Cyfryzacja, czyli sracja i dupacja (2)

DSCF6415

Na dworcach kradło się zawsze i będzie się kradło dalej. Inaczej nie można.

(Wszystkie cytaty: Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka)

Na dodatek, te tabelki prowokują do przestępstw. Urzędnicy sobie myślą, że kontrolują bandę nierobów przeżerających pieniądze podatników, a mnie dziś, w ciągu dziesięciu minut, przyszły do głowy dwa przekręty tabelkowe, o których się nie śniło nawet ministerstwu. Oczywiście, te przekręty są nie do zrobienia, ponieważ ja podlegam innym, jak mi się wydaje – wystarczającym – procedurom kontrolnym. Ale urzędnicy myślą, że jak oni skontrolują, to nie ma… czegoś tam we wsi.  Dodam, że przekręty są wyłącznie tabelkowe, ponieważ każdy pracownik uczelni od razu zobaczy przestępstwo (jedno małe, a drugie duże, a oba równie paskudne). Urzędnik nie zauważy, bo ma tabelki. Dodam, że są to głupie tabelki.

Jak zaznaczyłam wcześniej, to istnieje system kontroli wewnętrznej, np. w osobie szefowych / szefów jednostek, którzy podpisują delegacje oraz mają głupi zwyczaj czytania papierów, które dostają. Po drugie, co dwa (albo trzy – nie pamiętam) lata obowiązuje mnie zeznanie przed komisją, która bada czy ładnie się rozwijam, czy noszę zdrowe pierwsze śniadanie i czy mam worek ze zmiennymi kapciami. I im, naprawdę, nie mogłabym wcisnąć takiego kitu, o jakim zaraz napiszę. Po pierwsze, dlatego że bym się wstydziła spojrzeć w oczy np. mojemu dyrektorowi, a po drugie wyśmiana zostałabym tak, że aż przymiotnik „homerycki” zupełnie nie oddaje komizmu sytuacyjnego.

Mówią, że z pomyłek człowiek się uczy, jak na przykład jeden giser Adamiec z fabryki Dańka, który zamiast wody napił się kwasu solnego.

Ale, do rzeczy. Przejdźmy do mojego planu przestępstw tabelkowych. Skoro urzędnicy wierzą w swe możliwości, w minut pięć pokażę, jak mogę naciąć podatnika na kasę. A wszystko to, dzięki tym skomplikowanym rubryczkom w tabelkach tworzonych przez bandę zboczeńców. Wczoraj napisałam, że istnieje w tabelkach coś takiego jak uczestnictwo w konferencji, które nie jest czynne. Wybieram najbardziej egzotyczną konferencję, w najbardziej egzotycznym zakątku świata, gdzie mówią najbardziej egzotycznym językiem. I wyjeżdżam, jako uczestnik „nie-czynny”, a może „nieczynny” i leżę przez trzy dni na różowej plaży, piję egzotyczne drinki i podrywam delfiny. Pamiętam, że jedna posłanka polska właśnie w ten sposób pojechała na konferencję o gender. No tak, ale ona nie byłą naukowczynią, ale polityczką czyli urzędniczką państwową. Touche. I tu jest pies pogrzebion. Bo nagle zaczynam rozumieć, że oni nam w tabelki wklejają to, co robią sami. Gratuluję przekrętów za pieniądze podatników.

W ogóle dużo jest na świecie takich rzeczy, których robić nie wolno, ale można. Najważniejsze to żeby spróbować, czy zakazanej rzeczy zrobić nie można.

A teraz Państwu pokażę, dlaczego ten przekręt nie może się udać. I to nie dlatego, że urzędnicy mnie pilnują, tylko dlatego, że naukowcy są pragmatyczni. Idę z podaniem do mojego dyrektora. W podaniu stoi: kochaniutki, daj ty mnie deszcz pieniędzy na konferencję na Malediwach. To pismo leży na biureczku do dnia, aż zostaję wezwaną i słyszę: pogięło cię? Na Malediwy? Idziemy w zaparte i mówmy, że będziemy promować literaturę polską na Malediwach. Mój szef wchodzi na stronę konferencji (bo dziś wszystko jest w Internecie) i mówi, że obrady prowadzone są w farsi, pasztu oraz w malediwskim, po czym dodaje z troską, że ten ostatni, to jest dość trudny. A potem mówi: tytuł referatu proszę. Ja mu na to: Maria Konopnicka a Malediwy. Tu go zagięłam, nieprawdaż? Wtedy on zaczyna się śmiać i mówi, że mnie lubi, ale takiego numeru, to w życiu nie widział. W nagrodę powie mi, że jest początek roku i dostałam nową tablicę. Bo starej już trzy lata temu urwała się noga, ale w tym roku możemy sobie na pozwolić na taki wydatek. Od Drugiej Pani Sekretarki dostaję tablicę, dwa bloki do zaczepienia oraz kilka flamastrów. Żeby było jasne, pieniądze można dostać, ale na coś, co ma ręce i nogi oraz rację bytu. Czyli, że jak powiem, iż pragnę czytać czasopisma z 1864 r. w Warszawie, to dostaję kasę i nikt nawet okiem nie mruga, jednak mojego wyjazdu na Malediwy nie kupi nikt przy zdrowych zmysłach. Ale w tabelce jest to możliwe. W związku z tym – jak można kogoś kontrolować, skoro nie zna się warunków koniecznych i wystarczających?

To wszystko jedno, jak mawiał medyk Houbiczka, czy w zakładzie medycyny sądowej krajesz człowieka, który się powiesił, czy też takiego, który się otruł.

A teraz przekręt tabelkowy drugi. Jadę na, powiedzmy, siedem konferencji zagranicznych. Takich, no… Tu musze mieć grupę wspólników, bo oni mnie, a ja im. Czyli nasi ludzie dadzą znać waszym ludziom, zaś hasło kontaktowe brzmi: Zuzanna występuje o grant tylko jesienią. Ja organizuję jedną konferencję, która jest międzynarodową, bo zapraszam na nią krewnych i znajomych królika. Oni zaś rewanżują mi się sześcioma innymi zaproszeniami. W tym roku obskakujemy wszystkie te konferencje w udziale „nie-czynnym”, ale za to wpisujemy w tabelki jedną konferencję międzynarodową i sześć zagranicznych. Fajne, nie? W następnym roku powtarzamy całą zabawę, ale już z referatami. I w tabelki je wpisujemy, wraz z adnotacją „uczestnictwo czynne”. W następnym roku nigdzie nie jedziemy, albo jedziemy, znów w celach „nie-czynnych”, co też wpisujemy, zaś podstawową naszą działalnością tabelaryczną jest siedem artykułów. Sześć wydanych za granicą, a jeden w domu. W następnym roku jesteśmy jeszcze sprytniejsi, bo te artykuły wpisujemy jako monografię za 25 punków, a może uda nam się zostać wybitną monografią za punktów 50.

Ten przekręt też jest nie do zrobienia. Bo, w międzyczasie, jest komisja (złożona z naukowców, a nie z urzędników), którzy kiwają głowami, łypią surowo i najpierw mówią, że tak się nie robi. I w zasadzie jesteśmy spaleni. Przede wszystkim towarzysko, bo wszyscy na nas patrzą, jak mielibyśmy wielką kupę w majtkach. Po drugie, instytucjonalnie, ponieważ nikt nie ma do nas zaufania, jako do geszefciarzy i hucpiarzy. Ale w tabelce wyglądałoby to bosko.

Ostatecznie, jak mi się wydaje, wykazałam, że system kontroli urzędniczej nad naukowcami jest do niczego. Jednym zdaniem: „Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że wszystko jest w porządku, tylko kot jest gałgan i zeżarł kanarka”. Pozwólcie, że to my będziemy tworzyć tabelki kontrolne, skoro już muszą być, a nie wy. Bo jak wy je tworzycie, to nawet mnie przychodzą do głowy niemoralne propozycje. A ja jestem naiwna i niewinna, jak nie przymierzając, książeczka do nabożeństwa. A jeśli za rok, lub za dwa, będę zepsuta, to proszę nie mieć do mnie pretensji, tylko do tych, którzy wystawiają mój umysł (muszę się czymś zająć, jak robię takie głupoty) na pokuszenie.

Żołnierz już w czasie pokoju winien wiedzieć, czego żąda od niego wojna, a podczas wojny nie powinien zapominać o tym, czego nauczył się na placu ćwiczeń.

Published in: on 02/22/2016 at 21:03  2 komentarze  

Cyfryzacja, czyli sracja i dupacja

List wydawał się niejednolity, były miejsca, gdzie traktowano go jak człowieka niezależnego, z którego wolą się liczono, i tak na przykład nagłówek lub ustęp, gdzie była mowa o jego życzeniach, na to wskazywały. Zdarzały się jednak inne miejsca, gdzie ze stanowiska owego naczelnika traktowany był otwarcie lub niejawnie jako podrzędny, zaledwie dostrzegalny wyrobnik. Tak na przykład naczelnik miał nie spuszczać go z oczu; jego bezpośrednim przełożonym był tylko wójt gminy wiejskiej, któremu nawet miał składać sprawozdania, a jego jedynym kolegą był zapewne stróż gminny. Były to niewątpliwie niekonsekwencje, i to tak wyraźne, że musiały być celowe. Szalona, ze względu na tak wysoki urząd, myśl, że mogło to być spowodowane brakiem decyzji, zaledwie przemknęła K. przez głowę.

