Sam, sam, ja zawsze jestem sam, czyli Woland z westernu

zajezdzimy-kobyle-historii-wyznania-poobijanego-jezdzca

Są filmy i są filmy Zanussiego. Ogląda człowiek i się zastanawia, skąd ten nieznośny patos, skąd ten wysoki ton, dlaczego ten najwyższy z możliwych diapazon, a przy tym nuda. Nuda tak wielka, że widz byłby w stanie strzelać kulkami z papieru do obecnych much, że byłby w stanie kontemplować wzorek na tapecie przez trzysta lat, mógłby też usiąść przed pralką i wirujący bęben wprawiłby go w ekstazę i z pewnością byłoby to bardziej interesujące od filmu. Jednak, jak rzekłby Tewje Mleczarz, z drugiej strony, nie znać filmów Zanussiego, to jednak wstyd. Ja wiem, że Obce ciało czy Z dalekiego kraju, to potworna żenada, ale z kolei Struktura kryształu, Iluminacja, Życie rodzinne czy – rzecz jasna – Barwy ochronne, to jest kawał polskiego kina, obejrzeć trzeba. Trudno. Zanudzi, to zanudzi, ale nie ma zmiłuj się.

I tak samo jest z książką Karola Modzelewskiego: Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca. Tu też jest druga strona. Doskonale przecież wiemy, że legenda „Solidarności” jest zbrukana i zbezczeszczona od dawna. Nie ma mitu założycielskiego po 1989 roku. Jedni zostali nazwani zdrajcami, drudzy zwariowali, dezawuując tym samym swe szczytne osiągnięcia. Dlatego też książka Modzelewskiego jest ważna. Uhonorowana prestiżową nagrodą – może być czytana nawet z ciekawości, a to też ma sens. Sama miałam nadzieję, przyznaję, że złudną, iż na jej kartach odnajdę coś, co pamiętam przez mgłę. Jakieś uczucie dumy, dostojeństwa i wspólnoty. No, proszę się nie śmiać, ja właśnie tak pamiętam ten sierpień. A potem następny grudzień, gdy coś mi zabrano, z czegoś mnie odarto. Chciałam odświeżyć swe dziecięce wspomnienia, czy to źle?

W każdej kulturze są opowiadacze i opowiadaczki. W ich ustach, pod ich palcami, każda, nawet najbardziej banalna historyjka nabiera blasku, staje się żywa. Stary człowiek siadał na arabskim suku, za jego plecami siedział wielbłąd, który żuł i popluwał, a opowiadacz kładł na kolanach garść daktyli, zaś przed oczami otaczającej go dzieciarni wyrastały białe, wysokie do nieba minarety i cudowne pałace, piękne kobiety odziane w lekkie szaty i przyozdobione klejnotami tańczyły w marmurowych salach, zaś mędrcy w bibliotekach spisywali dzieje podróżników i zapładniali wyobraźnię kolejnych pokoleń opowiadaczy. Opowiadacze też snuli historyjki o małych chłopcach, którzy stawali się sułtanami, a czasami, pozostawali po prostu chłopcami, ale przeżywali fascynujące przygody. Bardzo mi przykro, profesorze Modzelewski, ale pan nie jest opowiadaczem (może jest pan opowiadaczem bezpośrednim, że żywy kontakt z panem daje to „coś”, ale tego nie wiem). Pan przeżył fascynującą przygodę, nie tylko pan ją widział, ale też kształtował jej fabułę. A opowiada pan tak, niestety, że aż zęby bolą. Strasznie mi przykro, ja naprawdę chciałabym posłuchać PRAWDZIWEJ historii, ale opowiedzianej tak, żebym spać nie mogła, chociaż jestem starą, zmanierowaną filolożką. Żebym znów poczuła tamto…

Najgorsza jest u Modzelewskiego ta potrzeba ciągłej analizy, a raczej autoanalizy. Tak, tak, wiem… Bez analizy faktów naukowiec to frajer- pompka. Ale, na litość bogów Olimpu, nie można warsztatu naukowego stosować w opowieści, bo słuchacze / czytelnicy, będą się czuli jak w trakcie projekcji filmu Zanussiego. Świetna historyjka (a wedle mnie historyjki składają się na historię, na opowieść) o tym hotelu obstawionym przez ZOMO. Wiadomo, że zaraz wszystkich aresztują. Modzelewski idzie do pokoju Mazowieckiego, wszyscy są świadomi tego, że za chwilę wyjdą skuci, a profesor historii spokojnie pyta: który z panów chciałby wziąć prysznic? Nikt? To ja się idę kąpać. O rany, cóż za historia. To jest naprawdę wielkie. I po prostu piękne. A Modzelewski niszczy piękno tego cudownego epizodu autoanalizą: czy na pewno postąpił słusznie, że nie powiedział o tym, o czym sam wiedział, że w więzieniu następna kąpiel będzie dopiero za tydzień, zaś wszyscy zgromadzeni w pokoju mają za sobą cały dzień obrad i są spoceni jak myszy w połogu. A większość z obecnych w tym pokoju nie ma doświadczenia więziennego, zaś Modzelewski na koniec się usprawiedliwia, że w końcu, jako recydywista, ma większe przywileje od gromady żołtodziobów. Ta autoanaliza własnego postępku niszczy całą scenę. To tak, jakby Henry Fonda w Dwunastu gniewnych ludziach, po każdej turze głosowania, na stronie, dzielił się z widzami swoimi przemyśleniami, swoim systemem etycznym i wnioskami dotyczącymi pozostałych przysięgłych. Każda piękna opowiastka Modzelewskiego, a tych jest bez liku, zostaje zniszczona żmudną i nudną autoanalizą w stylu „czy dobrze zrobiłem”. Po szóstym takim wyczynie chciałoby się powiedzieć: nie mam pojęcia, facet, czy dobrze zrobiłeś, ale nie nudź, błagam! Ja rozumiem, że to autobiografia, ale na każdej stronie początek Dzienników Gombrowicza: poniedziałek – ja, wtorek – ja… Inni – a przecież o niektórych już nic się nie dowiemy, bo umarli, potraktowani są zdawkowo. Cienką, aczkolwiek niezbyt staranną kreską. Niedosyt i smuteczek.

