Pischinger i kawunia czyli poranne lenistwo galicyjskie

IMAG0480To też jest Kraków – rzekła złośliwa małpa.

Po czym poznaje się Wenecjankę i Wenecjanina w vaporetto? Po tym, że czytają gazetę, a cały tramwaj wodny robi zdjęcia i mruczy z ukontentowaniem: mmmmm…. w każdej możliwej sekundzie, albo wydaje z siebie frenetyczne piski. Po czym poznać Pawiana w Krakowie? Ma zaciętą minę, przebiera nogasami omijając szlaki turystyczne i z lekkim zniecierpliwieniem, aczkolwiek bez ostentacji pozwala się zaczepiać turystom, by cykać im słitaśne foteczki z tego beautiful miasta i robi to tak, żeby było charming. Ostatnie kilka zdań zabrzmiało nieco ksenofobicznie, ale Pawian wcale taki nie jest, naprawdę. Bardzo się cieszy, że mamy Kraków, że możemy go pokazać, ale z właściwym sobie śląskim (nabytym przez lata i uznanym już nawet przez RAŚ) pragmatyzmem dodaje, że może więcej wody oraz mydła, a mniej swojskiego klimaciku. Otóż właśnie, chyba chodzi o ten klimacik, jakże szczodrze rozdawany w telewizji przez np. Mazana i Makłowicza. Takich, którzy natchnionym szeptem przypominają świetne, ach – prześwietne – czasy panowania NAJJAŚNIEJSZEGO PANA (Franciszka Józefa), od którego kupowali tytuły, a potem z dumą zwali się galicyjskimi hrabiami. Widoczny w oblizywanej przez kucharza M. łyżce i pakowanej z powrotem do gara: a sam se to żryj, ty flejo… Widoczny na Floriańskiej w postaci żołnierza w mundurze (okupacyjnej) armii austriackiej, który nagabuje przechodniów, żeby weszli do lokalu, jakże mocno związanego z CESARZEM. Pogięło ich? Pogięło? To tak, jakby po naszym Bytomiu (Beuthn) kelnerów wystylizować na chłopców z Freikorpsu. I jest się za co czepiać tego nieszczęsnego Twardocha? To jego bili Niemcy czy Rokitę i Protasiewicza? Kto przynosi wstyd naszej ziemi, tej ziemi… Ależ wylazła ze mnie zakamuflowana opcja, taka całą gębą.  

Pischinger i kawunia na plantach, wyprasowany przez oberkelnera „Czas” w dłoni, a co rano zarękawki w urzędzie oraz wiara w to, że mieszka się metropolii. W tym sielskim obrazie cudownych lat końca XIX w. brakuje jakoś chudych krów wypasanych na rowach przy drodze, gliny, wszechobecnej gliny zamarzającej w listopadzie i… prowincjonalnego myślenia. Zanik wszystkie krakusy rzucą we mnie orderem (od cesarza) przypominam, że ja też mam prawo do tego obszaru, do ziemi… tej ziemi. Bo to moje przodkinie i moi przodkowie sprzedawali wam ser i jajka na Kleparzu, dlatego, z całym szacunkiem, skoro was żywiłam, a czasem wyrzynałam w czasie rabacji galicyjskiej, to proszę uważać.

Co mi przypomina historię o prababci Z., która „za okupacji” poszła wykupić z urzędu syna zapisanego na roboty do Niemiec. Bimberek w bańkach wzięła i polami do Krakowa poszła. Niemiec bał się bimberku nawet poniuchać, w związku z czym prababci kazał z każdej banieczki, pełny napitku, garnuszek łyknąć. Wypiła dwa i zaczęła wracać, bo – jak się zdawało – bimber straciła, a nic nie zyskała. Gdzieś po drodze, gdy słoneczko zaczęło przypiekać, zaległa na miedzy. Gdy się obudziła, sytuacja była jakby kantowska. Niebo gwieździste nad nią, prawo moralne (bez wątpienia – znałam prababcię Z.) było w niej. Z opaloną połową twarzy tak, że aż skóra złaziła, zaszła na własne podwórko koło drugiej w nocy. A tam wszyscy biadolili, że co prawda syna hitlersyny puścili, ale matkę zamknęli. Nie będę tu tworzyć, żadnej pointy, ale sami Państwo rozumieją, że chociażby po tej historii, która ukazuje mój ścisły związek z tą gliną, polami, niebem i gwiazdami, mam tutaj jakieś prawa.

Jak Państwo zauważyli, ja się strasznie od lat męczę z tym moim krakowskim dziedzictwem, bo ciągle się nad nim zastanawiam, ciągle się mierzę. Czy to jest moja mała ojczyzna czy też jestem kundlem środkowoeuropejskim, który wcale nie odczuwa potrzeby posiadania konkretnej budy. Jeszcze pewnie wiele razy się powywnętrzam nad małopolskim brudkiem, nad tą mentalnością „oszczędzi złotówkę – wyda stówkę”, ale dziś próbuję się przynajmniej uporać z Krakowem, jako takim. Łażeniu ulicami, zasłanianiu metaforyczną gazetą tych wszystkich galicyjskich sentymentów zaborowych. Nie przeszkadza mi historia wyłażąca zza każdego kamienia, tak trochę mimochodem, czasem całkowicie nieoczekiwanie i wyobrażam sobie, że jak Rydel handlował jagodami po ślubie z Jadwisią, bo chciał się lepiej miewać, pod spód na się nic nie wdziewać i udawać takiego w sukmanie, chociaż binokle to do niej pasowały jak świnia do siodła, to może któraś z moich prababek też stała koło niego. Mniej śmieszna niż on – bo prawdziwa. A ja właśnie jak autor Zaczarowanego koła – deklaruję chłopskość, może nie chodzę w sukmanie, ale czyż nie zachowuję tak samo? Poszukuję siebie, gdzieś między światami: jednym tekstowym, drugim – pachnącym chlewikiem i wodą z miednicy dla kaczek wkopanej na podwórku, kolejnym, spod synagogi Izaaka i tym z kruchty kościoła franciszkanów.  

Konie wiszą kopytami nad ziemią,

One w brykach na postoju już drzemią.

Każda bryka malowana w trzy ogniste farbki,

I trzy końskie maści, i trzy końskie maści:

od sufitu, od dębu, od marchwi.

Kim jestem? Nie mam pojęcia i chociaż ciągle mówię, że nie czuję potrzeby identyfikacji, to kłamię. I nie lubię cię, Krakowie, nie lubię cię w tych kawałkach, w których wszyscy cię lubią, albo się nimi zachwycają. Lubię cię tam, gdzie sama chcę. Lubię cię w kocim ogonku, który musnął dziś moją łydkę na jednym z podwórek. Lubię cię, na ulicy Dietla, gdy czuję zapach naleśniczków gryczanych, na schodach synagogi Izaaka, w spojrzeniu kawki siedzącej na macewie, w polichromii w bratki u franciszkanów, lubiłam cię w pocałunkach na świętego Tomasza i pod kurią, ale już zapomniałam. I lubię cię koło „Jubilata”, gdy siedzę na kanapie, w małym pokoju wypełnionym książkami, gadam ze Sławką i Beatą. Lubię cię w Jagiellonce, w zapachu papieru, jak ucieka on ze mnie, gdy lecę przez Trzech Wieszczów, albo przeciwpołożnie w stronę pomnika przy Oleandrach. W różnych miejscach cię lubię, ale tylko tam, gdzie chcę. Inaczej nie będzie.

