O króliku, który przypadkiem został Rosjaninem, czyli historyjka chyba świąteczna, ale bez morału

images

Czasem człowiek ma lat pięć, czasem sześć i nic na to nie można poradzić. Tak właśnie powinna zaczynać się ta historia, ponieważ ma pewne znamiona tragedii greckiej, a dokładniej rzecz ujmując, chodzi o fatum. Fatum, które prowadzi do katastrofy, może nie jakiejś straszliwej, ale wywierającej długotrwałe skutki na dom i rodzinę. O, bogowie, jak żeście nielitościwi byli w tej chwili, gdy postawiliście na drodze pewnej dziewczynki… królika. Ale, nie uprzedzajmy wypadków, a może wskoczmy od razu w wir opowieści. Od czego zacząć? Na początku była szafa… Nie była to żadna wybitna szafa, żadna gdańska, ot PRL-owski mebel „na wysoki połysk”. Do Narni się nie przechodziło, z pewnością. Miała jedną zaletę. Gdy się ją otworzyło, można było oglądać kapelusze babci. Apaszki babci. A także rękawiczki i torebki. A wszystko to pachniało upojnie rosyjskimi perfumami „Carmen”. Dobra, dobra, bez chichotów, jasne? Przypominam: de gustibus non est disputandum. I nie drążmy już tematu, dobrze? Potraktujmy ten zapach jako metaforę dorosłości, jakiegoś świata poza opadającymi rajstopkami i zielonymi (jakże mało wytwornymi) bamboszkami z filcu. Świata kapeluszy i butów z klamerkami, ale nie dlatego, żeby je mieć, założyć i wyginać się przed lustrem jak jakiś gibbon bez zasad. Kapelusze były gwarantem świata narracji i możliwości. A właśnie to wszystko pachniało jak rosyjska „Carmen”, która tak pięknie śpiewała „L’amour est enfant de bohème /Il n’a jamais, jamais connu de loi /Si tu ne m’aimes pas, je t’aime /Si je t’aime, prends garde à toi”. Na rysunku umieszczonym na buteleczce, Carmen miała różę we włosach. A ja nie miałam pojęcia, o czym ona śpiewa, ale jedno z drugim się łączyło. Jakoś. Dlatego też dzień, w którym tata objawił, że jedzie do ZSRR był naprawdę piękny. Gdy zapytał, co chciałabym, żeby przywiózł, wiedziałam już na pewno: perfumy. Rosyjskie, piękne perfumy, którymi wszystko będzie pachnieć. Tata nie jest człowiekiem małostkowym, a – kiedy trzeba – nie jest też człowiekiem dociekliwym. Dostałam buteleczkę lawendowych perfum – moich własnych. Brakowało mi jeszcze tylko szafy z kapeluszami i byłabym gotowa na podbój świata. Na zdobywanie narracji.

Buteleczka stała na biurku, ciągle pełna, aczkolwiek co chwilę „podwąchiwana” i jawiła się jak wyrzut sumienia. Co pokropić? Co zaznaczyć, że to już? Że to ten moment, w którym świat musi dostrzec, iż rozpoczyna się moje życie. Mogło się zacząć od momentu, w którym otoczy mnie etola z lawendowego zapachu, który stanie się moim podpisem, wyrazistą sygnaturą. Oto stałabym się jednostką, która nie pachnie już, jak wszystkie inne jednostki, mydłem „Bambino” czy czymś równie prozaicznym. Ten – wcale nie słodki – zapach lawendy stałby się od tego momentu znakiem wypalonym na skórze. Na dodatek zauważyłam, że lawenda do mnie pasuje. Osiągnięto pełnię szczęścia. A może to było jednak za wiele?

W tym miejscu wkraczają bogowie, którzy, jak to zwykle oni, zaczynają mieszać. Mam dziwne wrażenie, że to była Hera – bo zawsze czułam, że łączy mnie z nią jakiś związek. Nie potrafiąc jednak znaleźć żadnego innego momentu, w którym jej wpływ byłby możliwy, sugeruję, że to właśnie wtedy.

Na tapczaniku leżał królik. Zabawka. Niewiadomego pochodzenia. Na dodatek, nie jakaś zabójczo ulubiona. Królik po prostu ładnie prezentował się między poduszkami, których pokrowce szyła i dziergała babcia. Leżał cały boży dzień, wgapiając się szklanymi oczkami w przestrzeń. Wieczorami był kładziony na stertę poduszek i zasypiał, śniąc zabawkowe sny o łące, marchwi i kopanej ziemi. O norach w sadzie, gdzieś tam, pod krzakami porzeczek, gdzie jest wolność i gdzie nie ma poduszek. Głupi królik. Chociaż może nie taki głupi, bo mam niejasne wrażenie, że wiązał się jakoś z powieścią Adamsa „Wodnikowe wzgórze”, ale to mi się nie składa, bo ta pozycja pojawiła się w serii „Współczesna proza światowa” w 1982 r. Proszę mi wybaczyć, ale to wszystko działo się naprawdę dawno temu. Rok w tę stronę, rok w inną, nie są istotne, nie tylko z pozycji uczestnika potopu szwedzkiego, ale też zmarłego na „hiszpankę”, któremu udało się przeżyć gazy pod Ypres. Czas, akurat w tej narracji, nie ma wielkiego znaczenia.

Królik leżał i się gapił. A ja siedziałam i się gapiłam na buteleczkę „o de koloń”. A potem chlupnęłam nieco na królika. Spodobało mu się. Mnie też. Następnie wylałam całą buteleczkę na królicze futerko. Od tamtej pory, w moim pokoju śmierdziało potwornie lawendą, a do królika nie dało się podejść bez maski gazowej. Otaczał go taki fetor, jakby szwadron kawalerzystów carskich całą noc spędził z baletem za kulisami teatru Bolszoj (po zastanowieniu się dochodzę do wniosku, że to nie jest trafne porównanie, ale spróbujmy sobie to wyobrazić w ten, a nie inny sposób). Nawet luster nie trzeba było tłuc. Nie było niczego, tylko zapach, a nawet nie zapach, a pospolity smród nie do wytrzymania. Królika nie dałam uprać, bo miał w sobie trociny i z pewnością by zgnił. Przestał więc biedaczek siedzieć między poduszkami, a zaczął wyglądać przez stale otwarte okno. I spędził tam kilka lat.

Dlaczego to zrobiłam? Nie mam pojęcia, w przeciwieństwie do wicehrabiego de Valmont, który widział co robi, mogłabym naprawdę, z pełną szczerością, powtarzać: „to nie moja wina”. Szykowało się na wydarzenie o charakterze inicjacyjnym, którego farsowy charakter, a może właśnie fatalistyczny, sfinalizowany został nieustającym na wiele lat odorem. Miłość do rosyjskich zapachów przeszła, jak nożem uciął, aczkolwiek wydarzenie to nie zostało w jakikolwiek powiązane z miłością do narracji (via szafa). Jedyne, co pozostało mi z tamtej chwili, to właśnie chęć zanurzenia się w tych płaszczach, kostiumach i sukienkach, w zapachu babci Marianny. Morału więc nie ma. Jest tylko, jak zawsze, obrzydliwy zwyczaj mieszania się bogów olimpijskich w sprawy maluczkich. Który przeżyłam… na własnym nosie. Może dlatego nie lubię Wielkanocy, bo gotowa jestem podejrzewać króliki o niecne zamiary? Przyznacie Państwo, że jestem usprawiedliwiona.

10669994_367164386782961_1198100597516891043_n

Reklamy
Published in: on 03/28/2016 at 21:20  2 Komentarze  

Cyfryzacja, czyli sracja i dupacja (2)

DSCF6415

Na dworcach kradło się zawsze i będzie się kradło dalej. Inaczej nie można.

(Wszystkie cytaty: Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka)

Na dodatek, te tabelki prowokują do przestępstw. Urzędnicy sobie myślą, że kontrolują bandę nierobów przeżerających pieniądze podatników, a mnie dziś, w ciągu dziesięciu minut, przyszły do głowy dwa przekręty tabelkowe, o których się nie śniło nawet ministerstwu. Oczywiście, te przekręty są nie do zrobienia, ponieważ ja podlegam innym, jak mi się wydaje – wystarczającym – procedurom kontrolnym. Ale urzędnicy myślą, że jak oni skontrolują, to nie ma… czegoś tam we wsi.  Dodam, że przekręty są wyłącznie tabelkowe, ponieważ każdy pracownik uczelni od razu zobaczy przestępstwo (jedno małe, a drugie duże, a oba równie paskudne). Urzędnik nie zauważy, bo ma tabelki. Dodam, że są to głupie tabelki.

Jak zaznaczyłam wcześniej, to istnieje system kontroli wewnętrznej, np. w osobie szefowych / szefów jednostek, którzy podpisują delegacje oraz mają głupi zwyczaj czytania papierów, które dostają. Po drugie, co dwa (albo trzy – nie pamiętam) lata obowiązuje mnie zeznanie przed komisją, która bada czy ładnie się rozwijam, czy noszę zdrowe pierwsze śniadanie i czy mam worek ze zmiennymi kapciami. I im, naprawdę, nie mogłabym wcisnąć takiego kitu, o jakim zaraz napiszę. Po pierwsze, dlatego że bym się wstydziła spojrzeć w oczy np. mojemu dyrektorowi, a po drugie wyśmiana zostałabym tak, że aż przymiotnik „homerycki” zupełnie nie oddaje komizmu sytuacyjnego.

Mówią, że z pomyłek człowiek się uczy, jak na przykład jeden giser Adamiec z fabryki Dańka, który zamiast wody napił się kwasu solnego.

Ale, do rzeczy. Przejdźmy do mojego planu przestępstw tabelkowych. Skoro urzędnicy wierzą w swe możliwości, w minut pięć pokażę, jak mogę naciąć podatnika na kasę. A wszystko to, dzięki tym skomplikowanym rubryczkom w tabelkach tworzonych przez bandę zboczeńców. Wczoraj napisałam, że istnieje w tabelkach coś takiego jak uczestnictwo w konferencji, które nie jest czynne. Wybieram najbardziej egzotyczną konferencję, w najbardziej egzotycznym zakątku świata, gdzie mówią najbardziej egzotycznym językiem. I wyjeżdżam, jako uczestnik „nie-czynny”, a może „nieczynny” i leżę przez trzy dni na różowej plaży, piję egzotyczne drinki i podrywam delfiny. Pamiętam, że jedna posłanka polska właśnie w ten sposób pojechała na konferencję o gender. No tak, ale ona nie byłą naukowczynią, ale polityczką czyli urzędniczką państwową. Touche. I tu jest pies pogrzebion. Bo nagle zaczynam rozumieć, że oni nam w tabelki wklejają to, co robią sami. Gratuluję przekrętów za pieniądze podatników.

W ogóle dużo jest na świecie takich rzeczy, których robić nie wolno, ale można. Najważniejsze to żeby spróbować, czy zakazanej rzeczy zrobić nie można.

