От любви твоей вовсе не излечишься czyli witaj smutku

_DSC9970

 

Ты – мое призвание.

Ты – и радость моя, и моя беда.

Wyznania miłosne nigdy nie przechodziły mi przez gardło. Nie – i koniec. Pewnie dlatego nigdy nie pisałam wierszy. A poza tym jak miałam je pisać, skoro już od dziecka wiedziałam, że wyżej nerek nie podskoczę? Gdybym nawet spróbowała, to pewnie moje własne zażenowanie by mnie zabiło – wzięłoby nóż i jak dobry samuraj przebiłoby mój brzuch i przerżnęło gardło, bo jak żyć ze świadomością, że nie pisze się jak Jesienin, albo Lermontow. Dlatego, gdy muszę napisać o tym, co się wydarzyło w Moskwie, to najchętniej najpierw ze trzy razy walnęłabym się głowę jakąś grubą książką, ale nie mam pod ręką, bo te, które mam ze sobą, mają (jak na złość) miękkie okładki.

Od czego zacząć? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Może od tej płyty, którą słuchałam w czasach, gdy tylko wyszłam z pieluch? Może od tego białego tomiku, w którym po jednej stronie były teksty rosyjskie, po drugiej – polskie tłumaczenia? Może od cienkiej książki w czerwonej oprawie, którą przeczytałam najpierw po polsku, a potem po rosyjsku. Miałam właśnie siedemnaście lat i byłam w wieku bohatera tejże opowieści. Może od tego, że Moskwa od dawna była moim marzeniem TAKŻE dlatego, że mogłabym przez moment zobaczyć ją przez pryzmat tekstów, które ciągle cytuję? No właśnie – przyjechałam i cytuję. Nieustannie kojarzę, przypominam sobie, widzę i słyszę całe frazy. Ba, czasem nawet melodię. I czekam, spokojnie czekam na ten jeden moment, gdy… No właśnie. Nie mam pojęcia na co czekam. Na epifanię to jestem za stara i zbyt cyniczna.

ты – моя религия,

мостовые твои подо мной лежат.

Idę nocnym Arbatem z Tatianą Siergiejewną. Rozglądam się, czekam. Wyglądam czegoś. jakiegoś obrazu, sytuacji, dzięki której uświadomiłabym sobie, że to się dzieje. Tu i teraz – że to właśnie jest ten moment. A wokół mnie jak na Krupówkach. Brakuje jedynie misia w białym futrze. Gdybym miała ochotę się zapić z tego smutku, to wzięłabym kolorowe kółeczka od nieco zezowatego pana i rzucała na szyjki butelek. Mogłabym wygrać wódkę „Putinkę”, albo szampanskoje. Pod teatrem Wachtangowa zebranie miejscowych narkomanów. Studia tatuażu, jubilerzy w ilościach hurtowych, sklepy z pamiątkami, lombardy. Możesz kupić przerażonego kociaka, na dodatek – jak mniemam – każdego gatunku. Możesz też zrobić sobie zdjęcie z królikiem. W jednym ze sklepów kreacja w stylu wschodniotureckim. Przyciąga wzrok i niesamowicie śmieszy. Biała futrzana czapa, etola i zielona, suto marszczona spódnica ozdobiona tonami złotej nici. Rozrywki dla turystów i miejscowego plebsu. Zakłady, kto dłużej będzie wisiał na drążku, kto wie, co schowane pod kubeczkiem. Portreciści i karykaturzyści. Starbucks.

Co ja tu robię? Dlaczego tak strasznie mnie boli? Dlaczego ktoś mi to zrobił. Słowa, które znam od lat brzmią strasznie pusto. Zamykam oczy i mruczę, że to się nie dzieje. Odmawiam przyjęcia tej sytuacji do wiadomości. Po prostu, uznaję to wszystko, co się dzieje, za nieważne i niebyłe. Rzeczywistość nie jest magią, może to moja wina? Wina, że nie potrafię znaleźć w sobie tego, co istotne? Może trzeba spokojniej, bez nerwów.  Александр Македонский герой, но зачем же стулья ломать?

ты – мое отечество,

никогда до конца не пройтитебя.

Przecież nie można zniszczyć miłości – jeśli jest. Przecież miłość nie może się skończyć ot, tak. Po zdjęciu z królikiem. Przynajmniej – nie moja.

Published in: on 04/28/2014 at 05:11  Dodaj komentarz  

А я иду, шагаю по Москве czyli boginie są z Marsa, a Pawiany z Wenus

_DSC9580

Ostatnio marudziłam niepomiernie. Dlatego już przestaję, bo ileż można tkwić w tej całej martyrologii, a ponadto Państwo z pewnością mają swoje polskie kłopoty, jak na ten przykład… kanonizacja czy coś. W każdym razie siedzę w Rosyjskiej Akademii Nauk (dostałam przepustkę podpisaną pewnie przez samego Dyrektora Buszu, albo Prezesa Układu Słonecznego – jest na niej przynajmniej ze cztery pieczątki), co imponuje mi niesamowicie, a dlaczego, to już Państwo wiedzą. Chodzi o moją małostkową panią od rosyjskiego. Na dodatek, Achmatowa mówi mi: „słuchaj, Pawian, chodźmy do ekskluzywnej restauracji na szczycie budynku, zobaczysz sobie widok na Moskwę. Co prawda, ty i ja pasujemy do tego miejsca, jak świnie do siodła, ale zaciśnijmy zęby, bo widok jest przedni”.

