Sigismunda Filifionka ma zaszczyt, czyli sylwestrowy kącik porad

Dziś, w ostatnim dniu roku, nasza konsultantka, specjalistka w dziedzinie zoologii fantastycznej, odpowie na najbardziej intrygujące pytania, jakie pojawiły się u nas, odkryte dzięki niezawodnemu systemowi przeglądarek. Wybraliśmy w naszej audycji te, które wydawały się nam najbardziej inspirujące. Oddajemy głos doktor Sigismundzie Filifionce (pozostawiając oryginalną pisownię pytań):

     

  1. wielkość narządów norma
  2.  

To intrygujące pytanie. Czyich narządów? Wiadomo, że na przykład olbrzymy mają większe wątroby niż hobbity. Podobnie jest z płucami. Maybachy (tu przypominam Państwu wykład o Maybachu toruńskim i gdańskim) z pewnością mają mikroskopijne serca, ale na razie nie udało się przeprowadzić sekcji żadnego z nich, aby potwierdzić ową hipotezę. Wielka szkoda dla nauki, że nie ma wprowadzonego odstrzału kontrolowanego tego gatunku.

2. pośmiertny portret Hektora

To niełatwe pytanie. I rzekłabym dość niesmaczne. Klimat Troi (najpewniej dzisiejsza Turcja) jest dość ciepły, dlatego dość szybko Hektor zaczął się rozkładać. Na dodatek proszę pamiętać, że walczył z Achillesem i z pewnością był mocno zakurzony. Na dodatek, po walce Achilles zabrał jego ciało i przywiązał je za nogi do rydwanu, to chyba nie jest trudną odpowiedź na pytanie: w jakim stanie ciało bohatera mogło dotrzeć pod namiot herosa? Ciekawym w tym pytaniu raczej są sadystyczne intencje nauczyciela, który pławi się w postmortalnych opisach, żądając od swych wychowanków drobiazgowego omawiania przecinanych ścięgien i stanu facjaty Hektora.

     

  1. czym wybielic sztuczny kolnierz
  2.  

    Sugeruję Domestos. To najłatwiej dostępny w gospodarstwie domowym skuteczny wybielacz. Do miednicy włożyć sztuczny kołnierz i zalać Domestosem. Po kwadransie kołnierz jest wybielony, jak trza… Tak na marginesie, co to jest “sztuczny kołnierz”? Czy może chodzi o kołnierz ze sztucznego futra? Kołnierz ze sztucznego tworzywa? Jednakże można jedynie domniemywać, jakie są intencje nadawcy. Sztuczny kołnierz, czyli nieprawdziwy kołnierz – hmm… nieprawdziwa rurkowana kreza? Magiczna kreza? Udaję, że mam kołnierz? Skoro udaję, że on istnieje, to mogę też udawać, że jest wybielony. I tego należy się trzymać.

     

  3. jak podnieśc uszy psa
  4.  

    Po pierwsze, z klasą, a po drugie to zależy, gdzie upadły. Jeśli upadły na trotuar należy się po prostu po nie schylić. Jeśli spadły do wazy z zupą, należy towarzystwo przeprosić i wyłowić uszy łyżką. Nie zakładać psu natychmiast, bo będą tłuste. Ogólnie sugeruje się, że podnoszenie uszu nie jest czynnością wstydliwą. Każdemu, nawet najlepiej ułożonemu psu uszy mogą upaść. Jednakże jest to stresujące dla zwierzęcia wydarzenie, dlatego po podniesieniu uszu należy psa pogłaskać.

     

  5. co robią dżdżownice w glebie (pod ziemią)
  6.  

Wszystko na co mają ochotę. Pieprzą się jak norki, grają w gry RPG, piszą listy, wybierają parlament, jeżdżą na wrotkach, gryzą ziemię, grają na fortepianach. Kilku rzeczy z pewnością nie robią: nie malują zachodów słońca oraz nie biją dzieci, bowiem w świecie dżdżownic jest to największe przestępstwo, a dżdżownica, która mówi, że “klaps jest metoda wychowawczą” zostaje skazana na karę dybów, a każda przechodząca przez rynek dżdżownica ma jej wymierzyć tęgiego klapsa w smpiternę.

Na pytanie dotyczące seksu nasza badaczka nie odpowie, bowiem stwierdziła, że pytania dotyczące tej materii były zbyt wulgarne i najczęściej nadawały się do zgłoszenia prokuratorowi („film porno kobiet z zwierzętami koni”, że o innyc, bardziej drastycznych nie wspomnimy).