Chociaż, były takie dwa momenty, że wypadłam z butów. Pierwszy, niesamowicie dla mnie przydatny. Tak bardzo przydatny, że aż zrobiłam zdjęcie temu fragmentowi tekstu i będę używać go na wykładach  oraz ćwiczeniach. Chodzi o sedno antysemityzmu przedstawione na przykładzie nazwisk: Blumsztajn, Staniszkis i Szeremietiew. Chapeau bas, profesorze. Gracko pan to wyłuszczył. I to sama esencja w jednym akapicie. No, jaka zwięzłość, jaka precyzja. Aj waj, cymes prawdziwy. Drugi fragment, który mnie poruszył do głębi, do gęsiej skórki, to ten ze strony 348 – ten o bohaterstwie. Sedno. Znów precyzyjnie, w kilku zdaniach, a pociągnięte po nerwach, po ścięgnach. Zostaje w człowieku. I tak sobie myślę – więcej luzu, profesorze. Nie tak, jak powinno to wyglądać. Nie tak, że na wysokich koturnach, w których trudno chodzić. Tak –  z serca, tak – z wątroby i z nerek. Tak, jakby pan stał pod prysznicem i se „dupił fleki” do sikającej żony. To nie wykład, to biografia, to jest opowieść.

A tak przy okazji… żona. Jako feministka, nie mogę tu przemilczeć tej wielkiej, męskiej samotności, gdzie jedynie na marginesach pojawia się pierwsza żona, druga żona, która umie robić szkice wykopów i doskonale gotować, trzecia żona – dziennikarka i cierpliwa opiekunka domowego ogniska. Człowieku, obudź się! Żebyś ty mógł być rewolucjonistą i naukowcem, to ktoś musiał zapierdalać. Prać, sprzątać, gotować, wychowywać dziecko. Tak, tak, wiem… a ty w więzieniu. No dobra, trudno – taki los i pewne wybory. Nie chodzi mi o celebryckie zwierzenia. Chodzi o szacunek, chodzi o to, że jak ja jestem naukowcem czy „moja żona jest z zawodu dyrektorem”, to ktoś gotuje, a także pierze majtki i skarpetki. Ja mogę wyjeżdżać na kilka tygodni do Macedonii, wykładać i się bawić, ale w tym czasie, ktoś tam zmienia mojemu kotu żwirek. Ja nie chcę wiedzieć czy pana córka chodziła do przedszkola, czy była w domu, ale chcę wiedzieć, że pan doskonale czuje, a raczej WIE, komu pan zawdzięcza swoją uprzywilejowaną pozycję. Tak, uprzywilejowaną. Naukowcy mogą robić swoje, jeździć na konferencje, jeździć za granicę z wykładami, WŁAŚNIE dlatego, że ktoś po nich na lotnisko wyjedzie, że ktoś im koszulę wyprasuje. A pan, samotny jak szeryf z westernu… Sam, sam, ja zawsze jestem sam –  jak Woland. Szczerze powiedziawszy – gówno nie Woland, niewdzięcznik i tyle. Trzy kobiety na pana tyrały, a każda z nich dostała dwa zdania. Gdybym nie była damą, to bym powiedziała… A, nie powiem. Ale tylko dlatego, że jest pan mniej więcej w wieku mojego taty. I tata nie byłby zadowolony, gdybym w felietonie wyrazów używała. Aleś mnie pan wkurzył. Oszust więzienny dostał własną opowieść na półtorej strony (oczywiście z autoanalizą: a co ja zrobiłem jako senator), a żony… Aleś pan próżny! Aleś pan zadufany w sobie! Fuj!

Natomiast bardzo podoba mi się pryncypializm Modzelewskiego. Pisał czasem coś, co wręcz gorszyło środowisko, ale mówił wyraźnie: „takie są moje obyczaje” i robił swoje. Za to szacun. Serio, bo samam obrzydliwie pryncypialna. I rozumiem, że wartości, że środowisko, ale nie można inaczej, że nie wolno. Czasem człowiek się wygłupi, czasem wyjdzie na Katona. Ale ktoś musi. Taka robota, taki fach. Takie Katonki krótkodystansowe – bez drwiny – w końcu lata były potrzebne dla zburzenia Kartaginy, są potrzebne, bo niszczą dobre samopoczucie. Ktoś się nadyma, pieje, wznosi się na Parnas słowotwórczy, a ktoś taki jak Modzelewski patrzy, czasem zdejmuje sadystycznie kapeć i… pac. Tak trzeba. Musi być wentyl bezpieczeństwa, bo inaczej niektórzy mogliby odpłynąć. Rola niewdzięczna, ale konieczna. I tu też chapeau bas.

Uważam, że Nike się Modzelewskiemu należała. Tak samo jak Literacka Nagroda Nobla Churchillowi. Nie, nie kpię. Naprawdę. Są chwile, gdy trzeba poświęcić literaturę dla honoru. Trudno. Ale czytać się tego nie da.

Reklamy
Published in: on 07/28/2015 at 22:41  6 Komentarzy  

Recenzja, czyli pięćdziesiąt ziewnięć

piecdziesiat-twarzy-greya-b-iext9947775

Nie dałabym rady, naprawdę, ziewałam jak jeż przed hibernacją, chociaż starałam się ze wszystkich sił, nawet znalazłam kopię z rosyjskimi napisami. Potraktowałam to „dzieło” w sposób naukowy, chciałam poszerzyć sobie leksykę, ale… dupa, bulba i kiełbasa, ponieważ dialogi były na poziomie serialu „Chebzie Pyntla 90 210” (przepraszam za dość hermetyczny dowcip, w zasadzie zrozumiały wyłącznie dla mieszkańców Górnego Śląska). Abstrahując od faktu, że film „Pięćdziesiąt twarzy Greya” jest zbiorem patriarchalnych fantazmatów, co chyba nie jest dla nikogo żadną nowością, chciałabym zwrócić uwagę na niezwykłe połączenie kina dla nastolatków z filmem pornograficznym.

Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów z cyklu „Zapiski na pudełku od zapałek” stworzył definicję filmu pornograficznego, którą uważam za niezwykle przydaną. Otóż, włoski powieściopisarz uważa, że z filmem pornograficznym mamy do czynienia wówczas, gdy nie zostają widzowi oszczędzone żadne zbędne szczegóły. Gdy Giulio jedzie na wieczorne figo-fago do Giulietty, to widz ma szansę zobaczyć każdą zmianę świateł w całym Rzymie. W „Pięćdziesięciu…” jest dokładnie to samo. Cała masa zbędnych szczegółów, jak na przykład mieszanie ciasta naleśnikowego czy ciągłe schodzenie po schodach głównej bohaterki, abyśmy dokładnie mogli zapamiętać jej wszystkie kreacje (w tym także falbankowo-fontaziowe, łososiowe też i jeszczcze na dodatek mieszczańskie paskudztwo).

A tak w ogóle, jeśli chodzi o te naleśniki, które bohaterka przygotowuje po upojnej nocy, to ja musiałam skonsultować się z ekspertami. Jeden, czyli Borsuk Wrocławski, mawia, że nie znosi jak mu się dziewczyna po kuchni panoszy. On zaprasza – on szykuje. A nie, że ona zaraz po figlaskach łóżkowych będzie naleśniczki robiła. Bo to jest przerażające. Oznacza, że dziewczyna wije sobie gniazdko, już jej szyją suknię z welonem, w związku z czym uciekać należy. I to szybko. Drugi ekspert powiedział, że nie wie, bo jest feministą, ale wydaje mu się, że w patriarchalnym świecie, to faceci lubią być obsługiwani. Napracował się taki biedaczek w nocy, to by coś wrzucił na ruszt. I dobrze mu z tym, że po kuchni krząta się, na dodatek w jego koszuli (tak, teraz kpię sobie w sposób jawny) kobieta.

