Sensacje codzienne, czyli dyplomatyka i płoty

Miałem kiedyś okazję zetknięcia się na oficjalnym obiedzie z pewnym ważnym Delegatem. Rozmowa toczyła się przy pomocy tłumaczy. Ważny Delegat poćwierkał coś do tłumacza, po czym tłumacz powiedział: „on się pyta, czy pan pisze utwory krótkie czy długie.” – „I krótkie, i długie” – odpowiedziałem. Tłumacz poćwierkał do Ważnego Delegata, który ucieszył się ogromnie. Twarz mu się rozjaśniła. Po chwili ćwierkania tłumacz powiedział: „On mówi, że u nich też piszą i krótkie, i długie utwory.” Zapanowała ogólna radość, cmokanie i kiwanie głowami. Po dłuższej pauzie poczułem, że pora na mnie. Spytałem Ważnego Delegata, z jakich stron pochodzi. „Z południa” – odpowiedział. A po chwili dodał: „U nas na południu jest cieplej, a na północy zimniej.” Wyraziłem mą ogromna radość i powiedziałem: „To zupełnie jak u nas. Na północy zimniej, na południu cieplej”. Ważny delegat długo kiwał głową, uścisnął mi rękę parokrotnie. Jeszcze chwila, a obaj popłakalibyśmy się ze wzruszenia. Bardzo to był przyjemny obiad.

(Antoni Słonimski)

Wszyscy żyją odszkodowaniami, bowiem w zeszłym tygodniu na wsi stawiano nowe słupy elektryczne, a tym samym tratowano ziemniaki, pszenicę, owies, jęczmień i kukurydzę, a także ziemniaki. Wymieniam te ostatnie dwukrotnie nie przez nieuwagę, ale ziemniaków jakoś w pejzażu sporo. Jak już budowlańcy potratowali wszystko, co tylko było można (a nie można było np. jeździć jezdnią, a nie na skos – przez pola; to tylko taka głupia wątpliwość, jakby się ktoś pytał, gdzie są jego podatki, to już mówię, że poszły właśnie na te odszkodowania całkiem od czapy) wieś zamarła w oczekiwaniu. Nie chodzi (jeszcze) o kasę, ale o samą wycenę szkód, które jest omawiana przy płotach. Kazek spod lasu dostał trzysta, a Józek spod kapliczki trzysta dwadzieścia. Ciocia B. dostała trzysta czterdzieści, zaś pawiańscy rodzice – dwieście siedemdziesiąt. Cioci B. jak nic wybiją okna, nam zaś na razie dadzą spokój, bowiem w tej licytacji nie staliśmy się obiektem tymczasowej dezaprobaty gromadzkiej.

W tym całym rozgardiaszu na razie nikt nie upomina się o królika, który nadal niezlustrowany odkrywa ogród wujostwa i rozpostarty na hamaku wchrzania marchewki pierwszej świeżości. W związku z ekscytacją odszkodowaniami liczyłam na to, że tym razem mój przyjazd przemknie niezauważony, ale (jak zawsze) nie uprzedzajmy wypadków.

Już w dwie godziny po moim przyjeździe usłyszałam donośny głos Stasiakowej:

– Dzień dobry, Pawianku, dzień dobry. Na długo przyjechałaś?

– Dzień dobry, pani Stasiakowa, dzień dobry. Jeszcze nie wiem.

– A pan Łasic nie został na dłużej? Bo widziałam jak wracał…

Łasic jest tytułowany per „pan”, pewnie dlatego, że wygląda jak młody cadyk nad Gemarą, a lud małopolski, jeśli widzi włos długi, brodę jak u starszego zbójcy, okulary i dość niekonwencjonalny ubiór podkreślony hinduską i mocno kolorową czapeczką, zaczyna być podejrzliwy. Kilka lat temu, nie kto inny, tylko właśnie Stasiakowa zapytała pawiańskiej matki, czy jej zięć to czasem nie Żyd. Matka łypnęła zza okularków i z uśmiechem wyszeptała, że nie żyd, ale agnostyk. Od tamtej pory wszyscy o Łasicu mawiają „pan Łasic” i przestał być jedynie „chłopem od Pawiana”. Myślę, że zadziałał podobny mechanizm, jak w bardzo starej anegdocie, gdy pewnej pani na przyjęciu w ambasadzie przedstawiono młodego człowieka, nazwijmy go Epescu i dodano, że jest Rumunem. Niewiasta wycmokała z nabożnym podziwem: patrzcie, patrzcie, taki młody a już „rumun”.

Na pytanie Stasiakowej odrzekłam, że Łasic w istocie powrócił do domu. Moja interlokutorka oparła się o płot i kontynuowała:

– A siostra przyjedzie na lato?

– Nie wiem…

– A nie przykrzy ci się tu?

Odrzekłam, że jest wesoło i przyjemnie. Po kilku chwilach ciszy pojęłam, że nadeszła moja kolej i przystąpiłam do pytań:

– Jak tam wnuczka, pani Stasiakowa?

– Dobrze, u komunii była teraz…

– A synową noga dalej boli?

– Jakby mniej…

– A bób dobry w tym roku? Czy dużo robaków? (nie odważyłam się na tekst „Cóż ta, gosposiu, na roli? Czyście sobie już posiali” bo byłoby to już nadużycie, a przecież nie oczekiwałam na odpowiedź „tym ta casem się nie siwo”).

– Bo ja wiem… A u was?

– Tata pokrzywami pryskał.

– Pokrzywy najlepsze…

Jeszcze chwila a obie popłakałybyśmy się ze wzruszenia, uścisków rąk nie było. Rozstałyśmy się w atmosferze zrozumienia i wzajemnej sympatii. Od piątku odbyłam dwanaście podobnych rozmów. Czuję się jak bywalec rautów w ambasadach, bowiem ćwiczę się w konwersacji lekkiej, absolutnie nieinwazyjnej. Moje zdziwienie, a wręcz lekki popłoch wywołała jedynie wymiana zdań z panem ze sklepu. Nowy jakiś jest, nietutejszy, a poinformowany jest niesamowicie, jakby przynajmniej szkolił się w GRU. Pawiańska matka twierdzi, że po tym poznaje się prawdziwych kupców (tak powiedziała, nie żadnych sprzedawców, ani sklepikarzy). Wierzę jej, ma trzeci dan w konwersacji płotowej i ja niegodna jestem czyścić jej tenisówek. O wyrafinowaniu mej maci świadczyć może fakt, że podczas takiej wymiany zdań stała się dziś właścicielką dwóch kilogramów pomidorów (od Józkowej zza rzeki). Jutro muszę przepasać swe lędźwie, zapakować ogórki do torby i wykonać małopolski potlacz płotowy. Damy im trzy kilo i tym samym przerzucimy piłkę na ich (Józków zza rzeki) połowę boiska.

PS. Tak sobie myślę, że trzeci dan mojej matki, to jest jednak niewiele, bo ona mało się udziela. Stawiam na to, że Stasiakowa ma pewnie czternasty dan, a do czołówki gminnej zbliży się dopiero za dwa lata.

Published in: on 07/21/2011 at 08:30  12 komentarzy  
Tags: ,

Jak to na prowincji ładnie, czyli plotki i historyjki

Między zdominowanym przez burżuazję społeczeństwem klasowym a masami będącymi produktem jego załamania się stosunki nie układały się tak samo jak między burżuazją a motłochem, który był produktem ubocznym kapitalistycznej produkcji. Masy łączy z motłochem zaledwie jedna cecha – to, że obie te grupy znajdują się poza wszelkimi układami społecznymi i nie mają normalnej reprezentacji politycznej.

(Hannah Arendt)

Kiedy przyjechał sklep-piekarnia, podobno Dereszczykowa wepchnęła się przed Pigańską. Oglądała to, a co znacznie ważniejsze, przekazała wszystkim, niejaka Suska, ale nikt nie jest pewien jak ona się nazywa, bowiem od lat nosi wdzięczny pseudonim – Sieczkarnia. Nie jest wiadome, czy chodzi o jej mocny podbródek, czy fakt, że roznosi wieści po całej wsi, bez znużenia – jakby była maszyną. Jednakże zostawmy pochodzenie gatunków endemicznych, bowiem sama opowiedziana przez Sieczkarnię historia jest dziś bardziej interesująca.

Dereszczykowa ma za złe Pigańskiej wiele, ale czarę goryczy przelało wydarzenie sprzed dwóch miesięcy, gdy Pigańska wypowiedziała się o synach Dereszczykowej, że to hołota jest. Pigańska wioski owe wyciągnęła na podstawie dość błahego wydawać by się mogło wydarzenia, gdy to mąż jej pił wino w towarzystwie synów Dereszczykowej i został pobity. Wszyscy stojący w kolejce do objazdowego sklepu o tym wiedzieli (wszak nie wypadliśmy spod ogona i mamy Sieczkarnię, notabene siostra tejże nosi pseudonim Wolna Europa, co chyba sporo nam mówi o tej familii), dlatego widząc wepchnięcie się Dereszczykowej przed Pigańską uznali, że widzą ciąg dalszy rodowej vendetty i obserwowali uważnie, aczkolwiek ostrożnie, by nie dostać się w wir procesu dziejowego.