(Franz Kafka: Zamek)

Dawno, dawno temu, gdy moja macierzysta jednostka wysyłała mnie za granicę, musiałam wypełnić jeden papierek. Z tym papierkiem i kilkoma podpisami ludzi, którzy dawali mi na wyjazd służbowy pieniądze, szłam do pani w rektoracie, która wybierała mi lot, a potem już byłam na lotnisku. Szybko i sprawnie. Teraz jest cyfryzacja i najpierw trzeba zdobyć podpisy, potem wprowadzić sumę do systemu, a potem latać jak kot z pęcherzem przez kilka dni. Żeby było jasne, moja macierzysta jednostka nie ma z tym nic wspólnego. To wszystko wytyczne ministerstwa, NIK-u i tysiąca innych instytucji, które ze wszystkich sił zajmują się tym, żebyśmy my nie zajmowali się rzeczami, którymi powinniśmy. Niech te mądrale nie kombinują, niech się zajmą czułym wypełnianiem tabelek dla tabunów urzędników, którzy z miłością i pietyzmem będą sprawdzać każdą wypełnioną rubryczkę. A może i nie… To jest koszmar każdego normalnego człowieka, który w tym wypełnianiu tabelek widzi tylko nadprodukcję danych, multiplikację znaków, pozorność działań. My musimy udowodnić… w zasadzie, to nie mam pojęcia co i na dodatek komu.  Na pawiańskie oko, udowadniamy to coś komuś, kto kompletnie nie ma pojęcia jak wygląda praca na wyższej uczelni i na czym polega.

Teoretycznie, to ma być tak (w skrócie), że my zeznajemy, a na podstawie naszych zeznań przyznaje się uczelni kategorię, a co za tym idzie, ilość pieniędzy. Wniosek? Opłaca się robić dużo i dobrze – bo to jest weryfikowalne. Co do tej weryfikacji, to ja mam poważne wątpliwości, ale załóżmy, że ona działa. Załóżmy, bo gdybym miała wyjaśniać, to czytelniczkom i czytelnikom nie pozostałoby nic innego jak zeskoczyć z najbliższego urwiska. Dlatego – działa, ok?

Środowisko akademickie gnębione jest przez kilka znanych chorób, którymi są między innymi grantoza i punktoza, a ja dodałabym jeszcze tabelkozę. Najpierw musiałam zrobić spis publikacji mojej jednostki (takiej małej – na osiem osób). To niby niewiele, ale… Inaczej wpisuje się książki, inaczej rozdziały w książkach, inaczej artykuły w czasopismach (tam są trzy osobne tabelki), zaś każde czasopismo ma inną ilość punktów, a ta ilość punktów zmienia się co roku. Moja jednostka, na nieszczęście dla osoby chorującej na tabelkozę, w tym roku jestem to ja, jest płodna i pracowita. Tabelki zawsze są w Wordzie, ale, jeśli człowieku zrobisz sobie jedną, to nie możesz przeklejać danych, bo te same informacje podawane są w zupełnie innej formie, a przynajmniej zmienia się kolejność  umieszczanych elementów. I otwierasz te dwa Wordy, jedne tabelki ułożone są w orientacji pionowej, inne w poziomej, żeby nie było ci człowieku za łatwo. W zeszłym roku podawało się ilość uczestników konferencji, w tym już rozbito jedną kolumnę w tabelce na sześć (ilość uczestników, ilość referatów, ilość referatów z danej jednostki, ilość referatów zza granicy, ilość uczestników zza granicy, jednostki biorące udział w projekcie). Żeby było jasne, za udział w konferencji ktoś musi zapłacić. To po cholerę zapraszać kogoś, kto siedzi na obradach i nie ma referatu? Kto to wymyślił? Jaka jednostka wyśle kogoś za np. 300 złotych, powiedzmy do Rzeszowa (plus koszty pociągu), żeby se posiedział? Nie masz referatu – nie jedziesz. Po drugie, jaka jednostka przyjmie takiego darmozjada, który nie tylko, że nic nie wnosi do konferencji, ale musi gdzieś spać i coś je. Kto wymyślił taką tabelkę? Ktoś, kto nie ma pojęcia, jakimi sumami dysponujemy i że z opłat konferencyjnych, to trzeba sfinansować publikację, a nie przyjmować darmozjadów. To takie myślenie quasi-sportowe, że jedziemy na Olimpiadę. Startują cztery osoby, zaś działaczy jedzie ze stu sześćdziesięciu. W moim fachu nie ma działaczy. Kto jedzie, ten jedzie po coś. Tabelka jest bez sensu.

Ale, trochę się zagalopowałam, bo zapomniałam powiedzieć, że po tabelce z publikacjami wypełniałam teraz trzy inne. Z publikacjami, a jakże…  Następną z konferencjami oraz ogólną tabelkę sprawozdawczą, w której były publikacje i konferencje.  Każda tabelka w innych formacie, z innymi rubryczkami, żeby czasem czegoś nie skopiować. I zamiast kończyć artykuł do wysoko punktowanego czasopisma literaturoznawczego, który dałby te punkty mojej uczelni, wypełniam przez kilka dni ciągle to samo, ale trochę inaczej. A pytania, na które muszę odpowiadać, są z gatunku: jak wygląda pięć złotych?

Na przykład: forma wystąpienia na konferencji. Aż mi się chce napisać, że stepowałam w różowej, tiulowej spódniczce, zaś gdy cytowałam, podskakiwałam trzaskając kopytkami. Jaka może być forma wystąpienia na konferencji poza referatem? No jaka? Prezentacja? Komunikat? Proszę wybaczyć, ale w moim fachu takie coś nie występuje, co pokazuje, że jakieś niuanse w ministerstwie czy w piekle, dokąd z pewnością idą te tabelki, nie istnieją. Nie istnieje nic, poza głupotą. I po każdym kolejnym punkcie wstawiam w nawiasie kwadratowym słowo „referat”. No i jeszcze trzeba podzielić konferencje na ogólnopolskie (dla cieniasów) i międzynarodowe (kaskadowe orgazmy). Międzynarodowe to takie, w których 1/3 czynnych uczestników (Jakich? A to są też bierni? Bierni to się nazywają: „publiczność”) jest zza granicy. Można sobie zaprosić kumpli i koleżanki z dowolnego ośrodka np. w Mołdowie, oczywiście z całym szacunkiem wobec naukowców tego kraju i już w tabelce jest fajnie. Ale to jeszcze nie wszystko, jeśli chodzi o podziały konferencyjne, bo w drugiej tabelce są jeszcze „krajowe” i „zagraniczne”. I powiem Państwu w tajemnicy, że światowe centrum badań polonistycznych jest tutaj, ale lepiej, z różnych względów punktowych, zorganizować konferencję w pierwszej wsi za granicą słowacką. Ukraińską – nie. Bo poza Unią. Jasne? A konferencja zagraniczna będąca jednocześnie międzynarodową? O rany… aż się spociłam z ekscytacji.

Potem trzeba było wpisać punkty do publikacji. Znalazłam najnowsze wytyczne ministerstwa i okazało się, że tam stoi: monografia naukowa – 25 punktów oraz wybitna monografia naukowa – 50 punktów. Dzwonię do mojego szefa i mówię: kochaniutki, a czym się różni monografia od wybitnej monografii? Chichoczemy jako te dwa żaki, ustalamy, że jak jest nagroda, to jest wybitne. Dobra, ale co będzie, jeśli ktoś wydał książkę pod koniec roku 2015 i jest monografią (za 25 punktów) zaś nagrodę dostanie za miesiąc i już się nie załapie na te 50 punktów. Jesteśmy stratni 25 punktów. Bo w przyszłym roku, to można będzie tylko wpisać w tabelkę ową nagrodę (a ta jest bez punktów), a książki już nie. I ktoś nas kiwnął na 25 punktów. Kiwnął jak nic. Ja się pytam, na razie spokojnie, kto za to beknie? Kto nam świsnął 25 punktów? A… w sumie, macie, nażryjcie się. Do przyszłego roku dużo czasu i my znów coś wybitnego napiszemy. I znów to w tabelki wkleimy. Postaramy się także dostawac nagrody w odpowiednim czasie tabelaryczno-kalendarzowym.

Ja nie będę się skarżyć na tabelki, w których raz trzeba wpisać np. nazwisko, imię, czas awansu, tytuł/stopień, a za drugim razem to samo, ale inaczej. Bo to już by było naciąganie Państwa na litość. Ponadto, jak się otworzy dwa okienka, to można się bawić w przeklejanie. Podobno w taki sposób da się nawet stworzyć pracę licencjacką czy magisterską (nigdy tego nie róbcie, to brzydko), dlatego nie ma co płakać nad niewymiarową kolumną czy wierszem. Odwagi, przypomnijmy hasło drużyny kolonijnej Mikołajka. Odwagi!

Mam dziwne wrażenie, że te tabelki sporządza zboczeniec. Jakiś taki perwers obrzydliwy, który je czyta i się ślini. Ja tam miałam mało roboty, bo w mojej jednostce jest osiem osób, a na przykład taka Pańcia, która robiła to dla innego ciała, ma dwadzieścia kilka osób pod sobą. I pisz, człowieku, wklepuj, zmieniaj, dostosowuj, ale się nie ucz, bo ten zboczeniec w przyszłym roku wymyśli dla ciebie coś nowego, coś bardziej sadystycznego, coś niemożliwie głupiego. Ja nie mam najgorzej, bo najgorzej, to ma nasza Pani Sekretarka, która musi wszystkie tabelki scalić w jedną, wielką, wszechzwiązkową tabelę. Űbertabelę! A te małe tabele też się przydadzą, zboczeńców wszędzie pełno. Tak, tak, polska nauka promieniuje cyfryzacją jak trawa w Czarnobylu. Mutanty się plenią, ale najważniejsze, że w każdej rubryczce, każdziusieńkiej tabeli są dane. Mniam, mniam, ależ tłuste, ależ można się cieszyć rozwojem, napawać wzrostem. Wiara w tabelki podstawowym prawem człowieka i obywatela. Wróć! Człowieka i obywatela to nie dotyczy. To dotyczy urzędników, którzy w taki sposób usprawiedliwiają swoje istnienie. Bo mają miliardy tabelek do przetworzenia i takie same miliardy następnych do stworzenia. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to mityczna Unia, tego od nas chce. Wierzę natomiast głęboko, iż polska nauka przez wiele lat się z tych chorób nie podniesie.