A co do tego zaspokojenia, to nie wiem, czy Państwo zauważyli (jeśli, oczywiście, oglądali), że główna bohaterka wije się w każdej scenie łóżkowej, jak jakaś żmija, albo wij stunogi. Pierwszej nocy facet ją raz ciumknął w bark, potem dwa razy pocałował okolice bikini (a następnie dokonał szybkiego zdobycia twierdzy, która do tej pory nie była zainteresowana łóżkowymi zmaganiami), a ona się wije w spazmach. Serio? Serio? To są właśnie te patriarchalne fantazmaty. Ona zawsze się wije, sapie i jęczy. A on ciągle przerywa zębami opakowanie prezerwatyw. Panie, panie… zatrzymaj się pan. A jak pan gumkę przegryziesz, to nieszczęście z tego może być, jakieś weneryczne, albo ciężarne. Ponadto, teraz wszystkie męskie nastolatki będą twierdzić, że prawdziwy samiec i macho, to zawsze zębami te prezerwatywy atakuje. Zaś gra wstępna nie trwa dłużej niż dwa pocałunki w okolicach stringów. Bo na filmie działało. Ludzie, ludzie… Zaraz mi się przypomina pierwszy odcinek „Californication”, gdy Hank, dość dosłownie, pokazywał pewnemu kolesiowi, jak uprawia się seks oralny – to niech młodzież ogląda. I niech się uczy! „Califirnication” też nie lubię”, ale to już inna historia.

Na dodatek miało być, wedle zapewnień głównego bohatera (który, to znów oczywiste, drogi Watsonie, ma specyficzne gusta seksualne, bo miał kłopoty z mamusią, co wyznaje z jakże przewidywalnym smutkiem oraz właśnie w chwili, gdy bohaterka potrzebuje dowodów na to, że mu zależy) BDSM, a jest – bardzo mi przykro to powiedzieć – sado-maso z wyobrażeń kury domowej. Wiązanie pasami i krawatem, pejczyki, czerwony pokój, kostka lodu w pępku, krawacik na nadgarstkach oraz znów wiązanie, ale tym razem sznurkiem. A także klapsiki w pupę. O rany… niech powieściopisarka poczyta markiza de Sade, albo pójdzie na spektakl katowickiej grupy Suka Off, to może się czegoś o seksualności dowie. Brakowało na tym filmie tylko płomienia świecy i tekstu: ufasz mi? Bo, rzecz jasna, pióro pawie było. No, serio. Na łydce było. Banał goni banał. Niestety, nic lepszego być nie może, bo mamy do czynienia z romansidłem dla nastolatek (takim z cyklu Harlequin, albo powieści o hrabinach, w których niedościgłym wzorem jest Danielle Steel). Dziewczyna, jakże zwykła i przeciętna, poznaje JEGO. Bogaty, przystojny, szarmancki, tylko chce lać po pupie paskiem. A jakby mieszkał w przyczepie campingowej i śmierdział oparami z fabryki nawozów, w której pracuje już czwarte pokolenie jego rodziny, to też byłoby fajnie? Gdyby nosił flanelową koszulę w kratkę i był komputerowcem (przepraszam, jadę stereotypem)? Ten krawacik, który bohater wybiera, z jakimż pietyzmem, w pierwszej scenie, zapewnia mu, stale go otaczający nimb tajemniczości i wyrafinowania. Dodaj do tego prywatny helikopter, samochodów w trzy dupy oraz apartament w Seattle, taki, że nawet ma własne schody, a także fakt, że gość gra smutne kawałki na Steinwayu (albo Bechsteinie) i masz wówczas fantazmat nastolatek. On – trudny, skomplikowany, z przeszłością, z którą nie może sobie poradzić, ale którą rekompensują jego uroda i bogactwo. No i to, że CHYBA się zmienia pod wpływem tej jedynej. Zwyczajnej, ale niezwykłej. I ty możesz nią być. Gdy go poznasz, odkryjesz w sobie pokłady niezwykłości. A tak na marginesie, jak facet, który ma być symbolem seksu, może mieć urodę frontmana z boysbandu? Otóż… może, bo mamy do czynienia z kinem dla nastolatek. I kształtujemy ich gust wedle nudnych schematów. A nie mógłby to być Heidegger? W beretce? Arendt poleciała na beretkę, no dobra, przesadzam, chodziło o Byt. Ale, da się? Trochę wyobraźni proszę, no…

W każdym razie, zwykła dziewczyna poznaje niezwykłego. O tak… już pierwsze spotkanie ukazuje jej, że wkroczyła do innego świata (kreacje sekretarek i asystentek w kontraście z jej butami za kostkę). Ona się zmienia. Też zaczyna nosić obcisłe sukienki z suwakiem z tyłu, nawet jej majtki ulegają ewolucji – najpierw nosi, jakże sympatyczną bawełnę, by pod koniec filmu zastąpić ją tandetnymi seledynowymi koronkami. Ona się zmienia. Z prostej i naiwnej absolwentki studiów literatury angielskiej, rzygającej w dżinsowej kurteczce pod pubem, zmienia się w świadomą kobietę. Tak właśnie, wedle patriarchalnych schematów, wygląda dojrzewanie kobiety. Parę klapsów w dupę i trochę sukienek z lepszych sklepów. Pierwsze wydanie powieści Hardy’ego odeszło jak wspomnienie po błonie dziewiczej. I na cholerę jej te studia, skoro jej wiedza o życiu, o stosunkach międzyludzkich są tak naiwne jak myśli czterolatki po lekturze „Franka” Konopnickiej?

Na dodatek ona jest dziewicą, a on – oczywiście – rzuca tekstem: gdzie byłaś do tej pory? Przepraszam, że tego nie skomentuję, albo nie… A co mi tam! Za ten tekst, to należy się powieściopisarce lanie. Ale nie jakieś fiku-miku z pejczykiem, ale solidne razy kablem od żelazka. Nie popieram przemocy, ale w tym wypadku lałabym bez litości. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo tak! Bo nie znoszę fantazmatów, bo nie znoszę patriarchatu.