Akurat dobrze się złożyło, że tego dnia miałam na sobie marynarkę, dziadowską, bo dziadowską, ale zawsze marynarkę. No, to lecim oglądać Moskwę z lotu ptaka. Wysiadamy na ostatnim piętrze – a tam już młodzieniec słusznej postury, z marsowym czołem się pyta: a po co, hę? Achmatowa odpowiada, że koleżance, cudzoziemskiej akademiczce, chciała pokazać piękny widok na Moskwę. Młodzieniec mruczy pod nosem, żeby w kącie stanąć i poczekać, bo hostessa zaraz się pojawi. Kelnerów i kelnerek wokół jak mrówków, knajpa pusta jak Patriarsze Prudy w „Mistrzu i Małgorzacie”, a my niewidzialne. Pewnie przez tę moją marynarkę z czarnego weluru, albo czarne dżinsy z podwiniętymi nogawkami. Na dodatek kupiłam sobie szmaciane buty za 500 rubli, z czego raduje się moja krakowska dusza, ale z pewnością wszyscy wiedzą, że jak na to ostatnie piętro wchodzi ktoś w takich tenisówkach, to choćby profesor – znaczy dziad. Pojawia się ona – hostessa, znaczy bogini. Wzrost słuszny, pierś łabędzia, policzki – krew z mlekiem, łydki – toczone, włosy – czarne jak skrzydło kruka i na dodatek opadają cudną falą za dupę, znaczy za biodra rozkoszne, niby u hurysy w egzotycznym karawanseraju. Dziewczyna, znaczy bogini, omiata nas wzrokiem i lekko unosi podbródek: aaa? Znów Achmatowa mówi, o co chodzi, a dziewoja nam oznajmia, że wszystkie stoliki mają rezerwację, ale – jeśli na krótko – to spocząć pozwala. Macha łapką delikatną, z paznokietkami jak migdały perłowe, żeby siadły znaczy, ale potem patrzy na to moje wdzianko i dopytuje czy rozebrać się nie zamierzam. A, dlaczego nie, owszem, zdejmę okrycie i wnet to czynię. Ona znów ręką macha, a wody morza się rozstępują i pojawia się jakieś inne zjawisko, które wiesza ten mój welur nieczysty na wieszaku i gustowny złoty numerek podaje. Bogini patrzy na mój aparat fotograficzny jakoś łaskawie, ale mówi, że przyjemność fotograficzna kosztuje 5000 rubli za godzinę. No, szkoda, że nie za kwadrans, za minutę, ba… za nanosekundę.

Siadamy – wnet kelner się pojawia, popielniczkę stawia, karty rozdaje, ale wie, że my na krótko, dlatego tylko napoje. Cóż było robić wzięłyśmy po piwku, tysiączek rubli pękł był, a co – jak szaleć, to szaleć, jedna galaretka, dwanaście łyżeczek. W tym momencie pojawia się kolejny młodzian i przynosi płócienne stołeczki, tak to wygląda nierozłożone. Myślę sobie: ależ cudownie, nogi zmęczone po wykładach wyciągnę, ależ wyrafinowanie, ależ frontem do klienta tu stoją. A on te stołeczki rozkłada, ależ to nie stołeczki, to stojaczki na torebki. Młodzian bierze moją filcową, ładną, szarą, z naszytą myszą i umieszcza na stojaczku. Kolejny młodzieniec nam popielniczkę zmienia co jakieś 4 minuty, wsadzając znienacka łapę w naszą (z Achmatową) konwersację, co jakieś takie dziwne jest, bo ja jej mówię: a pamiętasz, kochana… A tu męska łapa między nas się wpycha. Ona mi na to (po łyku piwka): Pawianku, a czytałaś ten wywiad z Awdiejewem… A tu znów ta męska łapa z popielniczką nakrytą różową papierową serwetką. Wypalić spokojnie nie dadzą, tylko człowieka denerwują.

Mówię do Achmatowej, że ja rozumiem, iż zdjęć tu robić nie pozwalają, bo wystrój taki mocno eklektyczny, miejscami wytworny, a miejscami – jak w bawarskim burdelu, gdzie nie byłam, ale wyobrazić sobie mogę, ze taka lampa (i tu oskarżycielsko palec wyciągam) mogłaby tam stać w recepcji. Wyjdźmy jednak na balkon, obejdźmy budynek, pooglądajmy świat szeroki. Pytamy jeszcze kolejnego młodzieńca, który chyba jest zatrudniony jako tatuator wielbłądów, gdyby tylko ktoś właśnie takiej usługi sobie zażyczył, czy z tego tarasu wolno zdjęcia robić. Wolno, owszem – odpowiada chłopczyna, który po dłuższych oględzinach wygląda na trubadura trzeciej kategorii – a dlaczegóż by wolno nie było. No to walę ujęcia z rzeką, z Łomonosowem, z peryferiami, gdy nagle… wchodzi ona. Bogini. Nawet nic nie mówi, tylko karcąco patrzy, z dezaprobatą, oskarżycielko wyciąga paluszek cudowny w stronę mojego aparatu. Nie mówi: „wy nikczemne”, ale w jej wzroku łacno to każdy wyczytać może. Tłumaczymy, że trubadur trzeciej kategorii nam wyjaśnił, że wolno. Ach, gdyby Państwo widzieli, to rozkoszne wzruszenie ramion, to wstrząśnięcie falą włosów, to zgorszenie we wzroku. Bogini wydęła kapryśnie usteczka i wycedziła: on? on nic nie wie. O rany, już jutro wezmą go na męki, upieką w oleju, powyrywają wszystkie członki. Obraził ją. Ją – boginię wszystkich hostess. Hostessę wszystkich bogiń.

Akurat znalazłyśmy się w szatni, gdzie dostrzegam mój sfatygowany pidżak. Już sięgam łapą, gdy pojawia się kolejny młodzian, który wstrzymuje mą dłoń, jak Bóg robaka zwykł zatrzymywać w locie. Spokojnie mówi, że mi poda co trzeba. Daję numerek i myślę, że gdybym miała etolę z norek, to lepiej bym wyglądała w chwili, gdy by mi ją na ramiona narzucał. Niestety – żadnego narzucania, ani zakładania nie będzie. Żakiet zostaje ściągnięty dość bezceremonialnie, ściśnięty wpół i wciśnięty mi do łapy. No… koniec. Spadaj.

Gdy kierujemy się do windy, kolejny cherubin uświadamia nam następny, popełniony przez nas nietakt. Nie ta winda. Tą – to się przyjeżdża, wy profanki prowincjonalne. Do zjeżdżania służy ta winda. Które piętro, wy… biedne stworzenia? Dwudzieste pierwsze. Zjeżdżamy jedno piętro. Tu czujemy się lepiej – chyba jesteśmy u siebie, w naszej przestrzeni. Oglądamy eksponaty w Katedrze Antropologii, a i zdjęcia można robić wszędzie. Ba, nawet papieroska zapalić na maleńkim balkonie. Och, boginie wszystkich najwyższych restauracyjnych pięter. Jak ja uwielbiam zapach bibliotecznego kurzu i pył kredy w salach wykładowych.

Published in: on 04/24/2014 at 15:21  3 komentarze  

Записки психопата czyli co jest grane

_DSC9213

Jeżeli ja chcę zrozumieć, to wszystko w swojej głowie zmieszczę, bo ja mam głowę jak dom publiczny.

Nie zobaczę niczego, no, nie zobaczę. Choćby wylazło mi na łeb i nasrało, to i tak nie zobaczę.  Skazana na powierzchowny ogląd turysty jak na wieczyste potępienie, ciągle tylko pragnę więcej, skacowana na pustyni – zawsze na deficycie. I tak mam dobrze, bo nie przyjechałam z biurem podróży, ale chodzę z tubylcami na piwo, mogę zadawać pytania, wiercić dziury w brzuchach. Wiadomo, że jaki pan, taki kram. Mam przyjaciół i znajomych odpowiednich do moich potrzeb, bo chyba jasnym jest i prostym jak świński ogonek, że ja mogę obcować jedynie z ludźmi takimi samymi jak ja – anarchistami i kontestatorami. Na dodatek takimi, którym refleksja zajmuje 23 godziny na dobę. Gdy idę z Tatianą Siergiejewną i Wilczkiem z Truntnowa nagle dostajemy od gromady ubranych na czarno młodzieńców ulotkę. Jeszcze jej nie czytamy, ale ja już domyślamy się treści, każdy z nas widział podobne typy latające z pisemkami, na których zawsze jest to samo – zagłada naszego świata, naszych wartości, nieczysta krew. Wilczek z Trutnowa też już wie, kto to jest i co nam dał, dlatego mnąc z lekkim zniecierpliwieniem ulotkę, z której dowiedzieliśmy się, że faszystowscy Żydzi opanowali niebieskożółtą część świata, mówi: papier już mam, a gdzie toaleta? Ja tylko mruczę, że tyłka szkoda, bo papier sztywny, lakierowany. Ostatnio słyszałam Konstantego Geberta, jak mówił o tym, że właśnie tacy malkontenci, którzy w normalnych warunkach są nie do zniesienia, bo ciągle pytają: a dlaczego, a po co, a wykaż mi sensowność tej twojej potrzeby, a już w szczególności nie znoszą papierków i tabelek, jak przychodzi do sytuacji dziwnych, to właśnie mówią: „nie”. Ja się nie zgadzam, ja nie będę w tym uczestniczyć, przynajmniej zaczynają od słów, żeby pocałować w dupę, a kończą na waleniu koktajlami Mołotowa z barykady. Ale co wie ulica? Kto uwierzy, kogo przekona na czarno ubrany młodzieniec, który z ogniem w oczach przekonuje nas do wizji swego prostego świata, w którym „głupich, jak zwykle, nie widać”.

Przepraszam za zuchwałość, nadzwyczaj cierpię z powodu zbyt dużej zawartości intelektu w moich emocjach.

Tak na marginesie, co wie ulica? A co mnie to obchodzi? Czy zastanawiam się w Polsce, co sądzi ta pani w brązowym prochowcu, która chadza zazwyczaj z siatką na kółeczkach i paskudnym ratlerem? Ja nawet nie chcę wiedzieć, co ona wie, co ona sądzi, jakie wnioski wyciąga, bo… jeśli nawet się dowiem, to muszę potem łykać małe tabletki, krzyczę i robi mi się smutno. Omijam jej poglądy równie skutecznie jak kupy jej psa na chodniku. Ida Syberyjska, wręcz z rozpaczą, podczas nocnych rozmów przy winie, takich smutnych i nostalgicznych, mówi o procentach, o większości. A kiedyś było inaczej? Czyż nie jest tak, że większość wybiera zawsze rozwiązania, które najmniej bolą, najmniej w nie trzeba włożyć wysiłku, nie zadać pytań, nie zastanowić się czy w ogóle je trzeba zadać, jak ta pani w głupim dowcipie, która mówiła: „ja tam robię mielone na trzy dni i nie myślę”. W naszą mitologię narodową mamy wpisany bunt. Bardzo jesteśmy z niego dumni. Lubimy mówić o zrywach, o kontestacji, o walce. To nas napędza, wręcz niezdrowo podnieca. Każdy jeśli nie Winkelriedem narodów, to przynajmniej takimż Chrystusem. Na Europę narzuciliśmy, jak powstańczy kir żałobny naszej tradycji buntu, widmo rewolucji, które dwadzieścia kilka lat temu odmieniło oblicze ziemi, tej ziemi, oczywiście. Wierzymy w to i czujemy się lepsi.

A cóż ja? Wiele zaznałem, ale nic nie zdziałałem. Nigdy się tak naprawdę nie roześmiałem i ani razu mnie nie zemdliło. Ja, który doznałem w tym świecie tyle, że tracę rachunek i zapominam kolejności – ja jestem najtrzeźwiejszym z całego świata; na mnie to wszystko marnie działa…

Zżymam się w tej Moskwie i wściekam. Czuję taką wredną, wszechogarniającą cholerę. Obecną we mnie pod prysznicem, na papierosie, gdy idę do sklepu, gdy tylko na chwilę zostają sama. Co mnie denerwuje? Dlaczego się wściekam? Z nas samych się wściekam. Z tego poczucia wyższości wobec wschodu, którego we mnie nie ma, ale czuję złość, za to wszystko, co usłyszałam przed wyjazdem. Za ten protekcjonalizm, za te teksty, że Rosjanie lubią twardą władzę, bo tylko przy niej czują się stabilnie, że tylko ona daje im jakąś masochistyczną satysfakcję. Może nawet nie tyle się wściekam ile wstydzę, tej naszej beztroski idioty, który już o ósmej rano, gdy tylko zrobi poranne siusiu, grzmi i wygłasza opinie. Na każdy temat. Nie zna się, ale zawsze wypowie własne zdanie. Pozbawione sensu i argumentów, ale silne, bo polskie, ze świadomością dziejów, powstań i buntów własnych. Zdanie lepsze od wszystkich innych zdań. Chciałabym, żeby wszystko było bardziej proste, żeby nie męczyło, żeby nie bolało, żeby było tak: „Na każdych trzech mądrych i głupich jest trzech / I dobrze to i sprawiedliwie”. W takiej sytuacji przynajmniej można by było organizować pojedynki bokserskie.  