W nadchodzącym Nowym Roku Pawian przydrożny składa Państwu życzenia wielu absurdalnych chwil. Momentów pure nonsensu rozświetlających Państwa twarze. Slapstickowych komedii na co dzień. Po prostu Pawian przydrożny życzy radości i usmiechu.

Reklamy
Published in: on 12/31/2008 at 17:08  8 Komentarzy  
Tags:

Posolić, popieprzyć, czyli potrawka z codzienności

 

 

 

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,6106578,Wladze_stolicy_uwierzyly_w_czarodziejskie_puszki.html

 

 

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,6107858,Hoser__leczyc_nieplodnosc_zamiast_refundacji_in_vitro.html

W końcu lutego było parę dni tak zimnych, że na ulicach pokazał się lód. Przez pewien czas koła tramwajów ślizgały się po obmarzłych szynach, a nareszcie wszystko stanęło: tramwaje, konie i podróżni.

Wtedy któryś z członków zarządu, widocznie chemik, a może i fizyk, wpadł na archimedesowski pomysł. Oto: kazał wysypać na szyny 2000 funtów soli i — wszystko ruszyło się: tramwaje, konie i podróżni.

Jeden z podróżnych, jadący w stronę ulicy Bonifraterskiej, pilnie przypatrywał się czynności solenia szyn. A gdy ruszył wagon, podróżny zaklaskał w ręce, zapienił się i wrzasnął:

— Odkryłem… odkryłem!… Kto soli, ten jedzie!…

— Coś pan odkrył? — zapytał go przestraszony konduktor, do którego, jak wiadomo, należy czuwanie nad przyzwoitością w wagonach.

— Odkryłem uniwersalne lekarstwo na wszystkie nędze i kłopoty! — wrzeszczał podróżny.

— Uwierzyłbym, gdyby mi to lekarstwo pomogło do pozyskania lepszej posady — rzekł konduktor.

— Sól pan… a dostaniesz! — zawołał podróżny, przewracając oczy w słup.

Konduktor pokiwał głową, a do podróżnego zbliżył się ktoś z zarządu:

— A czego potrzeba, ażeby skończyć interes o linię na Pragę? — spytał podróżnika.

— Solić! — zaryczał natchniony.

Zbliżyła się dama w pewnym wieku i szepnęła półgłosem:

— A… a… żeby wyjść za mąż?…

— Solić!…

Przyskoczył Żydek i począł wypytywać się coś o licytację.

— Solić!… solić! — wył entuzjasta.

     

  • A jak soli zabraknie?…
  •  

— Solić jeszcze lepiej!… Wszystko solić!… Zawsze solić! Kto soli, ten jedzie! — wołał wniebogłosy podróżny.

Ale ponieważ o swoim wynalazku mówił zbyt otwarcie, więc zamiast tramwajem ku ulicy Bonifraterskiej, pojechał dorożką do samych Bonifratrów, gdzie przyjęto go ze słowiańską gościnnością. Nieszczęśliwy kompletnie zwariował z tego jedynie powodu, że zarządom tramwajów podobało się — solić szyny!…

(Bolesław Prus)

Świat pachnie absurdem. Wszystko to, co wydarzyło się dziś zostało zapowiedziane nad raniem, gdy Pawian o 3.30 w nocy wymyślał SMS-y, które mogłyby wysyłać/otrzymać postaci literackie lub historyczne. Np.:

Idę pływać – Martin Eden

Tęsknię. Świata nie widzę – Polifem do Odyseusza

Będziesz świnią jak nie wrócisz – Kirke

Uczę się fachu u pana F. Chyba będę zegarmistrzem – Oliwer Twist

Ciągle pada – Rudy Jordache

Indyk lekko łykowaty – siostrzeniec Ebenezera

Zabiłem Hektora, ale nie mam humoru, bo mnie boli noga – Achilles

Zaczyna się burza, ale nie wyłączę telefonu, bo to przesądy – Balladyna

Dobranoc, słodki książę. Nie mogłem wpaść, będę jutro z samego rana – Horatio.

Trzeba wypić to wino, które się nawarzyło – SMS do George’a księcia Clarence od brata

Gdyby Pawian wiedział, że ruch pawiańskiego ozora w Tybecie wywoła ogólnopolską epidemię i erupcję absurdu, to by siedział cicho. No, nie, aż tak dobrze nie jest. Pewnie wpływ Marsa na kapustę, albo Jowisza na fraktale obudził drzemiącego ducha absurdu. Gdy tylko Pawian otworzył swe oczka, a było to koło południa, przeczytał poranną prasę, to już wiedział, że to nie jest zwykły dzień, a jeszcze wczoraj tak bardzo prosił o rozwagę.

Czy jest możliwe, aby w XXI w. burmistrz stolicy europejskiej wynajmował szarlatana do niwelowania skutków negatywnej energii? W sumie, jeśli przyjąć pewną optykę (wszystko solić, zawsze solić) to Pawian ma pytanie dlaczego nie przedstawiono nam wyników wróżenia z wątroby, żebyśmy wiedzieli jakie są prognozy, co do urzędowania pani burmistrz. W tej wątrobie by od razu wyszło, że urzędniczka państwowa ma niejakie tendencje mistyczne. I jest łatwowierna. Ale, to tak na przyszłość, obraz wątroby powinien być podany do wiadomości publicznej przed wyborami, żeby głupich niespodzianek nie było.

Pawian na tan przykład (dobra nie mieszka w Warszawie) nie wierzy w radiestezję, ale wierzy w woodoo. I teraz zrobi laleczkę z wosku i będzie nakłuwać panią prezydent stolicy, w główkę ją palnie igłą kilka razy. No co? Może pomoże, skoro ona jest w stanie kazać zakopywać puszki pod skrzyżowaniami? Przecież wiadomo, że magia działa na tych, którzy w nią wierzą. Jak się dobrze posoli, to wszystkie kłopoty można rozwiązać.

A co do pieprzenia? To ja tylko wspomnę o ginekologu-amatorze, udającego arcybiskupa, który od lat prowadzi badania na temat niepłodności Polek i Polaków. I wiadomo, że jak masz jedna z druga np. policystyczne jajniki to dlatego, że się puszczasz, a po drugie bo tabletki antykoncepcyjne łykasz. Jasne?

W zasadzie specjalista-ginekolog w purpurze tego nie mówi, ale można łatwo wydedukować, że bezpłodność jest karą za grzechy. I tu nie ma liczyć na pomoc, tylko żałować za grzechy łóżkowe całego życia. No, bez śmichów-chichów mi tutaj, rozwiązłe plemię z Sodomy i Gomory. Niby taki wysoki procent katolików, a wszyscy puszczalscy. Też mi hierarcha, co takie diagnozy stawia, albo w ludzi nie wierzy, albo pieprzy od rzeczy, co mu ślina na język przyniesie, wszędzie wietrząc grzech, ruję i świńskie pisemka. To pewnie jeden z tych, co kupują meksykańska odmianę “Playboya”, żeby zobaczyć, jak się ich obraża. Znaczy schizmatyk. Niby się nim nie trzeba przejmować. Każdy może pieprzyć bez sensu. Tylko jest jeden mały problem – znów absurdalny…

Jak w Polsce zabiera głos ktoś w długiej kiecce zapinanej na masę guziczków, to… odpowiedzi nie ma. Każdemu obywatelowi można odpowiedzieć, ale jedna kasta jest poza wszelkimi normalnymi obowiązkami, za to przywilejów masa. Gadają, jeden przez głupiego, takie rzeczy, że aż się słabo robi od nieuctwa, a jaki skutek?

Wezwanie do komisji bioetycznej, jako autorytety moralne. Super. Pawian też od dzisiaj zacznie pieprzyć trzy po trzy, a ma gadane, sami Państwo wiedzą. Ministrem zostanie – myk, myk.

Ogłoszenie Pawiana:

U większości polskich duchownych już od pierwszych chwil życia obserwuje się atrofię mózgu.

Co? Nie podoba się? Dokładnie takie samo pieprzenie, jak ksiądz arcybiskup raczył. A jaka różnica, że on w sukience, a ja w czerwonych spodenkach od dresiku? Hę?

Popieprzyć, posolić… A to Polska właśnie. Dobranoc. Pawian przydrożny idzie robić sałatkę.