Sklepikarz przestał w związku z tą mikroagresją kolejkową sprzedawać chleb i bułki, a nawet zawijaski z marmoladą i oparł się o samochód, wietrząc jakże miłą dla ludu małopolskiego awanturę. Kulminacyjnym puntem wymiany zdań pod mobilnym sklepem było zdanie, które jak młot uderzyło w podwaliny kobiecości Pigańskiej. Dereszczykowa, pragnąc wyrazić narosły bunt i poczucie krzywdy, popchnąwszy adwersarkę na płot wykrzyczała:

– Ty jednojajeczna! Jedno dziecko tylko masz, jałowaś taka – tu rozejrzała się tryumfalnie po zgromadzonej widowni, pewna zwycięstwa i przepełniona dumą udowodnionej płodności, dumą ośmiokrotną. Wydawało się, że po takim dictum nie ma już o czym rozmawiać. Jednakże okazało się, że nie doceniliśmy Pigańskiej, która obciągnąwszy na sobie nieco zwichrowany fartuszek wysyczała mściwie:

– Może i jedno, ale do opieki społecznej po paczki to nigdy nie chodziłam.

Dalej możecie sobie Państwo wyobrazić eskalację przemocy, krzyki, wrzaski, popchnięcia, chwyty nieczyste, których użycie na zapaśniczej macie skutkowałoby dyskwalifikacją, atawistyczne gesty i próby zdominowania przeciwniczki upierzeniem, a także werbalny doping publiczności.

Konflikty sąsiedzkie na wsi polskiej zostały sprowadzone do wymiaru groteskowego przez ciągle powtarzany w telewizji cykl filmów quasi-komediowych o Kargulu i Pawlaku. Nie mamy tradycji prawdziwej walki, jak chociażby zwaśnione rodziny na greckim półwyspie Mani, budujące domy wieżowe, z których kolejnych pięter można ostrzeliwać okolicę. A także można było barykadować się, wraz ze zwierzyną hodowlaną, w oczekiwaniu na przyjście posiłków. Strzałów już dziś nie słychać w tej części Grecji, a wysokie, kilkupiętrowe domy, straszą pustką, przywołując skojarzenia z powieści gotyckich – gdzie duchy pomordowanych nadal toczą bitwy przy świetle księżyca i przy wtórze wilków przyczajonych gdzieś na stokach pobliskich gór.

Proszę sobie wyobrazić to, że niegdyś strzelający do siebie, wyrzynający się mieszkańcy półwyspu Mani, czuli że coś zależy od nich samych, że kształtują swoją teraźniejszość, a także przyszłość. Każdy zabity po „tamtej stronie” był jednym problemem mniej, dla „naszych”, w przyszłości nie płodził potomków, którzy mogliby zasadzić się na naszą progeniturę. Fatum odczuwane było codziennie, w każdej najmniejszej decyzji podjętej czasem nazbyt pochopnie, w każdym osiodłaniu osiołka, na którym można było wyskoczyć na chwilę, w celu wizytacji stada kóz. To przeszłość, ale Grecy nadal są na ulicach i toczą walki z policją, są w opozycji wobec zinstytucjonalizowanej władzy. Broczą krwią, jak Belojannis, że o bardziej odległych bohaterach nie wspomnę.

Konflikty tutejsze ani nie mają w sobie materiału na komedię, ani na tragedię. Nie ma Pawlaka, nie ma Antygony. Te spory wyglądają raczej na przepisane, albo wręcz na streszczone w szkolnym bryku omawiającym Chłopów Reymonta. Są sprowadzone do szeregu wątków, opisów, skupiają się na obrzędowości i świętach, chustkach i zapaskach, obserwacji fikcyjnych bohaterów. Bez tej ostrej, prawdziwej siły gromady, która idzie bronić swego lasu, albo wywozi Jagnę na gnoju. Także bez tej determinacji jednostkowej, z jaką mamy chociażby do czynienia w przypadku Antka, który rozwala łeb borowemu, albo w przypadku Kuby, który nie chce iść do szpitala i odcina sobie nogę siekierą. Determinacji jednostek, które przynajmniej próbują kształtować własny los.

Sklep przyjedzie w piątek. Chyba zacznę znów czytać Chłopów.

Published in: on 07/20/2011 at 11:06  2 komentarze  
Tags: ,

Sezon ogórkowy rozpoczęty, czyli o znudzeniu i znacznie ważniejszych sprawach

Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że wszystko jest w porządku, tylko kot jest gałgan.