Otóż to musi być człowiek taki jak K., ktoś, kto stawia się ponad wszystkim, ponad prawem, ponad najzwyklejszą ludzką delikatnością, tępo i ospale, ktoś, komu wcale o to nie chodzi, że niemal uniemożliwił rozdział akt, kto uwłacza dobrej sławie tego domu i kto doprowadza do czegoś, czego nigdy jeszcze nie było, że zrozpaczeni urzędnicy zaczęli sami bronić się z nadludzką siłą, przezwyciężali się, by dzwonić i wołać o pomoc, byle wygnać K., którym w inny sposób nie da się wstrząsnąć!

Published in: on 02/21/2016 at 23:33  5 komentarzy  

Polityczne sny Pawiana, czyli każdy ma taką Pytię…

fb217e97ddcf00d6cd8d57465b7f3ea1

Jeśli chcesz wytłumaczenia,

Czemu śpiąc odbywa drogę,

I to snadnie rzec ci mogę.

Gdyby jutro, nie daj Boże,

Ujrzał znów więzienne łoże,

Znając się, kim jest: zaiste

Usposobienie ogniste,

Które ma, w głębi rozpaczy

Pogrążyłoby mu duszę.

Kiedy w wieży się zobaczy,

Dowie się w bólu i skrusze,

Że to tylko sen zwodniczy…

I nie zmyli się tak wiele: Życie snem

Wszakże snem są ludzkie cele,

Snem ludzkiego serca bicie,

Snem człowieka ziemskie życie.

(Pedro Calderón de la Barca: Życie snem, tłum. Józef Szujski)

Pawian ma sny bardzo fabularne. Na dodatek je doskonale pamięta. Często w tych snach uczestniczą aktorzy, postacie literackie, filmowe i teatralne. Można powiedzieć, że cud, miód i orzeszki. No, ja nie wiem, bo Pawian miewa także polityczne sny prorocze. Bardzo proszę Państwa o dyskrecję, bo jeszcze jutro z rana mi się przed drzwiami kolejka utworzy, zakłóci mir kamienicy, a każdy ze stojących będzie chciał, żebym mu śniła sny o potędze. Każdy marzyciel, widzący się jako Danton, albo przynajmniej Stefan Niesiołowski, będzie chciał, żebym mu wyśniła przyszłość. Zawsze przecież wyrocznie były traktowane jako siła wzmacniająca władzę państwową, a ja sobie nie życzę. W związku z tym: cicho sza!

Na dodatek, moje sny się sprawdzają, szczególnie, jak się je właściwie zinterpretuje oraz się nie zwraca uwagi na upływ czasu, bo na rozstrzygnięcie niektórych trzeba czekać i czekać, to jednak – śni się i sprawa jasna. Dodam, że waga moich snów politycznych jest wysoce poważnie traktowana w mojej walniętej rodzinie. Na przykład taka matka pawiańska, to nie wierzy w żaden OBOP czy w analizy specjalistów, tylko przed wyborami ciągle pyta: śniło ci się już coś?

A wszystko zaczęło się przed pamiętnymi wyborami, zaraz Państwo będą wiedzieć, o które chodzi, bo śniło mi się, że jechałam tramwajem numer piętnaście, a na rękach miałam dwa malusieńkie lwy. Takie rozkoszne i rozbrykane. Aż tu nagle, do tramwaju wsiada Tadeusz Mazowiecki i się pcha. Ja mu na to: panie premierze, no jak tak można, niechże się pan nie pcha, bo lwy mi pospadają. A ten pcha się dalej. No to się wkurzyłam i wypchnęłam go z tramwaju. Sen opowiedziałam, a po wyborach stało się jasne, co uczyniłam. Matka, to wtedy nie rozmawiała ze mną miesiąc. A ojciec, to patrzył jedynie, ale tak wymownie… Do dziś mu się zdarza sarknąć: a nie trzeba było premiera z tramwaju wypychać. Lwiątka ci się chciało hołubić, no to masz!

Wszystkich snów Państwu opowiadać nie mam zamiaru, ale śnił mi się Balcerowicz, z którym się kłóciłam w szkole ślusarskiej. Do kozy mnie za to wsadzili. No i zrobili tę reformę szkolnictwa. Z Leszkiem Millerem w czasie snu wynajmowałam jeden domek campingowy. Tak, ja wiem, jak to brzmi – ale mogę się jedynie wytłumaczyć, że to był taki podwójny domek, mający wspólną łazienkę. No i dlatego Leszek Miller mógł mi czerwone skarpetki frotowe podprowadzić. Czy Państwa dziwi, że wówczas SLD miało własny rząd? Jak się człowiek głębiej zastanowi, to moje sny dotyczą wielkiej nieufności do polityków wszelkich opcji, o czym może świadczyć sen z udziałem Bronisława Komorowskiego, który mi ukradł wszystkie złote pierścionki. A jak się oburzyłam na taki brak klasy, to powiedział, że jest moim ojcem (Luke, I’m your father – tego nie powiedział, przynajmniej nie był już tak bezczelnie oczywisty). Ten ostatni sen nigdy nie został wyjaśniony, bo zbyt wiele wydarzeń może stanowić jego wieszczą podstawę. Dodać należy do tego, że podszywanie się pod pawiańskiego ojca ma w tej sytuacji wymowę głębszą, ponieważ właśnie to tata kupił mi wszystkie złote pierścionki jakie mam. Zaś ojciec narodu, który uważa, że mu się coś należy… No, sami Państwo rozumieją. Tego snu wyłożyć się nie da, chociaż jest prawdziwy, nieprawdaż? Może, gdybyśmy mieszkali w takiej Szwajcarii, w której od czasów Wilhelma Tella ludzie nic, tylko dziedziczą, zaś politycy są nudni jak flaki z olejem, to sprawa byłaby łatwiejsza. Zaś w warunkach polskich interpretacja tego snu jest jako świński ogonek – zakręcona.

I tak Państwu opowiadam, bo zmierzam – zarysowując tło – do snu dzisiejszego. Otóż śniła mi się Beata Szydło, która zabrała mnie na zakupy. W tym miejscu muszę z całego serca przeprosić Pat, z którą jestem umówiona już dwa lata na kupowanie rajstop. Też mi się to wyśniło, a jak się to stało, no cóż… Pytia ma swoje prawa. Pat się już zgodziła, tylko jest pewien mały problem, bo myśmy te rajstopy kupowały po rosyjsku. A zanim wyrobimy sobie wizy i pojedziemy do Moskwy (no, bo gdzie kupić eleganckie rajstopy, jak nie tam właśnie), to ja najpierw z Beatą Szydło poszłam, może jeszcze do jakiejś galerii. Najgorsze w tym śnie było to, że premier kupowała mi sukienkę. I wybrała: po pierwsze… amarantową. No, naprawdę. Ja w amarantowej sukience, to będę wyglądać jak kurduplowaty biskup, albo hiszpańska inkwizycja dla ubogich. Naprawdę, Państwo mogą mi wierzyć – amarantowy kolor nie jest dla Pawiana. Fiołkowy, fioletowy, ciemnoróżowy, jasnoróżowy, świnkowaty, to jak najbardziej. Ale amarantowy? Ludzie, co za brak gustu i brak wyczucia pawiaństwa. Po drugie, wybrana przez Beatę Szydło sukienka miała bufki i duży, sztywny kołnierzyk. No i ja jej mówię: pani premier, mali ludzie nie mogą chodzić w kieckach z bufkami i kołnierzykiem, bo wyglądają jak kalarepka na grządce. A ta mi na to twardo: jak się nie zgodzisz na tę sukienkę, to powiem twojej sekretarce instytutowej, żeby ci żadnej delegacji nie wypisała. Ja doskonale wiem, że sekretarki z instytutów i z dziekanatu, to jest siła, ale żeby aż tak? Gorąca linia z gabinetem premiera? I konsekwencje? Żadnej delegacji? I teraz myślę, o co chodzi z tym snem. Amarantowa sukienka kupowana przez polską premier, konszachty z sekretariatem instytutu, kalarepka, delegacja. Z drugiej strony wiem, że prędzej czy później się wyjaśni. A teraz sobie jeszcze myślę: co takiego dziś się śniło Beacie Szydło? Sukienka? Pawian?

Idę spać, dobranoc. A na marginesie dodam, że wedle sennika, jak się śni komuś pawian, to ma przegwizdane, bo: „Symbol ten zwykle zapowiada choroby. Widzieć go: uważaj, bo może ci grozić niebezpieczeństwo; uciekający: z łatwością pokonasz przeciwności losu; uciekać przed nim: strzeż się pewnych osób, które tylko z pozoru wydają się być życzliwe; przyjazny: fałszywy przyjaciel”.

Ha!

Published in: on 11/22/2015 at 21:02  6 komentarzy  

… zachowaj się jak porządny człowiek, czyli: nie żałuj porcelany

10421220_10205167956664066_2236802270923644263_n

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka

Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,

Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby

Nie było przykro podnieść się i odejść;

Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,

Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,

Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć

gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki

na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy

lub świat

(Stanisław Barańczak)

 

Papa, doktor Słonimski, podobno powiedział kiedyś synowi, Antosiowi, że jak nie wiesz jak się zachować, zachowaj się jak porządny człowiek. Ostatnio miałam wykład, oczywiście o Żydach, ale gdzieś mi w jego trakcie wszedł temat tego miejsca, gdzie się znajdujemy i jedyne, co wówczas przyszło mi do głowy, to właśnie wiersz Barańczaka, że jeśli porcelana, to wyłącznie taka, której nie żal. Jeśli ściereczki, to wyłącznie takie, które mogą służyć zarówno jako węzełek, jak i bandaż. Jestem z Europy centralno-wschodniej. Tu nie wolno się przyzwyczajać. Tu nie wolno dziedziczyć. Tu nie trzeba posiadać, bo i po co? Prędzej czy później, to się zawali, to zniknie, ktoś przyjdzie i potłucze moją filiżankę z truskawkami. Babcia Marianna urodziła się przed pierwszą wojną, potem przeżyła tę polsko-bolszewicką, potem była druga, a potem komunizm. I nigdy, najpewniej nigdy, nie napiła się dobrej herbaty. Najpierw dlatego, że była za biedna, a potem dobrej herbaty po prostu nie było. Zmarła w 1988 r. i nie doczekała tego momentu, gdy zaczniemy kupować mieszczańskie filiżanki i parzyć napój, którego podstawy nie wymieciono z ładowni statków. Jak ojciec babci Marianny wrócił z wojny japońsko-rosyjskiej, to miał na sobie rozpadające się ubranie i wszy. Takie wszy ogólnoeuropejskie i azjatyckie. Takie wszy ponadnarodowe, nie elitarystyczne, nie takie, co wybrzydzają. A jak była druga wojna światowa, to babcia Marianna musiała zostawić moją mamę, Miziunię, pod stołem, bo przyszło gestapo. Miziunia miała pewnie ze trzy miesiące i leżała pod stołem w koszyku. A babcia siedziała w pierdlu i traciła zęby, które jej wybijali. Dziadek Marian, jak wrócił z partyzantki, to ważył niecałe sześćdziesiąt kilo. A miał prawie dwa metry. Potem miał gruźlicę, to chyba jasne, że umarł niedługo po Stalinie, dlatego go nie poznałam, a bardzo był chciała napić się z nim dobrej herbaty. A wam, przynajmniej niektórym, to się, kurwa, w dupach poprzewracało!

Żyjecie w Europie centralno-wschodniej. Od ćwierćwiecza dziedziczycie, ale – nie bądźcie idiotami – to wiecznie nie potrwa. Wy też jesteście uchodźcami. Chyba, że przez przypadek, wasze drzewo genealogiczne można utworzyć od czasów piastowskich, ale w takim razie, gdzie macie te kamienne posągi Swarożyca? A gdzie wasza ziemia, gdzie pasieki, łąki, krowy oraz stada koni? A gdzie wasze posiadłości? Gdzie wasze domy, serwisy i kołdry puchowe? Gdzie medaliony z włosami po jakiejś praszczurce, opuszczonej przez zabitego w powstaniu narzeczonego? A choćby… gdzie wasze beczki po kapuście? Pojedyncze przedmioty, które hołubicie, jakaś buczacka makatka, jakaś filiżanka z saskiej porcelany, są żałosnym dowodem waszego pragnienia stałości, waszej chęci osadzenia się. A tu… psińco! Europa centralno-wschodnia. Dziś wojna, jutro powstanie, pojutrze – okupacja. Wczoraj jeszcze byłeś porządnym obywatelem, a dziś jesteś zesłańcem na Sybir. Mieszkałeś we Lwowie, a dziś siedzisz we Wrocławiu, bez pierzyn z obleczeniem adamaszkowym, którym jacyś barbarzyńcy wycierają sobie właśnie buty. A twoje kryształowe szklanki potłukły się już na pierwszym postoju, gdy trzeba było biec do pociągu. Potłukły się. I chuj!

A na dodatek myślisz, że jesteś słowiańsko czysty rasowo? Polak, Polka, którzy od urodzenia mieszczą się między pazurami szponów opiekuńczego orła białego. Masz w domu czterotomowe dzieła Mickiewicza. I „Rotę” też znasz? Ty Żydzie! Syjoniści do Syjonu, a może syjoniści na Syjam? Wszystko jedno! Jak nazwą cię obcym, jak przyczepią ci łatkę, to trzeba będzie się pakować. Z paszportem w jedną stronę. Nie wiesz tego? Nikt ci tego nie powiedział? W sumie, nawet nie jest mi przykro, bo to znaczy, że się nie nauczyłeś historii swego kraju. Nie słuchałeś na moich zajęciach, nie uważałeś, uznałeś, że ci się coś należy.

Co masz? Kredyt mieszkaniowy we frankach. Tak bardzo chcesz to mieszkanie zapisać swoim dzieciom, nieprawdaż? O tak, na osiedlu z wielkiej płyty, gdzie zawsze będą mieszkać tacy sami jak ty „Kowalscy”. Równie czyści rasowo, jak ty. Wierzący, ale niepraktykujący. W niedzielę zawsze w Tesco. Psioczący na polityków, ale wyłącznie przy kawie, wyłącznie w internecie. Przy półlitrówce, na imieninach cioci Zdzisi. Ekscytujący się tym, że „chyba” dwa piętra nad tobą zamieszkali jacyś geje. Najważniejsze, że nie urządzają imprez. Gdybyś czytał „Generała Barcza”, a nie czytałeś, to też wiem, to byś sobie przypomniał rozmowę o bolszewikach, którzy żony mają wspólne. I zrozumiałbyś, że jesteś tak samo żałosny, jak tamci, fikcyjni, straszni mieszczanie. I niby wszystko w porządku, jesteś postępowy, czytasz „Politykę” oraz nabijasz się z moherów, a tu nagle zza węgła, dziecko przyprowadza ci na obiad czarnucha i mówi, że się kochają. On, ten czarnuch znaczy się, piękny jak Sindey Poitier, ty sama elegancka ja Katharine Hepburn, a twój heteroseksualny mąż, poczciwy jak Spencer Tracy, ale to nie pomaga. On jest czarny! On jest muzułmaninem! On jest gejem! Ona jest lesbijką! A ty tak dbałaś o tę porcelanę. I dywany wełniane zawsze czyściłaś ryżową szczoteczką. A twoją kochaną córeczkę, której zdjęcie od komunii masz w portfelu, chociaż jesteś niepraktykująca, rżnie jakiś czarnuch. Albo, co gorsza, rusek! Co mi przypominało historię, jak pewna pani, na lotnisko w Warszawie, gdy przyjechał zięć, przyniosła czapkę-uszankę. Bo pejsy miał. I nie chciała, żeby sąsiedzi widzieli. I żeby się nie domyślili, że jej wnuk, taki śliczniusi, tłuściutki blondynek…. jest obrzezany.

Udajemy, naprawdę udajemy, że jesteśmy w Szwajcarii i dziedziczymy od czasów Wilhelma Tella. Nagle, nie wiadomo dlaczego, przeszkadza nam inny, chociaż sami, przedwczoraj, zgubiliśmy mezuzę w trakcie przesiedlenia. Spłonął samowar po babci Rosjance, a zdjęcia dziadka z Wehrmachtu wstydliwie trzymamy w tapczanie. Uwierzyliśmy w naszą polskość, w orła, w Grunwald, w księcia Poniatowskiego, w Wandę, co nie dała Niemcom, w złoty pociąg, w przodka w legionach. I nucimy te legionowe piosenki, chociaż mamy śniadą cerę pod naskórkiem i codziennie widzimy:

przed lustrem twarz odziedziczoną

worek gdzie fermentują dawne mięsa

żądze i grzechy średniowieczne

paleolityczny głód i strach

(Zbigniew Herbert)

10420191_10205168172189454_3932940982953162567_n

Published in: on 09/09/2015 at 21:15  Dodaj komentarz  

Recenzja, czyli pięćdziesiąt ziewnięć

piecdziesiat-twarzy-greya-b-iext9947775

Nie dałabym rady, naprawdę, ziewałam jak jeż przed hibernacją, chociaż starałam się ze wszystkich sił, nawet znalazłam kopię z rosyjskimi napisami. Potraktowałam to „dzieło” w sposób naukowy, chciałam poszerzyć sobie leksykę, ale… dupa, bulba i kiełbasa, ponieważ dialogi były na poziomie serialu „Chebzie Pyntla 90 210” (przepraszam za dość hermetyczny dowcip, w zasadzie zrozumiały wyłącznie dla mieszkańców Górnego Śląska). Abstrahując od faktu, że film „Pięćdziesiąt twarzy Greya” jest zbiorem patriarchalnych fantazmatów, co chyba nie jest dla nikogo żadną nowością, chciałabym zwrócić uwagę na niezwykłe połączenie kina dla nastolatków z filmem pornograficznym.

Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów z cyklu „Zapiski na pudełku od zapałek” stworzył definicję filmu pornograficznego, którą uważam za niezwykle przydaną. Otóż, włoski powieściopisarz uważa, że z filmem pornograficznym mamy do czynienia wówczas, gdy nie zostają widzowi oszczędzone żadne zbędne szczegóły. Gdy Giulio jedzie na wieczorne figo-fago do Giulietty, to widz ma szansę zobaczyć każdą zmianę świateł w całym Rzymie. W „Pięćdziesięciu…” jest dokładnie to samo. Cała masa zbędnych szczegółów, jak na przykład mieszanie ciasta naleśnikowego czy ciągłe schodzenie po schodach głównej bohaterki, abyśmy dokładnie mogli zapamiętać jej wszystkie kreacje (w tym także falbankowo-fontaziowe, łososiowe też i jeszczcze na dodatek mieszczańskie paskudztwo).

A tak w ogóle, jeśli chodzi o te naleśniki, które bohaterka przygotowuje po upojnej nocy, to ja musiałam skonsultować się z ekspertami. Jeden, czyli Borsuk Wrocławski, mawia, że nie znosi jak mu się dziewczyna po kuchni panoszy. On zaprasza – on szykuje. A nie, że ona zaraz po figlaskach łóżkowych będzie naleśniczki robiła. Bo to jest przerażające. Oznacza, że dziewczyna wije sobie gniazdko, już jej szyją suknię z welonem, w związku z czym uciekać należy. I to szybko. Drugi ekspert powiedział, że nie wie, bo jest feministą, ale wydaje mu się, że w patriarchalnym świecie, to faceci lubią być obsługiwani. Napracował się taki biedaczek w nocy, to by coś wrzucił na ruszt. I dobrze mu z tym, że po kuchni krząta się, na dodatek w jego koszuli (tak, teraz kpię sobie w sposób jawny) kobieta.

A co do tego zaspokojenia, to nie wiem, czy Państwo zauważyli (jeśli, oczywiście, oglądali), że główna bohaterka wije się w każdej scenie łóżkowej, jak jakaś żmija, albo wij stunogi. Pierwszej nocy facet ją raz ciumknął w bark, potem dwa razy pocałował okolice bikini (a następnie dokonał szybkiego zdobycia twierdzy, która do tej pory nie była zainteresowana łóżkowymi zmaganiami), a ona się wije w spazmach. Serio? Serio? To są właśnie te patriarchalne fantazmaty. Ona zawsze się wije, sapie i jęczy. A on ciągle przerywa zębami opakowanie prezerwatyw. Panie, panie… zatrzymaj się pan. A jak pan gumkę przegryziesz, to nieszczęście z tego może być, jakieś weneryczne, albo ciężarne. Ponadto, teraz wszystkie męskie nastolatki będą twierdzić, że prawdziwy samiec i macho, to zawsze zębami te prezerwatywy atakuje. Zaś gra wstępna nie trwa dłużej niż dwa pocałunki w okolicach stringów. Bo na filmie działało. Ludzie, ludzie… Zaraz mi się przypomina pierwszy odcinek „Californication”, gdy Hank, dość dosłownie, pokazywał pewnemu kolesiowi, jak uprawia się seks oralny – to niech młodzież ogląda. I niech się uczy! „Califirnication” też nie lubię”, ale to już inna historia.

Na dodatek miało być, wedle zapewnień głównego bohatera (który, to znów oczywiste, drogi Watsonie, ma specyficzne gusta seksualne, bo miał kłopoty z mamusią, co wyznaje z jakże przewidywalnym smutkiem oraz właśnie w chwili, gdy bohaterka potrzebuje dowodów na to, że mu zależy) BDSM, a jest – bardzo mi przykro to powiedzieć – sado-maso z wyobrażeń kury domowej. Wiązanie pasami i krawatem, pejczyki, czerwony pokój, kostka lodu w pępku, krawacik na nadgarstkach oraz znów wiązanie, ale tym razem sznurkiem. A także klapsiki w pupę. O rany… niech powieściopisarka poczyta markiza de Sade, albo pójdzie na spektakl katowickiej grupy Suka Off, to może się czegoś o seksualności dowie. Brakowało na tym filmie tylko płomienia świecy i tekstu: ufasz mi? Bo, rzecz jasna, pióro pawie było. No, serio. Na łydce było. Banał goni banał. Niestety, nic lepszego być nie może, bo mamy do czynienia z romansidłem dla nastolatek (takim z cyklu Harlequin, albo powieści o hrabinach, w których niedościgłym wzorem jest Danielle Steel). Dziewczyna, jakże zwykła i przeciętna, poznaje JEGO. Bogaty, przystojny, szarmancki, tylko chce lać po pupie paskiem. A jakby mieszkał w przyczepie campingowej i śmierdział oparami z fabryki nawozów, w której pracuje już czwarte pokolenie jego rodziny, to też byłoby fajnie? Gdyby nosił flanelową koszulę w kratkę i był komputerowcem (przepraszam, jadę stereotypem)? Ten krawacik, który bohater wybiera, z jakimż pietyzmem, w pierwszej scenie, zapewnia mu, stale go otaczający nimb tajemniczości i wyrafinowania. Dodaj do tego prywatny helikopter, samochodów w trzy dupy oraz apartament w Seattle, taki, że nawet ma własne schody, a także fakt, że gość gra smutne kawałki na Steinwayu (albo Bechsteinie) i masz wówczas fantazmat nastolatek. On – trudny, skomplikowany, z przeszłością, z którą nie może sobie poradzić, ale którą rekompensują jego uroda i bogactwo. No i to, że CHYBA się zmienia pod wpływem tej jedynej. Zwyczajnej, ale niezwykłej. I ty możesz nią być. Gdy go poznasz, odkryjesz w sobie pokłady niezwykłości. A tak na marginesie, jak facet, który ma być symbolem seksu, może mieć urodę frontmana z boysbandu? Otóż… może, bo mamy do czynienia z kinem dla nastolatek. I kształtujemy ich gust wedle nudnych schematów. A nie mógłby to być Heidegger? W beretce? Arendt poleciała na beretkę, no dobra, przesadzam, chodziło o Byt. Ale, da się? Trochę wyobraźni proszę, no…

W każdym razie, zwykła dziewczyna poznaje niezwykłego. O tak… już pierwsze spotkanie ukazuje jej, że wkroczyła do innego świata (kreacje sekretarek i asystentek w kontraście z jej butami za kostkę). Ona się zmienia. Też zaczyna nosić obcisłe sukienki z suwakiem z tyłu, nawet jej majtki ulegają ewolucji – najpierw nosi, jakże sympatyczną bawełnę, by pod koniec filmu zastąpić ją tandetnymi seledynowymi koronkami. Ona się zmienia. Z prostej i naiwnej absolwentki studiów literatury angielskiej, rzygającej w dżinsowej kurteczce pod pubem, zmienia się w świadomą kobietę. Tak właśnie, wedle patriarchalnych schematów, wygląda dojrzewanie kobiety. Parę klapsów w dupę i trochę sukienek z lepszych sklepów. Pierwsze wydanie powieści Hardy’ego odeszło jak wspomnienie po błonie dziewiczej. I na cholerę jej te studia, skoro jej wiedza o życiu, o stosunkach międzyludzkich są tak naiwne jak myśli czterolatki po lekturze „Franka” Konopnickiej?

Na dodatek ona jest dziewicą, a on – oczywiście – rzuca tekstem: gdzie byłaś do tej pory? Przepraszam, że tego nie skomentuję, albo nie… A co mi tam! Za ten tekst, to należy się powieściopisarce lanie. Ale nie jakieś fiku-miku z pejczykiem, ale solidne razy kablem od żelazka. Nie popieram przemocy, ale w tym wypadku lałabym bez litości. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo tak! Bo nie znoszę fantazmatów, bo nie znoszę patriarchatu.

Kiedyś, na moim profilu facebookowym, pojechałam ironią komentując popularność tej książki i filmu. Jeden z komentarzy pod tym postem był o zaufaniu, uczuciu i przekraczaniu granic. To właśnie robi z kobiet patriarchat. Właśnie to! Że wierzą w te wszystkie brednie o pejczu na dupie powiązanym z uczuciem. Może nie jestem dobrą widzką tego filmu, bo nie przepadam za bólem: moja dentystka powiedziała, że nie mogłabym w czasie okupacji należeć do żadnej organizacji podziemnej, bo wyśpiewałabym wszystko to, co wiem i czego nie wiem, wystarczy, że pokazaliby mi strzykawkę. Ale to chyba nie ma nic do rzeczy. Ten film wzbudza we mnie obrzydzenie, takie estetyczne – poczynając od kiepskiej fabuły (jak wspomniałam wcześniej – pornograficznej), a kończąc na fantazmatach czyniących szkodę zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Na dodatek to jest taka powiastka z cyklu: jak mały Jasio wyobraża sobie BDSM. Nie znoszę braku wyobraźni. Jej brak obraża moje uczucia filologiczno-estetyczne. Te feministyczne (w tym konkretnym przypadku) też. Pomieszanie męskich (patriarchalnych) stereotypów, z wyobrażeniami nastolatek o wielkiej, fascynującej i porywającej, pochłaniającej miłości są rzygawiczne. Mogłabym zarzygać tym wszystko, tak samo, jak główna bohaterka zarzygała drogie buty Greya, swoje ciuchy i pół ulicy (ten fragment akurat mi się podobał: drogie nastolatki nie pijcie alkoholu, bo to się właśnie tak kończy).

Teraz czas się zmierzyć ze „Zmierzchem”. Tym razem idę na całość. Zamierzam oglądać z macedońskimi napisami, albo lektorem, bo – jak znam życie – to inaczej nie dam rady. Wytrzymałam, co prawda, trzydzieści odcinków tureckiej telenoweli z macedońskim lektorem, o przystojnym Onurze z branży obuwniczej (nie wiem, czy tam pracował, ale wiele scen rozgrywało się w sklepie z butami) oraz piękniej Siekierezadzie, ale nie wiem czy dam radę w przypadku amerykańskiego drewna aktorskiego. Trzymajcie za mnie kciuki.

Published in: on 05/01/2015 at 21:58  21 komentarzy  

Drżące ciała męskich korposzczurków, czyli kobiety mają lepiej

images

Dopadło mnie choróbsko. W związku z powyższym, wzięłam bety z kozety i powiedziałam, że wychodzę z korporacji papierniczej. Idę, a gdzie tam idę – wlokę się noga za nogą przez całe miasto, bo nawet w stanie przedzawałowym nie uznaję komunikacji miejskiej. Ogólnie, wicher duje jak za cara Mikołaja, najgorszy typ pogody: wiatr, mała ilość śniegu, ciemno i mróz, który niby niewielki, ale dokuczliwy. Lezę jak ostatnia łazęga, łachmyta pospolita: buciska – paskudne uggi, czapka czołgisty azteckiego, nieheteronormatywny sweterek w niebieskie jelonki, żółta puchówka. Wyglądam jak szóste dziecko stróża, na dodatek to z nieprawego łoża. Ale mi ciepło. I nagle do głowy włazi mi rysunek, który widziałam jako dziecię. Autorem rysunku był chyba Lengren. Jest zima. Stoi pani i pan. Mają na sobie stroje z lat sześćdziesiątych. Ona marzy o jego kalesonach, a on o jej czapce. Myślę sobie w tym momencie, że kalesonki nie są złe. Sama nie noszę, ale popieram. Zapalam papierosa (tak, wiem, to brzydko palić na ulicy), a mogę palić bezkarnie nawet w największy mróz, bo dostałam od siostry takie cudne rękawiczki z odpinaną górką. Jak chcesz, to masz jednopalczaki, a jak guziczek odepniesz, to masz mitenki. Sprytne, nieprawdaż? Żeby ludzkość wkładała więcej energii w takie wynalazki, to wszystkim żyłoby się lepiej i dostatniej. Jak zapalałam, to kątem oka zauważyłam dwa nieszczęsne męskie korposzczurki. Drżące ciałka. Jesionki mieli brązowe. Ach, jesionki! Któż jeszcze używa tego słowa? Pewnie wyłącznie filolożki w wieku późnobalzakowskim. Z drugiej strony, to były jesionki. W lutym, w Polsce. Jakiś quasi-włoski design, szyty gdzieś pod Myszkowem. Odpowiedni do korporacji. I odpowiedni dla korporacji. Wyobrażam sobie takich gości w Mediolanie, nawet o tej samej porze roku. Pasowaliby, ale nie w Polsce. Ludzie, zlitujcie się – oni mieli półbuty. Naprawdę, półbuty. Nota bene – czarne. Ale to akurat nic do naszej historii nie wnosi. Te korposzczurki męskie stoją pod bankiem, niedaleko mostu nad rzeką, która nie istnieje i drżą. Jeden nawet powiedział: „ale, kurwa, piździ”. Spodenki mają obcisłe i jeszcze przykrótkie, żadne kalesony, nawet takie z wytwornej wigoniowej wełenki czy kaszmiru z Kaszmiru się nie zmieszczą.