 

 

Published in: on 12/30/2008 at 23:02  8 Komentarzy  
Tags:

To chyba z przejedzenia, czyli poświąteczna czkawka

Ledwo Pawian wylazł ze swej przydrożnej norki objedzony odgrzewanymi pierożkami, a już go jakoś dopadła skrzecząca rzeczywistość, w osobie pisarki Siedleckiej, bredzącej niby Piekarski na mękach, na dodatek jakimś koszmarnym stylem rodem z milicyjnych opowiastek z cyklu “Ewa wzywa 07”. Pawian protestuje, a skoro w telewizji jedynie Kevin po raz 118 sam w domu – czy ktoś wie, gdzie są jego rodzice? – albo inne dzieła jak “Anakonda III. Mroczne dżinsy”, albo też “Striptizerki zombie”, to co można robić? Pawian na razie pozostaje pod piecem wspomagając się kompotem z suszu, czule tłamsząc tłustawą kibić Kluski Pierożanki.

Nie wiem, jak Państwa, ale Pawiana męczy polityka. Czy naprawdę w tym roku nic się ciekawego nie działo, poza tym co Drodzy państwo wiedzą oraz np. czapeczką Tuska i głupotami Palikota? I naprawdę musimy wybierać obciachy roku i katorżniczo biczować się, że jest źle? No jest. I teraz będziemy pisać – dziennikarze i blogerski świat – jak bardzo jest źle i jak bardzo nam zaleźli politycy za skórę? I to jest nasze życie? Chyba tak, bo właśnie TO stało się ważne. Pawian myśli, że dawniej było tak samo i polityka zawsze powodowała dyskusje do bladego świtu (dlaczego starszyzna nie prowadzi nas na mamuty, potrzeba nam zmian…), ale chociaż czasem drobiazgi były milsze, a nie jakieś tam gwiazdy w rajstopkach na wrotkach. Pawian myśli o czasach, gdy na skutek długotrwałej mody archeologicznej tworzono czcionki. Czy dziś przyjdzie komuś do głowy zrobić COŚ z okazji odnalezienia rzeczywistych prochów Kopernika? Albo w bardziej spektakularny sposób zaznaczyć w prasie odkrycie mogił mistrzów krzyżackich? Zakłada się, że tego nikt nie kupi, a nikomu nawet nie przemknie przez głowę myśl, jak można sprzedać, by chcieli kupować. Przewidywalność współczesnego świata bywa przerażająca.

Pawianowi nie chodzi o to, żeby przestać się zajmować polityką, ależ skąd. Trzeba patrzeć na łapy tych, których wybraliśmy, bo to właśnie jeden z przywilejów demokracji. I Pawian z niego za żadne skarby nie zrezygnuje. I jeszcze Makowski zachęca tak smakowicie, gdy pisze “te Gópki są fascynujące”

http://www.ooops.pl/blog/?p=4534

– i temu też Pawian zaprzeczyć nie może.

 

 

Ziemniaczki wesoło perkotają na blasze, w kuchni zaczyna pachnieć zupą grzybową, a Pawian jak ostatni głupek (gópek) siedzi i klepie w klawiaturę. Wydarzenia mnożą się niby króliki, dostrzec ich migotliwą naturę nie sposób, bo przytłaczane są stosem następnych, a my grzebiemy się pod ich nawałem, niby niewprawny pływak w krajoznawczej żabce, co chwilę mając głową pod wodą, przywaleni następną ogólnoświatową, albo przynajmniej ogólnokrająwą rewleacją, która jutro stanie się już odgrzewanym kotletem. Liczy się tu i teraz oraz rozpaczliwa próba utrzymania się, co dość zabawnie brzmi, w horyzoncie zdarzeń.

Czarna dziura w centrum naszej galaktyki mniej nas szczypie w pośladki, aniżeli elukubracje na blogasku Czarneckiego. Odkrywając ślady naszej cywilizacji pewnie obce byty archeologiczne będą się zastanawiać, dlaczego byliśmy tak niemądrzy i wycinaliśmy lasy nad Amazonką i nie zajmowaliśmy się jakimś ciekawym źródłem energii, a zamiast tego odnajdują wszędzie artefakty świadczące o życiu politycznym. Co Pawianowi przypomina opowiadanie, gdy po ludzkości został jedynie film z Myszką Miki. To jeszcze nie byłoby takie złe, bo Pawian lubi gryzonie. Tak dobrze to jednak nie będzie, bo zostanie po nas kupa śmieci i debaty telewizyjne Nixona, Busha Juniora oraz, nie daj wszyscy bogowie, konferencje prasowe Ziobry. A to już jest naprawdę przerażająca wizja.