Nazbierało mi się, oj nazbierało. Nawet ostatnio (pod pewnym mostem) obiecywałam, że napiszę słowniczek zwrotów niewłaściwie używanych, a tym samym znów zajmę się językiem nieustannie wulgaryzowanym w świecie polityki (i nie mówię tu o natrętnym używaniu końcówek dopełniacza tam, gdzie powinien być biernik, bo to za proste – chociaż niewątpliwie irytujące). No i miałam w planach historyjkę o posłach, którzy czują się dyskryminowani, gdy Fundacja Feminoteka publikuje ich wizerunki, po głosowaniu w sprawie skierowania do komisji obywatelskiego projektu ustawy. Jednakże przyjechałam na wieś, rozsiadłam się w sadzie, pogłaskałam Księciunia stopą, a Powsinodze powiedziałam, że ma być grzeczny i… Nie to, że mi przeszło, ależ skąd, jestem pamiętliwa, małostkowa i wredna, a w związku z tym – nie odpuszczam. Tylko, że zaczęłam się zastanawiać, czy obywatelska postawa reprezentowana w Internecie ma sens (o rany, zabrzmiało poważnie, ale chyba tak musi brzmieć, odkąd mi powiedziano, że powoli przesuwam się na pozycje lewicowe. Lewica to mi się kojarzy z widmem komunizmu krążącym nad Europą i powagą – dlaczego powagą? Ano proszę poczytać sobie np. korespondencję Marksa z Engelsem). Napiszę kolejne filipiki, cała masa Internautów też je cały czas pisze. No i…? Tak będziemy pisać, pisać, pisać, dziś, jutro i pojutrze, a także za piętnaście lat. Papier jest cierpliwy, mawiano niegdyś – a co powiedzieć o Internecie, który jest jak Cloaca Maxima? W przeciwieństwie do Pospieszalskiego nie uważam, że żyjemy „w stanie permanentnej, choć niewypowiedzianej wojny”, dlatego wstępowanie na barykady, chociażby te wirtualne, uważam za bezsensowne. No bo czym się obrzucać będziemy? Epitetami? Wulgaryzmami? To już się dzieje. Czym jeszcze? Może jak Czarnecki będziemy wygłaszać oświadczenia absurdalne: „Minister finansów kłamie na potęgę mówiąc, że ja kłamię”. Oświadczam w związku z tym, że kłamię tylko wtedy, kiedy kłamię, zaś prawdę… O przepraszam, za prawdę, to ja się nigdy nie wezmę. To zbyt podejrzane. W prawdzie to chyba robią sami łajdacy – mam uczulenie na prawdę. Od prawdy to ja zdecydowanie wolę proste fakty.

Szwejku, jak też długo trwać będzie ta wojna? – Piętnaście lat – odpowiedział Szwejk. – To całkiem jasne, ponieważ już raz była wojna trzydziestoletnia, a teraz jesteśmy o połowę mądrzejsi niż dawniej, więc trzydzieści podzielić przez dwa równa się piętnaście.

Poczucie absurdu potęguje się, narasta, bowiem mam dobrą pamięć. Przecież myśmy, Proszę Państwa, już to wszystko przerabiali nie raz i nie dwa. Słuchałam ostatnio wyborczej reklamy radiowej. Zaangażowana dziewczyna zarzuca premierowi (obecnemu), że nie ma żłobków. Potem jest coś o trudnych pytaniach i sugestia, żeby głosować na byłego premiera. No, Proszę Państwa, jaja w koszulkach. Nie jestem ci ja wielbicielką obecnego premiera i rządu, ale obarczanie go winą za likwidację żłobków przez partię prawych i sprawiedliwych to już chyba jest jakaś pomyłka. Dobra, np. takie PSL mogłoby spokojnie zacząć konstruować reklamy w typie „jak nie było żłobków kiedyś, tak nie ma i teraz”. Natomiast partia, która była „u władzy” kilka lat temu, jak pamiętamy nie za bardzo się żłobkami przejmowała. Wówczas często pojawiały się sugestie, że żłobki to są nie bardzo potrzebne, bo nie ma jak kontakt dziecka z rodzicielką, a w czasach wielkiego bezrobocia, młode matki winny odpuszczać sobie szukanie zatrudnienia i ustawiać się w kolejce po becikowe, ułatwiając sytuację na rynku pracy mężczyznom.

Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.