Kiedyś, na moim profilu facebookowym, pojechałam ironią komentując popularność tej książki i filmu. Jeden z komentarzy pod tym postem był o zaufaniu, uczuciu i przekraczaniu granic. To właśnie robi z kobiet patriarchat. Właśnie to! Że wierzą w te wszystkie brednie o pejczu na dupie powiązanym z uczuciem. Może nie jestem dobrą widzką tego filmu, bo nie przepadam za bólem: moja dentystka powiedziała, że nie mogłabym w czasie okupacji należeć do żadnej organizacji podziemnej, bo wyśpiewałabym wszystko to, co wiem i czego nie wiem, wystarczy, że pokazaliby mi strzykawkę. Ale to chyba nie ma nic do rzeczy. Ten film wzbudza we mnie obrzydzenie, takie estetyczne – poczynając od kiepskiej fabuły (jak wspomniałam wcześniej – pornograficznej), a kończąc na fantazmatach czyniących szkodę zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Na dodatek to jest taka powiastka z cyklu: jak mały Jasio wyobraża sobie BDSM. Nie znoszę braku wyobraźni. Jej brak obraża moje uczucia filologiczno-estetyczne. Te feministyczne (w tym konkretnym przypadku) też. Pomieszanie męskich (patriarchalnych) stereotypów, z wyobrażeniami nastolatek o wielkiej, fascynującej i porywającej, pochłaniającej miłości są rzygawiczne. Mogłabym zarzygać tym wszystko, tak samo, jak główna bohaterka zarzygała drogie buty Greya, swoje ciuchy i pół ulicy (ten fragment akurat mi się podobał: drogie nastolatki nie pijcie alkoholu, bo to się właśnie tak kończy).

Teraz czas się zmierzyć ze „Zmierzchem”. Tym razem idę na całość. Zamierzam oglądać z macedońskimi napisami, albo lektorem, bo – jak znam życie – to inaczej nie dam rady. Wytrzymałam, co prawda, trzydzieści odcinków tureckiej telenoweli z macedońskim lektorem, o przystojnym Onurze z branży obuwniczej (nie wiem, czy tam pracował, ale wiele scen rozgrywało się w sklepie z butami) oraz piękniej Siekierezadzie, ale nie wiem czy dam radę w przypadku amerykańskiego drewna aktorskiego. Trzymajcie za mnie kciuki.

Published in: on 05/01/2015 at 21:58  21 Komentarzy  

Zostawcie Titanica, czyli falliczne facecje

titanic-bow-615

 

Zostawcie Titanica!

Nie wyciągajcie go!

Tam ciągle gra muzyka

I oni tańczą wciąż           

(Lady Pank)

Mój znakomity przyjaciel i bezpośredni szef stworzył kiedyś powiedzonko, które do dziś jest obowiązujące wśród południowopolskich literaturoznawców: „po czym poznać prawdziweg macho? Wyciąga fallusa i twierdzi”. Któż z nas nie słyszał tego gromkiego pobrzęku (można by rzec: chujowego pobrzęku) wśród rodzinnej czy służbowej porcelany niech pierwszy rzuci kamieniem. Czy Państwo zauważyli, że w tym wojowniczym potrząsaniu atrybutami męskości parę rzeczy i kwestii jest symptomatycznych? Na przykład to, że taki samiec alfa nigdy nie przeprosi. Nigdy, choćby wina była ewidentna. Tchórzliwie przerzuci odpowiedzialność na kogoś innego, zacznie bredzić, że żartował, obrazi interlokutora, jak będzie mógł to pobije, ale… nie przeprosi. To jakaś hańba by była, to jakaś ujma na honorze (pewnie z pięć milimetrów mniej), jego splamienie aż po siódme pokolenie, a to tylko jedno malutkie słowo: przepraszam.

Ziemkiewicz pojechał, pojechał jak Chinka po bandzie w Turynie, napisał, że normalne jest wykorzystanie seksualne nietrzeźwej kobiety („No cóż, kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej niech rzuci pierwszy kamień…”), potem próbował coś mówić o odpowiedzialności zbiorowej, że dużo facetów w jego pokoleniu ma za sobą takie doświadczenie. Potem twierdził, że żartował. Opowiadał też o jakimś kaszalocie, tego fragmentu akurat nie zrozumiałam za dobrze, chciał jakieś zwierzę o gwałt oskarżać, czy coś takiego – chyba Irasiad był tego dnia bardzo zdenerwowany, bo z logiką wypowiedzi za dobrze nie było. A może to jakaś trauma z młodości? Jego zgwałcili jak popił, to on gwałcił będzie z zemsty? Nie wiem. Zobaczyłam też, iż pisarz raczył ironizować, że używał języka biblijnego w jakimś celu, a nikt nie zauważył. Biedny Ziemkiewicz, takie społeczeństwo głupie. On złotousty, a wokół niego wieprze, przed które on rzuca perły swych słów. No cóż, mogę tylko – pełna współczucia i miłosierdzia – napisać, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. W sumie – wystarczy wyjechać. A jak te wszystkie wyznania Ziemkiewicza nie ostudziły lewackiej rozjuszonej hordy, to on sam ruszył do ataku („Teraz mamy dewoty nieheteronormatywne. Takie niedopchnięte dewoty, stare i młode feministki. ZMP-ówy, które nadymają się ‚co on powiedział’, ‚jak on mógł’, ‚to uprzedmiotawia kobietę’. Tak jakby urżnięcie się nie uprzedmiotawiało mężczyzny. Jeżeli ktoś ma odrobinę rozumu, to stwierdzi, że w każdym sensie miałem rację”).

Byłam już lewactwem, prawactwem, niedopchniętą (niedorżniętą) feministką, Żydówą, katolicką cipą, a nawet bywałam zwykłą kurwą, jak brakło innych argumentów, ale nie byłam jeszcze nieheteronormatywną dewotą. ZMP-ówą też nie byłam – w sumie, to jakby się nieco wyklucza, ale nie bądźmy upierdliwi. No, zapiszmy to do notesika, który otwieram w chwilach największej deprechy i rechoczę wówczas jak stare żabsko, a potem róbmy swoje. Babcia Marianna mawiała, że jak ktoś cię zaczyna obrażać, to po pierwsze pokazuje poziom wychowania jakie wyniósł z domu, a po drugie – pokazuje, że jest słaby. Babcia dodawała również, że w takich sytuacjach należy powiedzieć: „przepraszam, ale ja w takim tonie rozmawiać nie będę”. Co niniejszym czynię, bo już zamknęłam notesik z oblegami.

Zostawcie Titanica!

Nie wyciągajcie go!

Tam ciągle gra muzyka

A oni w tańcu śnią

Jak już zamknęłam notesik, to podzielę się z Państwem pewną refleksją, a nawet – przecież Państwo mnie znają – kilkoma. Otóż, po pierwsze zastanowiła mnie kwestia, iż pisarz i dziennikarz tak niewprawnie posługuje się językiem ojczystym. Bo, wedle mojego ukochanego słownika, słowo wykorzystywać oznacza:

  1. «użyć czegoś dla osiągnięcia jakiegoś celu, zysku»;
  2. «posłużyć się kimś, aby zrealizować własne cele»;
  3. «o mężczyźnie: uwieść kobietę».