A teraz Państwu pokażę, dlaczego ten przekręt nie może się udać. I to nie dlatego, że urzędnicy mnie pilnują, tylko dlatego, że naukowcy są pragmatyczni. Idę z podaniem do mojego dyrektora. W podaniu stoi: kochaniutki, daj ty mnie deszcz pieniędzy na konferencję na Malediwach. To pismo leży na biureczku do dnia, aż zostaję wezwaną i słyszę: pogięło cię? Na Malediwy? Idziemy w zaparte i mówmy, że będziemy promować literaturę polską na Malediwach. Mój szef wchodzi na stronę konferencji (bo dziś wszystko jest w Internecie) i mówi, że obrady prowadzone są w farsi, pasztu oraz w malediwskim, po czym dodaje z troską, że ten ostatni, to jest dość trudny. A potem mówi: tytuł referatu proszę. Ja mu na to: Maria Konopnicka a Malediwy. Tu go zagięłam, nieprawdaż? Wtedy on zaczyna się śmiać i mówi, że mnie lubi, ale takiego numeru, to w życiu nie widział. W nagrodę powie mi, że jest początek roku i dostałam nową tablicę. Bo starej już trzy lata temu urwała się noga, ale w tym roku możemy sobie na pozwolić na taki wydatek. Od Drugiej Pani Sekretarki dostaję tablicę, dwa bloki do zaczepienia oraz kilka flamastrów. Żeby było jasne, pieniądze można dostać, ale na coś, co ma ręce i nogi oraz rację bytu. Czyli, że jak powiem, iż pragnę czytać czasopisma z 1864 r. w Warszawie, to dostaję kasę i nikt nawet okiem nie mruga, jednak mojego wyjazdu na Malediwy nie kupi nikt przy zdrowych zmysłach. Ale w tabelce jest to możliwe. W związku z tym – jak można kogoś kontrolować, skoro nie zna się warunków koniecznych i wystarczających?

To wszystko jedno, jak mawiał medyk Houbiczka, czy w zakładzie medycyny sądowej krajesz człowieka, który się powiesił, czy też takiego, który się otruł.

A teraz przekręt tabelkowy drugi. Jadę na, powiedzmy, siedem konferencji zagranicznych. Takich, no… Tu musze mieć grupę wspólników, bo oni mnie, a ja im. Czyli nasi ludzie dadzą znać waszym ludziom, zaś hasło kontaktowe brzmi: Zuzanna występuje o grant tylko jesienią. Ja organizuję jedną konferencję, która jest międzynarodową, bo zapraszam na nią krewnych i znajomych królika. Oni zaś rewanżują mi się sześcioma innymi zaproszeniami. W tym roku obskakujemy wszystkie te konferencje w udziale „nie-czynnym”, ale za to wpisujemy w tabelki jedną konferencję międzynarodową i sześć zagranicznych. Fajne, nie? W następnym roku powtarzamy całą zabawę, ale już z referatami. I w tabelki je wpisujemy, wraz z adnotacją „uczestnictwo czynne”. W następnym roku nigdzie nie jedziemy, albo jedziemy, znów w celach „nie-czynnych”, co też wpisujemy, zaś podstawową naszą działalnością tabelaryczną jest siedem artykułów. Sześć wydanych za granicą, a jeden w domu. W następnym roku jesteśmy jeszcze sprytniejsi, bo te artykuły wpisujemy jako monografię za 25 punków, a może uda nam się zostać wybitną monografią za punktów 50.

Ten przekręt też jest nie do zrobienia. Bo, w międzyczasie, jest komisja (złożona z naukowców, a nie z urzędników), którzy kiwają głowami, łypią surowo i najpierw mówią, że tak się nie robi. I w zasadzie jesteśmy spaleni. Przede wszystkim towarzysko, bo wszyscy na nas patrzą, jak mielibyśmy wielką kupę w majtkach. Po drugie, instytucjonalnie, ponieważ nikt nie ma do nas zaufania, jako do geszefciarzy i hucpiarzy. Ale w tabelce wyglądałoby to bosko.

Ostatecznie, jak mi się wydaje, wykazałam, że system kontroli urzędniczej nad naukowcami jest do niczego. Jednym zdaniem: „Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że wszystko jest w porządku, tylko kot jest gałgan i zeżarł kanarka”. Pozwólcie, że to my będziemy tworzyć tabelki kontrolne, skoro już muszą być, a nie wy. Bo jak wy je tworzycie, to nawet mnie przychodzą do głowy niemoralne propozycje. A ja jestem naiwna i niewinna, jak nie przymierzając, książeczka do nabożeństwa. A jeśli za rok, lub za dwa, będę zepsuta, to proszę nie mieć do mnie pretensji, tylko do tych, którzy wystawiają mój umysł (muszę się czymś zająć, jak robię takie głupoty) na pokuszenie.

Żołnierz już w czasie pokoju winien wiedzieć, czego żąda od niego wojna, a podczas wojny nie powinien zapominać o tym, czego nauczył się na placu ćwiczeń.

Published in: on 02/22/2016 at 21:03  2 Komentarze  

Cyfryzacja, czyli sracja i dupacja

List wydawał się niejednolity, były miejsca, gdzie traktowano go jak człowieka niezależnego, z którego wolą się liczono, i tak na przykład nagłówek lub ustęp, gdzie była mowa o jego życzeniach, na to wskazywały. Zdarzały się jednak inne miejsca, gdzie ze stanowiska owego naczelnika traktowany był otwarcie lub niejawnie jako podrzędny, zaledwie dostrzegalny wyrobnik. Tak na przykład naczelnik miał nie spuszczać go z oczu; jego bezpośrednim przełożonym był tylko wójt gminy wiejskiej, któremu nawet miał składać sprawozdania, a jego jedynym kolegą był zapewne stróż gminny. Były to niewątpliwie niekonsekwencje, i to tak wyraźne, że musiały być celowe. Szalona, ze względu na tak wysoki urząd, myśl, że mogło to być spowodowane brakiem decyzji, zaledwie przemknęła K. przez głowę.

(Franz Kafka: Zamek)

Dawno, dawno temu, gdy moja macierzysta jednostka wysyłała mnie za granicę, musiałam wypełnić jeden papierek. Z tym papierkiem i kilkoma podpisami ludzi, którzy dawali mi na wyjazd służbowy pieniądze, szłam do pani w rektoracie, która wybierała mi lot, a potem już byłam na lotnisku. Szybko i sprawnie. Teraz jest cyfryzacja i najpierw trzeba zdobyć podpisy, potem wprowadzić sumę do systemu, a potem latać jak kot z pęcherzem przez kilka dni. Żeby było jasne, moja macierzysta jednostka nie ma z tym nic wspólnego. To wszystko wytyczne ministerstwa, NIK-u i tysiąca innych instytucji, które ze wszystkich sił zajmują się tym, żebyśmy my nie zajmowali się rzeczami, którymi powinniśmy. Niech te mądrale nie kombinują, niech się zajmą czułym wypełnianiem tabelek dla tabunów urzędników, którzy z miłością i pietyzmem będą sprawdzać każdą wypełnioną rubryczkę. A może i nie… To jest koszmar każdego normalnego człowieka, który w tym wypełnianiu tabelek widzi tylko nadprodukcję danych, multiplikację znaków, pozorność działań. My musimy udowodnić… w zasadzie, to nie mam pojęcia co i na dodatek komu.  Na pawiańskie oko, udowadniamy to coś komuś, kto kompletnie nie ma pojęcia jak wygląda praca na wyższej uczelni i na czym polega.

Teoretycznie, to ma być tak (w skrócie), że my zeznajemy, a na podstawie naszych zeznań przyznaje się uczelni kategorię, a co za tym idzie, ilość pieniędzy. Wniosek? Opłaca się robić dużo i dobrze – bo to jest weryfikowalne. Co do tej weryfikacji, to ja mam poważne wątpliwości, ale załóżmy, że ona działa. Załóżmy, bo gdybym miała wyjaśniać, to czytelniczkom i czytelnikom nie pozostałoby nic innego jak zeskoczyć z najbliższego urwiska. Dlatego – działa, ok?

Środowisko akademickie gnębione jest przez kilka znanych chorób, którymi są między innymi grantoza i punktoza, a ja dodałabym jeszcze tabelkozę. Najpierw musiałam zrobić spis publikacji mojej jednostki (takiej małej – na osiem osób). To niby niewiele, ale… Inaczej wpisuje się książki, inaczej rozdziały w książkach, inaczej artykuły w czasopismach (tam są trzy osobne tabelki), zaś każde czasopismo ma inną ilość punktów, a ta ilość punktów zmienia się co roku. Moja jednostka, na nieszczęście dla osoby chorującej na tabelkozę, w tym roku jestem to ja, jest płodna i pracowita. Tabelki zawsze są w Wordzie, ale, jeśli człowieku zrobisz sobie jedną, to nie możesz przeklejać danych, bo te same informacje podawane są w zupełnie innej formie, a przynajmniej zmienia się kolejność  umieszczanych elementów. I otwierasz te dwa Wordy, jedne tabelki ułożone są w orientacji pionowej, inne w poziomej, żeby nie było ci człowieku za łatwo. W zeszłym roku podawało się ilość uczestników konferencji, w tym już rozbito jedną kolumnę w tabelce na sześć (ilość uczestników, ilość referatów, ilość referatów z danej jednostki, ilość referatów zza granicy, ilość uczestników zza granicy, jednostki biorące udział w projekcie). Żeby było jasne, za udział w konferencji ktoś musi zapłacić. To po cholerę zapraszać kogoś, kto siedzi na obradach i nie ma referatu? Kto to wymyślił? Jaka jednostka wyśle kogoś za np. 300 złotych, powiedzmy do Rzeszowa (plus koszty pociągu), żeby se posiedział? Nie masz referatu – nie jedziesz. Po drugie, jaka jednostka przyjmie takiego darmozjada, który nie tylko, że nic nie wnosi do konferencji, ale musi gdzieś spać i coś je. Kto wymyślił taką tabelkę? Ktoś, kto nie ma pojęcia, jakimi sumami dysponujemy i że z opłat konferencyjnych, to trzeba sfinansować publikację, a nie przyjmować darmozjadów. To takie myślenie quasi-sportowe, że jedziemy na Olimpiadę. Startują cztery osoby, zaś działaczy jedzie ze stu sześćdziesięciu. W moim fachu nie ma działaczy. Kto jedzie, ten jedzie po coś. Tabelka jest bez sensu.

Ale, trochę się zagalopowałam, bo zapomniałam powiedzieć, że po tabelce z publikacjami wypełniałam teraz trzy inne. Z publikacjami, a jakże…  Następną z konferencjami oraz ogólną tabelkę sprawozdawczą, w której były publikacje i konferencje.  Każda tabelka w innych formacie, z innymi rubryczkami, żeby czasem czegoś nie skopiować. I zamiast kończyć artykuł do wysoko punktowanego czasopisma literaturoznawczego, który dałby te punkty mojej uczelni, wypełniam przez kilka dni ciągle to samo, ale trochę inaczej. A pytania, na które muszę odpowiadać, są z gatunku: jak wygląda pięć złotych?