Obserwacja polskiej polityki nuży mnie niepomiernie, bowiem tak naprawdę, od kilku lat, nic nowego się nie dzieje. Mógłby ktoś powiedzieć, że mamy nowości, jak chociażby dyskurs katastroficzny (zabrzmiało to, jak w literackich polemikach lat trzydziestych, ale jak wiadomo, nie o literaturę tu chodzi) – to nie żadna nowość, Proszę Państwa, to jest to samo, tylko bardziej, mocniej i intensywniej. Znudziła mi się obserwacja i punktowanie. Znudziła mi się poranna lektura różnych gazet, znudziło mi się do tego stopnia, że telewizora nie zamierzam kupić przez następne sto pięćdziesiąt lat. Bo co z tego, że będę miała Animal Planet i Discovery, jeśli i tak będę wiedziała, że jedno naciśnięcie guziczka w pilocie przeniesie mnie w świat nudy na TVN24 – nudy i pewnego rodzaju masochizmu, takiego jak grzebanie jęzorem w dziurze zęba. A także wstydu, ogromnego wstydu, że różne indywidua odmieniające słowa „Polska”, „patriotyzm” i „prawda” mają swoich wyborców. A od czasu do czasu wstydu jeszcze większego, gdy na ekranie zobaczy się przypadkowo kogoś, na kogo się samemu głosowało? Po co wzmacniać natrętnie obecne poczucie bezradności, że w państwie mającym ponad 35 milionów obywateli nie ma nikogo, albo prawie nikogo, kto reprezentowałby Pawiany i zwierzęta im pokrewne? A także zażenowania, jakże naiwnego, pojawiającego się permanentnie, gdy widzimy, że tak naprawdę niewielkie są różnice między poszczególnymi obozami, które na co dzień prowadzą jakąś kompletnie nudną i nieważną dyskusję. Może byłaby ważna, gdyby… No właśnie, ale tak nie jest.

O tym, że tędy przechodziły masy wojsk i że tu krótko lub długo obozowały, świadczyły ludzkie nieczystości pochodzenia międzynarodowego, należące do wszystkich narodów Austrii, Niemiec i Rosji. Te nieczystości po żołnierzach wszystkich narodowości i wszystkich wyznań religijnych leżały obok siebie lub piętrzyły się jedne na drugich i ani myślały bić się ze sobą.

Może to jedynie miasto nastraja mnie polemicznie i powoduje wrzenie krwi. Na wsi są znacznie ważniejsze sprawy. Na przykład ostatnio w ogrodzie wuja Leona i cioci Eugenii pojawił się królik. Królik-emigrant, królik-odkrywca. Proponuję nazwać go Kolumbem, albo Magellanem, bo z jakiejś klatki wywędrował w nieznane i odnalazł nowy świat, który z perspektywy króliczej jawić się może jako Arkadia, mleczem i marchwią płynąca. Jeśli nie zacznie nawracać Indian (znaczy wuja i ciotki), to wszystko będzie dobrze. Bo przecież wiemy, że zaraz po nawracaniu zaczęła się ospa, pijaństwo i inne takie cywilizacyjne świństwa. Królik może zostać. Nawet jeśli musiałby poprosić o azyl polityczny, to najpewniej go otrzyma. Muszą Państwo przyznać, że sprawa z królikiem przedstawia się niesłychanie fascynująco. Skąd przybył, dokąd zmierza, czy był opresjonowany? Jak go zatrzymać, jeśli pojawi się krzepki rolnik z widłami, pochodnią i nakazem wydania królika podpisanym przez sołtysa, komendanta policji i proboszcza?

– Czy potrafiłby pan obliczyć przekrój kuli ziemskiej? – Nie umiałbym, proszę panów – odpowiedział Szwejk – ale i ja bym panom też mógł zadać zagadkę. Jest dom o trzech piętrach, każde piętro ma osiem okien. Na dachu są dwa dymniki i dwa kominy. Na każdym piętrze mieszkają dwaj lokatorzy. A teraz powiedzcie, panowie, którego roku umarła babka stróża?

A teraz powiedzcie Panie i Panowie, jak długo wytrzymam w tej sielskiej perspektywie, roztrząsając królicze sprawy?

Stare motywy, stare numery, czyli udawanie foki cz. 2

Wołała ulica Szeroka:

„Co on wyprawia, niecnota!” …

A może to była foka,

co udawała kota?

(Danuta Wawiłow)

Niepokój matki, która widzi bombardowanie jej córki stereotypami, jest uzasadniony. Najciekawsze, według mnie, jest to, że cała rozmowa o roli kobiety we współczesnej Polsce została już dawno zmanipulowana. Dyskutujemy nie o tym, o czym trzeba i warto, tylko cały czas ciągle wałkujemy te same tematy, które powracają w różnych odmianach i wariantach. Ciągle wyjaśniamy, ab ovo, do jabłek niestety nigdy nie dochodząc.