O znaczeniu trzecim w tym momencie mówić nie można, bo seks z nietrzeźwą nic nie ma wspólnego z zachwytem, wzbudzaniem pożądania czy zwykłym mamieniu pochlebstwami (tu też kieruję się słownikiem). Jeśli mówimy o znaczeniu pierwszym, oznaczałoby to, że Ziemkiewicz traktuje kobiety jak „coś”. Pijana kobieta została użyta do zaspokojenia potrzeb seksualnych, tak jak na przykład skrobaczka do obierania ziemniaków. Jeśli mówimy o znaczeniu drugim – to posłużono się pijaną kobietą by zaspokoić własne potrzeby seksualne. Można posłużyć się w tym celu kobietą, można ręką – to drugie wyjście jakoś uczciwsze, nieprawdaż? Skoro już musimy się posługiwać… Mnie tam nigdy seks się nie wiązał z posługiwaniem kimkolwiek. W każdym razie, to wszystko na swym twitterze Ziemkiewicz nam objawił. Pisarz i dziennikarz dodał, że jego twitt był niewinny. I tu znów, ja wolę „Słownik języka polskiego”, a Ziemkiewicz jakieś tam miazmaty własnej wyobraźni. Ja jako niedpochnięta dewota, wolę tarzanie się w rozpuście, zaś Ziemkiewicz lubi posługiwać się kimś / czymś. Współczuję. Naprawdę współczuję. Teraz chyba stają się zrozumiałe te frustracje seksualne. Ta mściwość jakaś taka potworna, ta złość wobec kobiet, pogardzanie nimi… Gdybym była wredną ZMP-ówą, to bym powiedziała, że ludzie z nieudanym życiem seksualnym mają nagromadzone takie wielkie pokłady nienawiści do świata w sobie… Ale tak nie powiem, bo jestem damą.

Cała sprawa z niefortunną (tak, jestem złośliwa) wypowiedzią Ziemkiewicza, mogłaby się skończyć w ciągu jednego dnia, gdyby powiedział: przepraszam. Przepraszam – byłem zły, przepraszam – wymsknęło mi się, przepraszam – przesadziłem. Ale nie, facet leci dalej, rzuca obelgami – pewnie nie mam rozumu, ale nadal uważam, że nie dość, iż pisarz nie ma racji, to jeszcze się pogrąża, pokazując poziom dyskursu do jakiego z pewnością jest przyzwyczajony (skoro tak dobrze mu idzie z przymiotnikami, np. niedopchnięta) i obnaża mielizny oraz miałkość, o które do tej pory go nie podejrzewałam, pewnie nie tylko ja.

Zignorować nie wolno, bo to jest przyzwolenie społeczne. Jeśli zignorujemy wypowiedź Ziemkiewicza, to tym samym przyznamy mu prawo do takiego dyskursu. Dyskursu nienawiści i przemocy. Jednakże, z drugiej strony… Skarćmy, a następnie pomyślmy tak: niech śni swój piękny sen o prawdziwej męskości. Niech gada te falliczne facecje. Niech tłucze filiżanki swym twierdzeniem, bowiem: Cuilibet fatuo placet sua clava, co oznacza, że głupcowi podoba się jego pałka. I pozwólmy śnić pisarzowi jego sen, sen o wielkości.

Niezatapialnie śnią

Nieosiągalnie śnią

Nieosiągalny, niezatapialny sen

Zdjęcie ze strony: http://ngm.nationalgeographic.com/2012/04/titanic/sides-text

Published in: on 09/25/2014 at 04:38  12 Komentarzy  

Taka sytuacja, czyli Pawian się zastanawia…

Podpaski_ALWAYS_Ultra_9szt_371

Doskonale Państwo wiedzą, że Pawian jest mistrzynią głupich sytuacji. Dowód, ależ proszę: w macedońskiej taksówce Pawian objawił (zamiast powiedzieć, że jest palaczką), że dobrze ciągnie, a następnie dodał, zadowolony z siebie, że przyjechał do tego kraju… pracować. I to wydarzenie na lata ustanowiło standardy. Pewnie, przez następne sto, nic go nie pobije. Są jednak wydarzenia mniejsze, jak na przykład dość nieopatrzna kłótnia z kilkoma profesorami prawa (ale miałam rację i tego się trzymajmy), albo pęknięcie gumki w półhalce na skrzyżowaniu (przydeptałam i poszłam dalej, bo zapaliło się zielone światło), post factum powtarzałam sobie, że pani Andrzejewska miała gorzej, bo jej pękła gumka od majtek przy pobieraniu Ciała Chrystusa, że się tak wyrażę. Na dodatek, Pawian jest roztrzepany i popełnia dużą część różnych nietaktów nieświadomie, a może półświadomie a może też i z całkowitą premedytacją, tego wiedzieć nie można, bo czasem , złośliwa małpa, udaje niewiniątko, a brew mu drga demonicznie. Jednakże, do rzeczy, bo znów wdałam się w dygresje, ale – jak mniemam – naświetliły one sytuację.

Jak Państwo wiedzą, Pawian od jakiegoś czasu jest wiceszefową korporacji papierniczej. Gabinetu nie ma, siedzi sobie przy biureczku, gdzieś tam… hen, na końcu jakiegoś korytarzyka i papierami szeleści. Pod to biureczko czasem podchodzą różni ludzie, którzy przyjdą za interesem. A wszystko to naukowcy, niebożątka takie, poza rzeczywistością. Wystarczy im maila napisać: „panie profesorze czy czuje pan na sobie mój karcący wzrok”, żeby już następnego dnia, jeszcze przed ósmą, był już tenże człowiek, na dodatek z autoryzacją, może nie w zębach, ale na pliku. Pawian, najczęściej, lubi tych ludzi, ale się z nimi nie certoli, pamiętając słowa poety: z naukowcami trzeba twardo, a nie cackać się z pulardą. Pawian bardzo lubi pewnego doktora z oczkami jak zwierzątko, któremu się słowa objawiają na ścianach i się do nich uśmiecha (myślę, że w średniowieczu zostałyby mistykiem, albo spaliliby niechybnie), profesorkę, z którą pisze powieść o Warneńczyku i dyskutuje, kto był ojcem Kazimierza Jagiellończyka, magistra, który jest nawiedzony – wkurzający nadgorliwością – ale miły. Lubi też anglistę, na którego łydki napuszcza kozackie sotnie… i tak dalej i dalej. Czasem ta robota jest naprawdę miła, najmilsza zaś wówczas, jak taka boża krówka przychodzi po nakład swego dzieła i się cieszy. Wtedy, robi się jakoś tak, może koło żołądka, nieważne. Wtedy też myśli się czule, mając w pamięci własną produkcję, że człowiek powinien se machnąć następną książeczkę i poczuć to szczęście, że oto jest… ładna i tłusta oraz moja własna.