Na przykład: forma wystąpienia na konferencji. Aż mi się chce napisać, że stepowałam w różowej, tiulowej spódniczce, zaś gdy cytowałam, podskakiwałam trzaskając kopytkami. Jaka może być forma wystąpienia na konferencji poza referatem? No jaka? Prezentacja? Komunikat? Proszę wybaczyć, ale w moim fachu takie coś nie występuje, co pokazuje, że jakieś niuanse w ministerstwie czy w piekle, dokąd z pewnością idą te tabelki, nie istnieją. Nie istnieje nic, poza głupotą. I po każdym kolejnym punkcie wstawiam w nawiasie kwadratowym słowo „referat”. No i jeszcze trzeba podzielić konferencje na ogólnopolskie (dla cieniasów) i międzynarodowe (kaskadowe orgazmy). Międzynarodowe to takie, w których 1/3 czynnych uczestników (Jakich? A to są też bierni? Bierni to się nazywają: „publiczność”) jest zza granicy. Można sobie zaprosić kumpli i koleżanki z dowolnego ośrodka np. w Mołdowie, oczywiście z całym szacunkiem wobec naukowców tego kraju i już w tabelce jest fajnie. Ale to jeszcze nie wszystko, jeśli chodzi o podziały konferencyjne, bo w drugiej tabelce są jeszcze „krajowe” i „zagraniczne”. I powiem Państwu w tajemnicy, że światowe centrum badań polonistycznych jest tutaj, ale lepiej, z różnych względów punktowych, zorganizować konferencję w pierwszej wsi za granicą słowacką. Ukraińską – nie. Bo poza Unią. Jasne? A konferencja zagraniczna będąca jednocześnie międzynarodową? O rany… aż się spociłam z ekscytacji.

Potem trzeba było wpisać punkty do publikacji. Znalazłam najnowsze wytyczne ministerstwa i okazało się, że tam stoi: monografia naukowa – 25 punktów oraz wybitna monografia naukowa – 50 punktów. Dzwonię do mojego szefa i mówię: kochaniutki, a czym się różni monografia od wybitnej monografii? Chichoczemy jako te dwa żaki, ustalamy, że jak jest nagroda, to jest wybitne. Dobra, ale co będzie, jeśli ktoś wydał książkę pod koniec roku 2015 i jest monografią (za 25 punktów) zaś nagrodę dostanie za miesiąc i już się nie załapie na te 50 punktów. Jesteśmy stratni 25 punktów. Bo w przyszłym roku, to można będzie tylko wpisać w tabelkę ową nagrodę (a ta jest bez punktów), a książki już nie. I ktoś nas kiwnął na 25 punktów. Kiwnął jak nic. Ja się pytam, na razie spokojnie, kto za to beknie? Kto nam świsnął 25 punktów? A… w sumie, macie, nażryjcie się. Do przyszłego roku dużo czasu i my znów coś wybitnego napiszemy. I znów to w tabelki wkleimy. Postaramy się także dostawac nagrody w odpowiednim czasie tabelaryczno-kalendarzowym.

Ja nie będę się skarżyć na tabelki, w których raz trzeba wpisać np. nazwisko, imię, czas awansu, tytuł/stopień, a za drugim razem to samo, ale inaczej. Bo to już by było naciąganie Państwa na litość. Ponadto, jak się otworzy dwa okienka, to można się bawić w przeklejanie. Podobno w taki sposób da się nawet stworzyć pracę licencjacką czy magisterską (nigdy tego nie róbcie, to brzydko), dlatego nie ma co płakać nad niewymiarową kolumną czy wierszem. Odwagi, przypomnijmy hasło drużyny kolonijnej Mikołajka. Odwagi!

Mam dziwne wrażenie, że te tabelki sporządza zboczeniec. Jakiś taki perwers obrzydliwy, który je czyta i się ślini. Ja tam miałam mało roboty, bo w mojej jednostce jest osiem osób, a na przykład taka Pańcia, która robiła to dla innego ciała, ma dwadzieścia kilka osób pod sobą. I pisz, człowieku, wklepuj, zmieniaj, dostosowuj, ale się nie ucz, bo ten zboczeniec w przyszłym roku wymyśli dla ciebie coś nowego, coś bardziej sadystycznego, coś niemożliwie głupiego. Ja nie mam najgorzej, bo najgorzej, to ma nasza Pani Sekretarka, która musi wszystkie tabelki scalić w jedną, wielką, wszechzwiązkową tabelę. Űbertabelę! A te małe tabele też się przydadzą, zboczeńców wszędzie pełno. Tak, tak, polska nauka promieniuje cyfryzacją jak trawa w Czarnobylu. Mutanty się plenią, ale najważniejsze, że w każdej rubryczce, każdziusieńkiej tabeli są dane. Mniam, mniam, ależ tłuste, ależ można się cieszyć rozwojem, napawać wzrostem. Wiara w tabelki podstawowym prawem człowieka i obywatela. Wróć! Człowieka i obywatela to nie dotyczy. To dotyczy urzędników, którzy w taki sposób usprawiedliwiają swoje istnienie. Bo mają miliardy tabelek do przetworzenia i takie same miliardy następnych do stworzenia. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to mityczna Unia, tego od nas chce. Wierzę natomiast głęboko, iż polska nauka przez wiele lat się z tych chorób nie podniesie.

Otóż to musi być człowiek taki jak K., ktoś, kto stawia się ponad wszystkim, ponad prawem, ponad najzwyklejszą ludzką delikatnością, tępo i ospale, ktoś, komu wcale o to nie chodzi, że niemal uniemożliwił rozdział akt, kto uwłacza dobrej sławie tego domu i kto doprowadza do czegoś, czego nigdy jeszcze nie było, że zrozpaczeni urzędnicy zaczęli sami bronić się z nadludzką siłą, przezwyciężali się, by dzwonić i wołać o pomoc, byle wygnać K., którym w inny sposób nie da się wstrząsnąć!

Published in: on 02/21/2016 at 23:33  5 Komentarzy  

Polityczne sny Pawiana, czyli każdy ma taką Pytię…

fb217e97ddcf00d6cd8d57465b7f3ea1

Jeśli chcesz wytłumaczenia,

Czemu śpiąc odbywa drogę,

I to snadnie rzec ci mogę.

Gdyby jutro, nie daj Boże,

Ujrzał znów więzienne łoże,

Znając się, kim jest: zaiste

Usposobienie ogniste,

Które ma, w głębi rozpaczy

Pogrążyłoby mu duszę.

Kiedy w wieży się zobaczy,

Dowie się w bólu i skrusze,

Że to tylko sen zwodniczy…

I nie zmyli się tak wiele: Życie snem

Wszakże snem są ludzkie cele,

Snem ludzkiego serca bicie,

Snem człowieka ziemskie życie.

(Pedro Calderón de la Barca: Życie snem, tłum. Józef Szujski)

Pawian ma sny bardzo fabularne. Na dodatek je doskonale pamięta. Często w tych snach uczestniczą aktorzy, postacie literackie, filmowe i teatralne. Można powiedzieć, że cud, miód i orzeszki. No, ja nie wiem, bo Pawian miewa także polityczne sny prorocze. Bardzo proszę Państwa o dyskrecję, bo jeszcze jutro z rana mi się przed drzwiami kolejka utworzy, zakłóci mir kamienicy, a każdy ze stojących będzie chciał, żebym mu śniła sny o potędze. Każdy marzyciel, widzący się jako Danton, albo przynajmniej Stefan Niesiołowski, będzie chciał, żebym mu wyśniła przyszłość. Zawsze przecież wyrocznie były traktowane jako siła wzmacniająca władzę państwową, a ja sobie nie życzę. W związku z tym: cicho sza!

Na dodatek, moje sny się sprawdzają, szczególnie, jak się je właściwie zinterpretuje oraz się nie zwraca uwagi na upływ czasu, bo na rozstrzygnięcie niektórych trzeba czekać i czekać, to jednak – śni się i sprawa jasna. Dodam, że waga moich snów politycznych jest wysoce poważnie traktowana w mojej walniętej rodzinie. Na przykład taka matka pawiańska, to nie wierzy w żaden OBOP czy w analizy specjalistów, tylko przed wyborami ciągle pyta: śniło ci się już coś?

A wszystko zaczęło się przed pamiętnymi wyborami, zaraz Państwo będą wiedzieć, o które chodzi, bo śniło mi się, że jechałam tramwajem numer piętnaście, a na rękach miałam dwa malusieńkie lwy. Takie rozkoszne i rozbrykane. Aż tu nagle, do tramwaju wsiada Tadeusz Mazowiecki i się pcha. Ja mu na to: panie premierze, no jak tak można, niechże się pan nie pcha, bo lwy mi pospadają. A ten pcha się dalej. No to się wkurzyłam i wypchnęłam go z tramwaju. Sen opowiedziałam, a po wyborach stało się jasne, co uczyniłam. Matka, to wtedy nie rozmawiała ze mną miesiąc. A ojciec, to patrzył jedynie, ale tak wymownie… Do dziś mu się zdarza sarknąć: a nie trzeba było premiera z tramwaju wypychać. Lwiątka ci się chciało hołubić, no to masz!

Wszystkich snów Państwu opowiadać nie mam zamiaru, ale śnił mi się Balcerowicz, z którym się kłóciłam w szkole ślusarskiej. Do kozy mnie za to wsadzili. No i zrobili tę reformę szkolnictwa. Z Leszkiem Millerem w czasie snu wynajmowałam jeden domek campingowy. Tak, ja wiem, jak to brzmi – ale mogę się jedynie wytłumaczyć, że to był taki podwójny domek, mający wspólną łazienkę. No i dlatego Leszek Miller mógł mi czerwone skarpetki frotowe podprowadzić. Czy Państwa dziwi, że wówczas SLD miało własny rząd? Jak się człowiek głębiej zastanowi, to moje sny dotyczą wielkiej nieufności do polityków wszelkich opcji, o czym może świadczyć sen z udziałem Bronisława Komorowskiego, który mi ukradł wszystkie złote pierścionki. A jak się oburzyłam na taki brak klasy, to powiedział, że jest moim ojcem (Luke, I’m your father – tego nie powiedział, przynajmniej nie był już tak bezczelnie oczywisty). Ten ostatni sen nigdy nie został wyjaśniony, bo zbyt wiele wydarzeń może stanowić jego wieszczą podstawę. Dodać należy do tego, że podszywanie się pod pawiańskiego ojca ma w tej sytuacji wymowę głębszą, ponieważ właśnie to tata kupił mi wszystkie złote pierścionki jakie mam. Zaś ojciec narodu, który uważa, że mu się coś należy… No, sami Państwo rozumieją. Tego snu wyłożyć się nie da, chociaż jest prawdziwy, nieprawdaż? Może, gdybyśmy mieszkali w takiej Szwajcarii, w której od czasów Wilhelma Tella ludzie nic, tylko dziedziczą, zaś politycy są nudni jak flaki z olejem, to sprawa byłaby łatwiejsza. Zaś w warunkach polskich interpretacja tego snu jest jako świński ogonek – zakręcona.

