Sam, sam, ja zawsze jestem sam, czyli Woland z westernu

zajezdzimy-kobyle-historii-wyznania-poobijanego-jezdzca

Są filmy i są filmy Zanussiego. Ogląda człowiek i się zastanawia, skąd ten nieznośny patos, skąd ten wysoki ton, dlaczego ten najwyższy z możliwych diapazon, a przy tym nuda. Nuda tak wielka, że widz byłby w stanie strzelać kulkami z papieru do obecnych much, że byłby w stanie kontemplować wzorek na tapecie przez trzysta lat, mógłby też usiąść przed pralką i wirujący bęben wprawiłby go w ekstazę i z pewnością byłoby to bardziej interesujące od filmu. Jednak, jak rzekłby Tewje Mleczarz, z drugiej strony, nie znać filmów Zanussiego, to jednak wstyd. Ja wiem, że Obce ciało czy Z dalekiego kraju, to potworna żenada, ale z kolei Struktura kryształu, Iluminacja, Życie rodzinne czy – rzecz jasna – Barwy ochronne, to jest kawał polskiego kina, obejrzeć trzeba. Trudno. Zanudzi, to zanudzi, ale nie ma zmiłuj się.

I tak samo jest z książką Karola Modzelewskiego: Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca. Tu też jest druga strona. Doskonale przecież wiemy, że legenda „Solidarności” jest zbrukana i zbezczeszczona od dawna. Nie ma mitu założycielskiego po 1989 roku. Jedni zostali nazwani zdrajcami, drudzy zwariowali, dezawuując tym samym swe szczytne osiągnięcia. Dlatego też książka Modzelewskiego jest ważna. Uhonorowana prestiżową nagrodą – może być czytana nawet z ciekawości, a to też ma sens. Sama miałam nadzieję, przyznaję, że złudną, iż na jej kartach odnajdę coś, co pamiętam przez mgłę. Jakieś uczucie dumy, dostojeństwa i wspólnoty. No, proszę się nie śmiać, ja właśnie tak pamiętam ten sierpień. A potem następny grudzień, gdy coś mi zabrano, z czegoś mnie odarto. Chciałam odświeżyć swe dziecięce wspomnienia, czy to źle?

W każdej kulturze są opowiadacze i opowiadaczki. W ich ustach, pod ich palcami, każda, nawet najbardziej banalna historyjka nabiera blasku, staje się żywa. Stary człowiek siadał na arabskim suku, za jego plecami siedział wielbłąd, który żuł i popluwał, a opowiadacz kładł na kolanach garść daktyli, zaś przed oczami otaczającej go dzieciarni wyrastały białe, wysokie do nieba minarety i cudowne pałace, piękne kobiety odziane w lekkie szaty i przyozdobione klejnotami tańczyły w marmurowych salach, zaś mędrcy w bibliotekach spisywali dzieje podróżników i zapładniali wyobraźnię kolejnych pokoleń opowiadaczy. Opowiadacze też snuli historyjki o małych chłopcach, którzy stawali się sułtanami, a czasami, pozostawali po prostu chłopcami, ale przeżywali fascynujące przygody. Bardzo mi przykro, profesorze Modzelewski, ale pan nie jest opowiadaczem (może jest pan opowiadaczem bezpośrednim, że żywy kontakt z panem daje to „coś”, ale tego nie wiem). Pan przeżył fascynującą przygodę, nie tylko pan ją widział, ale też kształtował jej fabułę. A opowiada pan tak, niestety, że aż zęby bolą. Strasznie mi przykro, ja naprawdę chciałabym posłuchać PRAWDZIWEJ historii, ale opowiedzianej tak, żebym spać nie mogła, chociaż jestem starą, zmanierowaną filolożką. Żebym znów poczuła tamto…

Najgorsza jest u Modzelewskiego ta potrzeba ciągłej analizy, a raczej autoanalizy. Tak, tak, wiem… Bez analizy faktów naukowiec to frajer- pompka. Ale, na litość bogów Olimpu, nie można warsztatu naukowego stosować w opowieści, bo słuchacze / czytelnicy, będą się czuli jak w trakcie projekcji filmu Zanussiego. Świetna historyjka (a wedle mnie historyjki składają się na historię, na opowieść) o tym hotelu obstawionym przez ZOMO. Wiadomo, że zaraz wszystkich aresztują. Modzelewski idzie do pokoju Mazowieckiego, wszyscy są świadomi tego, że za chwilę wyjdą skuci, a profesor historii spokojnie pyta: który z panów chciałby wziąć prysznic? Nikt? To ja się idę kąpać. O rany, cóż za historia. To jest naprawdę wielkie. I po prostu piękne. A Modzelewski niszczy piękno tego cudownego epizodu autoanalizą: czy na pewno postąpił słusznie, że nie powiedział o tym, o czym sam wiedział, że w więzieniu następna kąpiel będzie dopiero za tydzień, zaś wszyscy zgromadzeni w pokoju mają za sobą cały dzień obrad i są spoceni jak myszy w połogu. A większość z obecnych w tym pokoju nie ma doświadczenia więziennego, zaś Modzelewski na koniec się usprawiedliwia, że w końcu, jako recydywista, ma większe przywileje od gromady żołtodziobów. Ta autoanaliza własnego postępku niszczy całą scenę. To tak, jakby Henry Fonda w Dwunastu gniewnych ludziach, po każdej turze głosowania, na stronie, dzielił się z widzami swoimi przemyśleniami, swoim systemem etycznym i wnioskami dotyczącymi pozostałych przysięgłych. Każda piękna opowiastka Modzelewskiego, a tych jest bez liku, zostaje zniszczona żmudną i nudną autoanalizą w stylu „czy dobrze zrobiłem”. Po szóstym takim wyczynie chciałoby się powiedzieć: nie mam pojęcia, facet, czy dobrze zrobiłeś, ale nie nudź, błagam! Ja rozumiem, że to autobiografia, ale na każdej stronie początek Dzienników Gombrowicza: poniedziałek – ja, wtorek – ja… Inni – a przecież o niektórych już nic się nie dowiemy, bo umarli, potraktowani są zdawkowo. Cienką, aczkolwiek niezbyt staranną kreską. Niedosyt i smuteczek.