Co jakiś czas trafiam na odgrzewane kotlety, których podstawa oparta jest na zdaniu: macierzyństwo, czy kariera. Manipulacja polega na tym, że musimy dokonać wyboru, albo jedno, albo drugie. Nie możemy zanegować tej argumentacji, musimy udowadniać coś, co a priori postawione zostało nieuczciwie i pokrętnie. Moja mama, jak i większość mam moich koleżanek i kolegów, chodziła do pracy, a my byliśmy słynnym pokoleniem z kluczami na szyjach, jedzącymi obiady w szkolnych stołówkach. Mamy pracowały w biurach, były nauczycielkami, lekarkami, sprzedawczyniami, pracowały w hutach i zakładach przemysłowych. Było różnie.

Dziś pytanie, które nam zostaje postawione, z pewnością nie dotyczy pani siedzącej „na kasie” w Tesco, która musi tam być w Wigilię, niedzielę, urodziny swej pociechy, a także na początek i koniec roku szkolnego. Nikt się nie zastanawia nad panią, która pracuje w systemie zmianowym, w sklepie otwartym do 23.00. Nikt się nie zastanawia nad panią pracująca w zakładzie o ruchu ciągłym. Nie mówi się o dyżurach pielęgniarek. Nie mówi się wszak o pracy, tylko o KARIERZE. Otóż to.

Wzbudzanie poczucia winy, ukazywanie jaskrawej opozycji, w podtekście której znajduje się informacja, że jak zajmujesz się karierą (dbasz o własny interes), to dobrą matką być nie możesz. Czyli lekarki, szefowe firm, wykładowczynie akademickie, prawniczki etc. muszą poddać się ocenie z gruntu fałszywie ustawionej publicznej dyskusji, której argumentacją tak bardzo przejął się Poncyljusz, że wyklepał głupio, iż polityką powinny się zajmować kobiety „spełnione macierzyńsko”. Jasne, w szpitalu mogę zachrzaniać, w supermarketowej kasie siedzieć z pieluchą, wówczas poseł o moje dzieci się nie upomni. Ale jeśli chcę, jak on, podnosić rękę i naciskać guzik, to mnie upomni, żebym poczekała, aż dzieci dorosną. A gdzie on jest? Jak wychowane są jego dzieci? O to nie pyta, o tym nie mówi. Pan Poncyljusz nie pamięta, że w Polsce są także urlopy dla tatusiów, o które nota bene upominała się także jego partia. No oczywiście, ale on robi za posła, a dzieci poklepie po główkach, jak wróci wieczorem do domu i powie „tatuś jest zmęczony” – całodziennym siedzeniem na dupie i głosowaniem. Jakoś mu nie wierzę w to zmęczenie, skoro nawet nie zna zasadniczych ustaw prorodzinnych, o których mówi jego partia. Wyciągnął po raz kolejny tego samego trupka z szafy. Ciekawa jestem, czy wie, jak się obsługuje pralkę, kiedy ostatnio mył okna, czy wie, gdzie w domu są ścierki do garnków.

W tej dyskusji nie chodzi o pracę kobiet, taką pracę przy dojeniu krów, sprzedawaniu w sklepie, czy jakąkolwiek inną. Nie chodzi tu o gotowanie, pranie, odkurzanie, sprzątanie. To raczej nie jest interesujące. Chodzi o ewentualną karierę. Czy ktoś umożliwia pani z kasy w supermarkecie by pracowała dopiero po spełnieniu macierzyńskim? Nie, to pana Poncyljusza nie zajmuje. Mówi on wyraźnie: „kobiety w polityce, bo to się łatwo mówi, to jest wiele postulatów na zasadzie dopuśćmy kobiety, wprowadźmy parytety, a potem są dzieci, są pewne obowiązki dnia codziennego (…) kobiety, kiedy mają dzieci w wieku szkolnym, w polityce mają bardzo trudno i zresztą Joanna jest tego najlepszym przykładem. Mogą sobie na to pozwolić kobiety, które już są spełnione zawodowo, macierzyńsko, mają dorosłe dzieci”.

No i wszystko jasne. A my dalej dajmy się wpuszczać w maliny i po raz kolejny odpowiadajmy, że można robić karierę i mieć dzieci. A nie lepiej byłoby powiedzieć wprost, że z oszustami się w ogóle nie gada, że jak ktoś tak ustawia dyskusję, to wiadomo, że to manipulator koszmarny jest? Zmuszanie nas do dyskusji w ramach przyjętych założeń jest po prostu nieuczciwe. Znacie Państwo taką zagadkę? Jesteś na pustyni i widzisz żółwia odwróconego na plecy, majtającego bezradnie nogami. Dlaczego mu nie pomagasz? Jedna z odpowiedzi brzmi: też jestem żółwiem, leżę na plecach i majtam bezradnie łapkami. Punkt widzenia zależy od wielu czynników. Raz możemy być kotami udającymi fokę, raz fokami udającymi kota. Najgorsi są ci, którzy mają a priori ustawione poglądy i najmniejsza nawet myśl nie fałduje im płaskiego jak stół czółka.