I tak Państwu opowiadam, bo zmierzam – zarysowując tło – do snu dzisiejszego. Otóż śniła mi się Beata Szydło, która zabrała mnie na zakupy. W tym miejscu muszę z całego serca przeprosić Pat, z którą jestem umówiona już dwa lata na kupowanie rajstop. Też mi się to wyśniło, a jak się to stało, no cóż… Pytia ma swoje prawa. Pat się już zgodziła, tylko jest pewien mały problem, bo myśmy te rajstopy kupowały po rosyjsku. A zanim wyrobimy sobie wizy i pojedziemy do Moskwy (no, bo gdzie kupić eleganckie rajstopy, jak nie tam właśnie), to ja najpierw z Beatą Szydło poszłam, może jeszcze do jakiejś galerii. Najgorsze w tym śnie było to, że premier kupowała mi sukienkę. I wybrała: po pierwsze… amarantową. No, naprawdę. Ja w amarantowej sukience, to będę wyglądać jak kurduplowaty biskup, albo hiszpańska inkwizycja dla ubogich. Naprawdę, Państwo mogą mi wierzyć – amarantowy kolor nie jest dla Pawiana. Fiołkowy, fioletowy, ciemnoróżowy, jasnoróżowy, świnkowaty, to jak najbardziej. Ale amarantowy? Ludzie, co za brak gustu i brak wyczucia pawiaństwa. Po drugie, wybrana przez Beatę Szydło sukienka miała bufki i duży, sztywny kołnierzyk. No i ja jej mówię: pani premier, mali ludzie nie mogą chodzić w kieckach z bufkami i kołnierzykiem, bo wyglądają jak kalarepka na grządce. A ta mi na to twardo: jak się nie zgodzisz na tę sukienkę, to powiem twojej sekretarce instytutowej, żeby ci żadnej delegacji nie wypisała. Ja doskonale wiem, że sekretarki z instytutów i z dziekanatu, to jest siła, ale żeby aż tak? Gorąca linia z gabinetem premiera? I konsekwencje? Żadnej delegacji? I teraz myślę, o co chodzi z tym snem. Amarantowa sukienka kupowana przez polską premier, konszachty z sekretariatem instytutu, kalarepka, delegacja. Z drugiej strony wiem, że prędzej czy później się wyjaśni. A teraz sobie jeszcze myślę: co takiego dziś się śniło Beacie Szydło? Sukienka? Pawian?

Idę spać, dobranoc. A na marginesie dodam, że wedle sennika, jak się śni komuś pawian, to ma przegwizdane, bo: „Symbol ten zwykle zapowiada choroby. Widzieć go: uważaj, bo może ci grozić niebezpieczeństwo; uciekający: z łatwością pokonasz przeciwności losu; uciekać przed nim: strzeż się pewnych osób, które tylko z pozoru wydają się być życzliwe; przyjazny: fałszywy przyjaciel”.

Ha!

Published in: on 11/22/2015 at 21:02  6 Komentarzy  

Jak myć sałatę lodową, czyli: twoje życie już nigdy nie będzie takie samo…

salata_lodowa

„Czy i jak myć kapustę pekińską? Mam dylemat” – po takich słowach usłyszanych w internetowym filmiku robi się poważnie. Przecież „dylemat” według Słownika języka polskiego to:

  1. «problem, którego rozwiązanie polega na trudnym wyborze między dwiema tak samo ważnymi racjami»;
  2. «wnioskowanie, w którym oprócz dwóch zdań warunkowych jako trzecia przesłanka występuje zdanie alternatywne».

Myć albo nie myć? „oto jest pytanie:

Czy szlachetniejszym jest znosić świadomie

Losu wściekłego pociski i strzały,

Czy za broń porwać przeciw morzu zgryzot” – czy myć sałatę lodową, porwawszy się na bój wielki, na miarę epopei, czy też olać sprawę i żreć brudną, ze ślimakami i wszelakim paskudztwem. Czy zanurzyć się w abnegacji, niechlujstwie i bakteriolubstwie? Czy przepasawszy swe lędźwie odegnać w kąt brudne myśli i szorować, szorować, aż do utraty tchu? Jeśli dylemat dotyczy mycia lodowej sałaty, to jakież problemy muszą się piętrzyć przy kąpieli wodnej truskawek, sparzaniu szpinaku, płukaniu ziemniaków i chlapaniu pietruszki? Wyjdźmy jednak z kuchni, bo jeśli tam, w przestrzeni swojskiej i bezpiecznej czają się dylematy na miarę Hamleta, to co dzieje się w innych sytuacjach? Jak przejść przez ulicę? Jaką odmianę ziemniaków kupić na obiad? Jakie skarpetki dziś założyć? Tequila czy czysta wyborowa? Fikuśny biustonosz typu „bardotka” czy mocno zabudowany, z szerokimi ramiączkami i przaśnie beżowy?

A co będzie, gdy dotrzemy na krawędź świata postawiwszy wiekopomne pytanie: cappuccino czy latte? Zgroza ogarniać zaczyna, bo już za rogiem czai się następne: czerwone czy białe wino do obiadu? Państwo myślą, że to może coś łatwego? A jeśli na obiad są nóżki gęsie? A co, jeśli placki ziemniaczane, albo też kaszanka otoczona wianuszkiem spieczonej cebulki? Odpowiedzcie, cwaniaki!

Okazuje się jednak, że moje kpinki trafiają kulą w płot, bo prowadząca program internetowy uznaje ów „dylemat” za ważny i zasadny, bo następnie, przez siedem minut, wyjaśnia dokładnie, z pietyzmem, że mycie kapusty pekińskiej jest złożoną i ważną czynnością. Jakże teraz mi wstyd, że nigdy nie potraktowałam tych warzyw z należytym szacunkiem, nie oddałam bogu, co boskie, a jarzynom tego, co zaiste jarzynowe.

Wujaszka Wani już nie będziemy pytać jak żyć, ale raczej: „jak myć” – co prowadzi nas dość prostą (wreszcie coś łatwego, niezłożonego) drogą do stwierdzenia, że o ile w dziewiętnastym wieku istota bytu była jeszcze porywającą, o tyle, w pierwszym piętnastoleciu wieku dwudziestego pierwszego wracamy do prostych czynności, by je, no właśnie: uwznioślić, doprowadzić do perfekcji czy może przez nie, albo dzięki nim raczej dojść tam, gdzie jeszcze nie dotarł żaden człowiek.

Gdy Wiesław Myśliwski zadaje nam pytania o istotę przeszłości w Traktacie o łupaniu fasoli:

jak silnie związani jesteśmy z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślonej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a co jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia, a wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą. Przeszłość drogi panie nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi

to jest w jakimś innym miejscu, niż ci, których sensem życia jest jakość mycia kapusty pekińskiej? Może ich też ta czynność zaprowadzi w rejony odległe, nie tylko pozwoli przywołać wspomnienia, ale też sprowokuje do odczytania ich ukrytej natury? Czy można tak łatwo odrzucić internetowy poradnik dotyczący mycia i suszenia sałaty lodowej? I tej kapusty pekińskiej? A ja już biegnę wyobraźnią w stronę modrej kapusty, roszponki, rukoli… Czy umiejętności nabyte w trakcie oglądania internetowego filmiku przełożą się jakoś na inne kapustowate, kozłkowate czy astrowate? A może temu poświęcony będzie kolejny filmik? Cedzenie makaronu – następny. Kolejne będą o czyszczeniu butów, wiązaniu sznurowadeł i odczytywaniu położenia wskazówek zegarowych.

Ostatnio dowiedziałam się od studentów, że istnieje program, w którym ludzie znani z tego, że są znani skaczą do wody. Abstrahując od faktu, że to dość niebezpieczny sport dla początkujących, może tak lepiej zabraliby się za wyścigi w workach (ale na miękkiej trawie), to ja mam głupie pytanie: kto to ogląda? Jak będę chciała skoczyć, albo zobaczyć jak wyglądają skaczące do wody np. Króliś, albo Dżejdżej, to zaproszę je na basen i powiem: chybajcie z tej wieży, cholery, bo chcę się pośmiać. Załóżmy. Po co mam oglądać jakąś serialową gwiazdkę jak skacze do wody? Po co? A może dobrze, że skaczą? Może to się jakoś złoży w finał przypadający w Dniu Darwina i łączący się z wręczaniem nagrody imienia tego uczonego? To miałoby sens.

Jednak nadal nie rozumiem: dlaczego mam oglądać program, w którym ludzie skaczą do basenu? Tak samo, jak nie widzę sensu oglądania programu, w którym dowiem się, jak myć sałatę lodową. Bo zamiast oglądać mogę ją po porostu umyć. A jeśli liście będą wilgotne, to mam w domu ściereczki lniane i płócienne (dodam, że nie mam suszarki do sałaty, chociaż wiem, że takie coś istnieje). Może szukam logiki tam, gdzie jej nie ma? Może chodzi po prostu o skakanie do wody? Ssaki żyją dzięki bodźcom. Czym lepsze moje bodźcie np. lekturowe, albo podróżnicze? Kto powiedział, że Biskupin jest ciekawszy od skakania do wody? Dlaczego Europejski Szlak Gotyku Ceglanego, a nie skoki do kisielu? Dlaczego fotografowanie drzew, a nie selfie? I to jeszcze z dzióbkiem! Może rzeczywiście mycie sałaty tworzy dylematy? Jeśli jej perfekcyjne przygotowanie staje się celem? Zaraz przypomina mi się Nowy wspaniały świat i tekst: „Fizyczne niezaspokojenie może spowodować rozrost aktywności umysłowej” – i już mamy rozwiązaną tajemnicę celebryckich skoków i prysiudów. A jak sobie przypomnę: „Uwielbiam nowe ubranka. A stare ubranka są brzydkie. Zawsze wyrzucamy stare ubranka. Lepszy nowy wzór niż łatanie dziur. Dużo łat nędzny świat” – to zaraz lepiej rozumiem te wszystkie dylematy związane z myciem kapusty. Pamiętam jak czytałam po raz pierwszy Huxleya, wówczas myślałam, żyjąc w PRL-u, że ta powieść dotyczy mnie. Tam i wówczas. A teraz myślę sobie, że czas przeczytać ją jeszcze raz. Tu i teraz, żeby jeszcze raz poczuć dreszcz przy słowach: „Wszelkie warunkowanie zmierza do jednej rzeczy: do sprawienia, by ludzie polubili swe nieuniknione przeznaczenie społeczne”. A więc na zawsze pozostanę w kręgu antyutopii Huxleya? Codziennie się budzę, niezależnie od ustroju i widzę, że znów się w niej znalazłam? Bez względu na to czy stoję w kolejce po papier toaletowy czy też znajduję w Internecie film o myciu kapusty.

„Wolność jest nieefektywna i przykra. Wolność to okrągły kołek w kwadratowej dziurze” – no właśnie. Zastanawiam się czy w pojemniku na warzywa mam coś do umycia. Znajduję tam zwykłą sałatę i resztkę kapusty pekińskiej. Mam dylemat. Co umyć?

Published in: on 04/07/2015 at 06:25  2 Komentarze  

Coroczne opowieści świąteczne, czyli o tym, kto zjadł Jezuska

10805556_352058954972936_1827507952720055825_n

Co roku (jeśli piszę), to opowiadam coś świątecznego? Dlaczego? Nie mam pojęcia, naprawdę. Przecież nie przepadam za świętami, nie ogarnia mnie świąteczna gorączka, takież podniecenie, ani nic innego. Jednakże, utarło się, pewnie jest to jakaś świecka tradycja, że zawsze muszę nawinąć jakąś świąteczną historyjkę. Obiecuję, że dziś będzie bez morału.

Dawno, dawno temu, gdy w pawiańskim domu zadomowiło się pierwsze szczenię (które wyrosło na psa Baskerville’ów i Cerbera w jednej postaci), nazwane pieszczotliwie „Tusio”, a przypominało ono już zanim skończyło rok, Grubą Bertę skrzyżowaną z furmanką z węglem, jak zwykle, w Wigilię ustawiono choinkę. A pod nią, rzecz jasna, szopkę. Szopka była gipsowa i mocno zużyta, pochodziła chyba jeszcze z czasów wojennych. Prawie każdemu jej elementowi czegoś brakowało. Osiołkowi na ten przykład – nogi. Przedniej prawej, dlatego stawiało się go opartego o żłóbek. Żeby się nie przewracał. Anioł, w różowej sukience miał w dziurawych plecach zapałkę. Do zapałki przywiązywało się kokardkę, zaś przy jej pomocy anioł z szarfą „Gloria in excelsis Deo” mógł zawisnąć nad całą szopką. Anioł w ogóle był jakiś taki… Miał różową kiecusię, gołe nogi, dość nieprzystojnie majtające nad cudem betlejemskim, a na dodatek miał żółte włosy. Żółte, mówię wyraźnie. Takie jakby zgniłokurczakowe. Ponadto aniołowi notorycznie wypadała zapałka z pleców i lądował gdzieś między wołkiem, a pastuszkiem z gęślami. Józef też był felerny, bo z kolei miał głowę na zapałce. Głowa mu się trzęsła i przez to wyglądał na niesamowicie nieszczęśliwego. Taka dziadyga. Maryja miała ładne złocenie na szacie, ale też obity kawałek twarzy. Trzeba ją było ustawiać z lewej strony. Gdybym była cyniczna, rzekłabym, że pokazywała lepszy profil.

Przepraszam, że ten opis brzmi tak mocno turpistycznie, ale z mojej perspektywy ówczesnej, wcale tak nie było. Kładłam się pod choinką i kontemplowałam całą grupę, w której jeszcze było dwóch pastuszków, jeden całkiem szykowny, siedzący z dudami („Mój tata grał na dudach; pięknie grywał pjany,/Ale kiedy na trzeźwo, okropnie rzępolił”), a drugi, z owcą w ramionach – oczywiście – bez nogi, opierany o pieniek choinki. To on nie miał nogi. Ta owca akurat miała. Do tego był jeszcze leżący wołek, którego zawsze, zgodnie z sugestiami babci Marianny, ustawiało się w okolicach żłóbka, żeby Jezuskowi nogi oddechem ogrzewał. Koło wołka stawała też owieczka, z powodu uszkodzeń opierająca się o szeroki i budzący zaufanie grzbiet brązowego przeżuwacza. Był jeszcze jeden król, pozostała dwójka zagubiła się w pomroce dziejów. Na dodatek, król nie był oryginalnym wyposażeniem szopki. Reszta grupy, gipsowa, porządna, solidna, chociaż nieco sfatygowana, a ten niby z kuferkiem złota, ale lekki i pusty, jako cymbał brzmiący. Nie lubiłam drania, zawsze wstawiałam go gdzieś z tyłu. Rodzinie tłumaczyłam, że przyjdzie dopiero na Trzech Króli. W ogóle, to ja ciągle tę szopkę cięgle przestawiałam, ciągle dopracowywałam ustawienie grupy. Pisałam scenariusze, często odbiegające od biblijnych, ale nie jakoś tak gruntownie – powiedzmy, że była to opowieść apokryficzna, możliwa i na dodatek niezwykle interesująca. Z mówiącymi zwierzętami, ze śpiewającym aniołem. Dobra, tu się przyznaję, czasem śpiewał też Jezuskowi piosenkę o kaczuszkach. W sumie, dlaczego nie? A nie śpiewał? Proszę mi udowodnić, że nie śpiewał i nie mógł śpiewać. W tej kwestii do dziś jestem niesłychanie pryncypialna. A dlaczego śpiewał o kaczuszkach? Proszę Państwa, te wszystkie kolędy są niesamowicie pesymistyczne. Jezuskowi byłoby przykro i smutno, bo kto chciałby słuchać, że mu matula sukienki nie dała? Tego o pannie czystej nie rozumiałam, raczej wiązałam z myciem rąk. A to też nieprzyjemne było. Ciągle tylko „myj łapki” i „myj łapki”. A już tego o ciemnej nocy w jasnościach promienistych nigdy nie kupowałam. Pewnie już od dziecka byłam wyczulona na pretensjonalne metafory. I właśnie dlatego o kaczuszkach, no!

Myślę sobie, że te uszkodzenia postaci z szopki, to też moja wina. Jak się ich tak ciągle przestawiało, to mieli prawo odnieść obrażenia. W każdym razie stali wszyscy pod kolejnymi choinkami i dobrze było. Do czasu. Pewnego razu rano, gdy jak zawsze poszłam poleżeć pod choinką zobaczyłam, że nie ma owieczki. Odbyła się tam rzeź, rzecz jasna – jak to zwykle bywa – w całkowitym milczeniu. Po owieczce zostało tylko kilka okruszków białego gipsu. Została pożarta przez wielką bestię o krwiożerczych instynktach i niewinnym imieniu. Przez Bestię, którą wpełzała pod choinkę i tam sapała, zaś ciemną nocą wyszły z niej cechy drapieżnika. Któż miał zginąć? To jasne – owca. Wszyscy udaliśmy, że nic się nie stało i owcy nigdy nie było. Patrzyliśmy jednak na szczenię-giganta z pewnym wyrzutem. Do tej pory dzieci z szacunkiem podchodziły do rodzinnej szopki. A tu, nagle… pożarcie. I te okruszki.

Po kilku dniach z przerażeniem zobaczyliśmy, że w nocy ktoś wyżarł Jezuska. Żłóbek stoi, gipsowa słoma nawet się uchowała, zaś po dziecinie ani śladu. Tylko ten kontur wygryzienia taki oskarżycielski. O ile, bez owieczki, tak samo, jak i bez dwóch króli, szopka mogła jakoś funkcjonować, o tyle bez głównego bohatera całego zajścia, to już nie miało sensu. Sprofanowana przez psa szopka została gdzieś schowana, zaś matka, znając mój sentyment do postaci, kupiła bardzo podobną, tylko że brązową, ceramiczną. I są tam wszyscy. Trzej królowie, a jakże. Owiec jest chyba ze trzy. Pastuszków całe tabuny. Nic się nikomu nie odrywa, nic nikomu nie brakuje. Wołek leży. Osiołek stoi. Nikomu się głowa nie chwieje. Anioł dynda sobie bez żadnej zapałki. Z Józefa chłop jak dąb, a nie jakiś wymoczek z kiwającym się podbródkiem. Ale… to już nie jest to. Obrzydliwa jest ta nowa szopka. Obrzydliwa. A na dodatek Jezusek ma fatalny żłóbek. Nogi mu wiszą. Dobranoc Państwu.

Published in: on 12/15/2014 at 21:28  9 Komentarzy  

Skurwysyństwo zwierząt, czyli bezwzględność pupili

zombie-cat

Jest 5.55. Dzwoni budzik. Jeśli nie jest poniedziałek (gdy idę do instytutu, ale też na ósmą), to wstaję – z kurwą na ustach – i lecę do korporacji papierniczej, ostatnio dostałam podwyżkę, czuję się więc jak koń Boxer i staram się jeszcze bardziej. Podejrzewam, bo znam swój organizm, jesteśmy razem już dość długo, że zaczynam się wiercić w łóżku około 5.53. Zakryta po uszy, zatulona w pierzynkę z kaczego puchu, kręcę się, bo czuję, że właśnie za chwilę… Wówczas uruchamia się Puc Klucha vel Kluska Pierożanka. Obudziłaś się? Kocham cię. Bogowie olimpijscy, jak ja cię kocham siłą swojego piętnastoletniego serduszka. Jesteś cudowna, wspaniała. Chodź, wstajemy. Taki dobry dzień, widzisz?

Należę do ludzi, którzy zawsze (rano) wiedzą, co jest grane. Potem, idzie mi znacznie gorzej. Jest 5.55 – żadnego mękolenia, żadnego rozmamłania, wstajemy – piżamka w dół (ewentualnie – koszulka w górę), gorący prysznic, pod prysznicem wewnętrzne omówienie porządku dnia, albo kilka refleksji interpretacyjnych lub związanych z ostatnią lekturą, kredens z ciuchami, wybór lakierów do paznokci, żel do włosów firmy „Joanna”, kolczyki. Schabowy i kapusta – wszystkie / wszyscy, którzy budzili się u mego boku wiedzą, że rano nie ma litości, masz osiągnąć sto procent po trzech sekundach. W międzyczasie pierwszy papieros. Puc towarzyszy. Rąbie kupsko, gdy biorę prysznic. Gdy palę, wsuwa śniadanie. Żeby nie było durnych tekstów, że kocha, bo chce żreć. Jestem zbyt leniwa, żeby kot miał kiedykolwiek pustą miskę. A ponadto, od roku, Puc je wyłącznie suchą karmę dla tych chorych na nerki.

No dobra, mamy już na sobie część garderoby. Różowe pudełeczko na śniadanie w pracy powoli się napełnia. A w tym momencie ten gnojek, ten koci gnojek, wyciąga ze zwałów mięciutkiego futerka zegarek na łańcuszku, taki srebrny – z napisem „Pucowi – wszyscy” i patrzy na mnie znacząco. Oznacza to: tak Pinky, idź do roboty, żwirek sam się nie kupi. Ty leć do instytutu ze starymi papierami, leć na ćwiczenia, wykłady, leć do korporacji papierniczej, a ja w tym czasie położę się pod twoją pierzynką z kaczego puchu, bo takie jest życie. A idźże ty kocia mendo, idźże w kibini mater.

I zaraz uruchamia mi się wspomnienie, gdy Tusio, ta psina, która ważyła 70 kilogramów i mnie wychowała na znośne ludzkie dziecko (wszystkie braki w wychowaniu są moją winą, a nie jego), rano patrzył, leżąc na pleckach, jak pakuję tornister, jak się męczę obowiązkiem szkolnym i… dawał do zrozumienia, że w pięć sekund po moim wyjściu będzie spał, wtulony w poduszki na moim tapczanie. Będzie leżał na swoich pleckach, wywalał to słodkie brzusio, rozwalał się na cały pokój: jedne łapy pod kaloryferem drugie – pod drzwiami. I wyrażał, tą bezczelną pozą, wyrażał to, że ma w dupie. Ma w dupie moją klasówkę z fizyki, ma w dupie  moje rozedrganie emocjonalne nastolatki. Ma w dupie wszystko, bo gdy zamknę drzwi – zaśnie. I obudzi się – gdy wrócę, a wówczas będzie się domagać spaceru, piłeczki, patyczka, czesania, głaskania. A ja w tym czasie – miałam przesrane, bo miałam np. niemiecki z panią, która mnie nienawidziła. A on spał, spał jak siedmiu braci śpiących. co ja gadam – oni przy nim , to kiepskie cieniasy.

