Cóż robić – wielka radość, czyli Pawian ucieka świńskim truchtem

Jak Państwo doskonale wiedzą, Pawian koncertowo wpada w kłopoty, albo przynajmniej, z wielkim talentem, najprawdopodobniej swą osobą, wabi dziwne sytuacje. Jak zawsze, zaczyna się niewinnie, a potem to już są przynajmniej Ptaki, a jak mawiał ich reżyser – na początek trzęsienie ziemi, a potem już tylko napięcie narasta. Ale… nie uprzedzajmy wypadków.

Pawian jest cwaniak, wyczaił więc, że taksówkarze zawsze zadają dokładnie te same pytania, które są jak sytuacja z Rejsu: Nuda. Nic się nie dzieje. Dialogi nudne… Standard taksówkarski wygląda tak: skąd jesteś, co tu robisz, ile tu jesteś, czy pierwszy raz w Macedonii, czy ci się tu podoba, a czy widziałaś (wstaw zabytek). Odpowiedzi Pawian ma wypracowane, może nie do perfekcji, ale większość taksówkarzy jest pod wrażeniem. Nie zdradzam im, że taką sytuację komunikacyjną przeżyłam już pierdyliard razy, no i aktorsko jadę z koksem. Czasy sprzed kilku miesięcy, gdy popełniałam nieprzyzwoitości językowe, mamy już za sobą.

Jedynym odstępstwem od reguły mogą być wtręty, czy dobrze jedziemy. Wystarczy mówić: pravo, pravo, do semafori, desno, tuka, fala mnogu (tu następuje wręczenie kasy) prijatno, albo ajde ciao. Kurtyna. Prawda, że proste? Jasne, jak świński ogonek!

To znaczy, zazwyczaj jest zawsze tak samo, taksówkarze mili, uśmiechnięci, pomocni. Chyba, że… Tu nastąpi dramat w jednym akcie (tłumaczenie i didaskalia by Pawian):

Akt I:

Osoby dramatu:

Achmatowa

Delfin Ochrydzki

Pawian kiepsko mówiący po macedońsku, a tak naprawdę sylabizujący werbalnie

Taksówkarz w białym golfie

Stadko psów (wszystkie czarne: dwa duże, jeden średni i jeden szczeniak)

Scena I

Na ulicy stoją: Pawian, Achmatowa i Delfin. Żegnają się po wyjściu z kafany.

Delfin Ochrydzki (po polsku): Uważaj Pawian na siebie. Napisz smsa, jak dotrzesz. Albo zadzwoń…

Pawian wsiadając do taksówki też mówi po polsku: Dobra, dobra. To do jutra. Cześć Achmatowa, cześć Delfin. Świetnie się bawiłam, dziękuję.

Po macedońsku (albo w jego karykaturze) do taksówkarza: Dzień dobry, proszę na skrzyżowanie Partyzanckiej i Roosevelta.

Taksówkarz: A skąd jesteś?

Pawian na stronie: o ja pierdziu, zaczyna się. Następny gaduła. Co by było, gdybym powiedziała, że jestem hiszpańską tancerką egzotyczną i mam w torbie pytona? No tak, nie powiem, nie umiem tego powiedzieć po macedońsku.

Pawian głośno (w pakiecie dołącza służbowy uśmiech numer 12): Jestem tralalalalala… Następuje tzw. standard. Pawian uspokojony, że wszystko rozgrywa się wedle ustalonego wcześniej scenariusza traci na moment rewolucyjną czujność.

Taksówkarz: A masz męża?

Pawian (na stronie): Zestaw pytań zmienili, bez poinformowania? (głośno) Tak, mam.

T.: A ile jesteście po ślubie?

P.: (udaje, że liczy na paluszkach, a tak naprawdę ma kłopoty z liczebnikami): Nooo… (na stronie: a niech będzie…) 15 lat.

T.: To ile ty masz lat?

P.: (na stronie: cholera, matematyk się znalazł, jak to powiedzieć po macedońsku): Nie powiem.

T.: A jak myślisz, ile ja mam lat?

P.: (na stronie – staro, słoneczko, wyglądasz, ale… co mi tam) Ty masz 28.

T.: Zgadłaś, zgadłaś.

P.: (na stronie, mocno ironicznie: ale się cieszę)

T.: To teraz ty powiedz ile masz lat? Tutaj prosto czy w prawo?

P.: Prosto, prosto. No wiesz… Stara kobieta jestem. Jak twoja matka (na stronie: a skąd ja wiem, jak wcześnie twoja mama zaczęła? Może być, nie? A poza tym sprytna jestem – nie było liczebnika – chichocze wewnętrznie)

T.: Nieprawda, ty jesteś młoda i piękna.

P.: (na stronie: no gościu, masz wadę wzroku i to poważną, kto dał ci prawo jazdy?) Dziękuję bardzo. O! Tutaj, tutaj w prawo. Dziękuję (Pawian podaje 1000 denarów, bo nie ma drobnych)

T.: Ale to prawda. Jesteś bardzo piękna. Nie mam wydać.

P.: (nadal na luzie, ale lekko zdziwiony) Jedź do Mc’Donalds koło Tinexu, tam rozmienimy. Prosto, do skrzyżowania i w lewo.

T.: Dobrze (zaczyna manewry kierownicą). Czy masz tu dużo przyjaciół?

P.: Tak. Polaków, Macedończyków, Rosjan, Albańczyków.

T.: A może masz czas i umówisz się ze mną na kawę?

P.: (nie zrozumiał, o co chodzi, chyba było to zdanie złożone w czasie przyszłym) Kto?

T.: Ty i ja, na kawę, na wino…

P.: (na stronie: Święty Naumie Ochrydzki ratuj, święci Cyrylu i Metody miejcie mnie w swej opiece! Kompleks Edypa, jako żywo! Jasne, już biegnę, a potem będzie romantycznie i będziemy paśli kozy pod Tetovem) Coooooo? Nienienienienienie… Yyyyyy… Mam dużo pracy, dużo wykładów. Konferencję. Dużo, dużo, dużo pracy… (ruchami rąk podkreśla ile ma pracy) O Mc’Donalds!!!

T.: (wysiada i idzie rozmienić pieniądze)

P.: (wysiada z taksówki i staje w bloku startowym, gotów do sprintu)

T.: (wraca i się rozlicza, bierze za mało)

P.: (jest z Małopolski, ale swój honor ma – wylicza wszystko skrupulatnie, co do denara)

T.: Chcesz, odwiozę cię do domu? Pod sam dom.

P.: (z miną „aleosochodzi”): Nie, nie. Pójdę do sklepu. Dziękuję bardzo. Cześć (oddala się dość nerwowym świńskim truchtem).

Pawian przeleciał przez sklep jak małe i żółte tornado. Udał się w stronę swego ulubionego śmietnika, by uspokoić rozklekotane nerwy przy karmieniu stadka psów.

P.: (do psów, pełen emocji) No proszę, proszę. Tu jest kolacja. No wiecie, kochani, czy ja wyglądam na pedofilkę? Jakiś zbok to był, moi kochani, no perwers prawdziwy…

Psy: (merdają ze zrozumieniem ogonami, a w ich oczach widać pełną zgodę na to, że Pawian pedofilką nie jest)

KURTYNA 

Vo Makedonia, czyli dodatek nienadzwyczajny

 

No! Pawian zaczął krzyczeć. Studenci młodsi zbledli, wytrzeszczyli oczka, zatrzęsły im się rączki. Potem zapytali starszych kolegów, a ci zdradzili im brutalną naturę prawdy: “Profesorka Pawian krzyczy! O! Jak ona głośno krzyczy, a potem się śmieje. I nic się nie dzieje”. No właśnie, natura pawiańska jest prosta. Wszyscy o tym wiedzą. Wszyscy, którzy widzieli Pawiana “na żywca”, wiedzą, że jak tylko się pokaże (w całej niepozornej okazałości), to w sumie nie pozostaje nic innego, jak tylko zacząć się śmiać. Szczególnie, gdy Pawian opowiada na fachowo-fificznym wykładzie o warkoczu, co się wplątał w kserokopiarkę, o kochance Mickiewicza, która sypiała na Krymie z wieszczem, z mężem i jeszcze jednym rosyjskim generałem. Na dodatek Pawian mówi to wszystko z poważną miną i dodaje, że pisanie wierszy jest fajne, ale seks też, a wieszcz musi dokładnie znać życie. A potem mówi: aaaaa… jeszcze muszę powiedzieć o narkotykach, bo rola opium w poezji dziewiętnastego wieku, Proszę Państwa…

Studentów chyba najbardziej śmieszy jak Pawian cytuje. Robi natchnioną minę, jedzie z koksem, a nagle w środku takiej deklamacji mówi: a potem jest coś tam, coś tam… I skończyło się źle, bo jak Państwo wiedzą, dobrze skończyć się nie mogło, bo bajroniczny bohater musi skończyć tragicznie. Wszyscy umarli. No nie… Żona ocalała, ale w klasztorze, co to za życie…

Na dodatek Pawian jest z północy. I mu gorąco. Notorycznie. Wszyscy tutaj chodzą w kurteczkach, szaliczkach, kamizelkach, nawet dziś widziałam jednego typa w CZAPCE i RĘAWICZKACH, a ja w tym samym czasie uważam, że ażurowy sweterek i bawełniana bluzka są w sam raz. A na zajęciach jest potwornie gorąco, bo Pawian się ekscytuje. I jak zawsze kaszle z powodu pyłu kredowego zalegającego w płucach. Tak sobie Pawian myśli: kreda – dinozaury – Pawian. Paralela chyba uprawniona.

Na dodatek Pawian poczuł się mocno osadzony na Bałkanach. Skoro już ma nawet tutejszą komórkę, konto w banku, to może robić to samo, co w domu, czyli… Pawian kupuje żarcie dla zwierząt. W marcu dokarmiał wróble, teraz zajmuje się kotami, psami i kuchennymi mrówkami faraona. Wraca z proszonej kolacji (ta, co ma oczy jak gwiazdy, gotuje bosko), a w kieszeniach niesie chrupki, które sprawiedliwie rozdziela między przedstawicieli psiego stada, napominając: “Ależ… proszę się nie pchać. Każdy coś dostanie. No, ty rudy, nie zabieraj łaciatemu. Dla każdego wystarczy”. Delfin Ochrydzki świadkiem, nawijamy przez telefon, a ja nagle mówię: muszę kończyć, mam psy do nakarmienia. Ajde ciao…

Na dodatek Pawian ma potrzebę języka. Niestety, nie ma co liczyć, że zrozumie np. teksty o poezji Blaze Koneskiego. Pawian musi mieć tekst powoli podany i najlepiej powtórzony kilka razy i to najlepiej drukowanymi literami. No to wymyślił. Wkręciła go turecka telenowela z macedońskim dubbingiem. Nazywa się to dzieło: “Tysiąc i jedna noc”. Piękna Szeherezada sekretarka i Omur (jak można mieć na imię Omur i być amantem?) prezes. Obejrzałam jeden odcinek, a wszystkim opowiadam: a ona ma dziecko, ale tu jest problem, bo on mieszka z inną – dał jej łańcuszek, a ma z tą (o tą!) trzy córki. O! A ten ją kocha. A ona powiedziała, że nie chce karmić dziecka. A jej syn nie lubi prezesa. Fascynujące. Na dodatek gra aktorska przypomina dynamikę nóg stołowych, ale wszystko powtarzają po trzy razy, to Pawian się nie gubi. Jeszcze przyjedzie parę razy na Bałkany i będzie Szekspira oglądał. Jasne! Pawian jednak nie wszystko zniesie. Dziś jakiś kolo zapychał na butelkach piosenkę Makedonskie devojcze to Pawian, pryncypialny esteta, mściwie zmienił kanał. Oglądam tylko stację A1 (coś jakby TVN) i AlSat, ale albański mnie przerasta.

Na dodatek Pawian się nie przejmuje. Gada ze wszystkimi. Dziś gadał z bezdomnym pod supermarketem, bo karmił psy. I jakoś tak wyszło. Bezdomny też miał psa. Potem Pawian wkroczył dziarskim krokiem do sklepu, który właśnie był zamykany. Zaczął pukać, aż pojawił się cieć. Pawian pokazał przez szybę gest palenia papierosa. Dozorca otworzył i już miał zamiar obsobaczyć naszego bohatera, gdy ten dygnął i rzekł: Jestem cudzoziemcem. Przepraszam. Potrzebuję paczkę papierosów. A potem już był standard: a skąd jesteś, a co tu robisz, jak długo tu jesteś… Pawian wszystko zeznał, a potem wypowiedział to, czego się właśnie nauczył był – takiej formy BARDZO grzecznej: przepraszam panią (gospodja – to było do kasjerki) i kupił paczkę West Light. A potem, nieco zakłopotany, mrugnął oczkami w stronę managera pod krawatem, że chciałby też pokarm dla psów. Manager kurzgalopkiem przyniósł co trzeba. Na koniec marketowy dozorca i Pawian uśmiechnęli się szeroko oraz serdecznie życzyli sobie dobrej nocy. Niech ktoś mi powie, że uprzejmość nie popłaca, a mu przywalę trepkiem.

Na dodatek mrówki faraona mają się dobrze. Chodzą po blacie w kuchni i zjadają zostawione dla nich zapasy. Mają też tor przeszkód z widelca, noża i łyżeczki. Jutro zrobię im huśtawkę i karuzelę.

Na dodatek – jutro też jest dzień. Kolejny dzień babuna makedonskiego. Fajnie, no nie?

A to mój sąsiad

DSCF6671

 

Published in: on 10/29/2009 at 12:45  10 komentarzy  
Tags: ,

Stylizacja nagniotków, czyli z armaty do wróbla

Andziu, rzekła dobra ciotka

Nie obgryzaj mi nagniotka

Andzia cioci nie słuchała

Zgryzła i zwymiotowała

(anonimowa przeróbka Or-Otta)

Po wczorajszym tekście Państwo już wiedzą, że związek Pawiana z rzeczywistością bywa mocno problematyczny. Aczkolwiek… Jakiś czas temu szedł sobie nasz Pawian ulicą, szedł i pogwizdywał, aż tu nagle szyld zobaczył, na którym stało: Studio stylizacji paznokci. Mocno zafrasowany nasz bohater zadał pytanie o charakterze fundamentalnym: „stylizacja na co?” – bowiem w słowniku czynnym i biernym naszego bohatera pojęcie „stylizacji” łączy się, w skrócie rzecz ujmując, z pewną formą naśladownictwa. Zrozumiałą jest więc stylizacja gwarowa w tekstach Tetmajera, ale stylizacja paznokciowa, to jakoś nie bardzo. Pawian mocno zaintrygowany rozejrzał się wokół siebie i zobaczył, poza wspomnianym studiem stylizacji paznokci: stylizację fryzur, stylizowanie włosów, a także stylizowanie garderoby. I tu już go rozłożyło – na obie łopatki, dramatyczniej zabrzmi jeśli napiszę, że całkowicie nagie, aczkolwiek niewystylizowane na nagość starożytnego Egiptu.

Dawniej człowiek się ubierał. Zakładał na siebie majty, rajty i inne takie. Teraz nie, a jeśli ktoś mówi, że założy na swe ciało niebieski płaszczyk, to jest jedynie podstarzałym lowelasem, a nie nowoczesnym i modnym człowiekiem. Modny człek rzeknie, że jego dzisiejsza stylizacja, to płaszczyk po tatusiu, podkolanówki Dolce i Gabbana oraz czapeczka z lumpeksu (co ja mówię, co ja mówię – pewnie vintage).

Pawian podekscytowany zmianą znaczenia słowa „stylizacja”, trochę pokopał w Internecie, żeby dokładniej się owemu zjawisku przyjrzeć. Odkrycia są niezwykle smakowite, bo na ten przykład Pawian znalazł blogi poświęcone stylizacji garderoby (czy ja poprawnie używam tej formuły?). Otóż istnieją kobiety (podobnych męskich wyznań narcystyczno-ekshibicjonistycznych nie znalazłam), które codziennie strzelają sobie fotkę, za każdym razem w innym ubranku i piszą o stylizacji. Np. „moja dzisiejsza stylizacja: spodnie H and M, bluza Versace, korale Zara oraz torba vintage”. Abstrahując od sensu fotografowania się w starych trampkach, ale co mnie to obchodzi, każdy może mieć swoje przyjemności, to proszę mi wyjaśnić, dlaczego nie można się już po prostu ubrać, sukienczyny założyć, tylko trzeba się stylizować, dokonywać stylizacji.

Czy ja dobrze rozumiem, że jak Pawian zakłada dżinsy, bluzkę i trepy bardzo wygodne, co je dostał od pierwszej-lepszej to jest prostakiem i profanem? Czy klapeczki kupione dla Pawiana przez mamusię na jarmarku małopolskim (cena rozkoszna – 19 zeta) i założone na małpie kończyny to stylizacja? Że codzienny ubiór przeciętnego Kowalskiego oraz Kowalskiej stał się sztuką i zaczął podlegać stylizacji, czyli wyborze strategii naśladownictwa stylu lub formy? A może ja czegoś nie widzę, bo się na ubiorach z początku XXI wieku nie znam (znacznie więcej mogę powiedzieć na temat takich z XIX w.), że jest stylizacja „ na coś” lub „na kogoś” i np. dziewczyna w niebieskiej sukience i w bucikach ze sprzączką jest wystylizowana „na Lolitę”. A na przykład jakaś inna, w bluzce w panterkę, w ostrej skórzanej mini, kabaretkach i lśniących szpilach jest wystylizowana „na półkurwie”? A odziana w czarną suknię i kapelusz z woalką istota stylizuje się „na wampa” lub „na femme fatale”. Może tak właśnie jest, a moim problemem jest niezauważenie subtelności tych stylizacji i zwykłe czepialstwo językowe, że tak się nie mówi. Dobrze, można rzec, że język się zmienia i ewoluuje, Pawian o tym wie, bo właśnie z obserwacji takich zmian żyje i właśnie za to mu płacą. Niech będzie. Tylko, czy musi zmieniać się tak głupawo? Mam dziwne wrażenie, że jakiś niedouczony człek, który chciał wytwornie powiedzieć o wyglądzie, o swych włosach, paznokciach, ubiorze, będąc przekonany, że język polski jest ubogi i nie oddaje wytworności, złożoności oraz bycia w zgodzie z najnowszymi trendami, wymyślił lub skopiował z innego języka ową „stylizację”?

W każdym razie Pawian się nie da i nie będzie uznawał ozdobnej stylizacji nagniotków. Nie ma mowy. A teraz nasz bohater założy dżinsy, różową bluzeczkę, takiż sam szal zakupiony na Morawach oraz kamizelkę otrzymaną od cioci Wiesi i pójdzie do macedońskiej kafany, gdzie będzie zadawał szyku. Tak mi dopomóż Giorgio Armani. Howgh!

Published in: on 10/28/2009 at 16:59  15 komentarzy  
Tags:

Doniesienia z Bałkanów, czyli złota polska jesień

Ależ ten Pawian się ostatnio zbiesił, nawet tłumaczyć nie ma czego, bo ileż można mówić o tym, że był Pawianem Oficjalnym, Służbowym, Zajętym, Zagonionym, Nieco Zagubionym, albo Na Walizkach? Jednakże Pawian mimo tego całego zgiełku wokół niego i świadomości, że „show must go on” pilnie zajmował się obserwacją świata i opowie, co mu do głowy przyszło (tu następuje łyk herbatki z rumianku, a także syropku, bo „imam kaszlica”, co dziwić nie może, bowiem jak wyjeżdżałam z Polski to padał śnieg, a ulicami zapychały białe niedźwiedzie). Otóż Pawian zdradzi Państwu najpilniej strzeżoną tajemnicę związaną z, proszę mi wybaczyć, inteligencją. Pawian mówi to z perspektywy własnej, ale nie ma pojęcia, czy owa obserwacja przekłada się na ogół. Wyobraźmy sobie zaproszoną do mediów jakąś „gadającą głowę”. Jak temat wystąpienia jest zgodny ze specjalizacją, to pół biedy, bo dany człowiek nawija o tym, czym oddycha, co mu się śni, czym żyje i poza czym świata bożego nie widzi. Rzecz jasna istnieje niebezpieczeństwo, że będzie miał klasyczny słowotok, a na dodatek, żeby się zmieścić np. w telewizyjnych trzech minutach, będzie kondensował, a tym samym będzie używał słownictwa fachowego i samych wyrazów czterosylabowych. Jednakże tak być nie musi… Druga opcja jest nieco inna. Rzekłabym – mocno tragiczna, w takiej czysto conradowskiej perspektywie (tu Pawian robi do Państwa oko). Inteligent, znaczy „gadająca głowa”, żyje sobie swoim życiem, będąc pozornie niczym wrzód na dupie społeczeństwa, można powiedzieć też ładniej, że jest jako ptaszę niebieskie, nie sieje i nie orze, chociaż w zasadzie wychodzi na to samo. To życie ma jedną wadę – omawiany delikwent może godzinami gadać o rodzajach hakownic używanych przez husytów, imperceptywności w językach wschodniosłowiańskich, albo nie daj bóg, o onomatopejach, jednakże coś takiego jak cena cukru go przerasta. Pawian mówi to dlatego, że kompletnie odpadł był – od rzeczywistości odpadł, jak alpinista od ściany K2. O aferze hazardowej dowiedział się nasz bohater przypadkiem, gdy z ojcem rozmawiał przez telefon. Jak spadł śnieg, to tylko do Łasica mruknął znad stosu papierów, że to chyba nietypowe o tej porze roku. Dyskusję o „in-vitro” śledził, ale przestał. Jednym zdaniem – nie mam pojęcia o tym, co w trawie piszczy. Kto, z kim, kiedy, dlaczego – jest dla mnie tajemnicą. Nie mam czasu na czytanie prasy i nie mam pojęcia, jak stoją sondaże popularności polityków i jaki ostatnio wycięli społeczeństwu numer. Mówię to dlatego, że mam szczęście/nieszczęście (gdy idę do pracy) spotykać reporterki radiowe, które przynajmniej raz w miesiącu łapią mnie i odpytują na różne aktualne tematy. Robię wówczas za głos ulicy. Do tej pory odpowiadałam w miarę sensownie, rzucałam faktami, ukazywałam szeroką humanistyczną perspektywę i możliwe paralele. A teraz? Teraz jestem bucem niepiśmiennym, teraz mruczę z zakłopotaniem, że nie ma pojęcia, że nie wiem, że ja nie stąd, że nie rozumiem po polsku. Wstyd mi cholernie, bo tym samym robię za przygłupa, którego kraj rodzinny, życie polityczne czy ustawy, w ogóle nie interesują. Nawet seriale oglądam inne, bo nic nie wiem o kulawym doktorku, ani nie jestem gotowa na wszystko. Ostatnio zwróciła się do mnie pewna gazeta, żebym skomentowała wydarzenie kulturalne. A ja co? Znów tłuk, idiota, burak i analfabeta. Odparłam, że niestety nie byłam, że nie mogę nic powiedzieć, nie czuję się kompetentna oraz dodałam z zakłopotaniem, że jest mi przykro. „Uszyma duszy” słyszałam niewypowiedziany komentarz dziennikarski: „psiamać yntelygentka z bożej łaski za moje podatki, funkcji swej nie spełnia”. Wracając do problemu „gadającej głowy” to wyjścia są dwa. Pierwsze jest niesłychanie przaśne – mówić, że o hakownicach husyckich, to i owszem, ale o nosie Adamka, to nigdy. Drugie, mocno oportunistyczne – ściemniać ile się da, pieprzyć jak potłuczony, używać takich słów, żeby nikt nie zrozumiał, albo znaleźć możliwą opcję, gdy do dyskusji o ustawie o grach hazardowych da się wkręcić problematykę husycką. Takie mamy czasy… Ileż razy w ciągu roku mówi się w mediach o onomatopejach? No ile? A w końcu trzeba znaleźć kogoś, kto o butach Dody powie coś nowego, bo poglądy Jacykowa w tej kwestii są już passe i na dodatek przewidywalne jak wynik meczu, w którym uczestniczy polska reprezentacja w piłkę kopaną. W każdym razie zapotrzebowania na pawiańskie specjalizacje na razie zbyt wielkiego nie ma. Może i dobrze, bo ja czasu jakoś nie mam. I jeszcze się po cichu przyznam, że im starsza jestem, tym bardziej mnie smród starych papierów pociąga, czytanie i pisanie oraz możliwości dydaktyczne, bo Pawian zawsze ma dzikie szczęście do studentów, albo życie z doskoku na Bałkanach, gdzie albo chodzę syropek kupować, ale nie na suchy kaszel (ciesząc się jak norka, ile to już ja umiem), albo odsłaniam zawiłości polszczyzny dzieciom, które są dobre i kochane. Chyba starzejąc się, zostaję stoikiem. Hmmm… właśnie odkryłam pochód mrówek faraona w kierunku mojej szafki z jedzeniem. Tak właśnie rzeczywistość wnika w tekst felietonu. Trzeba się zastanowić teraz, czy zrobić mrówkom wojnę na Bałkanach, z aleją snajperów włącznie, czy też mruknąć „sega, sega” i zatopić się w poematach lirycznych. Wybieram drugą opcję, bo jak zacznę wojnę, to mi herbatka wystygnie, a i wyrzuty sumienia się pojawią. Podejrzewam, że to jeszcze nie jest faza schyłkowa, bowiem Czesław Miłosz, już u schyłku pisał, że jego z kolei bardziej interesują pochody mrówek: „W każdej minucie widowisko świata jest dla mnie na nowo zadziwiające i tak komiczne, że nie mogę zrozumieć jak mogła chcieć temu podołać literatura”. Mając na Bałkanach zdecydowanie więcej czasu postaram się powrócić do regularnych wynurzeń, szczególnie, że mam kilka tekstów w zanadrzu. O czym donosi – Pawian przydrożny, radujący się złotą, polską jesienią na Bałkanach.