Jeśli bierzemy udział w dyskusji, gdzie argumenty zostały ustawione, to nie dziwmy się, że cały czas musimy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądami. I to wszystko mi się skojarzyło po lekturze jednego listu opublikowanego w Wyborczej. Ano skojarzyło mi się, bo od wielu lat cała dyskusja o kobiecie w Polsce jest nieuczciwa. Pokrętna i wredna. Rozumiem niepokój rodzicielki Kamilka i Tosi, bo ona czuje, że coś jest nie tak, mierzi ją ten cykl książeczek, które przedstawiają oraz świata, który jej – świadomej kobiecie, świadomej matce – nie odpowiada. Jednak książeczka, to jeszcze nie koniec świata, ale… Jest ona doskonałym symbolem współczesnego dyskursu o kobiecie w naszym kraju. Dyskursu wykluczającego, penalizującego, pozbawionego logiki, z argumentami „od czapy”. To tak, jakbyśmy podejmowały/li walkę bokserską z kimś, kto w rękawicach ma po dwa kowadła i fortepian. Jeśli nie przejmiemy inicjatywy, to za parę lat, będziemy przepraszać za to, że żyjemy. A ja w sali wykładowej, po powitaniu, będę się tłumaczyć, że nie mam żadnych dzieci, które opuściłam wybierając wstrętną karierę. Tyle. 

PS. A jutro o manipulacjach związanych z ochroną życia.

Stare motywy, stare numery, czyli udawanie foki cz.1

Raz na ulicy Szerokiej

był kot, co udawał fokę.

Nie chciał włazić na płoty

tak, jak to robią koty.

Wolał biegać w podskokach

tak, jak to robi foka.

Miast łapą myć się starannie,

dzień cały pluskał się w wannie

(Danuta Wawiłow)

Czytam list do gazety, od zaniepokojonej matki, narzekającej na utrwalanie stereotypów, czego ofiarą padła jej córeczka uwielbiająca nieoprawne politycznie, niefeministyczne książki. Świetny tekst dla zwolenników „naturalnego” porządku rzeczy, którzy będą mogli wygłaszać opinie, o tym, że dziewczynki uwielbiają sprzątać, uwielbiają mieć malutkie żelazka, a wstrętne feministki kupują im koparki i pozbawiają tym samym cech „typowo” kobiecych. No właśnie, wszak mała istotka sama wybrała coś z cyklu „czarujących książek dla dziewczynek”. Mnie zastanawia w tym tekście coś innego, ale o tym, na koniec.

Po udanym zakończeniu powierzonego mu zadania Darek odbiera gratulacje od samego kierownika budowy. Następnie zatopiłam się w lekturę książeczki o Klarze, która wysprzątała właśnie całe mieszkanie (łącznie z myciem okien) i również jest bardzo zadowolona z efektów swojej pracy. O uznanie zwraca się do swoich kotków, a one zamiast pogratulować, przewróciły właśnie słoik z konfiturą i rozniosły ją po całej kuchni. Co na to Klara? (tu cytat) „- Oj przesadziłyście! Wszędzie są odciski waszych łapek! Ale tak naprawdę Klara nie bardzo się złości, bo uwielbia sprzątać!” .

http://wyborcza.pl/1,96025,9865338,_Poczytaj_mi_mamo__.html

Kto z nas nie miał jakiejś takiej słodkopierdzącej książeczki niech pierwszy rzuci kamieniem. Sama miałam taką o dziewczynce, która przyszywała pieskowi uszko, kąpała go, wycierała, a na końcu przykrywała kocykiem. Perwersja straszna. Z drugiej jednak strony miałam konika na biegunach, na którego siodle, ze sztucerem na ramieniu (rakieta do badmintona), jako Nel, wraz ze Stasiem-moją siostrą, która także ze sztucerem (laska z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”) przemierzałyśmy Afrykę. Nasza Nel nie miała ciągle spoconych oczu, nie chorowała na nic, tylko z niesamowitą precyzją z siodła waliła lwu kulkę między oczy. Ba, miałyśmy też własną wersję „Potopu” Sienkiewicza. Ja, jako Andrzej Kmicic, w różowej halce mamy, przypiętej do ramion jej broszkami, z rapierem (laska z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”), na mym rumaku, którego wstrętny książę Bogusław nie dostał, wyczyniałam, wraz z Oleńką-mą siostrą, brewerie, łupiąc Szwedów pod Częstochową. Siostra nie przypominała niczym bohaterki z powieści Sienkiewicza. W niebieskiej halce mamy, z muszkietem w łapie (rakieta do badmintona) była dzielna niczym Czarniecki, Wołodyjowski i Skrzetuski razem wzięci.