Dziś jest to samo. Wychodzę, biegnę, zdobywam, walczę, wyzłośliwiam się, prowadzę wojny, zawieram traktaty pokojowe, ulegam w obliczu przeważających sił wroga. A mój kot śpi. Śpi z tym wrednym tekstem pod tymi mięciutkimi wąsikami: Pinky – ktoś musi działać, żeby spać mógł ktoś.

Zwierzęta to świnie, mówcie co chcecie.

Published in: on 10/22/2014 at 23:30  8 Komentarzy  

Tekst sponsorowany czyli płaszczyk

IMAG0187

 

Wyszedł żuczek na słoneczko

W zielonym płaszczyku.

– Nie bierzże mnie za skrzydełka,

Miły mój chłopczyku.

Nie bierzże mnie za skrzydełka,

Bo mam płaszczyk nowy;

Szyły mi go dwa chrabąszcze,

A krajały sowy.

(Maria Konopnicka)

Z dedykacją dla A.M. czyli Zgredka.

Tekst jest sponsorowany, pewnie dostanę za niego piwo, a może nic nie dostanę i też będzie dobrze. Zacznijmy od początku. Moja Umiłowana w Duchu Absurdu Sąsiadka (Językoznawczyni) życzy sobie opowieść o płaszczykach, bo okazało się, że w mojej narracji sąsiedzko-piwnej, która trwa już pierdyliard lat, czasem (ale z pewną regularnością, dlatego warte jest to zjawisko analizy) pojawiają się zdania: „a ja z tego miałam potem płaszczyk”, albo po prostu „miałam kiedyś taki płaszczyk”. I dlatego, sąsiadka mi fakt ten uświadomiła, a potem zaproponowała, ale Państwo rozumieją, dobitnie zaproponowała, tak całkowicie bezalternatywnie, że mam coś o płaszczykach napisać. I nic mi nie pomoże, muszę zarzucić z siebie płaszcz Konrada, zakasać rękawy i do roboty się zabrać. Ale od czego zacząć? Od tego, że są pawiany płaszczowe i teraz chyba wszystko się wyjaśniło? Mam wytwornego i obytego kumpla ze sfer naukowych, którego często ludzie pytają o to, czy urodził się w garniturze, a on, z właściwym sobie sarkazmem, odpowiada, że położnik go odział weń był, ale dopiero po odessaniu wydzielin z dróg oddechowych. Czy ze mną jest podobnie? Na początku był płaszczyk? Na dodatek zawsze myślę sobie, że uwielbiam kurtki, swetry, w ostateczności dziwaczno-dziadowskie marynareczki, ale płaszcze?

IMAG0587

Zaraz mi się przypomina scena z filmu „Ucieczka z kina >>Wolność<<”, w której Teresa Marczewska uczy Zbigniewa Zamachowskiego prawidłowej wymowy wyrazu „płaszcz”. Pamiętam, że byłam na tym filmie w kinie, ale teraz chwila, z kim byłam? Z mamą? Z tatą? I zaczynam się zastanawiać, co się stało z moją pamięcią sytuacyjną, że pamiętam doskonale obrazy, kadry zatrzymane w pamięci, zapisane na matrycy mózgu, a tu nagle… dupa, bulba i kiełbasa. Z siostrą? Z kim byłam wtedy w kinie? Nie mogę sobie przypomnieć. Zaczyna mnie wręcz boleć fizycznie ta moja niedoskonałość pamięci, którą tak się szczycę, ba, jestem wręcz niesamowicie próżna (tylko w tym miejscu, w tym aspekcie) i z dumą zawsze powtarzam, że mam pamięć jak słoń. A tu, potrafię sobie przypomnieć, że na „Cudzoziemce” byłam z mamą i miałam wówczas na sobie różowy żakiecik, który sama, dość nieudolnie (jak wszystko, co związane z czynnościami manualnymi), przerobiłam sobie z kostiumu rodzicielki. Pamiętam, jak byłam na „Korczaku” z tatą, a potem szliśmy nocnym miastem i nie mogliśmy przestać gadać o tym, że ogólnie to nie znosimy prześwietlonych zdjęć u Wajdy, dlatego niektóre sceny w obejrzanym obrazie wydawały nam się zbyt toporne, zbyt egzaltowane, zbyt dosłowne. No dobrze, ale te dygresje nie przybliżają nas do odpowiedzi na podstawowe dla tego momentu pytanie: z kim oglądałam Zamachowskiego i Gajosa? Najgorsze jest, że właśnie przyszło mi do głowy następne pytanie: kiedy przeczytałam po raz pierwszy „Płaszcz” Gogola? I znów leżę i kwiczę. Nie wiem, nie mam pojęcia, ponadto nie pamiętam też, kiedy czytałam ten utwór po rosyjsku. Nie jest ważny? Został wyrugowany z pamięci ten epizod inicjacyjny jako nieistotny, zupełnie zbędny?

Na twarzy jego malowała się rozkosz; niektóre litery były jego ulubienicami i gdy się dobierał do nich, był po prostu nieswój: i podśmiechiwał się, i mrugał porozumiewawczo, i pomagał sobie wargami, tak że na twarzy jego można było, zda się, odczytać każdą literę, którą na papierze wykreślało jego pióro. Gdyby stosownie do jego żarliwości dawano mu awanse, ujrzałby się ku swemu zdziwieniu, być może, nawet radcą stanu, lecz dochrapał się tylko, jak mawiali dowcipnisie, jego koledzy, guzika do pętelki i dorobił hemoroidów.

W związku z czym, od czego zacząć? Skoro uciekła bezpieczna jak zawsze literatura, wszystko to, co mam w zanadrzu, czym wspomagam się, gdy jestem zakłopotana, albo skonsternowana, literatura, która daje mi poczucie bezpieczeństwa, że zawsze, naprawdę zawsze, w każdej sytuacji, znajdę w głowie jakiś cytat, który doskonale pasuje do sytuacji i gdy nagle (choć to bardzo rzadko się zdarza), pozostaję bez słowa, to mogę skwitować wszystko i wszystkich jakąś literacką pointą, jakąś błyskotliwą nie-własną, ale własną jednak w jakiś sposób frazą, a tu jednak nie potrafię, pozostaję zawieszona w próżni, zaniepokojona faktem, że nie pamiętam. A czegóż jeszcze nie pamiętam? Może właśnie uciekły mi ważne słowa, ważne myśli nieżywych ludzi, co jaskrawie udowadnia mi fakt, że zapomniałam o czytaniu Gogola. Chryste Panie, Zeusie Olimpijski, Ozyrysie – jak mogłam zapomnieć okoliczności czytania Gogola! Ja rozumiem, że są ludzie, którzy pamiętają rzeczy istotne – daty urodzin, imienin, ślubów, pogrzebów, cen masła w latach sześćdziesiątych, ale ja mam tylko teksty literackie, nic więcej i nic mniej. Mój przyjaciel (Filuś) mawia, że mam tekst na każdą okazję, jak dobry wojak Szwejk, przy czym, ja mam na podorędziu opowiastki zarówno o psach na Pankracu (może bardziej, że na Nikiszu), jak i cudze teksty, wyłażące ze mnie, przez dziury w szwach, jak piórka gęsie ze starej podszewki. Zobaczcie Państwo, jak umykam, jak uciekam od tych płaszczyków własnych, bo znów nie mam pojęcia, od czego zacząć. Zdjęcie, jedno z pierwszych, ujawnia Pawiana w pozycji wyprostowanej, przeciwstawności kciuków nie będziemy się czepiać, który w zabawnym czepeczku i rozciągniętych śpiochach prezentuję światu… swój pierwszy płaszczyk. Ba, ale ja nawet nie pamiętam i oczywiście pamiętać nie mogę, kiedy i gdzie działo się to wydarzenie wiekopomne. Myślę, że był to zakład fotograficzny pana Stelmaszczyka, gdzie fotografowano Pawiana wielokrotnie. Na wspomnianym zdjęciu Pawian ma jeszcze minę przyjemną, bo nieświadom wszystkiego, co dzieje się wokół. gdy spojrzymy na zdjęcie numer dwa, to zaraz zobaczymy ironię malującą się na pawiańskiej fizys, marsowość brwi, zagniewanie, drwinę i sarkastyczne skrzywienie brwi. Ale czy ta pelerynka, to też płaszczyk? Założony okazjonalnie, do zdjęcia, dla zapewnienia płochej rozrywki rodzinie, która oglądała tę fotografię i próbowała, chociaż było trudno, się zachwycać? I pewnie zastanawiali się wszyscy, jak to zawsze bywa, kim będzie, gdy dorośnie? Projektowali swoje małopolskie wizje jak ciotka H., która powiedziała mi, że zostanę przedszkolanką, w chwili, gdy moim największym marzeniem była kariera bokserska.

Nocą siedzę przed sobą

ja w cylindrze ja boso

a tam przez wieś z wesela

z nożem w plecach mnie niosą

(Tadeusz Nowak)

Ha! Gdybymż to ja pisała poezję, to z pewnością napisałabym, że ja – w płaszczyku. A może w spódnicy z gumką, podciągniętej pod szyję, bo nie chciało mi się zakładać niczego więcej i tak przełaziłam całe wakacje? Bose miałam wówczas stopy, w dłoni upapraną ziemią marchew, czasem dłonie poparzone były gorącym bobem. Spódnica była jednostajnie brudna, bo w wieku trzynastu lat przeżywałam swój pierwszy epizod abnegacyjny, tylko jeszcze wtedy nie wiedziałam, że tak się to nazywa i przyjmowałam na wiarę to, co mówiły starsze ciocie, że nikt na mnie nigdy nie spojrzy (znaczy, w domyśle, przystojny i bogaty mężczyzna z hektarami – mój bosze, biedne ciocie, zryłam im mózg, co jedynie na dobre wyszło), bo dziewczynki tak nie wyglądają. Może dlatego właśnie dziś tatuuję ciało, żeby zacytować Tuwima: „całujcie wy mnie wszyscy w dupę”? Buntuję się nieustannie przeciwko mojemu skomplikowanemu dziedzictwu małopolskiemu, które codziennie przypomina mi, że wyżej nerek nie podskoczę? I dlatego właśnie mam przerobić te wszystkie płaszczyki, już wcześniej przerabiane z kostiumów matki, dopasowywane ze starszej siostry i ofiarowywane potem kolejnym pokoleniom kuzynek? Czyż ta wizja przeszywania, przerabiania i nicowania nie staje się swoistą figurą moich losów, gdy staram się wyciąć ze wszystkich losów moich przodków i przodkiń kawałki różnorakie i dopasować je do moich własnych losów? Wynikałoby z tego, że mój płaszczyk nie jest ciasny, zdecydowanie, ale mocno zetlały, gdzieniegdzie przeżarty przez mole, z łatkami, pocerowany, guziki ma za każdej parafii, nie pasuje w ramionach, trochę za długi, rękawy ma trąbiaste i kołnierz nie da się postawić? No wiem… ale to jest mój płaszczyk. Innego nie mam, nie będę miała nigdy. W kieszeniach mam Matkę Boską Ostrobramską, legitymację KPP i mezuzę zerwaną z framugi. Co jeszcze? pewnie trochę ziaren pszenicy i piórko z gęsi oraz kromkę żytniego chleba. Z pewnością jest też książka, tylko nie wiem jeszcze jaka.

