Tekst sponsorowany, czyli płaszczyk cz. 2

Przechwytywanie

To moja dłoń

to linia życia

dobiega tu

tu się urywa

Nad łóżkiem wisiał święty obraz – jak to w porządnym polskim domu. Ale nie był to żaden, jakże popularny, wizerunek Chrystusa z gorejącym sercem, ale coś dziwnego. Żydówka wisiała, święta Żydówka, stereotypowa taka. Maryja była na tymże obrazie dość egzotyczną brunetką, zaś Jezusek – no wyobraźcie sobie – był rudy i miał kręcone włoski. Ewidentnie by nie przeżyli wojny – bo wyglądali tak, że każdy szmalcownik od razu wepchnąłby ich w bramę. Nie doszliby nawet do przystanku tramwajowego. Dziś już mnie to nie dziwi, nawet sobie myślę, że co miało wisieć w moim domu, jak nie to właśnie. W wieku czterech lat dostałam inny obrazek, z Maryją przydeptującą węża, stojącą na globie ziemskim. Niebieska sukienka, włoski blond, rączki rozłożone bezradnie, bladawa skóra z rumieńcami na policzkach. Nieprawdziwa taka, nie moja. Ta wisząca nad łóżkiem była taka zwyczajna. Płakała – tak samo jak moja mama. Myślałam sobie, że pewnie Jezusek znów choruje i ona dlatego płacze. Jezusek miał czerwone policzki – owszem – pewnie miał gorączkę. Maryja trzymała go za rączkę, łza spływała jej po śniadej twarzy, wypływała z kącika ciemnego oka, a prześcieradło mieli w paski, słoma spod niego wyłaziła. Tamtą drugą zamknęłam w książeczce do nabożeństwa i nie chciałam na nią patrzyć – bo nie miała żadnej ciekawej historii do opowiedzenia – stała i patrzyła, a stać i patrzeć to każdy głupi potrafi. Babcia chciała, żeby ten obraz ze ściany dostała, w razie „jakby co”, ciocia B. Tak się właśnie stało. Obraz wisi u cioci B., a ja sobie myślę, że w razie „jakby co”, to ma on wrócić do mnie. Po co? Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak właśnie ma być. Nie przywiązuje się do rzeczy, nie chomikuję, potrafię w pięć minut wynieść z domu, bo komuś bardziej potrzebne, bo mu się przyda, a ja sobie poradzę. Jednak ten obraz – jest mój. Niech ona płacze nad moim łóżkiem, niech on nad nim choruje. A gruba („złota”) rama też mi nie przeszkadza. Gdybym przełożyła w jakąś antyramę wszystko straciłoby sens.

na szyi mam

medalik z lontem

oglądam swoją dłoń

to linia frontu

Żeby nie było, jest jeszcze jeden obraz. Namalowany chyba w czasie wojny przez jakiegoś Niemca. Ewidentnie nie wyszedł mu daszek góralskiej chałupki, ale chłopina chyba wiedział, co to był impresjonizm. Choineczki, droga prowadząca a nicość, szczyt górski w chmurach. Raczej Tatry niż Alpy. Jelenia brak. Nawet niedźwiedzia nie ma – nie postarał się malarz, albo umiał namalować wyłącznie kotka z tyłu, zaś to do pejzażu górskiego ewidentnie nie pasowało. Siedziałam kiedyś w domu rodziców i próbowałam pisać książkę, a ona za cholerę się nie dawała napisać. Nagle zaczęłam chichotać, bo znad tego stołu patrzyła na mnie przeszłość. Kalendarz „National Geographic” oferował zmęczone i mądre spojrzenie goryla, a obok był ten niemiecki obraz. Wydało mi się to tak zabawne, że nie mogłam przestać się śmiać. Goryl i wojenny kicz. Złotko z ramy schodziło, ale nadal błyszczało, co miało robić. Goryl patrzy mi w oczy i pytał: kim jesteś, skąd przyszłaś, dokąd idziesz. Każdy dostaje takie „quo vadis”, na jakie zasługuje. Książkę napisałam, też pomogło mi dziedzictwo. Usiadłam na miedzy i bezradnie wpatrywałam się w zapadający mrok – a potem dotarło do mnie, że żaden mrok, łuna czerwona zaczęła się pojawiać. I wtedy wiedziałam, że muszę zacząć od Nowej Huty. Stukając w klawiaturę zdałam sobie sprawę, że za paznokciami mam pełno małopolskiej gliny. Obraz na ścianie przestał przeszkadzać, wszystko się ułożyło.