Z jednej strony płakałam rzewnymi łzami, gdy okazało się że Łysek z pokładu Idy traci wzrok, z drugiej cynicznie komentowałam śmierć jednego z ekranowych bohaterów (a miałam wówczas kapcie z króliczymi uszami i czerwone rajstopki): „to jest film, to są aktorzy, im za to płacą”. Z jednej strony bawiłam się lalką, a z drugiej, przy użyciu tejże samej lalki dokonałam napaści cielesnej na koleżankę z piaskownicy. I ową lalką w zielonej sukience, robionej przez ciocię Kasię szydełkiem, spuściłam wrednej Isi łomot. Do pierwszej krwi było. I tyle.

Może dlatego, że moje doświadczenie (od pieluch pewnie) nie był jednotorowe, może także dlatego, że gdy miałam lat trzy rodzice zaakceptowali wybór mojej przyszłej drogi życiowej (zamierzałam być bokserem), świat do dziś nie jest prosty i jednoznaczny. Dlatego bez poczucia winy, bez tłumaczenia się, noszę szpilki i maluję paznokcie, a jednocześnie wyprzedzam większość mężczyzn na basenie i robię teksaską masakrę piłą mechaniczną, przy obrabianiu drew do kominka.

Jedna książeczka, nawet wiele książeczek, krzywdy nikomu nie zrobi. A niech czyta sobie dziewczyna, potem będzie rechotać, wspominając jak niegdyś jej idolką była Klara, której życiowym celem było pucowanie. Możliwe też, że kiedyś zostanie Klarą. Bywa, wcale nie powinno nas to smucić, szczególnie jeśli będziemy wiedzieć, iż sprzątanie jest tym, co dana osoba lubi robić najbardziej. Przyznam, że tego nie rozumiem. Mimo iż miałam maleńkie żelazko, to nie zostałam Klarą. Moja babcia, którą sprzątała i gotowała, wolała czytać. Do dziś mam takie samo podejście. Posprzątać trzeba, ale żeby zaraz robić wokół tego ceregiele? Może dlatego większość moich książek ma plamy i znaleźć w nich można kawałki cebuli, bo często gotuję i czytam jednocześnie. Sprzątanie mnie nie wzbogaca. Już bardziej działanie z piłą mechaniczną, bo z satysfakcją obserwuję rosnący stos pociętych konarów.

Niech się autorka listu do gazety nie przejmuje. Jej córka może wybrać sama – czy zostanie Klarą, czy też podróżniczką, archeolożką, historyczką, matematyczką czy lekarką. To, że dla mnie znacznie ciekawsza jest opcja druga nie znaczy wiele. Bo ja już swoich wyborów dokonałam i dobrze mi z nimi. Chociaż, decyzji o porzuceniu ringu trochę żałuję. Stare papiery są niesamowicie inspirujące, ale obijanie pyszczysk za kupę kasy też by nie było złe. Trudno.

Znacznie gorsza byłaby sytuacja, gdyby opisana w liście dziewczynka, wyboru by nie miała. Gdyby na rynku były wyłącznie książeczki o Klarach, chociaż sprawa nie jest prosta, bowiem okazuje się, że najpierw trzeba wiedzieć o tym, iż taki wybór się ma. Ostatnio opowiadała mi Kolorowa, która ma dziewczynkę trzyletnią, że na placach zabaw dominują słodkie, różowe księżniczki. Wojownicza księżniczka Kolorowej nie bawi się z nimi, bo nie są dla niej interesujące. Z drugiej strony, nie bawi się z nimi, bo nie jest dopuszczana do ich świata kucyków i Hallo Kitty, po pierwsze takich nie ma, bo ja nie interesują, po drugie jest za bardzo „hard” – z poobijanymi kolanami i żywą żabą w łapce. Duża część młodych mam ma w głowie wzorzec – dziewczynka na różowo i z Barbie, chłopczyk zaś na niebiesko i z koparką pod pachą. Taki sposób myślenia przekazują swoim pociechom. To jest znacznie bardziej niepokojące. Nie niepokoi mnie pojedyncza książeczka, o Klarze, sprzątaniu i kotkach upapranych marmoladą (dziwne, żaden kot, którego znam, by czegoś takiego nie zrobił – brzydzą się), ale bardzo niepokoi mnie mała różnorodność wychowawczych wzorców, dominacja jednego. I tu zaczynam się zgadzać z matką – autorką listu, której obawy są tym większe, że nawet w księgarni także dostaje stereotypem po łbie.

Żeby jednak Państwa nie zanudzać, pozwolę sobie kontynuować rozważania jutro.