Published in: on 02/28/2014 at 10:57  17 komentarzy  

Rosyjska paczka żywnościowa z Niemiec czyli przemyt Kiwaczka

IMAG0476

W poniedziałek rano, niby szacowny człek, udałam się do instytucji naukowej, gdzie zamierzałam edukować dziatwę. Na swej zakładowej półeczce zobaczyłam kopertę, co specjalnie mnie nie zdziwiło, bo pomyślałam sobie, że jakiś pawiański tekst przylazł do autoryzacji, przyszedł z redakcji, albo jest to jakieś grubsze zaproszenie na genderową imprezę, lub coś równie zbereźnego. Nieco zaniepokoiłam się nadawcą listu, bo stało na nim, że dostałam go od Dorothei i Karla-Heinza von und zu Zwiebel z Höhenkirchen-Siegertsbrunn i oczyma wyobraźni ujrzałam bawarskie spodenki, dirndl, a także usłyszałam cichuteńkie jodłowanie. I w tym miejscu po raz pierwszy okazało się, że wieści o mojej inteligencji są mocno przesadzone, bo zaczęłam się zastanawiać, dlaczego, na litość Odyna, redakcję książki o polskim socrealizmie robi niejaka Dorothea, albo niejaki Karl-Heinz? Macnęłam list, a grubaśny był dziwnie, jakbym nie była sobą, a przynajmniej Antonim Gołubiewem, albo Stanisławem Ryszardem Dobrowolskim w sześciu tomach i wymacałam, że tam nic nie podpada pod papier.

W tym miejscu się przeraziłam. No serio. Bo zaraz uruchomiłam spiskową koncepcję dziejów, bo jaki Polak, albo jaka Polka dostaje paczki z Niemiec i nie ma w tym niczego podejrzanego, hę? Zaraz przyszło mi do łepetyny, że rewizjoniści spod znaku Eriki Steinbach przysłali mi wąglik. Dość szybko odrzuciłam takową interpretację, bo nie zalazłam im za skórę, jako żywo. Druga koncepcja była znacznie bardziej mroczna i posępna: Red Wath przysłało mi coś paskudnego. Jednak i ta wersja została odrzucona, jako całkowicie absurdalna i bezsensowna. Wiem, wiem… dostałam prezent od jakiejś zakamuflowanej opcji niemieckiej. Ale jak to… zakamuflowanej, skoro się przyznają, że piszą do mnie Höhenkirchen-Siegertsbrunn. Toż to całkowicie jawna opcja niemiecka, ale co oni mają do mnie? Chcą mnie zwerbować do burdelu pod Monachium? W moim wieku? Czy jest to placówka dla emerytowanych żołnierzy Bundeswehry? Tych emerytowanych tuż po bitwie pod Sommą? Macam dalej, już wcale nie tak mocno przekonana, że tam jest wąglik, bo jakoś go za dużo i wpadam na następną koncepcję, równie brawurową, jak te poprzednie. Ruch Autonomii Śląska! Z pewnością. Wyłapują sobie goroli, czyli obcych, którzy jeszcze tych ustawowych dwudziestu pięciu lat tutaj nie mieszkają i załatwiają im zagraniczną adopcję. Znaczy będę miała rodzinę, która będzie na stół stawiać Wurst i Kartoffelsalat. Ach so… Das ist unmöglich? Jakie tam „unmöglich”, skoro mogę być powinowatą księdza Rydzyka, co jest faktem i o czym Państwu kiedyś opowiem, to dlaczego nie mogę mieć rodziny w pięknej Bawarii? No, dlaczego? A dlaczego nie – zapytam akcentem z Nalwek i chederu w Sanz. Jako kondel środkowoeuropejski mam prawo mieć rodzinę tam, gdzie chcę. Skoro mam dzieci na Ukrainie oraz na Bałkanach, a także na Śląsku a nawet nad polskim morzem, to dlaczego nie mogę mieć krewnych (i to nawet bliskich) pod Monachium? Krew nie woda, majtki nie pokrzywy, jak mawiała ciocia Pelagia.

To mnie uspokoiło i już byłam gotowa otwierać kopertę, gdzie, jak się spodziewałam znajdzie się narysowane na pergaminie nasze wspólne drzewo genealogiczne, gdy osłupiałam. Koperta była zaklejona wesolutką taśmą klejącą w kolorze żółtym. Uuuuuuuuu… pomyślałam, niedobrze, pachnie oszustwem. Żaden Niemiec, żaden praworządny Niemiec nie zakleiłby niczego taką taśmą. Dlaczego? No! Bo! Nie! I chyba nic więcej tłumaczyć nie trzeba. Dlatego wstrzymałam trzęsące się z pożądliwości ręce, bo uznałam, że nadal trzeba obwąchiwać ten, jakże podejrzany, pakunek. Niby Unia Europejska, ale lata bycia przedmurzem chrześcijaństwa, na dodatek przedmurzem obrotowym, nauczyły nas ostrożności. Z drugiej jednak strony, z takich jak ja, był Kozietulski. Do broni żołnierze spod Somosierry. Nożyce w dłonie… i ciach-ciach po tej kopercie. Albośmy to jacy-tacy? Odważna niczym małpa w kąpieli tnę, aczkolwiek szczęka mi opada, bo ze środka wypadają… rosyjskie cukierasy i pluszowy Kiwaczek (Czieburaszka). I tu zgłupiałam. Rosyjska paczka żywnościowa z Niemiec? Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! A w kopercie jeszcze list, zaczynający się od słów: „nie myśl, że padłeś ofiarą cyber-prześladowcy”. Wąglik, ani chybi wąglik w cukierasach. Albo kokaina! A może jakieś wyrafinowane trucizny? I patrzę na podpis pod listem i nagle zaczynam się śmiać, bo stoi tam, jak byk: „kaczka”.

Proszę Państwa, pierwsze w życiu pieniądze zarobiłam na nocnym łapaniu kur. Zdarzało mi się zarobić też w naturze, na ten przykład dwa indyki raz dostałam za pomoc przy żniwach. Za pisanie też zdarzyło mi się dostać co nieco. Ale żeby rosyjskie cukierki i Kiwaczka? Za pisanie? Za felietony? Od kochanej internetowej znajomki – kaczki? I niech mi teraz Państwo powiedzą, że poniedziałki są do dupy. Ależ moi kochani… Żelki z literkami, małe wafelki z Alionką i ten słodki Kiwaczek, który zawieszony został na mej dyrektorskiej szafeczce w korporacji papierniczej. Tak się zarabia… na felietonach. A dumna jestem – niczym paw. O czym donoszę nieziemsko szczęśliwa, ciamkając czerwoną rosyjską żelkę z Niemiec. Wot, баварский сюрприз…

PS. Naprawdę przeczytałam „Dorotea”, za co Cię, kaczko, najmocniej przepraszam.