Pewnie jutro Pawian oprzytomnieje i zajmie się teraźniejszością, ale dziś, jeśli Państwo pozwolicie i wybaczycie mu poświąteczne marudzenie, a nawet – miejscami – wręcz kasandryczny ton (załóżmy, że z przejedzenia), nasz bohater uda się na z góry upatrzoną pozycję w świecie filmów sensacyjnych, muzycznych i kreskówek.

 

Published in: on 12/29/2008 at 16:00  12 Komentarzy  
Tags:

Pokrętna pochwała konsumpcji, czyli gdzie łazi duch tegorocznych świąt

A jeżeli chodzi wyłącznie o tego największego indyka? Przemiana Ebenezera była bardzo powierzchowna, kupił ptaszydło, pogodził się z rodziną, pomógł współpracownikowi… ze strachu. Zobaczył możliwe scenariusze i wymiękł. Zostawmy go więc, jako przykład zdecydowanie z ery moralności wiktoriańskiej, gdzie poczucie obowiązku łamało najtęższe charaktery i zadajmy sobie najprostsze pytanie: czym różnią się święta od codzienności?

Podejściem. Według Pawiana, do świąt już od zarania cywilizacyjnego człowiek musiał i musi się przygotować. Ma być czysty. Dobra, dobra – czysty duchowo, ja wiem, ale po co mi świeżość i dusza pachnąca eukaliptusem, skoro wszy mnie podgryzają, a w słoiku z mąką myszy się gnieżdżą?

Pawian chyba zaczyna rozumieć owa potrzebę szorowania okien, pucowania podłóg, porcelany i malowania ścian. Nie tylko, że magia (nie ta bożonarodzeniowa, ale to myślenie magiczne przodków się kłania), ale także prosta pragmatyka. Jak Pawian się zabiera do roboty, takiej związanej z wykonywanym zawodem i czeka go czas wytężonego czytania, szperania, robienia notatek, wrzasków typu: “gdzie jest żółta karteczka?” oraz wreszcie żmudnego pisania, to najpierw musi mieć posprzątane. I nie da rady inaczej. Bo jak zastanawiać się nad wstępem do Pana Tadeusza, jeśli w zlewie kuchennym formy życia wynalazły już koło i parlament? Jak pisać o kategorii piękna, jeśli podłoga niepiękne ma zacieki, wszędzie kotłują się kłaki kurzu, a Nadieżda Iwanowna ma brudny fartuszek i podkolanówki? Nie da się. Porządek zewnętrzny determinuje uporządkowanie umysłu. I w związku z tym, Pawian sobie myśli, że rozumie tych ludzi, którzy w święta chcą widzieć nieskazitelnie białe firanki, lśniące podłogi. I dlatego nie ma zmiłowania przedświątecznego. Trzeba lecieć z dywanem i trzepać. Docenia się wówczas pachnące Ajaxem, Vizirem – i czym tam Państwo chcecie – własne cztery kąty. A także ten satysfakcjonujący ból ścięgien, kości i mięśni. Pawian przeprasza, ale woli, żeby go mięśnie bolały po pływaniu w basenie, zamiast od szorowania kafelków, ale stara się być empatyczny. Nie wyszło? Trudno!

Natomiast nadal pozostaje do rozwiązania kwestia gargantuicznych zakupów. Pawian dziś widział, jak jeden obywatel zapychał z wielgachnym dywanem, że tylko mu nóżki spod spodu sterczały, a czubki paluszków żałośnie usiłowały przytrzymać wielki rulon, aktówkę, a także ze trzy kilo mandarynek. Biedaczek ów wzbudził gorące współczucie Pawiana, który zazwyczaj skłonny jest wyśmiewać wysiłki rodaków, aniżeli chwalić ich heroizm.

 

 

 

Oczywiście pytanie jest proste: dlaczego aż tyle? Dlaczego trzeba kupić telewizor, wykafelkować łazienkę. Pawian nie wie, dlaczego nowy dywan lepiej wygląda przed świętami, aniżeli po nich, ale nadal próbuje wyczuć bicie pulsu wszechświata. Może odpowiedzią są rytuały, nad którymi się nie zastanawiamy? Pawian opowiadając młodzieży o różnych sprawach związanych z XIX wiekiem, dostrzega brak perspektywy z ducha Junga – czyli brak pamięci pokoleniowej. Skoro młodzi ludzie nie mają pojęcia skąd wziął się karp i choinka, to dlaczego żądać odpowiedzi na pytanie skąd nowy dywan? Brak pamięci dłuższej niż dwa pokolenia – widoczna, jak na dłoni potrzeba tłumaczenia żyjącym, skąd wzięły się ich zwyczaje, dlaczego postępuja tak, a nie inaczej. Bo inaczej można myłnie zakładac, że przed narodzinami Chrystusa, to jedynie dzicz i skóry z mamuta.