Wczoraj, zdarzyło się, przyszedł jeden. Jeden z najmilszych, dodam. Zakręcony jak ruski termos, z jakąś taką łagodnością ścisłowców w oczach, a Pawian był zajęty. Zajęty jak stu bandytów łupiących na autostradzie pod Pekinem. No, ręce pełne roboty, w rękach pałka i wór. Wór był naprawdę, a nie stanowił elementu bandyckiej metafory. Z tegoż wora (znaczy ludzie mówią na to torebka, ale nie przesadzałabym z uściślaniem terminologii w tym przypadku) musiałam coś wyciągnąć. No to zaczęłam… Pamiętają Państwo rosyjski wierszyk o damie w podróży, która miała całą masę waliz, a na końcu maleńkiego pieska? Jakoś tak to wyglądało.

Wyciągałam z torbiszcza i układałam na stole, tuż obok siedzącego dobrego człowieka w potrzebie: notes duży, notes mały, jabłko, portfel, pomarańczowe tik-taki, mangowe tik-taki, papierosy, trzy zapalniczki, dwa tampony, trzy długopisy, ołówek, płytę DVD, chusteczki higieniczne oraz klucze. Jak już wszystko wyciągnęłam, chodziło (oczywiście) o klucze, to rozpoczęłam rozmowę i zaczęłam otwierać szafkę. Odwróciłam się by kontynuować i nagle uświadomiłam sobie, że na tym wicedyrektorskim biurku, w sytuacji zdecydowanie oficjalnej, między mną a tym dobrym człowiekiem leżą dwa tampony. W zasadzie, to ja to skonstatowałam dopiero w momencie, gdy on się pożegnał i wyszedł.

W sumie, cholera jasna, produkt higieniczny, jak chusteczki do nosa, nieprawdaż? Na stole leżały także one. Gdybym wyciągnęła nitkę do zębów i położyła ją na tym stole, wcale bym nie czuła się zakłopotana. Ach, ta kultura, nie smarkamy publicznie, poza tymi ludźmi, którzy idąc ulicą stylowo zamykają paluchem jedną dziurkę od nosa i robią artystyczne „flu” śpikiem pod twoje stopy, ale chusteczka higieniczna – normalna rzecz. Nitka zębowa, wykałaczka, pasta do zębów – w porządku, możemy je mieć „na stanie” (na marginesie – wykałaczki są złem, szczególnie w restauracjach, ale jestem tolerancyjna). Ale tampony? Zaczyna się od języka: mam katar, coś mi weszło między zęby oraz… mam trudne dni, albo – trzeba wypowiadać to określonym tonem: źle się czuję… kobiece sprawy. I dlaczego czułam się zakłopotana? Obok leżały chusteczki higieniczne. Oba te przedmioty zaświadczały jedynie, że jestem ssakiem i czasem zbiera mi się w nosie wydzielina oraz to, że jestem ssakiem żeńskim i używam tamponów. Ta kultura mnie wkurza. Naprawdę. Proszę nie robić porównań z prezerwatywami, bo one świadczą o życiu seksualnym i leżące na stole w miejscu publicznym, w trakcie rozmowy między dorosłymi ssakami, mogą wydać się bezczelną prowokacją, a przynajmniej niestosowną propozycją, zaś tampon czy podpaska mówią wyłącznie o fizjologii. I tak sobie mówię: Polko, nic się nie stało. Raczej wkurza mnie kultura niż własna rozlazłość i bałagan w torbie. Jednak cały czas się zastanawiam, czy ten tampon, jako rzecz niemożliwa na stole, w przeciwieństwie do chusteczek higienicznych, nie jest spadkiem po żydowskich naszych przodkach kulturowych, że żeśmy nieczyste? Czy nie czas już przestać się ukrywać? Mam menstruację, mam menopauzę, mam bolesne jajeczkowanie, cholera, normalna sprawa. Naprawdę, musimy się trzymać tych starożydowskich pustynnych przesądów? Do dziś niektórzy wierzą, że ciasto drożdżowe się nie udaje, gdy kobieta ma okres, a farbowanie u fryzjera najlepiej odłożyć, aż się on skończy. Okres, nie fryzjer. No i przetworów robić nie wolno. Bo się wzburzą, zapleśnieją i sfilcują, albo coś… A może po prostu ręce trzeba myć? To by się chyba rodakom i rodaczkom tak w ogóle przydało, a nie tylko w czasie menstruacji. Miałam ochotę teraz napisać, że ja Państwa przepraszam za taki temat w czasie wakacji, ale… nie przepraszam. No, nie przepraszam i już. Nie mam ochoty nikogo szokować, to nie jest prowokacja, ja naprawdę się zastanawiam. I zmierzam do pointy, oczywiście feministycznej: dlaczego jesteśmy dyskryminowane? Proszę się nie śmiać, tylko wykazać empatią, zastanowić nad tym problemem, porozmawiać ze znajomymi. Dlaczego chusteczka higieniczna na stole nie razi, a tampon nie jest do końca stosowny, hę? Dlaczego dzieciom wycieramy noski już w żłobkach i mówimy: chodź do mamy, glut ci wisi do pasa, a jak ta pociecha znajdzie w naszej torbie podpaski, to… no właśnie – różnie bywa. Ja się naprawdę zastanawiam. Państwu, po dobroci, też radzę. Do zaś.

PS. A piszę mało, bo taka sytuacja, nazywa się habilitacja.

Published in: on 07/18/2014 at 07:14  17 Komentarzy  

Kanapka z czerwonym kawiorem, czyli wykoncypowana lewica

komunist+parti

 

Odnoszę się do kwestii samokrytyki Sławomira Sierakowskiego, dlatego proponuję przeczytać najpierw jego tekst:

http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20140622/cveta-dimitrova

Trudno w dzisiejszej Polsce nie być lewicą. Jednak być lewicą dziś w Polsce to straszny obciach. No bo pomyślcie Państwo, jeszcze ktoś stwierdzi, że jesteśmy tak lewicowi jak Sławomir Sierakowski. No i właśnie: obciach, wstyd, żenada.

Dawniej było takie stwierdzenie: „kanapowa lewica”. Oznaczało ono inteligencików siedzących na pluszowej kanapie, którzy zajmują się, z pozycji tego pluszu, między siorbnięciem angielskiej herbatki i kąskiem wiedeńskiego sernika, próbą zmiany świata i oczywiście wszechświatowej rewolucji. Dziś to sformułowanie zostało zastąpione „kawiorową lewicą”, bo do tej kanapy, herbatki i serniczka dołączyła hipokryzja. A jeśli nie jest to hipokryzja, to przynajmniej jakieś zafałszowanie rzeczywistości. Taka lewicowość wykoncypowana. Wyciągnięta z lektur, które wypada w pewnych środowiskach przeczytać, bo fajnie się lajkuje na fejsie tak ezoteryczne strony, jak „Polecam przeczytać Lenina”. Nie chcę przez to powiedzieć, że Lenina nikt nie czyta w Polsce, że tylko stada hipsterów z nim łażą i pokazują swe zaangażowanie dla średniej krajowej brutto, przytupując bucikiem z ekologicznego płótna wyprodukowanego w Bangladeszu. Nie, tylko czasem ci czytelnicy Lenina, Trockiego, Kropotkina, Bucharina etc. przypominają jednego z epizodycznych bohaterów „Przygód Tomka Sawyera” Marka Twaina, który nauczył się pięciu tysięcy wersetów z Biblii i zwariował.

Ostatnio widziałam zachwyt jakiej części tej lewicy nad sklepem w Berlinie, ach… ekologicznym, bo trzeba z własną torbą przyłazić, deklarując tym samym swoje wielkie zaangażowanie w ochronę ziemi. W Berlinie, Proszę Państwa, taki sklep otworzono, jakże światowo, kiedyż my, w naszej nieszczęsnej ojczyźnie, doczekamy się takiej nowoczesnej siurpryzy, takiej cudowanie lewicowej, wykazującej nasz namysł nad kondycją natury. Mam ochotę tu odpowiedzieć cytatem z filmu „Dzień świra”: „Dżizus, kurwa, ja pierdolę”!, a potem dodać jeszcze „amen”, bo czegoś tak głupiego, to w życiu nie widziałam. A idź jeden z drugim i jedna z drugą na pobliski targ, z własną płócienną torbą, zachęcaj do tego znajomych, tak już od lat robi duża część społeczeństwa. A nie zachwycaj się durnym sklepem z Berlina, że taki cudowny, bo nie ma w nim reklamówek, ani innego badziewia. Musisz mieć sklep, w którym ci powiedzą, że tak jest ekologicznie? A sam / sama z siebie, to co? Nie przyjdzie ci to do głowy? No właśnie…

Ta lewicowość niektórych osób w Polsce jest jakąś taką wygodną i modną maską, tysiącem cytatów na każdą okazję, odmienianiem przez wszystkie przypadki słów, które tak ładnie brzmią i tak dobrze świadczą o politycznej dojrzałości. Cytaty wygłaszane, z jakże głębokim przekonaniem, na politycznych debatach, tysiące napisanych słów, manifestów wygłoszonych z płonącym okiem i pałającymi policzkami, w radio, telewizji czy dla lokalnej prasy. Pewnie do tego koszulka z Che i berecik z czerwoną gwiazdą, albo coś równie wyraziście identyfikującego. A wszystko to razem sztuczne, bo ciągłe podpieranie się cudzym słowem zawsze stwarza wrażenie pustki. No i właśnie, ta pustka się objawiła nam się w postaci Sierakowskiego, jak wielka dziura na pustyni Kara-kum, niedaleko miasteczka Derweze, zwana dziurą do piekła, a jak wiemy piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Chciałoby się w tym miejscu dodać: i frazesami o wspólnocie ludzi, o zrozumieniu potrzeb i podmiotowości tego Innego. Gdyby Sierakowski BYŁ lewicowy, to wykorzystanie innej osoby, kobiety, po prostu nie przyszłoby mu do głowy, bo dla lewicy nie ma nic bardziej wstrętnego, jak bycie burżujem, wykorzystującym kogoś, pospolitym Paszczakiem. Ale Sierakowski lewicowy nie jest, to znaczy – może jest… lekturowo, bo pewnie oczytany we wszystkich tekstach, że aż napuchnięty, ale co z tego, że przeczytał? Co z tego? Jest jak moi niektórzy studenci, którzy naszpikowani lekturami jak schab słoninką, albo milczą na każdy temat, albo cytują fragmenty z pokreślonych kserówek artykułów. Sierakowski nie milczy, ależ skąd, nadal cytuje, nadal wygłasza manifesty, nie widzi, że kompromituje nie tylko siebie (swoją powierzchownością interpretacji lektur oraz po prostu, po ludzku, że zachował się jak prosię), ale całe środowisko. Bo zaraz przychodzi do głowy pytanie: oni tam w Krytyce Politycznej tak wszyscy mają? Ta dysfunkcja to z urodzenia czy nabyta?

Sierakowski napisał cudowną samokrytykę, stojąc na właściwej politycznie pozycji. Co oznacza, że nadal nic nie zrozumiał. Zamiast przeprosić poszkodowaną, zapłacić za jej pracę z własnej kieszeni (w końcu zgarniał jej kasę) i prosić o wybaczenie, wali kabotyński artykuł, gdzie tłumaczy własną niedojrzałość klasową. Być może oczekuje, że wzruszeni jego losem, jego rozterkami, jego dojrzewaniem politycznym, zaczniemy współczuć? Co mam zrobić po tym tekście? Na razie opadły mi ręce.

Na początku pisałam o sformułowaniach kanapowej i kawiorowej lewicy. Bo ta kanapa, to już nawet nie pluszowa, solidna i stojąca w mieszczańskim salonie, ale to taka przeżuwana w eleganckiej piekarence kanapka z ekologicznego chlebka, posmarowana grubo kawiorem, ale czerwonym, na litość bogów olimpijskich, czerwonym kawiorem, bo na nim robotnicza krew. Przepraszam, to było złośliwe, ale nie mogłam się powstrzymać.

I jak tu być lewicą w Polsce?

Published in: on 06/25/2014 at 19:50  8 Komentarzy  

Pogubiłam się, czyli witajcie w Polsce

pobrane

 

 

Trochę jestem zajęta, bo wpadłam na głupi pomysł napisania kolejnej książki o starych papierach. Wiadomości docierają do mnie z opóźnieniem, nie łapię na bieżąco wszystkich niuansów polskiego życia politycznego. Może i dobrze, bo nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, jak można nagrać ministra spraw wewnętrznych. To powinien być taki gość, który nagrywa innych, który o wszystkich wie wszystko, jakiś taki Vidocq do potęgi setnej, człowiek z oczyma dookoła głowy, z uszami dalekiego zasięgu, z nosem wyczulonym na wszelkie najbardziej subtelne zapachy, a nawet zapaszki. A tu, w Polsce, czyli nigdzie, ministra w knajpie nagrali. Co to za koleś, który gada, co mu ślina na jęzor przyniesie, w miejscu, które bezpiecznym nie jest. Jak minister spraw wewnętrznych chce pogadać o sprawach tajnych i łamanych przez poufne, to powinien, jak w filmie szpiegowskim, siedzieć w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu na kamieni kupie i knuć. To, co się wydarzyło, już nawet nie jest śmieszne, jest żałosne, pokazuje amatorszczyznę, lekceważenie obywateli i brak szacunku do państwa oraz jego działania. Bez względu na fakt, od której strony zaczniemy opowiadać tę nieszczęsną historię, to zawsze wyjdzie na to samo: co to za państwo, w którym da się nagrać ministra spraw wewnętrznych i co to za minister spraw wewnętrznych, który takie sprawy omawia tam, gdzie da się go nagrać.

Jednak poprzedni akapit, to tylko wstęp, ale w tym całym bałaganie, wydarzenia z ministrem Sienkiewiczem wydają mi się niesamowicie zbieżne z tym, o czym zaraz opowiem. Jakieś takie symptomatyczne dla całości. Czyż można się więc nie zgodzić, że jednak minister miał rację i rzeczywiście jest „chuj, dupa i kamieni kupa”? No bo jak zrozumieć to, że w Polsce obowiązuje pewne prawo (które może nam się nie podobać i możemy walczyć, żeby je zmienić, ale na razie jesteśmy zobowiązani i zobowiązane do jego przestrzegania), nota bene jest to prawo surowe, bardzo restrykcyjne, a jednocześnie jest swoistym picem na wodę i elektromontażem, a przy okazji tych, którzy chcą owego prawa przestrzegać nazywa się ludźmi bez sumienia? No dobra, po kolei…

Profesor Chazan ma prawo nie wykonać aborcji?. Ma? Chyba ma. Na razie pełna zgoda. Znów może nam się to nie podobać, ale dura lex, sed lex. Chociaż, zadam w tym momencie pytanie, a co by było, gdyby był jedynym lekarzem w szpitalu, na nocnym dyżurze i okazałoby się, że musi wykonać taki zabieg ze względów medycznych? Też odmówi? Bo życie jest święte? No dobra, nie gdybajmy. Zacznijmy jeszcze raz. Ma prawo nie wykonać zabiegu, ale nie ma prawa (cały czas mówimy o wskazaniach do aborcji wskazanych w ustawie) odmówić pacjentce wskazania innej osoby, która taki zabieg przeprowadzi. Tłumaczenie się, że nie zna – jest głupie, bo znać ma obowiązek. Nie musi robić tego osobiście, skoro takie ma sumienie i taki pryncypialny, wystarczy, że w placówce przez niego kierowanej będzie spis innych placówek, które wykonują aborcje. Komentowanie tego faktu, że kobieta może iść gdzieś indziej też jest głupie, bo mówimy o państwowej służbie zdrowia, na którą wszyscy płacimy. Z kolei, jeśli ktoś wykonuje aborcje, zgodnie z prawem, to jak można mówić, że on nie ma sumienia? Bo prawa przestrzega? Proszę uprzejmie, nich np. pan Terlikowski walczy o zaostrzenie polskiej ustawy antyaborcyjnej, co robi cały czas, ja z kolei będę walczyć o jej złagodzenie. Nie mówmy, że ustawa jest kompromisem, bo nikt ze mną żadnego nie zawierał. To wszystko jednak nie jest istotne. Najistotniejsze jest owo miejsce, w którym się pogubiłam: obowiązujące w Polsce surowe prawo nie jest przestrzegane, w imię wyższych wartości. Duchowni nawołują do nieposłuszeństwa obywatelskiego mówiąc, że sumienie jest ponad prawem, a wszyscy to łykają jak gęś kluski. Rozkład państwa totalny. Przestrzegasz prawa – część obywateli ma cię za dupka, wywala na ciebie tony pomyj, obraża twoje zasady. Nie przestrzegasz prawa – i ktoś to zauważa – jesteś przez grupę obywateli czczony i jeszcze trwa walka (na razie na słowa, o argumenty dość trudno), że sumienie jest zagrożone. Przyznam się, że nie tylko się pogubiłam, ale właśnie w tym momencie najsilniej odczułam, że mieszkam w państwie wyznaniowym. Bo, furda ustawy i prawo (nota bene skonstruowane właśnie przez takie osoby jak profesor Chazan), furda zapisy, furda paragrafy, najważniejsze są zasady moralne i sumienie. Abstrahując od tego, że moje sumienie właśnie tarza się ze śmiechu, chociaż, jak mniemam, ten śmiech jest nieco histeryczny, to raczej dowód bezradności i oznaka totalnego zagubienia, to nadal pytam: o co chodzi? Ustawa jest? Jest! Samiście ją stworzyli, a teraz wam się nie podoba i próbujecie wymusić, środkami pozaprawnymi, jej zaostrzenie? Naciskać na innych, żeby przyjęli waszą optykę? Optykę zasad i sumienia? A co z moimi pryncypiami? Z moim sumieniem? No tak, nie liczy się, bo istnieje tylko jedna opcja. Zaraz mi się przypomina stary dowcip z PRL-u. Czym różni się moralność od moralności socjalistycznej? Tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego. Niech będzie, że to moje pryncypia są tym krzesłem elektrycznym. A niech będzie, że feministki są „za aborcją”. Tylko dlaczego ktoś nie przestrzega prawa, a mówi się o zagrożeniu dla Kościoła? Dla zasad wiary? O zagrożeniu dla wolności sumienia? Wolność „do” posiadania sumienia najwidoczniej zagwarantowana tylko dla „obrońców życia”. Wolność „od” niego – dla mnie. A prawo? No właśnie. Chuj, dupa i kamieni kupa. Polska dnia codziennego.

 

Published in: on 06/19/2014 at 10:05  8 Komentarzy  

Pawian w galopku czyli Zadra

Jakiś czas temu wypowiedziałam się krytycznie na temat słów Agniszki Graff i Magdaleny Środy. No i wyszła polemika. Tekst pierwszy już zamieszczałam, ale myślę, że trzeba pokazać całą wymianę stanowisk:

3.  http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/745-szanowna-pani-odpowiedz-na-polemike

2.  http://pismozadra.pl/felietony/138-dwunasty/744-polemika-z-qpannami-szlachetnymiq

1.  http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/742-panny-szlachetne

Pawian w biegu czyli Zadra

A dziś siedze tu i krytykuję ikony polskiego feminizmu:

 

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/742-panny-szlachetne

 

 

Pawian w drodze czyli wybory

Myślałam, że nie będę o tym pisać, ale się nie udało. Poniosło…

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/739-wyobraznia-wyborcow-klauna

Przepraszam, ale wczesniej coś nie działało, teraz powinno działać.

Published in: on 05/27/2014 at 09:52  7 Komentarzy  

Pawian obrazkowy czyli Mary and Mary

A, przypomniało mi się, że miałam pokazać:

http://pawianprzydrozny.tumblr.com/

Published in: on 05/26/2014 at 14:11  2 Komentarze