Published in: on 02/24/2014 at 18:50  11 komentarzy  

Potencjalna Niobe czyli Ukraina

Ludzkość  […] od bardzo już dawnych momentów życia swego doświadczała przebłysków wzajemnego dla siebie współczucia ludów i nosiła w sobie zarody pojęcia o wzajemnej wielowzględnej ich od siebie zależności […] Współpraca różnych odłamów ludzkości nigdy może przedtem nie ujawniła się tak wyraźnie i nigdy może przedtem ludzkość nie zaznała przed sobą tak jasno i tak świadomie, że dzieła wielkie i trudne połączonymi tylko siłami narodów dokonanymi być mogą

(Eliza Orzeszkowa)

Tak, wiem… Nie przestaję. Nie uciekam. Nie mam kolejnego epizodu milczenia. Tylko, wciągnęło mnie. No wciągnęło. Jestem obecnie Pawianem Oficjalnym vel Jednorękim Tapeciarzem. Tak dużo się dzieje, że nie mam sił, ani czasu, żeby na przykład napisać o Ukrainie. A wkurzona jestem zdrowo. Bo, proszę Państwa, jak doskonale wiadomo, jestem stara jak Matuzalemowa. I różne rzeczy pamiętam. Pamiętam, gdy pawiańscy rodzice słuchali Wolnej Europy i było im przyjemnie, że ktoś o nas myśli. Myśli o nas w czasie, gdy pod pomnikiem Lenina w Nowej Hucie pojawiały się wierszyki (wraz ze starym rowerem i butami roboczymi z Kombinatu – używanymi): „bierz ten rowerek i nowe buty i wypierdalaj z Nowej Huty”. A dziś słyszę głosy, że Ukraińcy nie powinni się burzyć w taki sposób, bo wybrali swych przedstawicieli w demokratycznych wyborach. Nie wiem, może jestem raptusem, ale nóż mi się otwiera w kieszeni, gdy coś takiego słyszę. Myślę o moich studentkach i studentach z Ukrainy, piszę do nich na fejsie (dzięki, panie Zuckerberg – serio) i liczę na to, że mi odpiszą. Czekam ma ich literki jak na zbawienie. Gdy dziś Tina napisała, że tęskni, to myślałam, że zdrapię tapety ze ścian. Zobaczyłam ją – wysoką, rudą, zawsze w mini… Widziałam, jak daje mi napisaną przez siebie pracę, jak się uśmiecha, jak zabieram jej słownik (bo na moich zajęciach jest zakaz korzystania z niego). A dziś – nic nie mogę zrobić. To tak boli, tak bardzo boli… Tina się zaręczyła, a jeszcze nie znam jej chłopaka. I mogę tylko myśleć o Tinie, o Oli, która właśnie robi dla mnie coś istotnego. Gdzie jest Ola? Gdzie jest Oksana? Czy czasem nie pod hotelem Ukraina, gdzie robiłam jej zdjęcia? Moje dzieci, gdzie są moje dzieci? Kto robi krzywdę moim dzieciom?

Zamarła w bólu – jak potencjalna Niobe – obijam się od ściany do ściany. Nie zauważam, nie myślę, przecinam dłoń nożem – jakoś dziwnie nieuważna, bo ciągle wymieniam ich imiona, widzę ich twarze. Zamiast czytać i pisać, zajmować się tym, co zazwyczaj jest dla mnie ważne, czuwam na mailu, na fejsie. Czekam na znaki, na każdą literkę. Mariana się nie odezwała. Oleg jest w Polsce. Dima też.

Wczoraj zobaczyłam w internecie komentarz pod zdjęciami z Kijowa, że bardziej niż te zdjęcia wzruszają kogoś inne, te z głodnymi dziećmi. Mogłabym wydrapać oczy. Albo – albo. Skoro wzruszają te z głodnymi dziećmi tego sytego i strasznego mieszczanina, to nie może go wzruszać czy bulwersować krew moich dzieci. Moje dzieci są bite, krew moich dzieci jest na trotuarach, na kamieniach brukowych, a tego kutasa to nie wzrusza. No dobra, nie musi wzruszać, w końcu Gombrowicz to wyjaśnił, ale nie musi być tak bezpośredni, chamski. Mógłby uszanować ich wysiłek i mój ból. Olać mój ból, nie jestem tak zadufana w sobie, żeby myśleć, iż on coś znaczy. Ale strach…

Zygmunt Bauman mówi, że „gdy znika bliskość, milknie odpowiedzialność, a jej miejsce może zająć niechęć, jeśli ów jednostkowy podmiot, którym jest mój bliźni, zmieni się w Obcego”. Gdy siedzę przed telewizorem i pogryzam frytki, popijam colą, to krew na chodniku w parku jest jedynie substancją, która widzę, ale nie czuję, nie myślę, że i w moich żyłach ona krąży. Że to ta sama krew, że ten Inny, to przecież ja – bo on jest moim gwarantem nieśmiertelności, że jestem w tej relacji – odpowiedzialny. Dlatego pozwólcie Państwo, że poobijam się jeszcze od ścian w oczekiwaniu, pozwólcie, że przeczekam kolejną noc. Jestem taka zmęczona czekaniem i strachem.

O czym zawiadamia… potencjalna Niobe. Ще не вмерла України ні слава, ні воля…

http://culture.pl/pl/wideo/taraka-podaj-reke-ukrainie 

Published in: on 02/20/2014 at 22:21  4 komentarze  

Pojęcia głupoty czyli wyrazy wszeteczne

Pojęcia są tylko wyrazami:

Cnota i występek

Prawda i kłamstwo

Piękno i brzydota

Męstwo i tchórzostwo.

Jednakowo waży cnota i występek

(Tadeusz Różewicz)

Wczoraj znalazłam w Internecie zdanie, wygłoszone przez pana, który aspiruje do bycia politykiem. Zdanie to, chociaż w żadne sposób aktualne, wygłoszone już dawno temu, wydaje mi się niezwykle ciekawe. Nie powiem Państwu, kto je napisał, żeby nie być odpowiedzialną za propagancję głupoty. Ale, wystarczy je w google wstawić i już Państwo będę wiedzieli, któż jest taką krynicą mądrości i elokwencji pozbawionej rozumu, czyli zwyczajnego mielenia ozorem: „Mamy tak mały przyrost naturalny spowodowany przez kulturę feminizmu, że każde dziecko, nawet z gwałtu, jest na wagę złota. Jeśli mamy 200 gwałtów dziennie to nie oznacza, że tyle kobiet zostało zapłodnionych. Zostały zgwałcone często w wyniku własnej też głupoty, a czasem na własne życzenie”.

Poseł jednej kadencji, członek pięciu partii. I tu na chwilę, Państwo pozwolą, że przerwę wątek główny, ale mi się przypomniała historyjka. Kilka lat temu pawiańską studentką zostało dziewczę z Kraju Kwitnącej Wiśni. Dziecię to, niezwykle utalentowane i mądre miało ambicję opracowania pewnych aspektów polskiej sceny politycznej, w związku z czym odbywało prywatne konsultacje, na których dowiadywało się różnych dziwnych, ryjących psychikę, rzeczy. Najbardziej owo dziecię było zdumione faktem, że większość polskich polityków zaliczyło przynajmniej po cztery partie w trakcie swej służby krajowi. Największe chyba zdziwienie wzbudził pewien naukowiec, który zaczynał od partii z czymś chrześcijańskim w nazwie, a potem został… No właśnie, trudno rzec, kim. Dlaczego mi się to przypomniało? Ano właśnie dlatego, że wzmiankowany wcześniej złotousty pan, przez jedną kadencję poseł, ma taki typowy życiorys. Życiorys nieudacznika. Ja przepraszam, jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, ale jeśli ktoś lata od partii do partii, a tylko raz mu się udaje wparować do sejmu i już nigdy więcej, to przy tych wszystkich posłach, którzy już po dwadzieścia lat plaszczą dupy w ławach sejmowych, wychodzi na nieudacznika. Co mu zostaje? Ano, założyć se konto na twitterze i rozpylać swą mądrość a’rebours w świat. Przyrost naturalny jest mały przez kulturę feminizmu (o gwałtach się nie wypowiem, szpadel toledański, Państwo rozumieją), a ja głupia feministka, myślałam, że to przez politykę prorodzinną w Polsce, a raczej jej całkowity brak, o czym dobitnie świadczy wysoka rozrodczość Polek na Wyspach Brytyjskich.