Zapinam swój szynelik, który mam po przodkach, podszyty wiatrem, marzeniami i przeszłością. To chyba nie jest opowieść, której chciałaby moja sąsiadka. Przepraszam, ale innej chyba jeszcze nie mam. Może kiedyś.

lecz po kim mam podwójny podbródek

po jakim żarłoku gdy cała moja dusza

wzdycha do ascezy dlaczego oczy

osadzone tak blisko wszak to on nie ja

wypatrywał wśród chaszczy najazdu Wenedów

uszy zbyt odstające dwie muszle ze skóry

zapewne spadek po praszczurze który łowił echo

dudniącego pochodu mamutów przez stepy

(Zbigniew Herbert)

 

Published in: on 06/02/2014 at 21:37  Dodaj komentarz  

Zwątpienie poznawcze czyli Rozalka w piecu

Przechwytywanie

Wieśniaczka klepie len? Poklep się w pusty czerep dziennikarzyno. To jest międlenie. MIĘDLENIE, kurwa mać!

(Pawian Przydrożny)

Na okładce „Polityki” młody człowiek w birecie szorujący gary (na zmywaku w Anglii? w MacDonaldzie?). A do tego dramatyczne pytanie: Czy warto się jeszcze uczyć? A także stwierdzenie, że Polacy  zaczynają wątpić w sens nauki. Zaczynają? A kiedykolwiek widzieli jej sens? Wystarczy przeczytać fora internetowe, żeby zobaczyć, co internauci myślą o nauce, o zdobywaniu wiedzy. Napisz komuś, że się myli, że bitwa pod Grunwaldem wcale nie dotyczyła Zulusa Czaki, albo, że kura nie pisze się przez „ó”, bo wymiana na „kogut” to raczej bzdura. Co się stanie? Zwyzywają, spostponują, użyją argumentum ad Hitlerum, a na koniec dopiszą, że nieważne jak się pisze, byle wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Na kolokwium ze starych papierów objeżdżanych pojazdami z napędem na cztery koła laska ściąga, że aż miło. Patrzę na nią z politowaniem i pytam czy sądzi, że jestem idiotką? Zadaję artykuł, który fificy powinni przeczytać, a oni podkreślają na zielono lub różowo to, co im się wydaje istotne. Na moje pytanie nie potrafią odpowiedzieć. To nie ich wina, to wina systemu szkolnego, który nie nauczył ich myśleć, tylko odtwarzać i zdawać testy, wstrzelić się w klucz. Ale, ale… zaraz – czy ja byłam kształcona w innym systemie? Czyż nie uczyłam się idiotyzmów w stylu, co zrobić, gdy wybuchnie bomba atomowa (trzeba wytrzepać ubranie)? Znam też budowę pieca wielkiego pieca, potrafię zrobić łopatkę z puszki po zielonym groszku, wypalać lutownicą niezwykle gustowne wzorki w drewnie, zrobić broszkę z topionego plastiku. Nie umiem wyciągać pierwiastków, ale tu odmówiłam współpracy i zaparłam się wszystkimi czterema kopytkami, że w życiu mi to do niczego potrzebne nie będzie – i chyba miałam rację. Uczyłam się takich samych rzeczy, może trochę inaczej, bo nie uczyłam się do testów, ale na przykład musiałam znać dane o światowym wydobyciu węgla kamiennego z roczników statystycznych. Brunatnego też. Po co mi to było? Nie mam pojęcia. Wówczas też nie wiedziałam i się tego nie uczyłam. Wolałam czytać. Robiłam to sama, bo szkoła raczej mi w tym przeszkadzała. Szczególnie podstawówka – gdy w bibliotece szkolnej wręczano mi broszurki o kotkach, a ja już byłam na etapie grubaśnych powieści bez obrazków. No to zrezygnowałam z tych głupich kotków. W bibliotece miejskiej było znacznie przyjemniej. Szczególnie, że dość szybko pozwolono mi grzebać w czym chciałam i gdzie chciałam. Moja mama uważała, że literatura krzywdy nikomu nie zrobi. A na dodatek, że jak chcę, to dwóję mogę dostać. I dostawałam. Niejedną. Stało się coś?

System szkolnictwa polskiego był do dupy, jest do dupy i będzie do dupy. Jasne? Nie ma co biadolić i ciągle tego odkrywać na nowo, bo wyważa się otwarte drzwi. Dlaczego będzie do dupy? Bo np. w szkole średniej jest jedna godzina historii i dwie godziny religii. Bo geografia w klasach sprofilowanych nie występuje powyżej klasy drugiej. Biologia chyba też. Bo nie uczy się historii sztuki. Bo chemia i fizyka dotyczą wzorów, a nie konkretów i życia – dlatego moja koleżanka w podstawówce (miała z fizyki czwórkę) podgrzewała wodę w wannie grzałką, a potem weszła do tej wanny. I nie żyje. Myślę, że nasza fizyczka z podstawówki powinna była wtedy popełnić samobójstwo. Honorowe. Ale nie popełniła i nadal miała dobre samopoczucie i kazała nam tworzyć krzyżówki z terminami fizycznymi, co miało podobno ukazać naszą wiedzę z danego działu.

Jednostki przebiją się przez system, ale muszą mieć wsparcie. Domowe wsparcie, które nie będzie polegało na zadawaniu po wywiadówce głupich pytań typu: dlaczego masz tróję z PO? Oraz stwierdzeń: jak nie będziesz mieć dobrej średniej to niczego w życiu nie osiągniesz. Ale jak ma być wsparcie, skoro rodzice, tak samo jak ich dzieci, nie potrafią selekcjonować informacji, nie potrafią zadawać pytań, nie buntują się, nie kontestują rzeczywistości. Dzieci, tak samo jak ich rodzice nie widzą sensu nauki, poszerzania wiedzy, bo sześciu na dziesięciu obywateli polskich jest analfabetami funkcjonalnymi i dobrze im z tym. Nie czytają, oglądają w telewizji jakiś „Taniec na rurze” i „K jak kiełbasa”. Czytali Państwo ostatnio o zagłodzonym dziecku, o znachorze spod Nowego Sącza? To są ludzie, którzy wątpią w sens nauki. To są ludzie, którzy wierzą we wszystkie duperelne teorie, bo nie myślą. Szkoda, że nie uśmiercają siebie samych, tylko własne potomstwo. Jak biedna matka Antka, która wsadziła Rozalkę na parę zdrowasiek do piekarnika. Tylko że ona NAPRAWDĘ nie mogła wiedzieć. A oni mogą, ale wątpią. No cóż, trudno. Ich wybór, ich więzienie. Za głupotę się płaci.

W sumie, zawsze tak było. Nie wszyscy musieli kończyć zarządzanie i marketing, albo coś równie urokliwego. Niektórzy zostawali szewcami, doskonałymi szewcami, albo ogrodnikami. Do dziś pamiętam pana Dudzińskiego, który pozwalał mi grzebać na swoich grządkach i opowiadał różne rzeczy. Nauczyłam się od niego więcej niż od mojego nauczyciela biologii w podstawówce, który podobno skończył studia. A najwięcej w dzieciństwie to nauczyła mnie babcia, która skończyła cztery klasy szkoły powszechnej, ale  całe życie czytała. Nawet w trakcie robienia najlepszych klusek śląskich. Jednego mnie tylko nie nauczyła: jak czytać w trakcie prac kuchennych, żeby nie mieć upierdolonych, jak stół u Durczoka, książek.

Wiedzę może zdobywać różnie, ale tego trzeba chcieć. Trzeba mieć pasję i tę magiczną iskrę, która nas prowadzi do obranego celu. Pretensjonalne? Może (jestem pozytywistką i czasem lecę taką frazą Orzeszkowej). Ale właśnie tak jest. Przeciętni i znudzeni niczego nie osiągną. Filolożątko, które na trzecim roku czyta pięćdziesiąt stron powieści na godzinę na zawsze pozostanie gdzieś w trzeciej lidze. Kandydat na filologa, który na trzecim roku po raz pierwszy czyta w całości „Lalkę”, a nie przeczytał „Anny Kareniny” i „Odysei” jest właśnie na okładce „Polityki”. Jest kiepski, przeciętny – wiedzy do głowy nie wtłacza się łopatą, trzeba chcieć. Chcieć ciągle więcej. Zadaję artykuł, chcę o nim porozmawiać. Tak się umówiliśmy – a raczej myślałam, że tak było. Moja grupa wolała streszczać, a i to z trudem. Słaby uniwersytet? A skąd! Po prostu przeciętniacy, którzy nie nauczyli się przez trzy lata, że trzeba nauczyć się czytać i kojarzyć fakty. Przyzwyczaili się do odtwarzania i dobrze im z tym. To nie ich wina, ale tylko do pewnego momentu – jak dokonali już wyboru, wyboru najważniejszego: czy zostanę prawnikiem czy filologiem, to trza zakasać rękawy i korzystać z tego, co mnie otacza. Wykorzystywać tych, którzy mogą mi coś dać, omijać tych, którzy mi szkodzą. I zanurzyć się w tym wszystkim, co jest moim życiem. Z uszkami i ogonkiem. Stać się najlepszym z najlepszych. Nie zadowalać się małym. Chociaż, jak się chce iść na dziennikarza, to można być słabiutkim. Tu nie wiem, jak się odnosi sukces, ale widać, że niewiele trzeba, żeby publikować, zadawać pytania, rozmawiać z innymi. Może chodzi po prostu o to, że jaki poziom społeczeństwa, takie gazety? To się publikuje, czego to społeczeństwo oczekuje? Tak mi się jakoś skojarzyło po ostatnim sporze sporothrix z Gazetą Wyborczą. I ma nas dziwić, że Polacy wątpią w sens wykształcenia? Jak najbardziej opiniotwórczy dziennik w dziale naukowym pisze jakieś dyrdymały? A czytelnicy łykają to jak gęsi kluski? No, więc jest jakieś wyjście – przeciętni i słabi zostaną dziennikarzami. Albo nauczycielami informatyki w szkołach – tak, jestem złośliwa. Taki Paweł Walewski z „Polityki” to najpierw skończył medycynę, a potem został dziennikarzem. Bogdan Tomaszewski uczęszczał do Szkoły Głównej Handlowej, Janina Paradowska –  skończyła polonistykę. A teraz? Młodzi pisać nie umieją, czytać nie bardzo, bo kończą studia zawodowe, a nie odróżniają gotyku od szprotki w oleju.