w piżamie mam

na małej kartce

tych kilka słów

gdy ktoś mnie znajdzie

Mam biały obrus. Z wyhaftowanymi inicjałami „EK”. Już pierwszy z nim kontakt był związany z niesamowitym dziecięcym zdziwieniem. Skąd to „K” – podejrzane „K” na adamaszkowym obrusie. Dlaczego nikt nie wypruł? Hmm… Obrus był, pewnie leżał w tym domu, do którego babcia się wprowadziła, ale wyprucie inicjałów byłoby chamstwem – jak ją znam, to tak właśnie myślała. Proszę sobie wyobrazić Edeltraud Knopf (musiałam ją jakoś nazwać), matkę czworga dzieci, która bezradnie pakuje różne rzeczy i zostawia ten obrus. Otwarte walichy, krzątanina paniczna, stłukła się karafka po babci Knopf, kieliszków nie bierzemy, słychać już z daleka organy Stalina. Ja mogłabym oddać ten obrus potomkom Edeltraud Knopf. Jest niezniszczony. I nie jest mój. Uważam, że tak byłoby w porządku. Nawet trochę jakby pali moją szufladę. Leży w niej i jakbym skubańca nie złożyła, wyłazi to „EK”. Edeltraud, przestań. Przestań się panoszyć w szufladzie z moimi obrusami. Na wszystkich mam monogramy – „MP”, „MC”, „MS”, wcześniejszych brak, być może ktoś ich używa, gdzieś tam… Te inicjały podkreślają linię żeńską, wskazują na gniazdo, na zasiedzenie, zacróczenie. A w tym wszystkim ta Edeltraud. No dobra, chichot historii, mam twój obrus, chociaż nie powinnam i chociaż z pewnością tego nie chciałaś. A bierz ten obrus, cholera jasna. Stawiaj na nim półmiski z kiełbasą i kapustą. Śpiewaj przy nim „Heilige Nacht”, dziel się opłatkiem, opłakuj zmarłych na stypie, nie wiem, co jeszcze można robić przy białym adamaszkowym obrusie. Weź go sobie, droga Edeltraud. Ja doskonale wiem, że ty już nie żyjesz. Naprawdę mi przykro, jeśli zostałaś zgwałcona, naprawdę mi przykro, jeśli w tej zawierusze straciłaś cały swój porządny i mieszczański dorobek życia. Dlatego mam właśnie ten jeden obrus, właśnie dlatego. Tę ironię losu, którą mogliby twoi potomkowie i potomkinie traktować, jako coś ważnego, jako własną przeszłość. Bierz ten obrus, po dobroci mówię.

No dobrze, nie weźmiesz go. Wiem, on ma mi przypominać różne rzeczy: jak szybko wychodzi się z domu, jak zabawna jest historia, jak parszywa jest historia. Jestem z Europy Wschodniej i mam płaszczyk z dziurawymi kieszonkami. A wszystko, co w nich jest i tak nie należy do mnie.

Może dlatego chcę mieć ten obraz z Maryją-Żydówką?

Reklamy
Published in: on 08/24/2014 at 14:30  19 Komentarzy  

Smutne skutki picia drinków „tequila sunrise” z agentem nieruchomości, czyli talent i znajomości

tequila_sunrise

Dużo się obecnie mówi o roszczeniowej postawie młodzieży. Nie wiem, nie znam się, ale opowiem Państwu coś, co z pewnością nie jest jakimkolwiek dowodem. A było to tak… Mam przyjaciela, Filuś ma na imię, podobnie jak ja robi w starych papierach. Od czasu do czasu chadzamy z Filusiem na piwko i gadamy o starych papierach i o rzeczach innych.. I zawsze chcemy być grzeczni, ale nam nie wychodzi, jak na przykład wtedy, gdy piliśmy cytrynówkę i spotkaliśmy Japończyka z firmy budowlanej, z którym zmuszona byłam rozmawiać po niemiecku. Już Państwo wiedzą, że życie specjalistów od starych papierów jest pełne zasadzek i niespodziewanych zwrotów akcji.