W ogóle, ta „dzietność” Polek, to stoi kością w gardle szanownego pana nieudacznika. Mam złośliwą nadzieję, że jest to jedyna rzecz, która mu stoi… w gardle i stać tam będzie aż do końca świata. Wystarczy przywołać chyba najsłynniejsze jego słowa: „Rząd niewiele robi, by podnieść dzietność kobiet. A można przecież na rok zakazać środków antykoncepcyjnych. [Wprowadzając przymusowe zapłodnienie] złamalibyśmy prawo kobiet do swobody wyboru partnera, ale nie wykluczam, że część byłaby zadowolona. Dużo kobiet nie chce mieć dzieci z powodu wygody, egoizmu społecznego”. Można się denerwować czytając coś takiego, ale… Proszę Państwa, to jest optymistyczne. Naprawdę. Stajemy się cywilizowanym krajem. Proszę zauważyć, że tan pan cały czas aspiruje do wielkiej polityki, a mu się nie udaje. Został zmarginalizowany. Chciałby wywiadów w radio i telewizji, zdjęć na pierwszych stron tygodników opinii, a jest jedynie kuriozum, które wywołuje śmiech użytkowników twittera. No bo jak się odnieść poważnie do słów, że: „Kobiety są najlepsze do prasowania”. Chyba tylko wyobrazić sobie kobietę, która rozgrzana jak piec i gorąca jak cegła turla się po stercie pościeli. A po drugie przywołać inny cytat naszego myśliciela, który zauważa, że „Kobiety są dobrem najwyższym w naszej Ojczyźnie”. Nie dziwię się że są tak ważne, bo jaki inny naród ma własne magloprasowalnie w zanadrzu? Wreszcie wyjaśniła się jedna z odwiecznych tajemnic wszechświata: dlaczego w domu pawiańskim się nie prasuje. Otóż, ja głupia, nie wiedziałam… No serio. Myślałam, że trzeba żelazko kupić, a może i deskę do prasowania. Nikt mi nie powiedział, nikt mnie nie nauczył, jak to powinno wyglądać w naszej Ojczyźnie. Od jutra zacznę być kobietą najlepszą do prasowania. Zamiast leżeć i pachnieć będę się turlać i wygładzać zagięcia. Tyle lat, tyle niewyprasowanych ręczników. Człowiek uczy się całe życie. A są ludzie, którzy uważają, że w Internecie nic mądrego znaleźć nie można. Jak to, nie można? A instrukcja prasowania? Właściwa w naszej Ojczyźnie? A może to chodzi o prasowanie na kobiecie? Bo to zdanie, „kobieta jest najlepsza do prasowania”, jak Państwo z pewnością zauważyli, jest niesamowicie trudne interpretacyjnie. Jeśli rozważyć drugą możliwość, to układam na sobie chustki do nosa i majtki… Zaraz, zaraz, ale jak mam na przykład majstrować gorącym żelazkiem po własnym tyłku, albo brzuchu? Coś mi się wydaje, że owe mądrości prasowalnicze są z palca wyssane. I nieekonomiczne. Bo, albo ja zostaję poparzona, albo muszę mieć kogoś do pomocy, żeby na mnie prasował. Już nic z tego nie rozumiem. Ponadto chyba lepiej się prasuje na twardym, aniżeli na miękkim, nieprawdaż?

Żeby Państwa nie zostawiać z otwartą szczęką, bo sądzę, że nikt nie wiedział do tej pory, jak winno wyglądać patriotyczne i polskie prasowanie, to dam jeszcze jeden cytacik na koniec. Smakowity, a owszem, bo znów ujawniający strach wobec kultury feministek (czymkolwiek ona jest): „Dziś prawdziwe kobiety wtulają się w ramiona mężczyzn, bądź o tym marzą, pozostałe idą na Manifę szukać innej tożsamości, by zabić samotność”.

Chociażbym była tak samotna jak Robinson Crusoe do spotkania Piętaszka, to myśl, że mogłabym się wtulać w ramiona takiego indywiduum (lub jemu podobnego) powodują, że chcę wstąpić do klasztoru z klauzurą. A poza tym, jest tyle ramion na świecie, które nie są połączone z tak odrażającym brakiem rozumu, ramion męskich i damskich, że się nie przejmuję i jak co roku, już niedługo (na początku marca) idę na manifę. Zabić samotność? Panie kochany, pańskie fantazmaty są takie żałosne. A puste ramiona, no cóż… Zmądrzeć trzeba. Może wtedy kto przytuli? A co będzie, jeśli nie będzie to PRAWDZIWA kobieta? Ach, te prawicowe lęki… Dobranoc Państwu. 

Published in: on 02/16/2014 at 20:37  10 komentarzy  

Dzień Strażaka czyli nihilizm, sarkazm i orgazm

Wszystkie cytaty pochodzą z filmów Woody Allena

Nie uznajesz żadnych wartości, całe twoje życie to nihilizm, cynizm, sarkazm i orgazm. We Francji mógłbyś zrobić z tego hasło wyborcze i wygrać.

Przepraszam Państwa, szczerze przepraszam tych, którzy na dzisiejszy wieczór zakupili erotyczną bieliznę, lizaki po dziewięćdziesiąt dziewięć groszy w Żabce lub Biedronce, wynajęli odrzutowiec, na którego pokładzie chłodzi się szampan oraz więdną truskawki, zamówili stolik w restauracji, albo założyli, że przynajmniej zjedzą kolację przy świecach, że się wyłamię. Najbardziej w ciągu roku wkurzają mnie: Dzień Kobiet oraz Walentynki. Bo taki Dzień Strażaka, albo Dzień Pracownika Służb Leśnych mam w nosie. Chociaż, gdyby to przemyśleć, to też by mnie wkurzał. Nie chcę, w kontekście Walentynek, pisać o konsumpcji, na którą tak łatwo się nabrać, nakręcić spiralę posiadania, uwierzyć w siłę nabywczą swej pensji (poniżej średniej krajowej brutto), ale raczej o braku refleksji. Ba, czy ktoś wchodząc na ten blogasek, spodziewał się czegoś innego? Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate.

Jestem tak podekscytowany, że chyba umyję dzisiaj wszystkie zęby.

 Jak pieski Pawłowa reagujemy, ślinimy się na dźwięk dzwonka. Walentynki – święto miłości. Kochajmy się. Jeśli reagujemy i kupujemy, obdarowujemy, to znaczy, że robimy to na rozkaz, powodowani bodźcem płynącym z kalendarza, albo telewizora. Wiemy, że powinniśmy. Wiemy, że może dostaniemy nagrodę. Jaką? Równie odległą i enigmatyczną, jak zbawienie duszy po wykupieniu odpustu, albo wpłaceniu datku na krucjatę. A może ten dzień i lizaki z cukru uspokajają nasze wyrzuty sumienia? Dając majtki z napisem „I love you”, albo z czymś równie wyrafinowanym, możemy nazajutrz ryknąć: Hanka, sól, albo strzelić koncertowy foch. Walentynki są zapowiedzią nagrody, albo – paradoksalnie – przypomnieniem czasów, gdy chodziło się na randki, wystawało pod oknem ukochanej osoby i odczuwało się emocje, takie maleńkie drgnięcia, dziś zasłonięte przez ospę wietrzną dziecka, ratę za samochód, nadwagę żony i rosnący przodozgryz męża. W telewizji, jak mniemam (bo nie mam odbiornika), obiecują nam ogród ziemskich rozkoszy w tym dniu, osiągnięty prawie bez wysiłku – drobny prezencik, okazanie szczątkowych przejawów uczucia i… kaskadowe orgazmy. Właśnie w tym dniu, dniu miłości i powszechnego szczęścia wszechobecnego w poświacie różu, czerwieni, otulonego balonikami i egretami, albo czymś podobnym.