Chociaż, były takie dwa momenty, że wypadłam z butów. Pierwszy, niesamowicie dla mnie przydatny. Tak bardzo przydatny, że aż zrobiłam zdjęcie temu fragmentowi tekstu i będę używać go na wykładach  oraz ćwiczeniach. Chodzi o sedno antysemityzmu przedstawione na przykładzie nazwisk: Blumsztajn, Staniszkis i Szeremietiew. Chapeau bas, profesorze. Gracko pan to wyłuszczył. I to sama esencja w jednym akapicie. No, jaka zwięzłość, jaka precyzja. Aj waj, cymes prawdziwy. Drugi fragment, który mnie poruszył do głębi, do gęsiej skórki, to ten ze strony 348 – ten o bohaterstwie. Sedno. Znów precyzyjnie, w kilku zdaniach, a pociągnięte po nerwach, po ścięgnach. Zostaje w człowieku. I tak sobie myślę – więcej luzu, profesorze. Nie tak, jak powinno to wyglądać. Nie tak, że na wysokich koturnach, w których trudno chodzić. Tak –  z serca, tak – z wątroby i z nerek. Tak, jakby pan stał pod prysznicem i se „dupił fleki” do sikającej żony. To nie wykład, to biografia, to jest opowieść.

A tak przy okazji… żona. Jako feministka, nie mogę tu przemilczeć tej wielkiej, męskiej samotności, gdzie jedynie na marginesach pojawia się pierwsza żona, druga żona, która umie robić szkice wykopów i doskonale gotować, trzecia żona – dziennikarka i cierpliwa opiekunka domowego ogniska. Człowieku, obudź się! Żebyś ty mógł być rewolucjonistą i naukowcem, to ktoś musiał zapierdalać. Prać, sprzątać, gotować, wychowywać dziecko. Tak, tak, wiem… a ty w więzieniu. No dobra, trudno – taki los i pewne wybory. Nie chodzi mi o celebryckie zwierzenia. Chodzi o szacunek, chodzi o to, że jak ja jestem naukowcem czy „moja żona jest z zawodu dyrektorem”, to ktoś gotuje, a także pierze majtki i skarpetki. Ja mogę wyjeżdżać na kilka tygodni do Macedonii, wykładać i się bawić, ale w tym czasie, ktoś tam zmienia mojemu kotu żwirek. Ja nie chcę wiedzieć czy pana córka chodziła do przedszkola, czy była w domu, ale chcę wiedzieć, że pan doskonale czuje, a raczej WIE, komu pan zawdzięcza swoją uprzywilejowaną pozycję. Tak, uprzywilejowaną. Naukowcy mogą robić swoje, jeździć na konferencje, jeździć za granicę z wykładami, WŁAŚNIE dlatego, że ktoś po nich na lotnisko wyjedzie, że ktoś im koszulę wyprasuje. A pan, samotny jak szeryf z westernu… Sam, sam, ja zawsze jestem sam –  jak Woland. Szczerze powiedziawszy – gówno nie Woland, niewdzięcznik i tyle. Trzy kobiety na pana tyrały, a każda z nich dostała dwa zdania. Gdybym nie była damą, to bym powiedziała… A, nie powiem. Ale tylko dlatego, że jest pan mniej więcej w wieku mojego taty. I tata nie byłby zadowolony, gdybym w felietonie wyrazów używała. Aleś mnie pan wkurzył. Oszust więzienny dostał własną opowieść na półtorej strony (oczywiście z autoanalizą: a co ja zrobiłem jako senator), a żony… Aleś pan próżny! Aleś pan zadufany w sobie! Fuj!

Natomiast bardzo podoba mi się pryncypializm Modzelewskiego. Pisał czasem coś, co wręcz gorszyło środowisko, ale mówił wyraźnie: „takie są moje obyczaje” i robił swoje. Za to szacun. Serio, bo samam obrzydliwie pryncypialna. I rozumiem, że wartości, że środowisko, ale nie można inaczej, że nie wolno. Czasem człowiek się wygłupi, czasem wyjdzie na Katona. Ale ktoś musi. Taka robota, taki fach. Takie Katonki krótkodystansowe – bez drwiny – w końcu lata były potrzebne dla zburzenia Kartaginy, są potrzebne, bo niszczą dobre samopoczucie. Ktoś się nadyma, pieje, wznosi się na Parnas słowotwórczy, a ktoś taki jak Modzelewski patrzy, czasem zdejmuje sadystycznie kapeć i… pac. Tak trzeba. Musi być wentyl bezpieczeństwa, bo inaczej niektórzy mogliby odpłynąć. Rola niewdzięczna, ale konieczna. I tu też chapeau bas.

Uważam, że Nike się Modzelewskiemu należała. Tak samo jak Literacka Nagroda Nobla Churchillowi. Nie, nie kpię. Naprawdę. Są chwile, gdy trzeba poświęcić literaturę dla honoru. Trudno. Ale czytać się tego nie da.

Reklamy
Published in: on 07/28/2015 at 22:41  6 Komentarzy