A najgorzej złości mne to, że w jakiś pokrętny sposób jestem taka sama… Przyznaję sobie prawo do buntu, ale wyśmiewam ten cudzy, buntuję się przeciwko mitologii buntu, a tak naprawdę cięgle stoję przy tym samym murku romantycznego szaleństwa. Jedni dodają cegiełki, a ja je małym kilofkiem wybijam. Różnica? Żadna. I tak stoję przy tym murze, jak Raptusiewicz i Milczek w jednej osobie. Stoję i nie idę dalej. Patrzę bo muszę, aż do zrzygania. 

Niezrównoważenie psychiczne to moje marzenie! – i ośmielę się na szczerość – w marzeniach jestem wariatem! O, nie wiecie, panowie, co to takiego bezsenność marzeń… i stan zapalny marzeń przy bezsenności…

(Wszystkie cytaty: Wieniedikt Jerofiejew)

Published in: on 04/23/2014 at 04:49  Dodaj komentarz  

Matrioszka na niedźwiedziu czyli z szablą na wroga

unnamed

Pamiętam, jak byłam w Pradze, to we wszystkich sklepach były matrioszki. Dziwiłam się niepomiernie, ale szybko mi wyjaśniono, że to pod amerykańskich turystów, którzy wierzą w białe niedźwiedzie, futra w zimie, picie z pantofelków baletnic, tłuczenie kryształowych luster półlitrówkami po czystej, w której chryzantemy złociste, albo coś takiego. Gdy dziwiłam się głupio nadal, wytłumaczono mi jak dziecku, że to obowiązująca wizja wschodu. Magiczna granica wschodu, która zaczyna się gdzieś na Łabie. A kończy na Syberii. Wszystko się plącze: czeskie piwo, matrioszki, bałtycki bursztyn, śnieg, wódka i piękne kobiety. Obśmiałam się wtedy jak norka. Wtedy… Teraz już mi mniej do śmiechu.

Czy pamiętają Państwo jak daniel Olbrychski wpadł do galerii z szablą i porąbał własne zdjęcie w nazistowskim mundurze? Toż to było bezsensowne jak szarża pod Somosierrą. Wystarczyło przyjść, powiedzieć: słuchajcie, nie podoba mi się takie wykorzystanie mojego wizerunku, obraża mnie ono i poniża, bo buduje skojarzenia, które są dla mnie przykre, wręcz nietaktowne. Można było? Ano, można. Ale wtedy nie byłoby medialnego wydarzenia, gdy Azja czy raczej Kmicic wpadł i zaczął, nawet nie płazować szabliskiem, ale rypać po szkle, jak po obrazach przodków, co wzburzyło przecież prowincjonalnych Butrymów. Po cholerę niszczyć własny wizerunek? Widocznie nieładnie wyszedł na tym zdjęciu.

Znakomity aktor zrobił ostatnio coś podobnego. Znów, w spektakularny sposób, objawił swe stanowisko w kwestii międzynarodowej. Odmówił grania w Moskwie. Super. Polska prasa o tym pisała, ale nie wiem, czy Państwo zauważyli w tym przekazie, że pan Daniel nie zagra w POLSKIM teatrze w Moskwie. Ja rozumiem, gdyby miał kontrakt w Teatrze Bolszoj, gdzie chodzą oficjele, to mógłby w taki sposób wyrazić swoją niezłomną postawę: nie będę dla was grał, paskudniki przeklęte. Ale on nie chce grać w TEATRZE POLSKIM, takim małym, takim, który nie ma nawet własnej siedziby, który prowadzi entuzjasta, Eugeniusz Ławreńczuk. Na przykład wystawiali „Śnieg” Przybyszewskiego. Polska prasa od razu w doskonałym nastroju, albośmy to jacy-tacy, nasz wielki aktor bojkotuje występy w Rosji. Ach, ach, jakiż to szlachetny gest, ach, jaka międzynarodowa wymowa, ach Władimir już się boi, bo wybitny polski aktor szabelką macha i się drze: nikak niet! No tak, nie będzie grał w teatrze polskim w Moskwie, bo nie wypada. To ja w takim razie nie będę miała wykładów w Instytucie Polskim w Moskwie. Za karę nikt się nie dowie o poezji Barańczaka, o „Dziadach”, o smoku wawelskim, o krakowskich arrasach. Taka jestem twarda. Na moskiewskie uniwersytety, na polonistyki, też nie pójdę, protestować będę. Żadnych wykładów z romantyzmu i pozytywizmu. Żadnej Orzeszkowej i Słowackiego. Żadnego Kordiana, żadnej „Romantyczności” i „Mendla Gdańskiego”. Jestem dumną Polką. Koniec i kropka. Amen w pacierzu. Najlepiej zaorać, żeby nic nie było, jak u Kononowicza. Ale przynajmniej ocaleje polska duma narodowa i polskie geny.