Moje życie seksualne jest żałosne. Ostatni raz byłem w kobiecie, zwiedzając Statuę Wolności.

Jako, że jestem kobietą luksusową, stoję (w godzinach pracy) do kasy w „Biedronce”. Czuję się dziwnie, kupując paluszki sztucznokrabowe dla adoptowańca, jogurt dla siebie i orzeszki dla Paulette, szczególnie, że dwaj panowie przede mną zakupili zestawik walentynkowy, na który składa się goździk, dwie róże oraz serduszko na patyku owinięte w czerwony celofan. Młoda kobieta kupuje wino i ciastka, a ja jak półdebil – paluszki krabowe po 3,99 i Danone truskawkowo-kiwiowy. Jeśli nie ratują mnie te truskawki, to jestem jakąś hołotą, która nie umie się zachować w święto zakochanych. Bo paluszki! Krabowe! Żeby chociaż z sezamem były. To już przypomniałoby mroczne czasy PRL-u, gdzie na rozbieraną randkę jeden z pawiańskich znajomych chodził z półlitrówką i paluszkami z sezamem. A tu – krabowe, udawane. Bez pół litra! No, jakże to tak?

Mózg jest najbardziej przecenianym z ludzkich organów.

Deszcz pada, jak zawsze stoję koło rynsztoka i palę, a środkiem placyku przemyka młodzian z pękiem tulipanów. Jakież to wzruszające. Obdaruje swą bogdankę (lub swego bogdanka), a najpewniej rozda po jednym kwiatuszku koleżankom z biura, kolegom nie – żeby nie wyjść na pedała. Rytuały – takie zabawne. A tulipany, skądinąd ładne. Lubię połączenie żółci i fioletu. W kiosku, gdy fajki kupuję, słyszę od zaprzyjaźnionego pana, że mam niewalentynkowe paznokcie. I gdy już zaczynam się profilaktycznie wstydzić, okazuje się, że dlatego niewyjściowe, niepoprawne, bo niebieskie. A powinny być czerwone, albo przynajmniej różowe. Ależ banał. A moja miłość do świata nie może być błękitna? Błękitna jak morze, jak szata Maryi, jak oczy z piosenki Demarczyk (chyba, że tam były zielone).

A mój kot pogryzł swojego lekarza w walentynki. I to się nazywa miłość. Prawdziwa, niepodważalna. Doktor B. doskonale wie, że będą kły i pazury, że będzie pot, krew i łzy, ale heroicznie wbija igłę w maleńką żyłkę potwora. Bo kocha. Kocha przez cały rok, a nie tylko w to jedno głupie święto. Wiedząc, że czeka go jeno ból i cierpienie. Dobranoc Państwu… 

Published in: on 02/14/2014 at 16:36  5 komentarzy  

Przy innej drodze czyli takie sobie bajeczki

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/713-byc-mary-poppins

Published in: on 02/13/2014 at 17:38  2 komentarze  

Oko za oko czyli stare świnie

Jeśli obywatel oko obywatelowi wybił, oko wybiją mu.

Jeżeli kość obywatel złamał, kość złamią mu.

Jeśli wyrwał oko poddanego albo złamał kość poddanego, zapłaci jedną minę srebra.

Jeśli wyrwał oko niewolnika innej osoby albo złamał kość niewolnikowi innej osoby, zapłaci połowę ceny jego kupna.

Jeśli obywatel ząb obywatelowi równemu sobie wybił, ząb wybiją mu.

Jeśli niewolnik obywatela w policzek obywatela uderzył, ucho mu utną.

(Kodeks Hammurabiego)

Pamiętają Państwo tego Polaka, który oskarżony o molestowanie seksualne, chyba na Wyspach Brytyjskich, tłumaczył się, że w jego kraju jest to normalne? Z pewnością nie jest to normalne, ale się zdarza. Jednak, co zdarza się częściej, to dobre samopoczucie. Dobre samopoczucie dużej części polskich mężczyzn, a może to nie są mężczyźni tylko buce… Jakiś czas temu czytałam o „patrolach obywatelskich” na dyskotekach. Młodzi Polacy uważali, że celem ich życia jest obrona i ochrona cnoty niewiast polskich. W tym także tych, które o to nie prosiły. A o co dokładnie chodziło? Gdybym chciała powiedzieć wprost, na dodatek niedelikatnie, to bym powiedziała, że chodziło o „czystość rasową”. Państwo powiedzą za zdumieniem: jak to? W europejskim kraju, sześćdziesiąt lat po zakończeniu II wojny światowej, ktoś jeszcze myśli o „czystości rasowej”? Takiej w duchu lat trzydziestych XX w. – chociaż już wówczas pewien antropolog związany z Obozem Narodowym, ale na dodatek uczciwy człowiek (tacy też się zdarzają), stwierdził, że w przypadku Polaków, to nie można mówić o niczym takim, bo ze względu na swe nieszczęśliwe położenie, zarówno na szlakach handlowych, jak i trasach przemarszu wojsk (do czego dołączały się też inne czynniki) jesteśmy krajem mieszańców. Ale, co tam – czystość rasowa über alles oraz hej, kto Polak na bagnety – w Polsce trzeba być czystym moralnie, majty mogą śmierdzieć, o czym łacno przekonać się można jeżdżąc środkami transportu masowego. No i dlatego, w dyskotekach patrole (tych czystych jak łza młodzieńców) pilnowały, żeby przyszłe matki Polki nie zbrukały nam tej krwi czerwonej i tych narodowych chromosomów. Żadnego tańca, żadnego przytulania w dyskotekach z „nieczystymi rasowo”. Ach, jakie to wspaniałe, gdy człek rano się budzi i tuż przed porannym siusiu już wie, że jest lepszy od innych, że czysty, że reprezentuje siłę „białej rasy” czy czegoś równie głupiego.

Niestety, życie jest paskudne i z pozycji samca alfa dominującego we wsi o nazwie Bębło Wielkie można spaść do rangi kundla z poogryzanym ogonem… na ten przykład w Norwegii. Jak się jest „starą świnią”, która na dyskotece obmacuje dziewczęta, to można zostać z tej dyskoteki wyrzuconym. I słusznie.

Zestawienie tych dwóch sytuacji bardzo mnie śmieszy. Naprawdę. Proszę zauważyć, że w istocie, chodzi o tę pseudomęską dumę z własnej pozycji wytworzoną przez patriarchat. To ja będę cię kontrolował, to ja będę mówił, z kim masz tańczyć. Ja ustalam i wyznaczam granice. A jak ja z tobą zatańczę, to za dupę cię złapię, bo wiem, maleńka, że to uwielbiasz, dlatego że kobiety lubią silnych facetów. Byle jakiej, to za dupę nie złapię, w związku czym poczuj się dumna, bo to właśnie ciebie wybrałem.