Jakem feministka, dostrzegłam opresję. Te bidniusie chłopaczyny, prekariat potencjalny, albo rzeczywisty, zatrudniony na jakichś śmieciowych warunkach, odziany w absurdalne klimatycznie wdzianka, chociaż brak rękawiczek wyglądał mi raczej na lenistwo lub fanaberię pospolitą. A gdzie jakieś ogacenia? Gdzie snopki słomiane owijające stopy? Gdzie kożuch do pięt? Gdzie walonki? Pewnie chłopaki wierzą, że od szlachty się wywodzą, a nawet jeśli nie wierzą, to jakąś absurdalną teorię pewnie ma ich szef, albo szef ich szefa. A może wierzą w to, że jak cię widzą, tak cię piszą? A może inaczej być nie może?

Ich koleżanki, kobiece korposzczurki, mają ciepłe rajstopy, wełniane spódnice, kurtki puchowe i czapeczki wdzięczne – mogą być nawet ze sztucznego futerka. A tym chłopakom wiatr lutowy plerezy rozwiewa, nawet nie w sposób artystyczny, ale taki żałośnie biedny. Ja już nie mówię o takich abnegatach i anarchistach jak ja, takich, którym nikt niczego nie może nakazać i zakazać. I całe życie będą chodzić w sweterku w jelonki z miną: „pocałujcie mnie wszyscy tam, gdzie pan może pana majstra w dupę pocałować”, ale jakimś wstrętem i współczuciem jednoczesnym napawają mnie te jesionki, półbuty i gołe głowy, gdy w tym samym czasie korpokobiety mogą bezkarnie nosić grube majciory do kolan i szaliki wełniane. A te chłopaczny mają jedynie jakieś takie rozkoszne fontazie, które w żadne sposób nie przesłonią im krawacika, wyłaniającego się na cherlawej piersi spomiędzy klap marynareczki, bo płaszczyk musowo rozpięty jest. Zatulony, ale rozpięty. Taka fantazja, taki sznyt czy taki mus?

Widziałam dziś jedną, naprawdę JEDNĄ, kobietę w przezroczystych rajstopach, która wyglądała tak, jakby zgubiła sporą część garderoby. Jakąś nieszczęśnicę bez mózgu, która nie dba o nerki i jajniki. Ale naprawdę, jedna kobieta na całe miasto. Państwo mi powiedzą: „co to za miasto, raptem niewiele ponad 300 tysięcy mieszkańców”. Może i tak, pewnie takich wyrozbieranych do bielizny, to w stolicy bym znalazła znacznie więcej. U nas, na prowincji, liczą się barchany, czyste okna i takież sumienie. Barchany owszem, ale jedynie żeńskie, zaś biedne korposzczurki nigdy się rozmnażać nie będą – z powodu zamarzniętych plemników, a po uchwalonej dziś konwencji, to nie tylko już koniec cywilizacji białego człowieka oraz polskości i orła białego, ale też permanentna rozpacz i trwoga. Na dodatek zimno.

Wiecie co, drodzy Państwo? Chyba się starzeję. Jednak nie doczekacie się frazy, że za moich czasów było inaczej, bo za moich czasów wszyscy chodziliśmy wyrozbierami równo. A czapek to nigdy nikt nie nosił, tyko starcy w moim wieku opowiadali nam, że jak już osiągniemy wiek męski, wtedy z rozkoszą będziemy uszanki zakładać na łapetyny. W sumie, rację mieli. Królestwo za uszankę i grube majty.

Dobranoc, idę chorować. Pod pierzynę! A co…

Published in: on 02/06/2015 at 23:41  6 komentarzy  

Alternatywy 4 nieustannie, czyli absurdy z okopów

images

Czytam sobie artykuł na portalu „Deon”, a tam cytat: „Organizowane w całym kraju, w ostatni wieczór października Noce Świętych cieszą się coraz większą popularnością. Według duchownych, są nie tylko alternatywą dla Halloween…”. A dlaczego muszą być alternatywą, dlaczego znów trzeba się okopywać w twierdzy „Albo-albo”. Żeby było jasne, Za Halloween nie przepadam, szczególnie za tą częścią z dziećmi ganiającymi po blokowisku w poszukiwaniu cukierków. Czym innym jest dzielnica domków jednorodzinnych w USA, gdzie wszyscy się znają, gdzie rodzice latają wokół swych pociech, też przebrani, a czym innym wyprawa do zawsze pijanego sąsiada z czwartego piętra. W małych miasteczkach i wsiach, proszę sobie latać do północy. Wtedy to bym może nawet jakieś słodycze kupiła i rozdawała, niech się dzieciaki cieszą. A jak ludzie chcą, to niech mają „Noc świętych”. Też ładna inicjatywa. Mogłaby przypomnieć wszystkich tych świętych, którzy nieobecni, gdzieś tam zmarginalizowani przez pochód dziejów. Sama bym mogła opowiedzieć na pobliskim skwerku historię świętego Nauma Ochrydzkiego, albo świętej Petki, a że (nie chwaląc się) opowiadam całkiem składnie, myślę, że staruszki z mojej dzielnicy byłyby głęboko zbudowane taką fabułą.

Dlaczego musi być alternatywa? Nawet w kwestii świętowania? Oczywiście, zajmowanie przestrzeni symbolicznej jest ważne. Jednak, jeśli ktoś myśli, że w dzisiejszych czasach da się zapanować nad gromadą, niepodzielnie sprawować rząd dusz – to się myli. Jedyne, co się wydarzy, to kolejne okopy, w jednych będą stali ci z dyniami, w drugich – ci z atrybutami świętych. Nota bene, gdyby zacząć od samego początku, jedni i drudzy, tak samo śmieszni. Szukający, tak samo, jak ich jaskiniowi przodkowie sensu w śmierci, zabezpieczający się przed niepewną przyszłością. Halloween równie pochodzi od najeźdźców kulturowych, jak i ci święci. Mówienie o własnej tradycji, gdy się stoi w szatach biskupich np. takiego Cyryla z Aleksandrii, jest naprawdę śmieszne. A ponadto żałosne to jest. Trzeba stworzyć alternatywę dla Halloween? A po co? Bo ktoś czuje się zagrożony? Bo musi pokazać, że jego święto lepsze? Ludzie, zaraz mi się przypominają dwie procesje ze świętym Antonim (opisywane przez Axela Munthe), które kłóciły się, czyj święty Antoni jest lepszy i który z nich daje więcej łask lokalnym społecznościom. Co z kolei mnie prowadzi, do jakże modnych ostatnio kalendarzy adwentowych – pomysł stosunkowo świeży, pochodzi z XIX w. a wymyślili go niemieccy luteranie. I co teraz?

Stoimy na grobach naszych przodków. Nie posunę się do stwierdzenia, że jesteśmy karłami stojącymi na ramionach gigantów. Jednak stoimy, brodzimy po szyje w kościach. Jedne z nich należą do Słowian, inne do Ormian, Tatarów, Żydów, a wybierzcie sobie, co chcecie. Do wyboru, do koloru, do religii, do obyczaju. Gdzieś tam, na samym końcu tego pochodu wyłania się mój przodek padlinożerca, któremu pewnie pod czaszką też dymiło i kwiatki na kościach układał, bo go przerażał fakt śmierci, jej nieuchronność. Wierzył (kiepsko, bo mu się synapsy dopiero układały – pozwólcie Państwo na taki żarcik), że tak nie może przecież być. Że musi być coś więcej. A teraz alternatywa, święty Hieronim dobrze, dynia – źle. A święty Eustachy z dynią pod pachą? Przeminiemy, przeminiecie, a kiedyś, te rytuały religijne też będą równie martwe jak ta dynia. Umrą jak umarł Zeus, jak umarła Izyda. Pojawią się, w jakiejś wykoślawionej postaci, o której nie będziecie (nie będę) mieć pojęcia. Bo będę martwa jak papuga ze skeczu Monthy Pytona. Wy też będziecie martwi. Czasu jest mało. A teraz nie szkoda czasu i atłasu na popierdółki związane z tworzeniem alternatywy? Niech każdy świętuje wedle własnego uznania. Jest tyle tradycji do wyboru, tyle kultur, z których każda w jakiś sposób radziła sobie z własną śmiertelnością, z własnym strachem. Rozumiem, że tu i teraz jest ważne, że zdobycie rządu dusz jest priorytetem, ale… umrzecie jak Kenny McCormick w serialu „South Park”. Nieodwołalnie. To nas wszystkich łączy. Mnie tam szkoda czasu na tworzenie alternatywnych porządków. Bo umieram… Po prostu. Tak jak i ty.

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,20409,noc-swietych-alternatywa-dla-halloween.html

Published in: on 11/02/2014 at 11:41  15 komentarzy  

Moje czy twoje, czyli: kto za to zapłaci?

574896_DJI01062_4

W Sosnowcu spalił się dach katedry. Zniszczone zostały freski Włodzimierza Tetmajera i Henryka Uziembły. Okazuje się, że odbudowę sfinansuje województwo śląskie. No tak, w końcu zabytek uległ zniszczeniu, ale… jednak mam kilka pytań. Wszystkie są niewygodne.