Skąd nagły przypływ chęci konsumowania? Pawian dochodzi do wniosku, że trend ów w sumie jest zrozumiały. Nowość jest świętem, zmiana jest znakiem rytualnym. Tak właśnie np. w religii judaistycznej, corocznie wygarnia się z domu chamec, poszukując symbolicznej postaci “starego” nawet w dziurce od klucza. Kupienie dywanu w trzeci weekend listopada nie oznacza nic, natomiast tuż przed świętami daje do myślenia. Dlatego proszę nie obruszać się na tłok w supermarketach, na wiercenie w ścianach – to właśnie znaczy, że człowiek wstępuje jako nowa istota w rytuał przemiany. Proszę się nie denerwować, że dusza powinna najpierw, a ciało mniej ważne. Każdy wygląda jak potrafi, jak zauważyła Beata Krupska w Scenach z życia smoków. Pawian wie doskonale, że to wytłumaczenie tłumów biegających po mieście, niby armii oblegającej Akkę nie przekonają nikogo, ale… Pawiana po prostu wkurza potępianie w czambuł wszystkich z koszykami, z siatkami, z wiertarkami udarowymi itp. Nie wyszło? Trudno!

Pawian zostawia powyższe rozważania, przyznając, że miło się gaworzyło dziś o potrawach wigilijnych z Lwiątkiem, Sąsiadką i Łasicem w “Puzoniku”. Wówczas święta stały się, jakieś bliższe, o wymiarze osobistym. Jednakże wszystkie życzenia o łasce bożej, aniołach i dzieciątku skutkować będą ostro – Proszę Państwa, ateiści to także ludzie, mają wolne, dobrze się bawią w święta, mają rodziców i czasem przełamują się opłatkiem, nie widząc powodu do nadymania się. Jednakże proszę pamiętać o tym, że niewierzący też są wśród nas i nie chodzi o to, że są zagubionymi owieczkami, które trzeba przekonać szumem anielskich skrzydeł. Proszę także o pamięć, iż Pawiana i jemu podobnych wszelka magia nie dotyczy… A po pierdyliardzie życzeń o łasce bożej, to Pawian ma ochotę jedynie ciąć brzytwą, ze względu na brak wrażliwości społecznej. Jasne? Wystarczy po prostu: Wesołych Świąt…

Dziękuję – Pawian przydrożny.

Published in: on 12/24/2008 at 00:29  13 Komentarzy  
Tags: ,

Sami zboczeńcy, czyli wolne skojarzenia w szale ku chwale…

Linków Pawian nie poda, bo głupoty propagować nie ma zamiaru. Najpierw było doniesienie, że Paweł Małaszyńki (kimkolwiek jest – proszę Pawiana oświecić) obraził uczucia religijne, nawiązując w czasie sesji zdjęciowej pozą i makijażem do postaci Chrystusa. Pawian zdjęcia zobaczył. Nie przypomina – Pawian miał skojarzenia z kiepskim bokserem, albo z ofiarą jakiegoś reżimu, ewentulanie z ofiarą przemocy domowej, ale z pewnością nie biblijne. Trzeba jednak pamiętać o starym dowcipie o Jasiu, wiewióreczce i katechetce. Każdy widzi, to co chce. Pawian myślał zawsze, że takie skojarzenia to w testach Rorschacha, albo u psychoanalityka na kozetce. Widocznie Pawian się mylił, teraz to materiał dla żurnalistów. Już Pawian widzi oczyma duszy tytuł wielki na pierwszej stronie w “Fakcie”: “Wydłubał sobie oczy, bo to co widział, obrażało jego uczucia religijne”.