Ostatnio poszliśmy na piwo, w „Małym Kredensie” wypiliśmy po dwa, a następnie, jako że jesteśmy oboje dość zapracowani, postanowiliśmy skończyć ten uroczy wieczór. Gdy się odprowadzaliśmy do domu, nagle… Zagrzmiało, błysnęło i zaczęło lać. A my, jakże niebacznie, wpadliśmy w pierwsze otwarte drzwi. Jak się Państwo domyślają, była to jaskinia rozpusty zwana pubem, a że deszcz padał i padał, zaś żadnej arki nie było, zaczęliśmy pić drink zwany „tequila sunrise”. Po kilku minutach usłyszeliśmy męski głos z boku:

– A pan to patrzy z taką miłością na Panią…

My: eeeeee… Zabrzmiało dość pospolicie, nieprawdaż? W związku z czym szybko się zreflektowaliśmy i szybko odrzekliśmy, że i owszem, już dwadzieścia lat właśnie tak jest. Chłopię w garniturze (przykrótkie spodnie i nie chcę być złośliwa, ale był to poliester), rozsiadło się obok  nas, i już pewne siebie, zaczęło perorować:

– To znaczy, że mają Państwo też udane życie seksualne?

My: My razem? Nie!

– Och – westchnęło, a następnie to doświadczone życiowo chłopię rzuciło, jakże błyskotliwą uwagę, że nie wierzy w przyjaźń damsko-męską, bo zawsze jedna ze stron czegoś chce, a następnie przywołało dość władczo swego kumpla.

Zgodziliśmy się, a jakże, wysuwając jako argument fakt, że Filuś chce moje pełne wydanie dzieł Wyspiańskiego, co niestety nie zostało przyjęte z pełnym zrozumieniem, ale nie drążyliśmy tematu dalej wiedząc, że autor „Nocy Listopadowej” jest kontrowersyjnym pisarzem.

Zarysowawszy Państwu sytuację dojdę do tego, co mnie naprawdę zainteresowało. Przez jakiś czas rozmawialiśmy o pracy, bo o czym mieliśmy rozmawiać, o Wyspiańskim się przecież nie udało. Jedno z chłopiąt stwierdziło, że wszędzie jest jedna banda, że życie jest niesprawiedliwe, dlatego pracy nie można dostać bez układów.

Wówczas zapytałam jaki układ wiąże go z firmą deweloperską (czy czymś tam), w której właśnie pracuje. Odrzekł, że żaden, bo dostał pracę składając CV, ale on chciał do radia i się nie dostał. Czy jeśli powiem Państwu, że on się lekko jąkał, to Państwo mi uwierzą? No ja wiem, wiem, ale właśnie tak było. Pełni franciszkańskich uczuć (znaczy ja i Filuś) namawialiśmy pana na wizytę u logopedy, albo psychologa, ale rzekł, że im nie wierzy. Cóż było robić? Filus poszedł zapalić, a ja zajęłam się edukacją. Gdy tłumaczyłam, że człowiek, który nie ma żadnego wykształcenia czy doświadczenia w danym fachu zawsze przegrywa z tymi, którzy coś już mają, to rzekł, że w taki sposób przegapia się talenty. Zapytałam go, kogo – jako pracodawca – by zatrudnił na stanowisko korektorki? Dziewczynę po polonistyce czy po architekturze krajobrazu. Rzekł, że to nie ma znaczenia, bo pierwsza może być tumanem, zaś druga – mieć talent językowy. Zgodziłam się z nim, wskazując na fakt, że rozmowa w sprawie pracy nie polega na przeglądaniu dyplomów, ale – przy dużej ilości kandydatów – trzeba przyjąć jakieś kryterium początkowe. Tu młodzian przerwał mi, a w zasadzie przerwał po raz kolejny, bo jakoś nikt go nie nauczył jak prowadzi się rozmowę, że właśnie w taki sposób traci się talenty.

Zapytałam go już dość bezczelnie: jaki procent ludzi uważa za wybitnie utalentowanych, a jaki procent wedle niego to ludzie, którzy ciężką pracą coś osiągnęli, odrzekł: praca… praca… bez znajomości jesteś przecież nikim. Po wygranym przez siebie sporze, młodzian powiedział, że skoro pracuję na uczelni, to nie powinnam ściemniać, tylko się przyznać, kto i jak mi pomógł w karierze.

A potem… a potem to już Państwu dalej nie opowiem, bo zaczyna się nieprzyzwoicie. W tle znalazły się słowa: „a ty przecież jesteś z budżetówki, pozwól więc, że postawię ci kolejnego drinka”, a potem nastąpiło dość protekcjonalne położenie jednej dłoni na drugiej (znaczy męskiej na małpią). No i wpadłam w furię, ale tym razem (co nieczęsto mi się zdarza) w furię kontrolowaną. W ciągu siedmiu minut wyjaśniłam co i jak – byłam niemiła, co chyba nikogo nie dziwi – a następnie zatuliłam się w sweterek, szal, wzięłam Filusia pod ramię i odpłynęliśmy w siną dal, desperując: „cholera, cholera, a miało być tak przyjemnie”.