A dlaczego o tym piszę, dlaczego jestem śledzienniczką i znów się żołądkuję? Bo to taka wizja matrioszki w praskim sklepie. A myślałam, że Olbrychski, który w Moskwie bywał, przyjaźnie ponawiązywał jest nieco mądrzejszy. Jak to mówił stoi w „Krzyżakach’ Sienkiewicza: „Drzewiej ludzie byli mądrzejsi — rozumiesz? … jakieś dawne czasy, i dodał: — Chociaż poniektóry bywał i drzewiej głupi”. Tylko pewnie tak bardzo widać nie było. O czym donosi z Moskwy, zniesmaczony Pawian Przydrożny.

unnamed1

Grafika: Marianna Sztyma, kolczyki (już moje): Anna Sławutina

 

Published in: on 04/22/2014 at 09:39  3 komentarze  

Прошу слова czyli Gribojedow zamawiałby kanapkę w Subway’u

_DSC9029

Kończę spacer z Achmatową na Czystych Prudach, które zamyka pomnik Gribojedowa. Wcinam osetyjskie pierogi z botwinką, szpinakiem, kartofelkami i grzybami oraz dzikim czosnkiem, z pewnością nie jest to łosoś drugiej świeżości. Autor „Mądremu biada” nie ma niestety takiego wyjścia, bo stoi tuż pod fast foodem, pod Subwayem. W tle wieżowiec z napisem „Лукойл”. I jakoś mi przychodzi do głowy zestawienie: Wagit Alekperow i Aleksandr Gribojedow. Jeśli ktokolwiek oczekuje teraz błyskotliwej refleksji na temat dziejów ludzkości, to może iść do domu. Tuż obok – stacja metra. Następna stacja: Łubianka. A na ławce siedzi policjantka w krzywo założonej czapce, łupie słonecznik aż miło. Przysiadła na chwilę, zmęczona, czapka się przekrzywiła, daszek sterczy gdzieś nad uchem. Czuję jej zmęczenie we własnych nogach, wszak przeszłam od Biblioteki Lenina, Przez Kitaj-gorod na Czyste Prudy właśnie. Mijałam mur kremlowski mimochodem, notując spojrzeniem kopuły cerkwi zestawione dość przypadkowo z pomnikiem Marksa. Momentami czuję się jak w Paryżu, tym solidnym i mieszczańskim, z szerokimi ulicami i wysokimi kamienicami, w których straszni mieszczanie spożywają dary boże, pokolenie za pokoleniem przeżuwając chleb swój powszedni, a czasem – jakbym była w Siewierzu, gdzie małe, piętrowe domki powoli zapadają się w ziemię przytłoczone mijającymi dniami. W tych pierwszych dzielnicach, może i luksusowych, albo pozbawionych słońca, zawsze zasłoniętego wysokimi domami czuję się znudzona, bo już to widziałam. A w tych prowincjonalnych z przyjemnością odnotowuję detale. Malusieńki york w różowym sweterku, w objęciach wyrośniętego młodzieńca w dresie. Studnia i przechylony krzyż na podwórcu cekrwi. Zburzony dom, zostawiona fasada, na dodatek pomalowana na wścieklełososiowo. Jakby wioska potiomkinowska a’rebours. Idę dalej, gdybym mogła, to bym chwyciła którąś ręką drut prowadzący trolejbus i może wyrwała się z poziomu ulicy, by zobaczyć szerzej, zbudować jakąkolwiek syntezę, nie pozostawać na poziomie mikro.

_DSC9004

A gdy w przód chcesz iść, pamiętaj że,

Masz lewej strony trzymać się.

_DSC9032

Przed Biblioteką Lenina siedzi Dostojewski. Siedzi, jakoś tak dziwnie, jakby przycupywał na jednym półdupku, jakby mu było strasznie niewygodnie, jakby miał hemoroidy, jak zasugerowała Ida Syberyjska, jakby czuł, że to nie jest jego miejsce. Jakby się pomieszały porządki, jakby ktoś przestawił pionki na planszy do gry, w ogóle nie znając jej reguł. A może są to reguły, których nie rozumiem? A może nie muszę rozumieć?

Porządek taki świat zawsze znał,

Gdy stoisz z prawej, będziesz stał.

Moskwa jest jak kobieta w średnim wieku. Nie musi już niczego udowadniać. Jeśli nawet ma kompleksy, to nauczyła się je ukrywać. Ma pierwsze zmarszczki, no cóż, taka jest kolej rzeczy. Czasem przesadzi z makijażem, czasem może śmiesznie wyglądać w ubraniach zbyt obcisłych, zbyt barwnych. Ma jednocześnie niesamowitą klasę, wie jak się zachować, bo już przecież niejedno przeżyła, nadal ciekawa świata, ale już nie zdziwiona jego ruchliwością i zmiennością.

W moim metrze nikt tłoku się nie lęka

Bo w nim wciąż ta sama dźwięczy piosenka.

_DSC9012

Mimo, że tłoku nie znoszę, że boję się tłumu, zgiełku i hałasu, a przypadkowy dotyk potrąceń obcych ludzi wywołuje we mnie dreszcz obrzydzenia, w moskiewskim metrze mam w dupie wszystkie moje fobie i idiosynkrazje. A potrącajcie mnie, a ja i tak się nie ruszę, wgapiona, jak sroka, w mozaikę z dziećmi ofiarującymi, już nie jak u Barańczaka, wzruszone, ale wręcz dumne kwiaty, czerwonoarmiejcom. Stoję nieporuszona, jak skała, o którą rozbijają się fale tłumów, bo właśnie zobaczyłam maleńkie literki w zwieńczeniu kolumny: „КИМ”. Małe, pięcioramienne gwiazdki mnie wzruszają, podobnie jak mikroskopijne sierpki i młotki. Dotykam ściany z marmuru, przesuwam ręką, starając się dokładnie i na całe życie zapamiętać ten chłód i gładkość. Gdybym mogła, pewnie zaczęłabym lizać te ściany, bo z pewnością mają jakiś konkretny smak. Podnoszę jak najwyżej głowę, wącham, zaciągam się zapachem moskiewskiego metra, wciągam je  do płuc i już się boję, że kiedyś zapomnę. Że zapomnę barwę tego białego światła, że zgubię lekki półmrok na sklepieniach. Wjeżdżam na górę i się uśmiecham. Mijający mnie na ruchomych schodach ludzie mają wyraz politowania na twarzach.

_DSC9076

Published in: on 04/18/2014 at 06:58  6 komentarzy  

From Russia with love czyli Patriarsze Prudy

IMAG0548

„opisywany nie utykał na żadną nogę, nie był ani mały, ani olbrzymi, tylko po prostu wysoki. Co zaś dotyczy zębów, to z lewej strony były koronki platynowe, a z prawej złote. Miał na sobie drogi szary garnitur i dobrane pod kolor zagraniczne pantofle. Szary beret dziarsko załamał nad uchem, pod pachą niósł laskę z czarną rączka w kształcie głowy pudla. Lat na oko miał ponad czterdzieści. Usta jak gdyby krzywe. Gładko wygolony. Brunet. Prawe oko czarne, lewe nie wiedzieć czemu zielone. Brwi czarne, ale jedna umieszczona wyżej niż druga. Słowem – cudzoziemiec”.