Po pierwsze, nikt nie mówi o ubezpieczycielu tej budowli. Ja bym chciała wiedzieć, na ile i od czego katedra była ubezpieczona. A może nie była? Nie wiem, może była. Czy w takim razie hipotetyczny ubezpieczyciel uzna, że instalacja elektryczna była dobrze założona oraz kontrolowana i wypłaci? Czy były czujniki dymu na drewnianym dachu? To kilka pytań, które jakoś mi przychodzą od razu do głowy. Zanim dowiedzieliśmy się o tym, że budowla jest / nie jest ubezpieczona, województwo już deklaruje pieniądze. A może one w ogóle nie są potrzebne?

Drugie pytanie jest bardziej rozbudowane. Pozwólcie Państwo, że opowiem kilka historyjek. Chciałam wejść kiedyś do kolegiaty św. Marcina w Opatowie, żeby zobaczyć słynny „Lament opatowski”. Nie weszłam, bo świątynia była zamknięta. Spotkany kościelny rzekł, że zamknięta, bo „jacyś kradną mikrofony”. W czasie mszy zwiedzać, jak wiemy, nie wolno. I słusznie, bo nie mam ochoty niegrzecznie przeszkadzać ludziom w uczestnictwie w ich kulcie religijnym. To kiedy mogę wejść do kościoła? Jeśli nawet nie kradnę mikrofonów? Żeby zobaczyć konstruktywistyczne wnętrze kościoła św. Kazimierza w Katowicach musiałam iść na mszę i po niej, dość szybko, zwiedzić, bo już światła gasili i wszystko zamykali. No, dobrze, rozumiem, że kościoły nie są moje, nawet te zabytkowe. W porządku. Niech będzie, ale w takim razie, dlaczego z moich podatków ma iść cokolwiek na ich odnawianie, skoro mnie się tam nie wpuszcza?

Nauczona doświadczeniem, że mnie nie chcą w kościele, rżnęłam głupa w Strzelnie. Moja opowieść – tak, kłamałam, bo chciałam kolumny zobaczyć – o papieżu-Polaku tak wzruszyła kościelnego, że wpuścił nas do zakrystii, stamtąd do nieczynnego muzeum, a potem dał Łasicowi ustawiać piętnastowieczną Madonnę żeby ten mógł sobie ją ustawić w świetle padającym z okna (chodziło o fotografię). Ja nawijałam o upadku obyczajów i papieżu naszym (którego nota bene nie znoszę serdecznie), a Łasic fotografował, co chciał. Co tylko udowadnia, że wejdziesz, gdzie chcesz, Madonnę z okresu miękkiego dotkniesz brudną łapą, bylebyś tylko człowieku odpowiednie wartości wyznawał. Reszta kradnie mikrofony. Olać samą łapę, chciałam sprawdzić, co będzie mi wolno. Do dziś się z tym fatalnie czuję, że dotknęłam jej stopy. Bo jeśli przeniosłam jakieś bakterie? Ile osób jej dotyka? Mogłam ogień podłożyć, bo łaziłam tam, gdzie wolno nie było, ale byłam jedną ze swoich. Mikrofonów nie ukradłam, ale podpalić mogłam – tak się dba o zabytki religijne w Polsce.

Mojej matce pewna urocza norbertanka z Imbramowic się chwaliła, że mają obraz Madonna w girlandzie, którego autorem jest Jan Brueghel Starszy. Oczywiście zobaczyć nie można, bo tylko dla siostrzyczek. Fajnie? Ależ jasne, że fajnie, bo to ich, a nie moje, ani nie mojej matki. W sumie, jak to nie moje. Moi przodkowie byli chłopami pańszczyźnianymi, dziesięcinę płacili na Kościół. Nota bene, część mojej rodziny pochodzi z tzw. wsi klasztornych. Jak więc „nie moje”?

Oczkiem na obraz nie rzucisz, bo mają schowane. Czasem do muzeum udostępniają, wtedy człowieku możesz popatrzeć. Jeśli nie mogę zobaczyć, jeśli to nie moje, to dlaczego mam płacić? Nikt wam nie każe płacić za moją kolekcję mało znanych świętych z całego świata (trzymam w pudełku po butach: Armani, kolekcja dziecięca), to wy mi nie każcie płacić za wasze skarby, w waszych pudełkach po butach poupychane.

Następne moje pytanie brzmi więc tak: jeśli nie chcecie, żebym wchodziła do zabytkowych świątyń, to się odpieprzcie od mojej kasiory. Ja w takim razie chcę odrestaurowania starego dworca w Katowicach. Stamtąd przynajmniej nikt mnie nie wyrzuci, bo z Mariackiego w Krakowie już to zrobili. Siedziałam sobie grzecznie na ławeczce, myślałam o różnych rzeczach, aż tu nagle pojawiła się zakonnica, która zapytała czy zostaję na mszy. Gdy zaprzeczyłam, kazała wyjść. I to dość kategorycznie. No to wyszłam. Wygonili mnie jak psa, z jednej z moich świątyń narodowych. A moją kasę chcą? Pecunia non olet? Ustalmy w związku z tym zasady: wasze kościoły, moja kasiora. Ja decyduję, że wam jej nie chcę dać. Nie mogę oglądać zabytków sakralnych, to egoistycznie mówię, że nie chcę ich finansować. Ktoś powie, że to podłe? Że to dla przyszłych pokoleń? Jakich przyszłych pokoleń? Po pierwsze: tych wierzących. Po drugie: nie macie najczęściej pojęcia, co macie, bo wasz kościelny, za opowieści o pielgrzymkach i cudach papieskich pozwoli wam pewnie nawet zdrapać polichromię z rzeźby. Ale mikrofony całe. Nikt nie ukradnie.

Kolejne pytanie wiąże się z uwagą księdza Rydzyka o tym, że jego, jako katolika, nie obowiązuje prawo. Ano, skoro nie obowiązuje, to se sami dach odbudowujcie i freski Tetmajera odnawiajcie. Dlaczego Kościół, który ustami jednego ze swych luminarzy głosi, że prawo ma w dupie (a nie jest to jedyny przypadek, gdy nie tylko to głosi, ale i pokazuje, że właśnie tak jest) chce od państwa, którego prawa nie uznaje – kasy? Ej… bez relatywizmu proszę. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5:33-37). No, to ja tyle chciałam dziś powiedzieć.

Zdjęcie pochodzi z: http://katowice.gosc.pl/gal/pokaz/2223123.Spalona-katedra-zdjecia-z-drona-cz-1/4

Published in: on 10/30/2014 at 15:22  8 komentarzy  

Tekst sponsorowany, czyli płaszczyk cz. 2

Przechwytywanie

To moja dłoń

to linia życia

dobiega tu

tu się urywa

Nad łóżkiem wisiał święty obraz – jak to w porządnym polskim domu. Ale nie był to żaden, jakże popularny, wizerunek Chrystusa z gorejącym sercem, ale coś dziwnego. Żydówka wisiała, święta Żydówka, stereotypowa taka. Maryja była na tymże obrazie dość egzotyczną brunetką, zaś Jezusek – no wyobraźcie sobie – był rudy i miał kręcone włoski. Ewidentnie by nie przeżyli wojny – bo wyglądali tak, że każdy szmalcownik od razu wepchnąłby ich w bramę. Nie doszliby nawet do przystanku tramwajowego. Dziś już mnie to nie dziwi, nawet sobie myślę, że co miało wisieć w moim domu, jak nie to właśnie. W wieku czterech lat dostałam inny obrazek, z Maryją przydeptującą węża, stojącą na globie ziemskim. Niebieska sukienka, włoski blond, rączki rozłożone bezradnie, bladawa skóra z rumieńcami na policzkach. Nieprawdziwa taka, nie moja. Ta wisząca nad łóżkiem była taka zwyczajna. Płakała – tak samo jak moja mama. Myślałam sobie, że pewnie Jezusek znów choruje i ona dlatego płacze. Jezusek miał czerwone policzki – owszem – pewnie miał gorączkę. Maryja trzymała go za rączkę, łza spływała jej po śniadej twarzy, wypływała z kącika ciemnego oka, a prześcieradło mieli w paski, słoma spod niego wyłaziła. Tamtą drugą zamknęłam w książeczce do nabożeństwa i nie chciałam na nią patrzyć – bo nie miała żadnej ciekawej historii do opowiedzenia – stała i patrzyła, a stać i patrzeć to każdy głupi potrafi. Babcia chciała, żeby ten obraz ze ściany dostała, w razie „jakby co”, ciocia B. Tak się właśnie stało. Obraz wisi u cioci B., a ja sobie myślę, że w razie „jakby co”, to ma on wrócić do mnie. Po co? Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak właśnie ma być. Nie przywiązuje się do rzeczy, nie chomikuję, potrafię w pięć minut wynieść z domu, bo komuś bardziej potrzebne, bo mu się przyda, a ja sobie poradzę. Jednak ten obraz – jest mój. Niech ona płacze nad moim łóżkiem, niech on nad nim choruje. A gruba („złota”) rama też mi nie przeszkadza. Gdybym przełożyła w jakąś antyramę wszystko straciłoby sens.

na szyi mam

medalik z lontem

oglądam swoją dłoń

to linia frontu

Żeby nie było, jest jeszcze jeden obraz. Namalowany chyba w czasie wojny przez jakiegoś Niemca. Ewidentnie nie wyszedł mu daszek góralskiej chałupki, ale chłopina chyba wiedział, co to był impresjonizm. Choineczki, droga prowadząca a nicość, szczyt górski w chmurach. Raczej Tatry niż Alpy. Jelenia brak. Nawet niedźwiedzia nie ma – nie postarał się malarz, albo umiał namalować wyłącznie kotka z tyłu, zaś to do pejzażu górskiego ewidentnie nie pasowało. Siedziałam kiedyś w domu rodziców i próbowałam pisać książkę, a ona za cholerę się nie dawała napisać. Nagle zaczęłam chichotać, bo znad tego stołu patrzyła na mnie przeszłość. Kalendarz „National Geographic” oferował zmęczone i mądre spojrzenie goryla, a obok był ten niemiecki obraz. Wydało mi się to tak zabawne, że nie mogłam przestać się śmiać. Goryl i wojenny kicz. Złotko z ramy schodziło, ale nadal błyszczało, co miało robić. Goryl patrzy mi w oczy i pytał: kim jesteś, skąd przyszłaś, dokąd idziesz. Każdy dostaje takie „quo vadis”, na jakie zasługuje. Książkę napisałam, też pomogło mi dziedzictwo. Usiadłam na miedzy i bezradnie wpatrywałam się w zapadający mrok – a potem dotarło do mnie, że żaden mrok, łuna czerwona zaczęła się pojawiać. I wtedy wiedziałam, że muszę zacząć od Nowej Huty. Stukając w klawiaturę zdałam sobie sprawę, że za paznokciami mam pełno małopolskiej gliny. Obraz na ścianie przestał przeszkadzać, wszystko się ułożyło.

w piżamie mam

na małej kartce

tych kilka słów

gdy ktoś mnie znajdzie

Mam biały obrus. Z wyhaftowanymi inicjałami „EK”. Już pierwszy z nim kontakt był związany z niesamowitym dziecięcym zdziwieniem. Skąd to „K” – podejrzane „K” na adamaszkowym obrusie. Dlaczego nikt nie wypruł? Hmm… Obrus był, pewnie leżał w tym domu, do którego babcia się wprowadziła, ale wyprucie inicjałów byłoby chamstwem – jak ją znam, to tak właśnie myślała. Proszę sobie wyobrazić Edeltraud Knopf (musiałam ją jakoś nazwać), matkę czworga dzieci, która bezradnie pakuje różne rzeczy i zostawia ten obrus. Otwarte walichy, krzątanina paniczna, stłukła się karafka po babci Knopf, kieliszków nie bierzemy, słychać już z daleka organy Stalina. Ja mogłabym oddać ten obrus potomkom Edeltraud Knopf. Jest niezniszczony. I nie jest mój. Uważam, że tak byłoby w porządku. Nawet trochę jakby pali moją szufladę. Leży w niej i jakbym skubańca nie złożyła, wyłazi to „EK”. Edeltraud, przestań. Przestań się panoszyć w szufladzie z moimi obrusami. Na wszystkich mam monogramy – „MP”, „MC”, „MS”, wcześniejszych brak, być może ktoś ich używa, gdzieś tam… Te inicjały podkreślają linię żeńską, wskazują na gniazdo, na zasiedzenie, zacróczenie. A w tym wszystkim ta Edeltraud. No dobra, chichot historii, mam twój obrus, chociaż nie powinnam i chociaż z pewnością tego nie chciałaś. A bierz ten obrus, cholera jasna. Stawiaj na nim półmiski z kiełbasą i kapustą. Śpiewaj przy nim „Heilige Nacht”, dziel się opłatkiem, opłakuj zmarłych na stypie, nie wiem, co jeszcze można robić przy białym adamaszkowym obrusie. Weź go sobie, droga Edeltraud. Ja doskonale wiem, że ty już nie żyjesz. Naprawdę mi przykro, jeśli zostałaś zgwałcona, naprawdę mi przykro, jeśli w tej zawierusze straciłaś cały swój porządny i mieszczański dorobek życia. Dlatego mam właśnie ten jeden obrus, właśnie dlatego. Tę ironię losu, którą mogliby twoi potomkowie i potomkinie traktować, jako coś ważnego, jako własną przeszłość. Bierz ten obrus, po dobroci mówię.

No dobrze, nie weźmiesz go. Wiem, on ma mi przypominać różne rzeczy: jak szybko wychodzi się z domu, jak zabawna jest historia, jak parszywa jest historia. Jestem z Europy Wschodniej i mam płaszczyk z dziurawymi kieszonkami. A wszystko, co w nich jest i tak nie należy do mnie.

Może dlatego chcę mieć ten obraz z Maryją-Żydówką?

Published in: on 08/24/2014 at 14:30  19 komentarzy  

Smutne skutki picia drinków „tequila sunrise” z agentem nieruchomości, czyli talent i znajomości

tequila_sunrise

Dużo się obecnie mówi o roszczeniowej postawie młodzieży. Nie wiem, nie znam się, ale opowiem Państwu coś, co z pewnością nie jest jakimkolwiek dowodem. A było to tak… Mam przyjaciela, Filuś ma na imię, podobnie jak ja robi w starych papierach. Od czasu do czasu chadzamy z Filusiem na piwko i gadamy o starych papierach i o rzeczach innych.. I zawsze chcemy być grzeczni, ale nam nie wychodzi, jak na przykład wtedy, gdy piliśmy cytrynówkę i spotkaliśmy Japończyka z firmy budowlanej, z którym zmuszona byłam rozmawiać po niemiecku. Już Państwo wiedzą, że życie specjalistów od starych papierów jest pełne zasadzek i niespodziewanych zwrotów akcji.

Ostatnio poszliśmy na piwo, w „Małym Kredensie” wypiliśmy po dwa, a następnie, jako że jesteśmy oboje dość zapracowani, postanowiliśmy skończyć ten uroczy wieczór. Gdy się odprowadzaliśmy do domu, nagle… Zagrzmiało, błysnęło i zaczęło lać. A my, jakże niebacznie, wpadliśmy w pierwsze otwarte drzwi. Jak się Państwo domyślają, była to jaskinia rozpusty zwana pubem, a że deszcz padał i padał, zaś żadnej arki nie było, zaczęliśmy pić drink zwany „tequila sunrise”. Po kilku minutach usłyszeliśmy męski głos z boku:

– A pan to patrzy z taką miłością na Panią…

My: eeeeee… Zabrzmiało dość pospolicie, nieprawdaż? W związku z czym szybko się zreflektowaliśmy i szybko odrzekliśmy, że i owszem, już dwadzieścia lat właśnie tak jest. Chłopię w garniturze (przykrótkie spodnie i nie chcę być złośliwa, ale był to poliester), rozsiadło się obok  nas, i już pewne siebie, zaczęło perorować:

– To znaczy, że mają Państwo też udane życie seksualne?

My: My razem? Nie!

– Och – westchnęło, a następnie to doświadczone życiowo chłopię rzuciło, jakże błyskotliwą uwagę, że nie wierzy w przyjaźń damsko-męską, bo zawsze jedna ze stron czegoś chce, a następnie przywołało dość władczo swego kumpla.

Zgodziliśmy się, a jakże, wysuwając jako argument fakt, że Filuś chce moje pełne wydanie dzieł Wyspiańskiego, co niestety nie zostało przyjęte z pełnym zrozumieniem, ale nie drążyliśmy tematu dalej wiedząc, że autor „Nocy Listopadowej” jest kontrowersyjnym pisarzem.

Zarysowawszy Państwu sytuację dojdę do tego, co mnie naprawdę zainteresowało. Przez jakiś czas rozmawialiśmy o pracy, bo o czym mieliśmy rozmawiać, o Wyspiańskim się przecież nie udało. Jedno z chłopiąt stwierdziło, że wszędzie jest jedna banda, że życie jest niesprawiedliwe, dlatego pracy nie można dostać bez układów.

Wówczas zapytałam jaki układ wiąże go z firmą deweloperską (czy czymś tam), w której właśnie pracuje. Odrzekł, że żaden, bo dostał pracę składając CV, ale on chciał do radia i się nie dostał. Czy jeśli powiem Państwu, że on się lekko jąkał, to Państwo mi uwierzą? No ja wiem, wiem, ale właśnie tak było. Pełni franciszkańskich uczuć (znaczy ja i Filuś) namawialiśmy pana na wizytę u logopedy, albo psychologa, ale rzekł, że im nie wierzy. Cóż było robić? Filus poszedł zapalić, a ja zajęłam się edukacją. Gdy tłumaczyłam, że człowiek, który nie ma żadnego wykształcenia czy doświadczenia w danym fachu zawsze przegrywa z tymi, którzy coś już mają, to rzekł, że w taki sposób przegapia się talenty. Zapytałam go, kogo – jako pracodawca – by zatrudnił na stanowisko korektorki? Dziewczynę po polonistyce czy po architekturze krajobrazu. Rzekł, że to nie ma znaczenia, bo pierwsza może być tumanem, zaś druga – mieć talent językowy. Zgodziłam się z nim, wskazując na fakt, że rozmowa w sprawie pracy nie polega na przeglądaniu dyplomów, ale – przy dużej ilości kandydatów – trzeba przyjąć jakieś kryterium początkowe. Tu młodzian przerwał mi, a w zasadzie przerwał po raz kolejny, bo jakoś nikt go nie nauczył jak prowadzi się rozmowę, że właśnie w taki sposób traci się talenty.

Zapytałam go już dość bezczelnie: jaki procent ludzi uważa za wybitnie utalentowanych, a jaki procent wedle niego to ludzie, którzy ciężką pracą coś osiągnęli, odrzekł: praca… praca… bez znajomości jesteś przecież nikim. Po wygranym przez siebie sporze, młodzian powiedział, że skoro pracuję na uczelni, to nie powinnam ściemniać, tylko się przyznać, kto i jak mi pomógł w karierze.

A potem… a potem to już Państwu dalej nie opowiem, bo zaczyna się nieprzyzwoicie. W tle znalazły się słowa: „a ty przecież jesteś z budżetówki, pozwól więc, że postawię ci kolejnego drinka”, a potem nastąpiło dość protekcjonalne położenie jednej dłoni na drugiej (znaczy męskiej na małpią). No i wpadłam w furię, ale tym razem (co nieczęsto mi się zdarza) w furię kontrolowaną. W ciągu siedmiu minut wyjaśniłam co i jak – byłam niemiła, co chyba nikogo nie dziwi – a następnie zatuliłam się w sweterek, szal, wzięłam Filusia pod ramię i odpłynęliśmy w siną dal, desperując: „cholera, cholera, a miało być tak przyjemnie”.

Myślę sobie dość złośliwie, że jeśli młodzian będzie chciał w przyszłości postawić drinka starszej od siebie filolożce, to musi liczyć na układy i znajomości, bo talentu, zaiste, do tego nie ma.

Published in: on 08/21/2014 at 10:50  5 komentarzy