Ha! Ale zemsta, choć leniwa, nagnała cię w nasze sieci… W Norwegii nie lubią dominujących samców, nie tolerują zachowania bydląt. Zaczepianie kobiet, obmacywanie ich, próba sprawowania nad nimi kontroli to już niestety (z punktu widzenia takiego neandertalczyka), tylko na swym ukochanym, obsikanym już podwóreczku. Nota bene „obmacywacze” wyłapani w Norwegii, to pokolenie już nieco nadszarpnięte zębem czasu. Przez porównanie, rzekłabym, że to istoty w wieku późnobalzakowskim. A, zauważcie, drodzy Państwo, oznacza to, że młodsze pokolenie Polaków poza krajem nie ma już takich zachowań. Co oznacza, że już niedługo „patrole obywatelskie czystości rasowej” w naszym pięknym kraju także odejdą do lamusa. I dobrze. Jakoś mi nie żal tych pokładów samczej frustracji związanej z utratą pozycji i znaczenia. Samczej, bo z pewnością nie męskiej. Mężczyźni zachowują się inaczej. Tylko buce, którymi rządzi fiut, nadal myślą, że łapanie za dupę i kontrola kobiety jest wyznacznikiem męskości.

Tak jak polskie buce nie chciały zbrukania „własnych” kobiet, tak Norwegia nie życzy sobie, żeby te same buce wprowadzały swoje normy w ichnich dyskotekach. No, i jak to jest, poczuć się jak ktoś gorszy? Jak to jest poczuć się zmarginalizowanym i uprzedmiotowionym? O rany… ależ to zabawne. Naprawdę. Zabawne niesamowicie.

A teraz wszystkie buce z Polski mogą mruknąć: ty wstrętna, niedorżnięta, brzydka feministko, z zarośniętymi łydkami…

 http://wyborcza.pl/1,75478,15274340.html

http://wyborcza.pl/1,75477,15433387,Limit_wiekowy_w_norweskiej_dyskotece__Przez__stare.html#BoxSlotII3img

Published in: on 02/12/2014 at 17:42  5 komentarzy  

Sranie w banię czyli pieprzenie w bambus

Adam: A jak ja bym tak nasrał pod pani oknem? Pod panią? (Podchodzi pod okno z mieszkania kobiety i chowa się w krzaki).

Kobieta: Co pan?

Adam: A sram, jak pani pies!

(Dzień świra)

Akt I

(Bohaterka stoi i peroruje na środku sceny wypełnionej ekskrementami, w tle powiewają flagi: polska i unijna)

– Od dziś proszę mówić do mnie: Adasiu. Bo jak Adaś Miauczyński mam świra. Oraz obsesję, tudzież paranoję. Na dodatek mam też nerwicę natręctw, która objawia się tym, że wszędzie widzę gówna. Psie gówna. Państwo mi mogą nie wierzyć, ale ja naprawdę je widzę, momentami też czuję. Po pierwsze, gdy wychodzę z domu zaczynam uprawiać slalom, ale wolałabym posiąść umiejętność lewitacji. Tu podskoczek, tam przełożenie nóżki, obrocik, strzał kopytkiem z obrzydzenia. No, lecimy dalej. O rany… trawniczek koło Lelui. Przebiegam na drugą stronę ulicy, po drodze zakładając maskę gazową. Znów podskoczek, znów hopsasa, tu gówienko, a tam kupka, centrum miasta całkiem sporego. A ja hopsam jak jakiś przygłup, bo jak nie wdepnę w jedną srakę, to pewnie w drugą już tak. Dziś idę do pracy, tam powinnam być czysta i nieśmierdząca, a tu na przejściu dla pieszych pani ciągnie za obróżkę swojego słodziusieńkiego, że tylko rozsmarować na kromeczce, yorka, który w jakimś komicznym przykurczu dupki pomieszanym z kurcgalopkiem za swą pańcią popycha i w locie sra, zostawiając małe, malusienieczkie bobeczki.

Jak w zeszłym roku przebiegałam na czerwonym świetle, to panowie policjanci zatrzymali mnie byli, a następnie udzielili mi surowego upomnienia, że nie wolno. Na początku grozili sankcjami, ale ich rozśmieszyłam i tylko dlatego mi się udało. Widocznie jednak policjanci są niedowidzący, bo mnie popełniającą wykroczenie zobaczyli (łatwo, bo byłam w żółtym paletku), a srającego yorka, to już nie. Ależ, panowie, też go widać, bo ma zielony, zjadliwie zielony kubraczek, a jego pańcia ma filetowe poncho. Panowie, panowie policjanci, władzuchno kochana, no zlitujże się. Ten pies sra na chodniku. Plask! Do kur… nędzy! Wdepnęłam!

– Co pani powiedziała? Czy pani wykrzykuje na ulicy słowa powszechnie uważane za nieprzyzwoite? Dowodzik proszę.

– A by cię skórkozjadzie, w kibini mater…

(kurtyna)

Akt II

(Bohaterka stoi i pali przed siedzibą swego zakładu papierniczego, tuż obok trawniczka)

– Proszę pani! Halo! Proszę pani! Proszę posprzątać po swoim piesku. Nie ma pani woreczka? Ja mam, akurat mam. Proszę… Ależ proszę pani, to jest trawnik uniwersytecki, proszę nie zachowywać się, jakby był to trawnik przed zamtuzem… Co to jest zamtuz? Proszę pani, to nieistotne. Istotne są odchody pani psa na tym trawniku. Pani jest gościem uniwersytetu, o tu jest wydział biologii. My lubimy pieski, ale, na litość bogów Olimpu, nich one nie srają tuż obok siedziby rektora. Co do tego ma rektor i bogowie? No wie pani, tu jest instytut historii. A rektor… Ty raszplo jedna, wracaj, jak do ciebie mówię, bo złapię tego twojego kundysa i jego mordą ci na dziobie napiszę, że srać nie wolno…

(kurtyna)

Akt III

(Bohaterka ze spuszczoną głową wraca do domu. Pojawia się Kluska – bullterier biały, może nawet lekko różowy – i jego pani)

– No cześć, no cześć Kluska. Mówię ci, mordysiu moja kochana… Dzień dobry, drogiej pani od Kluski. Kluska, mój ty słodziaczku najmilejszy, mój ty pyszczusiu. Widzi pani, widzi, tam pod spożywczym…

– Widzę! Hallo, hallo, czy pan ma woreczek? Proszę pana…

(mija kilka zbędnych, wypełnionych wrzaskami sekund)

(Pawian): Czasem to się zastanawiam…

(Pani od Kluski): jakby tak Herakles…

(Pawian): szlauchem, jak ze stajni Augiasza…

(Pani od Kluski): jutro znów obesrają…

(kurtyna idzie się wyczyścić do pralni chemicznej „Foka”, zaś Pawian czyści buty z twarzą zapiekłą i zaciekłą)

Published in: on 02/10/2014 at 21:37  8 komentarzy  

Uniwersytet czyli wybory miss

Jesteśmy dziećmi wieku bez miłości,

Wieku bez marzeń, złudzeń i zachwytu,

Obojętnego na widok piękności,

A więdnącego z nudy i przesytu,

Wieku, co wczesnej doczekał starości,

Sam podkopawszy prawa swego bytu,

Wieku, co siły strwonił i nadużył,

Nic nie postawił, chociaż wszystko zburzył.

(Adam Asnyk)

W czasie sesji studentki i studenci opowiadają sobie różne historie. Jedne są prawdziwe, inne – nie. Profesor X lubi podobno niebieskie bluzki, profesor Y zaś dwudniowy zarost. Może tak, może nie. Nie spotkałam się natomiast, zarówno jako studentka i jako wykładowczyni z opinią, że dany egzaminator / egzaminatorka lubią dzieci przygotowane i wyuczone. Może to pewnik? A może nikt nie wierzy w takie bzdury? A może nikt nie lubi tych „naumianych”? Przeegzaminowałam w życiu pierdyliardy dzieci. Najbardziej lubię dawać piątki. Nie znoszę dawać dwój, ale to robię. Taka robota, czasem trzeba. Chociaż każda dwója w studenckim indeksie, to moja osobista porażka. Głupia jestem, wiem. I naiwna, jak baranek z różową wstążeczką. Nie napiszę, że jestem niewinna jak książeczka do nabożeństwa, bo to był tekst Sztefka. Tenże Sztefek oraz Borsuk Wrocławski nauczyli mnie przed laty jak wystawia się oceny. I za co się je wystawia. Tego się trzeba było nauczyć. To było i jest niesamowicie trudne.

Nie interesuje mnie, co moje dzieci robią po zajęciach, chyba że mi coś powiedzą i wtedy pomagam, cieszę się, smucę, komentuję, przeżywam, a nawet oceniam. Chociaż – staram się nie doradzać. Ale to, co dzieci robią na uczelni żywo mnie obchodzi. Bo to moja przestrzeń i ich przestrzeń. Zajmujemy ją razem, a ja z racji dłuższego w niej przebywania, mogę, jako nauczycielka, pewne rzeczy wytłumaczyć czy ułatwić. Taki fach. Gdyby którakolwiek z moich studentek chciała wystąpić w konkursie miss organizowanym przez uczelnię, to bym jej powiedziała: na głowę upadłaś? Pogięło cię? Ty masz tu studiować, wiedzę zdobywać, a nie pupsko wypinać. Chcesz się na przykład dowartościować jako kobieta (skoro musisz w ten właśnie sposób, to trudno, ale nic mi do tego), to zrób sobie sesję fotograficzną, albo wystąp w konkursie miss na szczeblu regionalnym. Ale, ani uczelnia nie jest miejscem oceniania piękności, ani studentki nie są od tego, żeby paradować po jej korytarzach w kostiumach kąpielowych i mówić, że ich marzeniem jest pokój na świecie. Do czytelni paraduj żwawym krokiem, bo po to tu jesteś! Nie traktuj swojego ciała jak towaru. To po pierwsze. A po drugie, zajmij się swoim umysłem, bo to miejsce właśnie służy trenowaniu mózgu.

A potem bym poszła do rektora, czy kogokolwiek, kto by organizował takie wybory miss i bym zrobiła karczemną awanturę z użyciem wyrazów. Różnych. Podobnie bym uczyniła, gdyby wybory miały na celu ocenę urody chłopięcej. Nie to miejsce. W przestrzeni uniwersytetu po prostu pewnych rzeczy czynić nie wypada. Oczywiście, poseł Krystyna Pawłowicz nie ma nic przeciwko wyborom, uznając łażenie przed dziekanatem w kostiumie bikini, za pierwszy krok do kariery młodej dziewczyny. I jeszcze dodaje, że takie istoty jak ja, czyli „Feministki robią wszystko, aby skłócić kobiety i mężczyzn. Ich denerwuje widok mężczyzny, a nawet kobiety. Przecież widok zadbanej, eleganckiej pani nie powinien nikomu przeszkadzać. Ale feministki kierują się względami ideologicznymi, z pewną przesadą, a wręcz przerysowaniem dbają o cześć i honor kobiet, które same często nie życzą sobie tego”. Ale tu nie chodzi o cześć i honor kobiet, ale o przestrzeń uniwersytetu. O to miejsce, które ma służyć edukacji społeczeństwa, a nie lataniu po korytarzach z gołymi nogasami. Mam w nosie część i honor moich studentek – no dobra, nie mam. Ale, jeśli same chcą zostać miss piękności, to mnie nic do tego. Byle nie na uniwersytecie.

Czy to ich wina, że chcą? Ależ skąd. To wina uniwersytetu, który dopuszcza do takiego prostactwa. Ja przepraszam, bo zazwyczaj się nabijam i ironizuję, ale dziś nie widzę nic śmiesznego w tym, że studentki na uniwersytecie chcą uczestniczyć w wyborach miss. Tak, jak trzeba się umieć zachować w kościele, w teatrze czy operze, tak samo trzeba umieć się zachować na uniwersytecie. I to nie dotyczy wyłącznie studentek i studentów. Dotyczy to mnie, portiera, elektryka, dziekana i rektora. A na UMK chyba się coś komuś pozajączkowało.

Wybrać w konkursie studenta lub studentkę, którzy najwięcej czasu w czytelni spędzili, to rozumiem. Zrobić konkurs na najpiękniejszy preparat zrobiony przez dzieci. Na najpiękniejsze opisanie lektury. Nie wiem… Ale uroda? Ja mogę wyglądać jak Quasimodo w trakcie ospy, mogę też wyglądać jak Sophia Loren, ale na uniwersytecie nie powinno to mieć znaczenia. Bo ja jestem od wykładów i ćwiczeń, zaś dzieci są od uczenia się. Nie od zdobywania męża, jak chce poseł Pawłowicz („Panie są najpiękniejsze w okresie, kiedy szykują się do założenia rodziny, pięknie się ubierają, malują, czeszą, szukają różnych sposobów, żeby ładnie zaprezentować się przyszłemu mężowi”). Gdybym była złośliwa, a nie jestem, to bym stwierdziła, że taka filozofia nie sprawdza się w każdym wypadku. Lepiej liczyć na mózg niż na fryzurę i makijaż. Bo, gdy uroda przeminie, człowiek – płci obojętnej – nie zostaje z gołą dupą na lodzie.

Dzieci mają być czyste i wyglądać estetycznie, nie łazić z gołymi brzuchami, jak jedna z mych studentek przed kilku laty, którą metodą subtelnej perswazji zniechęciłam w ciągu miesiąca do takiego odzienia: „Pani Esmeraldo, niechże pani nie siada tak blisko okna, bo pani gruźlicy dostanie / Pani Esmeraldo, a po nerkach pani nie wieje?”. Po czwartych zajęciach zrozumiała (żadnych innych uwag ani zniewag nie było) i zaczęła się ubierać odpowiednio do miejsca i sytuacji. Wybory miss na wyższej uczelni, niedobrze mi. Jutro zorganizujemy konkurs pieczenia ciast. Pojutrze konkurs na najlepszą pomidorową. A w piątek, na najlepiej wyprasowany obrus. Może turniej pokerowy? A potem przyjdzie sesja i z czego będę egzaminować? Z czesania? Czy z literatury, bo już sama nie wiem, co mam robić.

http://nowosci.com.pl/303447,Kandydatki-na-Miss-UMK-mowia-o-feminizmie-literaturze-erotycznej-i-paradowaniu-w-kusych-strojach.html

http://natemat.pl/91217,prof-pawlowicz-chwali-wybory-miss-kobiety-szukaja-roznych-sposobow-by-ladnie-zaprezentowac-sie-przyszlemu-mezowi

Published in: on 02/09/2014 at 20:18  12 komentarzy  

W dupie to mam czyli śpiewamy głośno oraz wyraźnie (akcenty możemy sobie darować)

Biały dom na wiejskiej bardzo

niemiłość pań w dziekanacie

maj co deszczem się zanosi

pana Żuliana pod sklepem

dwójki świeże pod podeszwą

rzeczywistość tak ojczystą

jak to tylko niemożliwe

drogowców zdziwionych w zimie

W dupie to mam

Łańcuszki na skrzynkach

groźne panie z ciałem calusieńkim

pupy, cycki, płaskie brzuszki

w galaretce martwe nóżki

sprzed dekad dwóch tę mentalność

niemiłość nieuśmiechalność

to że muszę mieć zęby białe

akcent na dobrą sylabę

W dupie to mam

(Micromusic)

Niektórzy wszystko wiedzą, jednak nie zazdroszczę. Bo, jak się wszystko wie, to narasta w człowieku taka potrzeba, żeby doradzać innym. Ba, żeby im życie układać. Pamiętam, jak mój kumpel, Filuś, opowiedział mi o spotkaniu z pewną Amerykanką, która WIEDZIAŁA.  Każde zdanie rozpoczynała od frazy: We in Kalifornia… Z kilkugodzinnej rozmowy w pociągu Filuś dowiedział się, że w Kaliforni wiemy, co jest dobre, a co złe. Co jest czarne, a co białe. Przerażające? Owszem, ale przede wszystkim niesamowicie śmieszne. Kupujesz sobie człowieku niebieski lakier do paznokci, a tu jedna osoba z tych wiedzących, zaraz ci mówi, jak wyglądają twoje ręce („jak u trupa”). Odpowiedź na takie dictum, jest tylko jedna. Twarda i ostra. Jak nie lubię ostatniego Jamesa Bonda, to stwierdzam, że powiedzonko „mam to w dupie” mu się udało. Jest jeszcze, wspomniana wcześniej, piosenka zespołu „Mikromusic” zatytułowana: „Niemiłość”. Najlepiej ją śpiewać w sytuacji, gdy osoba wiedząca się mocno zakręci i objawia nam, co MUSIMY zrobić, co POWINNIŚMY zrobić. Dziś przeczytałam, że ksiądz Rydzyk uważa, iż pies nie powinien sypiać w łóżku. Podał to „Fakt”, w związku z czym, wcale pewna nie jestem, czy duchowny z Torunia to powiedział, ale nie zdziwiłoby mnie, gdyby właśnie tak rzekł. Co się czepiasz, człowieku? Twój pies? Twoja pościel? Twoje łóżko? Jak chcesz – sypiasz sam. Jak chcesz – nie, tylko nie wchodź w konflikt z prawem. Nie układaj nikomu życia, bo wreszcie ci ktoś nakopie do rzyci. Mówię to z pełną świadomością jako osoba sypiająca z kotem. A tak na marginesie: gdzie kot ma spać? I dlaczego mam być ukarana i nie czuć w nocy, tuż obok twarzy, słodkiego oraz grubego brzusia? Miękkiego futerka, które wtula się w moje policzki. Nie lubisz tego uczucia? Spoko, twoja sprawa, ale wal się na ryj, jeśli chodzi o moje łóżko. Jak zechcę, to zaproszę tam sześcioraczki syberyjskie, islandzką piosenkarkę w potarganych rajstopach, Stellana Skarsgårda, Jeremy’ego Ironsa albo Lizę Minelli (pozostałą częścią moich marzeń, jeśli Państwo pozwolą, się nie podzielę). To moje łóżko.

Dobra, zostawmy na chwilę mój barłóg, to nie „Pudelek”. Ja chciałam, w zasadzie, o aferze z Owsiakiem. Nie, nie będzie osobistych wyznań na temat, jak korzystałam ze sprzętu Orkiestry. Chodzi mi o coś innego. Zaczęło się, chyba w czasach ziobryzmu. I osobiście mnie dotknęło. Chodzi o oświadczenie lustracyjne. Wówczas, ówczesny minister sprawiedliwości, chyba niedouczony był, mówił, że kto jest niewinny, to nie ma się czego bać. A ja mówiłam, głupio i pryncypialnie, że jak chcecie ze mnie zrobić wielbłąda i donosicielkę na misie w przedszkolu, to mi to musicie udowodnić. Ja nie muszę się z niczego tłumaczyć, bo to system ma mi udowodnić, że jestem przestępczynią. Ale, że w tym kraju, nic normalnie się nie dzieje, to ci, którzy wiedzą, cieszą się, że Owsiak ma w procesie z Matką Kurką (kimkolwiek jest ten ostatni) pokazać dokumenty finansowe, niech się zastanowią. Przepraszam za naiwne i głupie pytanie: a do tej pory Owsiaka nikt nie rozliczał? Na ten przykład Urząd Skarbowy i jego psy wojny? Ludzie, urząd skarbowy sprawdza moje skarpetki (nota bene mają do mnie blisko, jakieś 150 metrów – pewnie dlatego), a Owsiaka nie sprawdzają od ponad dwudziestu lat? I dlaczego się tak bardzo ekscytujecie, że teraz coś wyjdzie? Że sąd sprawdzi i powie: Owsiak, ty chuju, zdefraudowałeś rzeźbki z kryształkami Svarowskiego, które Pawian ofiarował na aukcję w 2012 r. (no dałam, dałam… miałam nadzieję, że ktoś je pokocha, ja nie mogłam. Poszły na aukcji po dwadzieścia złotych, ludzie jednak są kochani). Proszę Państwa, Pawian pracuje w państwowej firmie, ilość kontroli na centymetr kwadratowy, które przechodzimy, jest wprost proporcjonalna do ilości gotówki, której nie mamy. Pawian zna też przedsiębiorców prywatnych, którzy trzy razy na kwartał dostają pisma ze skarbówki. Ludzie, skupcie się. Może wy wiecie, że Owsiak sra kasą, ale jeśli wy to wiecie, urząd skarbowy też to wie.

Jest także grupa ludzi, którzy ostatnio zaczęła mówić, że kasa Owsiaka jest niemoralna. Bo to obowiązkiem państwa jest wyposażać służbę zdrowia. Tak, jasne – a świnie szybują po nieboskłonie. Rozumiem, że tak jest w teorii. Na razie minister kultury daje na opaczność bożą (nie wypominać błędów – celowe) sześć milionów. Takie są realia. Owsiak jest jednym z przejawów państwa obywatelskiego. Raz do roku dajemy cosik. Widocznie częściej nie możemy się zainteresować krajem, na przykład psimi kupami na mojej ulicy.

Nie chcesz, nie daj. Ale nie obrzydzaj innym. Ja daję na feminizm, na zwierzątka i na Owsiaka (mimo deklaracji, że tego nie robię, daję też czasem na ulicy). I to jest moja sprawa. Jak chcesz daj na weteranów UPA, pięć piw i czadory. Mam to w dupie. Co więcej, będę walczyć, żebyś miał prawo przeznaczać swoją kasę na co chcesz. Tylko, na litość bogów Olimpu, nie narzucaj innym, co mają robić. Jak zechcę, to będę dawać na plantację marychy na Kujawach. Moja kasa, mój datek. Uprzejmie proszę wszystkich tych, którzy wiedzą, co jest dobre, a co złe, żeby odpierdolili się od mojej kasy. Amen.

http://www.youtube.com/watch?v=ZyDTA464Mdw

http://www.fakt.pl/Ojciec-Rydzyk-Pies-nie-moze-spac-w-lozku,artykuly,178848,1.html

http://owsiaknet.pl/video/86115378

Published in: on 02/08/2014 at 22:51  6 komentarzy