Wiedzy się nie dostaje, ją się zdobywa – jeśli ktoś myśli inaczej, to skończy na zmywaku. I nawet nie będzie dobrym pomywaczem. Będzie tylko frustratem, któremu się w życiu nie udało i to na własne życzenie. Bo myślał, że coś dostanie na tacy. Że nagle obudzi się rano i będzie wiedzieć. Otóż – nie będzie. Po pierwsze dlatego, że wątpi w sens nauki i wykształcenia, a po drugie dlatego, że zamiast się uczyć, desperował, że nie dostał szansy. A teraz możecie mnie Państwo ukrzyżować, ale zdania nie zmienię. Wiedzę zdobywa się samemu. To pot, krew i łzy. A jak się komuś nie podoba, może spróbować inaczej. Proszę bardzo – jak się znajdzie taki sposób, to chętnie posłucham, ale robić będę po swojemu. Stara już jestem, a starzy są uparci.

Wpadłam w patetyczny ton, ano wpadłam. Nie umiem znaleźć innego języka, przynajmniej dziś. Pamiętam, jak moja koleżanka z roku zadała mi pytanie: z czego się uczysz do egzaminu z powszechnej? Nie zrozumiałam pytania, bo po prostu czytałam, a ona chciała znaleźć jakieś kompendium, które jej pomoże ogarnąć coś, czego nie rozumiała i była wobec tego bezradna. W fachu nie pracuje – i dobrze.

A na koniec jeszcze historyjka. Właśnie dzwoni do mnie Delfinek Ochrydzki. W zeszłym roku prowadziłyśmy razem przedmiot – ogólna teoria niczego po polsku dla cudzoziemców. Było zaliczenie – wymyśliłyśmy sobie zabawny, dla nas i dla studentów, sposób zakończenia przedmiotu. Przygotowałyśmy materiały. Ja swoje wyrzuciłam po zrealizowaniu, bo „nic dwa razy się nie zdarza”, a nagle okazało się, że dwie osoby, które prowadzą to w tym roku, chcą ten nasz autorski pomysł. Bo im się nie chce przygotowywać własnego. I szlag mnie trafił. Nawet, gdybym nie wyrzuciła, to bym nie dała. A zrób se. Nie dlatego, że jestem wredna, tylko dlatego, że jesteś młoda i musisz się nauczyć, jak to trzeba robić. A ty chcesz, żeby ci spadło z nieba? Mogę ci powiedzieć, jak trzeba to zrobić, mogę cię nauczyć, bo mam pierdyliardy lat doświadczenia. Ale nic ci nie dam. Bo się przyzwyczaisz, że wszystko można zdobyć bez wysiłku. A jak się przyzwyczaisz do tej myśli, to przestaniesz szanować. I tu jest Hund begraben. Coś co się dostaje za friko (nie chodzi o kasę) nie jest przedmiotem pożądania. A teraz można wątpić sobie w sens wykształcenia. Albo przeczytać coś miłego, zabawnego, mądrego.

I proszę nie pisać do gazet dramatycznych listów, jaki wykładowca jest świnia, bo chciał bibliografii. Jakbyś czytał, jeden z drugim, to byś wiedział. Biedactwa niedouczone. Idźcie se len poklepać, albo własną dupę lub pusty łeb.

19962_s

Published in: on 05/18/2014 at 11:07  12 Komentarzy  

А я иду, шагаю по Москве czyli boginie są z Marsa, a Pawiany z Wenus

_DSC9580

Ostatnio marudziłam niepomiernie. Dlatego już przestaję, bo ileż można tkwić w tej całej martyrologii, a ponadto Państwo z pewnością mają swoje polskie kłopoty, jak na ten przykład… kanonizacja czy coś. W każdym razie siedzę w Rosyjskiej Akademii Nauk (dostałam przepustkę podpisaną pewnie przez samego Dyrektora Buszu, albo Prezesa Układu Słonecznego – jest na niej przynajmniej ze cztery pieczątki), co imponuje mi niesamowicie, a dlaczego, to już Państwo wiedzą. Chodzi o moją małostkową panią od rosyjskiego. Na dodatek, Achmatowa mówi mi: „słuchaj, Pawian, chodźmy do ekskluzywnej restauracji na szczycie budynku, zobaczysz sobie widok na Moskwę. Co prawda, ty i ja pasujemy do tego miejsca, jak świnie do siodła, ale zaciśnijmy zęby, bo widok jest przedni”.

Akurat dobrze się złożyło, że tego dnia miałam na sobie marynarkę, dziadowską, bo dziadowską, ale zawsze marynarkę. No, to lecim oglądać Moskwę z lotu ptaka. Wysiadamy na ostatnim piętrze – a tam już młodzieniec słusznej postury, z marsowym czołem się pyta: a po co, hę? Achmatowa odpowiada, że koleżance, cudzoziemskiej akademiczce, chciała pokazać piękny widok na Moskwę. Młodzieniec mruczy pod nosem, żeby w kącie stanąć i poczekać, bo hostessa zaraz się pojawi. Kelnerów i kelnerek wokół jak mrówków, knajpa pusta jak Patriarsze Prudy w „Mistrzu i Małgorzacie”, a my niewidzialne. Pewnie przez tę moją marynarkę z czarnego weluru, albo czarne dżinsy z podwiniętymi nogawkami. Na dodatek kupiłam sobie szmaciane buty za 500 rubli, z czego raduje się moja krakowska dusza, ale z pewnością wszyscy wiedzą, że jak na to ostatnie piętro wchodzi ktoś w takich tenisówkach, to choćby profesor – znaczy dziad. Pojawia się ona – hostessa, znaczy bogini. Wzrost słuszny, pierś łabędzia, policzki – krew z mlekiem, łydki – toczone, włosy – czarne jak skrzydło kruka i na dodatek opadają cudną falą za dupę, znaczy za biodra rozkoszne, niby u hurysy w egzotycznym karawanseraju. Dziewczyna, znaczy bogini, omiata nas wzrokiem i lekko unosi podbródek: aaa? Znów Achmatowa mówi, o co chodzi, a dziewoja nam oznajmia, że wszystkie stoliki mają rezerwację, ale – jeśli na krótko – to spocząć pozwala. Macha łapką delikatną, z paznokietkami jak migdały perłowe, żeby siadły znaczy, ale potem patrzy na to moje wdzianko i dopytuje czy rozebrać się nie zamierzam. A, dlaczego nie, owszem, zdejmę okrycie i wnet to czynię. Ona znów ręką macha, a wody morza się rozstępują i pojawia się jakieś inne zjawisko, które wiesza ten mój welur nieczysty na wieszaku i gustowny złoty numerek podaje. Bogini patrzy na mój aparat fotograficzny jakoś łaskawie, ale mówi, że przyjemność fotograficzna kosztuje 5000 rubli za godzinę. No, szkoda, że nie za kwadrans, za minutę, ba… za nanosekundę.

Siadamy – wnet kelner się pojawia, popielniczkę stawia, karty rozdaje, ale wie, że my na krótko, dlatego tylko napoje. Cóż było robić wzięłyśmy po piwku, tysiączek rubli pękł był, a co – jak szaleć, to szaleć, jedna galaretka, dwanaście łyżeczek. W tym momencie pojawia się kolejny młodzian i przynosi płócienne stołeczki, tak to wygląda nierozłożone. Myślę sobie: ależ cudownie, nogi zmęczone po wykładach wyciągnę, ależ wyrafinowanie, ależ frontem do klienta tu stoją. A on te stołeczki rozkłada, ależ to nie stołeczki, to stojaczki na torebki. Młodzian bierze moją filcową, ładną, szarą, z naszytą myszą i umieszcza na stojaczku. Kolejny młodzieniec nam popielniczkę zmienia co jakieś 4 minuty, wsadzając znienacka łapę w naszą (z Achmatową) konwersację, co jakieś takie dziwne jest, bo ja jej mówię: a pamiętasz, kochana… A tu męska łapa między nas się wpycha. Ona mi na to (po łyku piwka): Pawianku, a czytałaś ten wywiad z Awdiejewem… A tu znów ta męska łapa z popielniczką nakrytą różową papierową serwetką. Wypalić spokojnie nie dadzą, tylko człowieka denerwują.

Mówię do Achmatowej, że ja rozumiem, iż zdjęć tu robić nie pozwalają, bo wystrój taki mocno eklektyczny, miejscami wytworny, a miejscami – jak w bawarskim burdelu, gdzie nie byłam, ale wyobrazić sobie mogę, ze taka lampa (i tu oskarżycielsko palec wyciągam) mogłaby tam stać w recepcji. Wyjdźmy jednak na balkon, obejdźmy budynek, pooglądajmy świat szeroki. Pytamy jeszcze kolejnego młodzieńca, który chyba jest zatrudniony jako tatuator wielbłądów, gdyby tylko ktoś właśnie takiej usługi sobie zażyczył, czy z tego tarasu wolno zdjęcia robić. Wolno, owszem – odpowiada chłopczyna, który po dłuższych oględzinach wygląda na trubadura trzeciej kategorii – a dlaczegóż by wolno nie było. No to walę ujęcia z rzeką, z Łomonosowem, z peryferiami, gdy nagle… wchodzi ona. Bogini. Nawet nic nie mówi, tylko karcąco patrzy, z dezaprobatą, oskarżycielko wyciąga paluszek cudowny w stronę mojego aparatu. Nie mówi: „wy nikczemne”, ale w jej wzroku łacno to każdy wyczytać może. Tłumaczymy, że trubadur trzeciej kategorii nam wyjaśnił, że wolno. Ach, gdyby Państwo widzieli, to rozkoszne wzruszenie ramion, to wstrząśnięcie falą włosów, to zgorszenie we wzroku. Bogini wydęła kapryśnie usteczka i wycedziła: on? on nic nie wie. O rany, już jutro wezmą go na męki, upieką w oleju, powyrywają wszystkie członki. Obraził ją. Ją – boginię wszystkich hostess. Hostessę wszystkich bogiń.

Akurat znalazłyśmy się w szatni, gdzie dostrzegam mój sfatygowany pidżak. Już sięgam łapą, gdy pojawia się kolejny młodzian, który wstrzymuje mą dłoń, jak Bóg robaka zwykł zatrzymywać w locie. Spokojnie mówi, że mi poda co trzeba. Daję numerek i myślę, że gdybym miała etolę z norek, to lepiej bym wyglądała w chwili, gdy by mi ją na ramiona narzucał. Niestety – żadnego narzucania, ani zakładania nie będzie. Żakiet zostaje ściągnięty dość bezceremonialnie, ściśnięty wpół i wciśnięty mi do łapy. No… koniec. Spadaj.

Gdy kierujemy się do windy, kolejny cherubin uświadamia nam następny, popełniony przez nas nietakt. Nie ta winda. Tą – to się przyjeżdża, wy profanki prowincjonalne. Do zjeżdżania służy ta winda. Które piętro, wy… biedne stworzenia? Dwudzieste pierwsze. Zjeżdżamy jedno piętro. Tu czujemy się lepiej – chyba jesteśmy u siebie, w naszej przestrzeni. Oglądamy eksponaty w Katedrze Antropologii, a i zdjęcia można robić wszędzie. Ba, nawet papieroska zapalić na maleńkim balkonie. Och, boginie wszystkich najwyższych restauracyjnych pięter. Jak ja uwielbiam zapach bibliotecznego kurzu i pył kredy w salach wykładowych.

Published in: on 04/24/2014 at 15:21  3 Komentarze