rany… A nie mówiłam?

  9. No tak. Happy end przez wielkie H.

  10. genialny wpis.. kilka dni temu się zabierałem za ten film, ale po kilku minutach odpuściłem.. szkoda czasu 🙂

  11. Sal, ja nie mogłam się powstrzymać. I już wiem, że teraz – jesli danego filmu nie będę mogła zdzierżyć – to tylko po rosyjsku. Przynajmniej jakiś zysk mam z tego 🙂
    W razie czego umówię się na taki rosyjski seans z Pat 🙂

  12. Sadź drzewa, obywatelu. Nie czytaj Greya.

  13. masochistka jesteś, Pawianie 🙂 Ja to nawet za frajer dostałam ebooka Greya, ale mi się nie udało przemóc i leży w czytniku boleśnie. Teraz wiem, że na zawsze

  14. Ha, też zauważyłam „nastolatkowość tego filmu”:)

  15. Ależ to jest nastolatkowa książka! Autorka kochała Zmierzch. Kochała do tego stopnia, że zaczęła sobie pisać fikaska – spełnienie marzeń, gdzie jej Merysójka (wyidealizowane* wcielenie jej samej) spotyka Edłorda. Ale żeby Zmierzchu nie dublować w całości, pozmieniała coniebądź, wstawiła historię w mniej więcej nasz świat i dołożyła to, co sobie wyobraża jako BDSM. Fikasek zdobył szaloną popularność wśród innych miłośniczek Zmierzchu i, koniec końców, autorka pozmieniała jeszcze ciuteńkę, w szczególności imiona, i wydała dzieło jako oryginalną twórczość.
    Stąd ta klisza na kliszy, seks opisany jak spod sztancy i zadziwiająca cnotliwość przy niby straszliwej rozpuście. Bo to kiepski fanfik jest.

  16. Wszak dobrze wymierzony klaps działa jak akupunktura i człowiek się od niego robi asertywniejszy! To jest fak(t) autentyczny! 😉
    A jeśli za każdym razem podduszam się, walcząc z rozwiązaniem zamotanego szaliczka – to już jest bdsm? 😉
    A tak serio: ten półpornoprodukt jest w naszej opresyjnej dla kobiet kulturze niezmiernie, ze wszech miar, szkodliwy. Niestety dla dziewcząt małoletnich zwłaszcza i z pewnego środowiska. My się możemy pośmiać czy wściec ale młodzież napełniana takimi bzdurami (takoż Zmierzchem) na tym ucierpi.
    Pozdrawiam i łączę się w bólu (tym nieprzyjemnym 😉

  17. Właśnie wczoraj przeczytałam o tym w Focusie:)

  18. A zawszem się zastanawiało, co ta Arendt widziała w tym gościu!
    miau

  19. Pawianie, a dlaczego nie lubisz Californication? 🙂

  20. Aaaa… bo to takie patriarchalne fantazmaty oblane równościowym sosem


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: