Jak zawsze batalia, czyli zniszczenia w obronie tradycji

Nie tylko szukać należy Boga,

Gdzie poświęcane błyszczą podwoje,

Bowiem świątynią, dziecino droga,

Może być także serduszko twoje.

Gdy drogą cnoty idziesz na świecie,

Gdy bliźnim świadczysz dobrego wiele,

To w sercu twojem, kochane dziecię,

Pan Bóg zamieszka niby w kościele.

 (Władysław Bełza)

Ostatnio w Internecie można zobaczyć ilustrację promującą powrót do tradycji słowiańskiej i będącej sprzeciwem wobec przeszczepiania tradycji amerykańskich na rodzimy grunt. Ilustracja wygląda następująco: na masce policyjnego radiowozu leży rozpłaszczony Santa Claus, właśnie zakuwany w kajdanki przez dość radosnego policjanta. Obok przechodzi święty Mikołaj, do którego macha zadowolony mundurowy. Biskup Miry także się uśmiecha, zaś Santa Claus leży na masce i ma wykręcone łapki oraz rozpłaszczone brzuszysko. Sielankowa scena przypominająca nam o „prawdziwych” wartościach, o ich ważności, a nawet o ich prawnym aspekcie. Rysunek przypomina stylistyką, o zgrozo, amerykańskie kartki świąteczne z lat pięćdziesiątych XX w.

Zanim wyjawię, o co dokładnie mi chodzi, pozwolę sobie, jak zawsze, na dygresję. Gdzieś we wczesnym mezozoiku, mały Pawian w czerwonym bezrękawniku i takiż rajstopkach oraz białych bucikach (wówczas nie zdawałam sobie sprawy z przekleństwa białych kozaczków) recytował na plebanii pewnego kościoła wierszyk, który zaczynał się słowami:

Nie jest to żadna bajka – opowieść to prawdziwa,

Był w dawnych czasach biskup – Mikołaj się nazywał.

I sercem swym ukochał na ziemi dzieci wszystkie,

Gdzie tylko które szlocha, tam się pojawia biskup.

W momencie, gdy mały Pawian kończył całość wiersza (co roku tego samego – jakieś osiem zwrotek) z ciemności wychodził biskup Miry, to znaczy ksiądz wikary w przebraniu, co wzbudzało egzaltację, piski i frenetyczne oklaski zgormadzonej dzieciarni, która wiedziała, że dopiero teraz zacznie się prawdziwa zabawa. Organista zapiewał przyjemnym baskiem, babcie poprawiały spocone grzywki przejętej młodzieży w wieku przedszkolnym, podciągały opadające rajty z wypchanymi kolanami, wikary pocił się pod kostiumem i starał się zmieniać głos. Ech… rozmarzyłam się, to były chwile, moi państwo, to były piękne chwile. Niestety – umarły jak modernistyczni gruźlicy.

Wracając do ilustracji – przyznaję, że nie rozumiem jej intencji. A jeśli rozumiem, to świat stanął na głowie. Dlaczego biskup, który jest patronem więźniów (między innymi) i niesprawiedliwie uwięzionych przechodzi z uśmiechem obok policjanta, który zakuwa w kajdanki Santa Clausa? A co z reniferami? Do schroniska pójdą? Dlaczego dobrotliwy biskup, wyróżniający się miłosierdziem i chętnie dzielący się z innymi idzie rozdawać prezenty dzieciom, a Santa Claus idzie do pierdla? Czy tylko ja widzę niestosowność owej wizji? Dlaczego polski katolicyzm obecnie ma w sobie tyle agresji i nienawiści, że nawet w pastelowym obrazeczku trzeba dać odpór wrażym tendencjom? I dlaczego postać biskupa jest tak dalece odbiegająca od jego dotychczasowych wyobrażeń? W związku z powyższym – dlaczego postać osoby przedstawionej w ikonografii i hagiografii chrześcijańskiej jako dobrotliwa, spokojna, zrównoważona, a na dodatek patron wszystkich za kratkami, patrzy spokojnie na scenę aresztowania?

Za moich czasów (no, w tym wczesnym mezozoiku) były dwie wizje: był Mikołaj z zakrystii, ten wikary w szatach biskupich (dla niektórych to była jedyna okazja założenia na siebie takiego dowodu hierarchii) oraz ten szkolny, grubas w czerwonych szatkach i brodą z waty. Który z nich przynosił prezenty i wkładał pod poduszkę? Który z nich wchodził w kooperację z rodzicami i zostawiał prezenty na początku grudnia? Po pierwsze – nie pamiętam, po drugie – nie sądzę, żeby mnie to zajmowało. Wierszyk, który recytowałam był o biskupie. Fajny był ten biskup. W dalszej części wierszyka stało, że miał aniołka i diabełka do pomocy. Taka wizja mi się podobała, bo odczuwałam w niej jakąś sprawiedliwość dziejową. I odcięcie się od tej hucpy z wrzącym olejem i widłami. Wierszyk, który znałam „od zawsze” pokazywał świat dla małego człowieka – nie cukierkowy, ale też nie okrutny. A biskup Mikołaj wydawał mi się porządnym gościem – twardzielem z zasadami, ale takim, w którego oczach błyszczą iskierki humoru i szaleństwa. Nie jakimś Savonarolą czy Cyrylem z Aleksandrii. I dziś próbują mi to wszystko zniszczyć obrońcy „prawdziwych” świąt.

W ich wizji, św. Mikołaj z Bari spokojnie przygląda się, a nawet uśmiechem wyraża zadowolenie z faktu, że Santa Claus trafi do pierdla. Bardzo przepraszam, ale ja sobie nie życzę. Już zniszczyliście mi całą masę innych rzeczy, tą waszą świętoszkowatą quasi-ascetyczną postawą. Mam was dość. Mój biskup z Miry nigdy nie dopuściłby do aresztowania amerykańskiego grubasa. Bo dlaczego? Że też rozdaje prezenty, tylko jest nielicencjonowanym chrześcijańskim biskupem? Ktoś mi w tym momencie powie, że biskup walnął w złości na odlew heretyka Ariusza, a ja na to odpowiem, że może i walnął, bo się zezłościł. A dlaczego miałby się złościć na innego gościa rozdającego prezenty dzieciom? No dlaczego?

Nie rozumiem tej zapiekłości, zajadłości, podjudzania do konfliktu. Święty Mikołaj jest inny: szuka szlochających dzieci, ratuje dziewczęta przed nierządem, odwiedza więźniów, pomaga studentom w czasie sesji, a nie cieszy się z aresztowania wytworu kultury masowej.

 

Published in: on 12/07/2011 at 12:57  20 komentarzy  
Tags: