Taka sytuacja, czyli Pawian się zastanawia…

Podpaski_ALWAYS_Ultra_9szt_371

Doskonale Państwo wiedzą, że Pawian jest mistrzynią głupich sytuacji. Dowód, ależ proszę: w macedońskiej taksówce Pawian objawił (zamiast powiedzieć, że jest palaczką), że dobrze ciągnie, a następnie dodał, zadowolony z siebie, że przyjechał do tego kraju… pracować. I to wydarzenie na lata ustanowiło standardy. Pewnie, przez następne sto, nic go nie pobije. Są jednak wydarzenia mniejsze, jak na przykład dość nieopatrzna kłótnia z kilkoma profesorami prawa (ale miałam rację i tego się trzymajmy), albo pęknięcie gumki w półhalce na skrzyżowaniu (przydeptałam i poszłam dalej, bo zapaliło się zielone światło), post factum powtarzałam sobie, że pani Andrzejewska miała gorzej, bo jej pękła gumka od majtek przy pobieraniu Ciała Chrystusa, że się tak wyrażę. Na dodatek, Pawian jest roztrzepany i popełnia dużą część różnych nietaktów nieświadomie, a może półświadomie a może też i z całkowitą premedytacją, tego wiedzieć nie można, bo czasem , złośliwa małpa, udaje niewiniątko, a brew mu drga demonicznie. Jednakże, do rzeczy, bo znów wdałam się w dygresje, ale – jak mniemam – naświetliły one sytuację.

Jak Państwo wiedzą, Pawian od jakiegoś czasu jest wiceszefową korporacji papierniczej. Gabinetu nie ma, siedzi sobie przy biureczku, gdzieś tam… hen, na końcu jakiegoś korytarzyka i papierami szeleści. Pod to biureczko czasem podchodzą różni ludzie, którzy przyjdą za interesem. A wszystko to naukowcy, niebożątka takie, poza rzeczywistością. Wystarczy im maila napisać: „panie profesorze czy czuje pan na sobie mój karcący wzrok”, żeby już następnego dnia, jeszcze przed ósmą, był już tenże człowiek, na dodatek z autoryzacją, może nie w zębach, ale na pliku. Pawian, najczęściej, lubi tych ludzi, ale się z nimi nie certoli, pamiętając słowa poety: z naukowcami trzeba twardo, a nie cackać się z pulardą. Pawian bardzo lubi pewnego doktora z oczkami jak zwierzątko, któremu się słowa objawiają na ścianach i się do nich uśmiecha (myślę, że w średniowieczu zostałyby mistykiem, albo spaliliby niechybnie), profesorkę, z którą pisze powieść o Warneńczyku i dyskutuje, kto był ojcem Kazimierza Jagiellończyka, magistra, który jest nawiedzony – wkurzający nadgorliwością – ale miły. Lubi też anglistę, na którego łydki napuszcza kozackie sotnie… i tak dalej i dalej. Czasem ta robota jest naprawdę miła, najmilsza zaś wówczas, jak taka boża krówka przychodzi po nakład swego dzieła i się cieszy. Wtedy, robi się jakoś tak, może koło żołądka, nieważne. Wtedy też myśli się czule, mając w pamięci własną produkcję, że człowiek powinien se machnąć następną książeczkę i poczuć to szczęście, że oto jest… ładna i tłusta oraz moja własna.

Wczoraj, zdarzyło się, przyszedł jeden. Jeden z najmilszych, dodam. Zakręcony jak ruski termos, z jakąś taką łagodnością ścisłowców w oczach, a Pawian był zajęty. Zajęty jak stu bandytów łupiących na autostradzie pod Pekinem. No, ręce pełne roboty, w rękach pałka i wór. Wór był naprawdę, a nie stanowił elementu bandyckiej metafory. Z tegoż wora (znaczy ludzie mówią na to torebka, ale nie przesadzałabym z uściślaniem terminologii w tym przypadku) musiałam coś wyciągnąć. No to zaczęłam… Pamiętają Państwo rosyjski wierszyk o damie w podróży, która miała całą masę waliz, a na końcu maleńkiego pieska? Jakoś tak to wyglądało.

Wyciągałam z torbiszcza i układałam na stole, tuż obok siedzącego dobrego człowieka w potrzebie: notes duży, notes mały, jabłko, portfel, pomarańczowe tik-taki, mangowe tik-taki, papierosy, trzy zapalniczki, dwa tampony, trzy długopisy, ołówek, płytę DVD, chusteczki higieniczne oraz klucze. Jak już wszystko wyciągnęłam, chodziło (oczywiście) o klucze, to rozpoczęłam rozmowę i zaczęłam otwierać szafkę. Odwróciłam się by kontynuować i nagle uświadomiłam sobie, że na tym wicedyrektorskim biurku, w sytuacji zdecydowanie oficjalnej, między mną a tym dobrym człowiekiem leżą dwa tampony. W zasadzie, to ja to skonstatowałam dopiero w momencie, gdy on się pożegnał i wyszedł.

W sumie, cholera jasna, produkt higieniczny, jak chusteczki do nosa, nieprawdaż? Na stole leżały także one. Gdybym wyciągnęła nitkę do zębów i położyła ją na tym stole, wcale bym nie czuła się zakłopotana. Ach, ta kultura, nie smarkamy publicznie, poza tymi ludźmi, którzy idąc ulicą stylowo zamykają paluchem jedną dziurkę od nosa i robią artystyczne „flu” śpikiem pod twoje stopy, ale chusteczka higieniczna – normalna rzecz. Nitka zębowa, wykałaczka, pasta do zębów – w porządku, możemy je mieć „na stanie” (na marginesie – wykałaczki są złem, szczególnie w restauracjach, ale jestem tolerancyjna). Ale tampony? Zaczyna się od języka: mam katar, coś mi weszło między zęby oraz… mam trudne dni, albo – trzeba wypowiadać to określonym tonem: źle się czuję… kobiece sprawy. I dlaczego czułam się zakłopotana? Obok leżały chusteczki higieniczne. Oba te przedmioty zaświadczały jedynie, że jestem ssakiem i czasem zbiera mi się w nosie wydzielina oraz to, że jestem ssakiem żeńskim i używam tamponów. Ta kultura mnie wkurza. Naprawdę. Proszę nie robić porównań z prezerwatywami, bo one świadczą o życiu seksualnym i leżące na stole w miejscu publicznym, w trakcie rozmowy między dorosłymi ssakami, mogą wydać się bezczelną prowokacją, a przynajmniej niestosowną propozycją, zaś tampon czy podpaska mówią wyłącznie o fizjologii. I tak sobie mówię: Polko, nic się nie stało. Raczej wkurza mnie kultura niż własna rozlazłość i bałagan w torbie. Jednak cały czas się zastanawiam, czy ten tampon, jako rzecz niemożliwa na stole, w przeciwieństwie do chusteczek higienicznych, nie jest spadkiem po żydowskich naszych przodkach kulturowych, że żeśmy nieczyste? Czy nie czas już przestać się ukrywać? Mam menstruację, mam menopauzę, mam bolesne jajeczkowanie, cholera, normalna sprawa. Naprawdę, musimy się trzymać tych starożydowskich pustynnych przesądów? Do dziś niektórzy wierzą, że ciasto drożdżowe się nie udaje, gdy kobieta ma okres, a farbowanie u fryzjera najlepiej odłożyć, aż się on skończy. Okres, nie fryzjer. No i przetworów robić nie wolno. Bo się wzburzą, zapleśnieją i sfilcują, albo coś… A może po prostu ręce trzeba myć? To by się chyba rodakom i rodaczkom tak w ogóle przydało, a nie tylko w czasie menstruacji. Miałam ochotę teraz napisać, że ja Państwa przepraszam za taki temat w czasie wakacji, ale… nie przepraszam. No, nie przepraszam i już. Nie mam ochoty nikogo szokować, to nie jest prowokacja, ja naprawdę się zastanawiam. I zmierzam do pointy, oczywiście feministycznej: dlaczego jesteśmy dyskryminowane? Proszę się nie śmiać, tylko wykazać empatią, zastanowić nad tym problemem, porozmawiać ze znajomymi. Dlaczego chusteczka higieniczna na stole nie razi, a tampon nie jest do końca stosowny, hę? Dlaczego dzieciom wycieramy noski już w żłobkach i mówimy: chodź do mamy, glut ci wisi do pasa, a jak ta pociecha znajdzie w naszej torbie podpaski, to… no właśnie – różnie bywa. Ja się naprawdę zastanawiam. Państwu, po dobroci, też radzę. Do zaś.

PS. A piszę mało, bo taka sytuacja, nazywa się habilitacja.

Published in: on 07/18/2014 at 07:14  17 komentarzy