Łopatka do węgla oraz zwłoki, czyli opowieść quasi-gotycka

Zmierzch – wielka armia nocy o tysiącach niewidzialnych kolumn i miliardach żołnierzy. Potężna armia, która od niepamiętnych czasów pasuje się ze światłem, pierzcha każdego poranku, zwycięża każdego wieczora, panuje od zachodu do wschodu słońca, a w dzień, rozbita, chowa się po kryjówkach i czeka. Czeka w górskich przepaściach i miejskich piwnicach, w gąszczu lasu i w głębi ciemnych jezior. Czeka kryjąc się w przedwiecznych jaskiniach ziemi, w kopalniach, po rowach, w kątach domów, w załamkach murów.

(Bolesław Prus)

Historia jest smutna wielce, ale nie brakuje w niej akcentów absurdalnych, groteskowych oraz chamsko humorystycznych.

Była godzina 22.19. Wcześniej, rzecz jasna być nie mogło, bo opowieść nie byłaby gotycką. Pawian siedział, piwko stało na stole, wokół były porozrzucane stare papiery, notatki, długopisy, żółte karteczki samoprzylepne i inne akcesoria fificzne. Nagle zadzwonił telefon. Znajoma Starsza Pani (dalej SP) roztrzęsionym głosem objawiła, że jej osiemnastoletni kot najprawdopodobniej nie żyje. SP ma chore serce i kiepsko widzi, ponadto jest niesamowicie egzaltowana, dlatego trzeba było coś zrobić. Ani stan jej zdrowia, ani przymioty charakteru nie miały właściwie żadnego znaczenia, bo umarł jej kot, a w takich sytuacjach tylko najgorsze gnidy wzruszają ramionami. Pawian przepasał swe lędźwie, wziął spod pieca łopatkę do węgla i ruszył w mrok. Była zimna niedzielna noc. Łopatka dzierżona w łapie przez naszego bohatera była jedynym orężem przeciw czającemu się wszędzie miejskiemu złu, które wyciągało zewsząd swe drapieżne macki.

Przed jedenastą Pawian dotarł na miejsce. Cadaver leżał na różowym kocyku. Gdyby to było stosowne, można by rzec, że był sztywny jak koci ogon. SP polewała trupka wodą – w celu ocucenia go z omdlenia. Pawian zauważył pryncypialnie, że jak ktoś mdleje, to jest wiotki, a nie sztywny. I zaczął pakować kota w kocyk. Przykro mu było i smutno, bo kot był miły, delikatny a także grzeczny. Gdy zwłoki zostały zapakowane SP stwierdziła, że będzie uczestniczyć w pochówku. Z tej okazji założyła biały płaszczyk i takież spodnie. Pawian zmęczonym głosem zapytał, czy to pierwsza komunia, czy procesja z okazji Bożego Ciała? Na zdziwienie SP dodał, że idziemy kopać grób, w związku z czym białe spodnie są głupie. SP powiedziała, że nie ma ciemnego odzienia, bo w nim źle wygląda. Pawian wzruszył ramionami, bo co mu pozostało.  Ekipa grabarzy wyszła przed blok, w którym mieszkał nieboszczyk. SP złapała łopatkę do węgla, wpadła na pobliski trawnik i scenicznym szeptem objawiła: Kop tu…

Pawian miał ochotę spacyfikować babinę łopatką, ale stwierdził, że wykopywanie jednej mogiły wystarczy i zabrał SP narzędzie. A ona zaczęła się miotać niby w tańcu św. Wita i co chwila wskazywała na kolejne miejsce z okrzykiem: Kop tu… Pawian czuł się jak pomocnik pirata chorego na Alzheimera. Spokojnie, aczkolwiek stanowczo wyjaśnił SP, że sam wybierze miejsce na mogiłę. Przy wejściu do pobliskiego lasku SP stanęła dęba, a potem zaparła się kopytkami i objawiła, że tam nie możemy iść, bowiem jest niebezpiecznie. Za pomocą przyjacielskich kopniaków i argumentów motywujących, Pawian kierował rozwojem sytuacji. W końcu nasz bohater (taszcząc w jednej ręce zwłoki zawinięte w różowy kocyk, drugą zaś ciągnąc kobietę w bieli) znalazł ładne drzewo na skarpie, dość daleko od ścieżki, gdzie ziemia była miękka. SP stała na ścieżce i scenicznym szeptem nawijała: kop ciszej, ktoś idzie… Co zrobimy jak przyjdzie straż miejska? Albo policja? Czy wolno w tym lesie zakopywać koty? A może wolno na cmentarzu?

A Pawian kopał. Gdyby okoliczności były inne, to nasz bohater czułby się jak w powieści z XIX w. Niestety słowotok SP, który należy przypisać histerii po stracie przyjaciela, przypominał raczej absurd spod znaku Monty Pythona. Na ściółce leżał różowy kocyk ze smutną zawartością, a nasz bohater czuł się niby fabrykantka aniołków. Po czterdziestu minutach kopania i wygrzebywania ziemi mogiłka była gotowa. SP ze ścieżki zapytała: Czy teraz się pomodlimy?

Pawiana szlag trafił: A kot był wierzący?

…………..

Po kolejnej godzinie Pawian (we własnej łazience) czyścił z gliny łopatkę do węgla. Czy SP przeżyła, czy też została zakopana obok swego kotka? O tym wie tylko nietoperz, który akurat przelatywał nad tamtym laskiem.

PS. Gotycyzmu jednak w tej opowieści nie było zbyt wiele, ale… tytuł jest zachęcający. Nieprawdaż?

Reklamy