Myślę sobie dość złośliwie, że jeśli młodzian będzie chciał w przyszłości postawić drinka starszej od siebie filolożce, to musi liczyć na układy i znajomości, bo talentu, zaiste, do tego nie ma.

Published in: on 08/21/2014 at 10:50  5 Komentarzy  

Dzień świra, czyli wszyscy w majtkach

z7800847Q,Dzinsowe-szorty-Big-Star---kolekcja--wiosna-lato-2010-

 

Kiedyś napisałam, że nie działa na mnie leniwy urok prowincjonalnych miasteczek. Mogłabym jedynie dodać, że nie tylko nie działa, ale czasami wręcz przeraża. W wyniku nieoczekiwanych zajść znalazłam się gdzieś tam, między wariatami. A może to ja zwariowałam i każdy kontakt z ludzkością powoduje ciarki na mej skórze? Chwilami czuję, jakby ktoś gmerał mi szkłem w rdzeniu kręgowym, a chwilami jakbym obserwowała idące mrówki czy obcych na jakiejś dziwnej planecie.

Zaczęło się niewinnie, od mojego hobby wstrętnego, czyli podsłuchiwania innych. Ja naprawdę nie chcę tego robić, ale jak coś przykuje moją uwagę, to nie mogę się powstrzymać, naprawdę.

– Nie baw się jedzeniem, Łukaszku.

Zadałam natychmiast pytanie, dlaczego? Dlaczego nie wolno bawić się jedzeniem? Czy ryba, pieczołowicie ugnieciona na placuszek smakuje lepiej czy też gorzej? Jak się ma sześć lat, to taka czynność poznawcza może wydawać się istotna. Tenz nas, kto nie przechowywał kurczaka w policzku, niech pierwszy rzuci kamieniem.

– A teraz dwie frytki, ale te większe, w jedzeniu sałatki ci pomogę… Siedź prosto.

Ton odpowiedni. Z wyższością. Patrzcie państwo jak dobrze nasze stado wychowuje swoje młode, które już wkrótce stanie się zdyscyplinowanym członkiem społeczności. Proces wychowawczy przeprowadzamy „na pokaz” jak nasi przodkowie i przodkinie. Wyszliśmy na ludzi? No, wyszliśmy. Klaps jeszcze nikomu nie zaszkodził, tak samo jak bezwzględne upokarzanie dzieci, by wykazać się właściwą postawą stadną. Toczymy wzrokiem, może nie z wyższością, ale poszukując zrozumienia wśród pobratymców, że wychowujemy nasze młode dobrze, skutecznie i widowiskowo. Co sekundę jakaś uwaga wypluwana z ust dość beznamiętnie, z poczucia obowiązku: „weź więcej na widelec, popatrz na dziadka, tak je prawdziwy mężczyzna”. Zaraz się zerzygam. I co wtedy? Co powiedzą temu dziecku? Zobacz, Łukaszku, pani rzyga. A może inaczej: nie patrz tam, Łukaszku, bo pani rzyga. A może obrzucić dziadka, prawdziwego mężczyznę, rybą? Może wtłoczyć mu do tych ust wypluwających wszystkie te bezsensowne „mądrości” przeżutą papkę z frytek i sałatki z wrzaskiem: nażryj się, prawdziwy mężczyzno?

Na dodatek, rodzinka Dyscyplinujących sama zachowuje się jak stado neandertalczyków wysysających szpik z kości mamuta przy ognisku. Babcia, wyciąga łapą z gęby resztki i kładzie je w równym rządku na talerzyku. Pewnie przydadzą się te ości do zszywania skór zwierzęcych. Nic nie może się zmarnować. Mamusia, której spod bluzki widać hektary bielizny, przeżuwa tak głośno, że aż płoszy się pobliskie ptactwo. Zaś dziadek, ach – Proszę Państwa – nasz dziadek, który nosi skarpetki i sandały jednocześnie (ale to przecież w końcu żaden grzech główny, raczej powszedni) napycha jamę chłonącą do tego stopnia, że aż nie może przemielić i dlatego wówczas wlewa w siebie piwo i tym samym prowokuje najsensowniejsze pytanie w tamtej sytuacji: dziadku, a dlaczego trzymasz piwo w buzi zamiast je połknąć?