(Michaił Bułhakow)

Moskwa jest nieoczekiwana. To słowo pierwsze przychodzi mi do głowy, bo nic nie dzieje się tak, no właśnie, a jak ma się dziać? Przecież niczego sobie nie wyobrażałam, nie miałam zamiaru porównywać z literaturą, po prostu wpadłam z uszami, z ryjkiem i ogonkiem, jak zawsze wpadam, bez oczekiwań, sądów i namysłów. No to wpadłam: raz, dwa, trzy i już byłam w Moskwie. Nawet nie zdążyłam tego jakoś celebrować, bo jedna z pięćdziesięciu bramek na Szeremietiewie już mnie wypluła, czarnobrewa carica przybiła stempelek, jakieś korytarze, już podjeżdża moja sfatygowana walizka, na której Puc Klucha ćwiczy kocie aikido pazurowe, już wyrzucona zostaję na zewnątrz. I pewna siebie, jakbym była Aleksandrem Gosiewskim na Kremlu, wnet dzwonię do Tatiany Siergiejewny. Dzwoniłabym, gdybym miała numer. Przecież zapisywałam, no zapisywałam… Wot, siurpryza. A ona zadzwoniłaby do mnie z pewnością, gdyby nie zostawiła polskiej komórki w domu. Ёлки-палки. Nigdy w życiu nie myślałam, że fraza: „telefon do przyjaciela” znaczy tak wiele.

***

Na nocnych Patriarszych Prudach jeszcze nie pękam, chociaż wreszcie zaczynam rozumieć zdanie: „Nie tylko nikogo nie było koło budki, ale i w równoległej do Małej Bronnej alei nie widać było żywego ducha”, bo poczynając od chow-chow w zielonym sweterku i buldożka angielskiego całkiem nieubranego, a kończąc na grupce licealistów spoglądających czule w swe smartfony i biegacza w krótkich galotach wszyscy wiedzą, że tu nigdy nie możesz być człowieku sam. I znów nieoczekiwane, bo chociaż nie spodziewałam się pustych alejek otoczonych mgłą płynącą z pobliskiego stawiku, to tabunów ludzi łażących po ciemnym parku się nie spodziewałam. I znów pytam, a spodziewałaś się czegoś konkretnego? Przecież nigdy nie masz wizji, planów i oczekiwań. To skąd to uczucie, że jest coś nieoczekiwanego? Na dodatek rozśmiesza mnie bliskość logiczna. W Katowicach, na placu Miarki jest pomnik Moniuszki, co jak powiedziała naczelna „Zadry”, wydaje się zrozumiałe, bo przynajmniej jest alfabetyczny porządek. Na Patriarszych Prudach wielki pomnik Kryłowa i płaskorzeźby z ilustracjami do jego bajek, co daje mi miły punkt wyjście do dzisiejszego wykładu. Ale szukam sensu.

***

Niełatwo się zachwycam. Po pierwsze dlatego, że jestem wredziolem, któremu przez zęby nie wysmyknie się, że pięknie, że wzrusza, bo czuje, że ociera się o banał, a po drugie – jestem Niszczycielką Światów i obawiam się zachwycać. Bycie objazdową Erynią może być nieco uciążliwe. Gdziekolwiek nie jadę, a na dodatek tam mi się spodoba, to rozpoczynam już serię nie tyle nieoczekiwanych wypadków, chociaż i to się zdarza, ale lokalnych katastrof i całkiem sporych zniszczeń mimowolnych. W końcu przecież, gdy objawiłam swój zachwyt nad Grecją to ten biedny kraj się spalił, we Włoszech zatrzęsła się ziemia, w Londynie spalił „Cutty Sark”. Ostał się Paryż, bo tam sarkałam i marudziłam. W Ołomuńcu, gdy tylko Honza usłyszał sygnał straży pożarnej – spojrzał na mnie surowo, bo już wiedział. Potem zaczęły się powodzie. A zakład produkcji plastiku spłonął chyba nawet niezauważony. Dlatego się pilnuję i mówię Tatianie Siergiejewnej, że ta Moskwa zwyczajna, a nawet brzydsza od Alwerni czy Sosnowca.

***

Czasem jednak twardziele nie wytrzymują, jak na przykład w Londynie, gdy usiadłam w sali pełnej van Dycków i zaczęłam chlipać. I proszę nie pytać, dlaczego właśnie tam, właśnie wtedy. I to samo spotkało mnie na stacji metra Majakowska, gdy podniosłam głowę i zobaczyłam mozaiki socrealistyczne. Tatiana Sierdiejewna jest sadystką, dlatego w następnej kolejności pokazała mi Białoruską. A ja, mając coraz szerzej otwarte oczęta, zastanawiałam się, dlaczego ten idiota Bierut, nie chciał metra. Takiego metra. Z głębokimi stacjami, do których zjeżdża się niby do kopalni Morii. Z wysokimi przynajmniej na pięć metrów korytarzami, z żyrandolami zapierającymi dech w piersiach (tak, to banał), z białymi marmurami, a chociaż nie znoszę tego koloru stoję urzeczona i czuję, że jeszcze moment i zacznę chlipać z tego natłoku piękna i wrażeń. Muszą coś zrobić, muszę, dlatego przechodząc koło stosunkowo mało gustownego pomnika przyjaźni rosyjsko-gruzińskiej (Koba, myślisz, że to dla ciebie?) syczę złośliwie: fiutek z garnirką, by za moment prawie zlizać sos z łososia z czerwonym kawiorem. Więc tak wygląda Moskwa? Moja Moskwa? Chwileczkę, jeszcze nie wygląda.

***

Chyba nie reprezentuję godnie. Po Moskwie, po jej szerokich alejach biegam w spodniach od dresu, bo dzień przed wyjazdem zrobiłam sobie tatuaż na nodze. Z lenistwa i dla wygody, a także dla higieny latam jak szóste dziecko stróża, nad czym, rzecz jasna, nie boleję. Nucę pod nosem „Piosenkę o moskiewskim metrze” i odpowiadam grzecznie „dobry wieczór” BOR-owikowi robiącemu już szóste kółko wokół potężnej bryły ambasady. Przynajmniej on też jest w dresie. Zasypiam, mrucząc zgoła niestosownie, ale tylko to przychodzi mi do głowy: „Chcę, tak, chcę”. Jeszcze nie wiem czego, ale się dowiem.

Published in: on 04/16/2014 at 04:50  2 komentarze  

Chwalipięta czyli od szubienicy na uniwersytety

Moskwa2

– Bucholc nie żyje! pan wie?… Miał fabryki, miał miliony, był całym hrabią i nie żyje! A ja nie mam nic i jeszcze na jutro mam protestowane weksle, ale ja żyję! Pan Bóg jest dobry, Pan Bóg jest bardzo dobry!

Wielka, bezgraniczna wdzięczność zadrgała mu w głosie i smutna dotychczas twarz zajaśniała głębokim rozradowaniem, całą rozkoszą świadomą istnienia własnego.

(Władysław Stanisław Reymont)

Dawno, dawno temu, gdy pawian był małą małpą, chodził do szkoły. Nie uczył się pilnie przez całe ranki ze swej pawiańskiej pierwszej czytanki. Wręcz odwrotnie, bo od pierwszego dnia w placówce oświatowej, nasz bohater kontestował system. Po prostu mały pawian nie miał ochoty, po prostu nie współpracował i nigdy, jak na przykład mama Mikołajka, nie był pierwszą uczennicą. Olewał, leniuchował, obchodził, kręcił, kantował – jak tylko się dało. Nie był jakimś blokersem pakującym w piwnicy, bo już wówczas miał szczwany i dalekosiężny plan. Pawian zamierzał przez całe swe życie czytać, tylko to bowiem sprawiało mu przyjemność. Całą resztę wiedzy wpychanej mu innymi sposobami do głowy przyjmował mimochodem i ze sporą niechęcią. Jak się Państwo domyślają wynikały z tego kłopoty. Stąd wzięła się siwizna pawiańskiej mamusi, w sumie tatusia też, nie bądźmy już tacy skromni. Rodziciele nawet chcieli mnie do szkoły zakonnej wysłać, ale tatuś stwierdził, że nie wolno siostrzyczkom tak strasznej krzywdy robić, bo budynek zabytkowy, a uległby zniszczeniu, zaś na zgliszczach matka przełożona w oberwanym habicie szlugiem by się zaciągała. W związku z tym, nieśli przez jeszcze jakiś czas swój krzyż, bo cóż im robić wypadało. Z podobną godnością opiekują się tym ich małym psem, który jest karciarzem, babiarzem, złodziejem i oszustem. Oni są jak koń Boxer i wzdychają jedynie, że będą się starać jeszcze bardziej.

Nie można się dziwić, że nasz bohater, co jakiś czas wpadał w kłopoty. Na dodatek miał odrażającą fizys, na której non stop malowało się lekceważenie i obrzydzenie. Czasem też politowanie i niechęć. Wszystko to razem musiało skutkować złośliwostkami systemu. Dlatego też nie można się dziwić, że pewna pani, która uczyła pawiana, powiedziała kiedyś w desperacji, że skończy on na szubienicy. Jeszcze nie, ale co ma wisieć, nie utonie, szczególnie, że pawian trenował jeszcze do niedawna pływanie na średnich dystansach. Być może jakiś współczesny Albert Pierrepoint już poszedł kupić sznur, a Annuszka wylała już olej słonecznikowy. Któż to może wiedzieć? Wracając do nauczania, pani postawiła pawianowi kolejną dwóję i zaczęła wieszczyć: „na surowej skale stanie drzewo, na którym wisieć będziesz, a kruki obiorą twe ciało do kości”. No, może nie było aż tak, ale zabrzmiało poważnie. Minęło kilkanaście lat i pawian wszedł do sali uniwersyteckiej, gdzie miał prowadzić wykład ze sztuki przetrwania przy pomocy zadrukowanego papieru. Kolega profesor wyjechał był i poprosił, żeby pawian za niego poszedł. Pawian lubić ludzi, lubić im pomagać, a na dodatek pawian lubić uczyć. Zadowolony jak małpa w kąpieli stanął na katedrze, z wysokości swego nikczemnego wzrostu ogarnął salę spojrzeniem, gdy… Ożesz, do stu tysięcy fur beczek prochu! A któż tam siedzi w drugiej ławeczce? Pani od szubienicy, taż sama. Wówczas, pawian pierwszy raz w życiu, zaśpiewał w duszy używając Reymonta: „Pan Bóg jest dobry, Pan Bóg jest bardzo dobry”.

To była naprawdę piękna, aczkolwiek małostkowa chwila.

Była jeszcze jedna pani, o której dopiero teraz pawian sobie przypomniał. Owa nauczycielka pawiańska wielokrotnie opowiadała, że studiowała w Moskwie, a to wydarza się tylko w życiu najlepszych. Dawała tym samym do zrozumienia, że nam się to nie przytrafi. Tak się akurat złożyło, że pawian na egzaminie maturalnym otrzymał pytanie dotyczące stolicy Rosji. Nawijał, nawijał, a na koniec przyszło mu głupio do głowy, żeby powiedzieć, iż chciałby kiedyś pojechać na moskiewski uniwersytet. Pani parsknęła śmiechem, łaskawie wybaczyła nietakt i odesłała nasze głupie pawianisko do wszystkich diabłów. Uczyniła to subtelnie, aczkolwiek jednoznacznie.

Znów minęły dziesięciolecia, a może nawet stulecia. I nagle, dziś, gdy pawian szedł do korporacji papierniczej, stanął nagle na moście i wrzasnął, aczkolwiek, jak Państwo zobaczą, nie było to nieprzewidywalne i nieoczekiwane: „Pan Bóg jest dobry, Pan Bóg jest bardzo dobry”. Ha! Już za parę dni, za dni parę, będę na moskiewskich uniwersytetach. Ale jaja! Nie przychodziła mi do głowy ta maturalna historia, gdy wkraczałam na inne wszechnice, ale teraz? Objawił się przede mną cały absurd sytuacyjny.

To jest naprawdę piękna, aczkolwiek małostkowa chwila.

Trudno.

 

Zdjęcie ze strony: http://www.national-geographic.pl/artykuly/pokaz/moskwa-behemot-zaprasza/

Published in: on 04/10/2014 at 16:02  5 komentarzy  

Wyjazd do Kisłowodzka czyli dopóki jest tak, czy siak

Господи мой, Боже, зеленоглазый мой,

Пока Земля еще веpтится и это ей стpанно самой,

Пока ей еще хватает вpемени и огня,

Дай же ты всем понемногу и не забудь пpо меня.

(Bułat Okudżawa)

Mentalnie, a przede wszystkim tekstowo, przygotowuję się do wyjazdu na wschód, bo wschód mnie niesamowicie ciągnie, podnieca i ciekawi. Może właśnie tam, już za chwilę, uda mi się odnaleźć różne rzeczy, które ostatnio pogubiłam. Gdy, kilka dni temu, byłam w korporacji papierniczej, stanęłam na schodach i zapytałam Małe przy ksero, co by było, gdybym nagle rzuciła tym wszystkim i wyjechała do Kisłowodzka? Małe odrzekło, jak zawsze rezolutnie, że to byłoby w porządku, ale musiałabym wrócić. A ja drążyłam dalej: a gdybym nie wróciła? Gdybym w tym Kisłowodzku miała kozę, ogródek i robiła tam kwas chlebowy? Małe zmarszczyło brwi i powiedziało, że to by było już zupełnie nie w porządku. Czyli czasem nie wolno nie wrócić? Czasem powrót nie jest powrotem? „Droga jest Kamieniem. Początek jest Kamieniem. Jeżeli nie pojmujesz tych słów, jeszcze nie zacząłeś pojmować. Każdy krok, który uczynisz, jest celem” (Jorge Luis Borges, Róża Paracelsusa).

***

Wychodziłam ze szpitala i chciałam zostawić innej pacjentce gazety. A ona mi mówi, żebym zabrała wszystkie swoje rzeczy (śmieci też? a co z moją krwią, którą „podpisywano wojnę, miłość, rozejm, pokój, wyrok, układ, czek na śmierć”?), bo, jak nic nie zostawię, to już nigdy tu nie wrócę. To jak wrzucanie monety do fontanny à rebours. Jakie to by było proste. Ruch skrzydeł motyla w Tybecie skutkuje tornadem w Ohio, a szelest papieru w szpitalu skutkuje powszechnym szczęściem i zdrowiem na planecie. Biedni pozytywiści, którzy walczyli z przesądami, poumierali z wiarą w postęp (chociaż nie wszyscy, bo np. Orzeszkowa umarła jedynie z wiarą w pojedynczego człowieka), a magia w życiu ludzkim ma się zadziwiająco dobrze. Chociaż, z drugiej strony, skądś się biorą monety w supermarketowej fontannie. Widziałam, sama widziałam, jak wrzucali pieniądze w Silesia City Center, jakby ich jeszcze tam za mało zostawili. Zaklepywali sobie powrót, ale do czego? To tylko był pusty gest czy wręcz przeciwnie, jakiś skomplikowany symbol, albo rytuał? „Zmysły mówią, że jest wielość i zmienność, a rozum, że jedność i stałość”.

A gazety zostawiłam pielęgniarzowi, bo chciał. Pewnie ma interes, żebym tam wróciła.

***

Jakiś czas temu rozmawiałam z moim studentem, który jawił się na początku jako leser, a stał się ciekawym człowiekiem, ale trzeba było się zatrzymać (nie napiszę, że trzeba było się pochylić, bo chyba bym umarła ze wstydu, że używam tak pretensjonalnego słowa). Trzeba było poczekać aż zacznie mówić. I jakoś zeszło na Hłaskę. Oboje zachwycaliśmy się jego frazą, ale długo nie rozmawialiśmy, bo właśnie skończył się kwadrans między zajęciami, a papierosy już pogasły. Nie zdążyłam mu powiedzieć, że wracam do Hłaski, chociaż mnie wkurza, denerwuje, chociaż czasem rzygam tą męskością, tą surowością, tą bezkompromisowością, tym fallusem. Tą całą siłą, wymaganiami, którym za cholerę nie można sprostać: „Wielkie, silne zwierzęta umierają w samotności i milczeniu. Odchodzą w pustkę i nie skarżą się nikomu” (Następny do raju). Ładne? No, ładne, ale tak wystudiowane, tak świetnie nadaje się na złotą myśl, że aż się zimno robi. Gdy człowiek to czyta, widzi, że w środku, ale tego ma nie być widać, jest cała masa wątpliwości, cała masa strachu. Tymi ostatnimi już nie rzygam, bo strach i wątpliwości są ludzkie. Zwyczajne. I pewnie dlatego wracam do Hłaski, żeby między wierszami zobaczyć właśnie to, co jest i moje. Ale z niechęcią konstatuję te hemingwayowskie twarde pozy, ironiczne skrzywienia warg. Podobno, ale nie wiem, ile w tym prawdy, Hłasko zawsze się krzywił do zdjęcia, żeby mieć zmarszczki na czole, żeby wyglądać męsko. Nie lubił swej fizys, wydawała mu się zbyt delikatna.

Jestem ciekawa, w którym miejscu mi się robią zmarszczki, gdy chcę wyjść na twardzielkę.

***

A więc, kierunek wschód. „Czasami nie chodzi o to, aby się zmieniło na lepsze. Najczęściej chodzi o to, aby zmieniło się cokolwiek” (Sowa, córka piekarza).

Published in: on 04/06/2014 at 13:55  3 komentarze  

Pawian gdzieś indziej czyli feministycznie

A dziś – tu.

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/728-pozadanie-w-cieniu-atomu

i dodam jeszcze to:

http://pawianprzydrozny.tumblr.com/image/81303992123

 

Do zaś…

Published in: on 04/01/2014 at 20:40  5 komentarzy