Pytanie zignorowane, niestety. Zignorowane zgodnie z zasadą Tuwima: „Jak odpowiadać dzieciom na niewygodne pytania”. Łukaszek nie doczekał się odpowiedzi, bo musiał załadować sobie w paszczę kolejny widelec sałatki. Zostanie prawdziwym mężczyzną jak nic. Jeszcze parę lat i da radę.

Na dodatek wszyscy łażą w majtkach. W majtkach, to znaczy w szortach, w gaciach, w spodenkach. Wszędzie, oczywiście poza kościołem. Ulica w dużym mieście, urząd, policja, sklep, muzeum, plaża – bez różnicy. Trzęsące się uda, wielkie kupry, małe kuperki, umięśnione łydki, owłosione, blade, ze śladami pogryzień komarów (drapanymi zawzięcie). Na stację benzynową, o czwartej nad ranem, wchodzi skulone dziewczę w batkach zasłaniających jedynie nieistniejące owłosienie łonowe. Ramionami bezradnie opatula swój brak przyodziewku powyżej pasa. Widoczne są tylko ramiączka stanika i cienki pasek materii, którą wahałabym się nazwać bluzką. Człowiek ma ochotę w przypływie franciszkańskiej miłości zapytać: dziecko kochane, a gdzie masz sweterek? Bandyci cię napadli? Ty w drodze, na stacji benzynowej, bez żadnego wyposażenia dodatkowego? Kto cię pakował? W sumie powinnaś sama, bo wyglądasz na pełnoletnią. Mam ochotę podzielić się z nią moim szalem, ale wiem, że nie przyjmie. Bo przecież chce być elegancka i nieskazitelna – jak zawsze. W klapkach. A nie opatulać się jakimś kocem w kratkę.

A na koniec, proszę mi jeszcze wytłumaczyć, dlaczego pod białą bluzkę bez rękawów (z odsłoniętymi plecami) zakładamy czarny stanik? Proszę o wytłumaczenie natychmiastowe, bo – jak widać – jestem niedoinformowana. Pół Polski tak chodzi, a ja, bidusia, gęś prowincjonalna, przekopuję szafę i zastanawiam się czy obowiązuje zasada kontrastu czy przypadku? Uprzejmie proszę o wskazówki: spod czego może wystawać biustonosz beżowy, a spod czego ciemnoszary z czerwoną koronką. Myślę, że jak poznam tę zależność z resztą sobie poradzę.

W prowincjonalnym miasteczku poznałam pewnego kota. Miał ponurą minę i nie pozwolił podejść do siebie na mniejszy niż cztery metry dystans. Chyba łaskawszy był świstak w Alpach, któremu można było robić zdjęcia z odległości dwóch metrów, a na dodatek ta włosko-autriacka bestia jeszcze kokietowała – wysuwając się z norki, chowając, pokazując wszystkie możliwe profile i łypiąc zalotnie chytrym oczkiem. Wniosek? Prowincjonalny kot z Polski ma ciężkie życie. Chroni się przed nadciągającym butem szybkością, znikaniem w mysiej dziurze. I proszę mi nie mówić o kociej naturze. O nieufności. Bo niedawno poznałam też pewnego kota pod San Remo, który, gdy tylko zobaczył skierowany w swą stronę obiektyw, ruszył raźnie w moją stronę, żeby się popieścić i poczulić. Wywalił brzusio na starych kamieniach pod średniowieczną katedrą, a potem łapką zachęcał do drapania i miziania. W pobliskim okienku piwnicznym leżał sweterek, na którym rozwalało się inne tłuściątko, które nie zniżyło się do poziomu anonimowej turystki, bo było zajęte kontemplowaniem plam światła. Tak, tak, wiem… W Rumunii są głodne i dzikie psy, w Grecji są snujące się na poboczach chude koty. To wszystko wiem – ale jednocześnie zadaję pytanie, dlaczego nie równać do lepszych tylko porównywać się z gorszymi?

I zostawiam Państwa z tymi moimi wakacyjnymi obserwacjami, jak się Państwo domyślają idę przejrzeć garderobę – jak dobrać wystawanie bielizny na dzisiejsze spotkanie (z mą przyjaciółką Moskalką). Do zaś…

Published in: on 08/10/2014 at 11:09  16 Komentarzy