Potem Pawian przeczytał, że katolicki publicysta zagłębia się (jakkolwiek nieprzyzwoicie to brzmi) w meksykańską wersję “Playboya” i także widzi tam profanację. Pawian nie ma zamiaru szukać meksykańskiego pisemka z roznegliżowanymi paniami, tylko zadaje pytanie: dlaczego katolicki publicysta TAKIE rzeczy ogląda? Pawian nie rozumie. Pawian jest rozpustnym zwierzęciem, lewakiem, stoi tam gdzie ZOMO, ale nawet do tej pory nie wiedział, że w Meksyku “Playboy” wychodzi. A niech wychodzi, Pawianowi ta informacja na nic, kupować ani oglądać nie ma zamiaru. Pawian jedynie nie rozumie, skąd w ludziach tyle obsesji na punkcie seksu. Pawian jakoś nie widzi w kioskach pisemek z rozebranymi paniami i panami. Może są, może ich nie ma. Widocznie są na innej półeczce niż kupowane przez Łasica pisemka fotograficzne i te związane z urządzaniem domu oraz “Polityka”. Pisma branżowe Pawian czyta w bibliotece, albo kupuje w miejscu pracy. A jak wygląda ostatnia okładka polskiego “Playboya” nie ma pojęcia, bo jakoś mu w oko nie wpadła. Widocznie ma kiepskie oczy, w przeciwieństwie do innych, którzy nawet na drugą półkulę, w poszukiwaniu nagich biustów obrażających ludzkość, się zapuszczają. I proszę mi nie mówić, że modelka wygląda jak Matka Boska, tylko z dekoltem, bo śmiechem monitor zapluję. Zboczeńcy, jak mi bogowie wszyscy mili, banda zboczeńców. Widzą gołą babkę, albo chłopaczka ze zdefasonowaną buzią i zaraz myślą o religii?

A jeśli na przykład pani od pogody przypomina św. Zytę, a nieprzystojnie uda obnaża? A jeśli sprawozdawca sportowy wygląda jak św. Kazimierz, a wiemy, że ma kochankę? A taka jedna pani minister, to wypisz-wymaluj św. Katarzyna ze Sieny… Brzmi absurdalnie, nieprawdaż? Podobnie jak te historie z odbiciem świętych wizerunków na szybach, gdy pół osiedla przed zaciekiem klęczy i klepie litanię.

 

W poszukiwaniu herezji katolicki publicysta nie boi się na goliznę patrzeć. Chyba grzeszy, ale pewnie znów Pawian nie pamięta o relatywizmie katolickim, że w słusznym gniewie oburzenia to i film porno pewnie można oglądać. Bo to nie dla przyjemności i chuci. To jedynie przykry obowiązek, by zło napiętnować. Idziesz sobie człowieku do EMPiKu, za “Hustlerta” łapiesz, a obok ciebie… Tak, tak, nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji. Ty ślinę toczysz z pożądliwości, pot cię oblewa z rozpustnej rozkoszy,na przykład  na widok podwiązek znanej sportsmenki, a obok ciebie poszukiwacze profanacji. Wszędzie ją zobaczą, tak jak ci radni LPR-u w teatrze Wierszalin zobaczyli św. Wilgefortis i złożyli doniesienie do prokuratury, że ktoś Jezusowi goły biust doprawił. Przybyli, zobaczyli, skojarzyli… głupio.

Proste jest wytłumaczenie szkoły otwockiej, które mówi, że ciągłe mówienie o seksie sygnalizuje tłumioną obsesję, tak jak to było w przypadku pewnego wiceministra, który notorycznie widział gejów. Od rana, do nocy z obrzydzeniem myślał o świństwach, które wyczyniają podczas baraszkowania w pościeli. Tak się katował biedaczek swą zbyt bujną wyobraźnią, że spać nie mógł, tylko kotłujących się gejów widział i ich paskudne zabawy.

Szkoła falenicka zaś, na takie dictum, po prostu wzrusza ramionami i strzela kilka fochów. Obsesja to fakt, ale skąd ona się bierze? I tu Hund jest begraben, bo Pawian nie chce iść za daleko, ale kwestia sięga znacznie głębiej. Otóż, religie, w których nie tylko, że nie ma wyobrażenia bóstwa, ale nawet wymówić jego imienia nie wolno, mają łatwiej. Religie chrześcijańskie mają zadekretowane wizerunki świętości. Maryja ma niebieską sukienusię, Chrystus czerwoną, Bóg-ojciec to z brodą, jak w krakowskim kościele franciszkanów, a Duch św. To gołąbek. Jasne? I z pewnością nie jest to duszyca, bo za takie pomysły, to się szło na stos. Św. Łukasz maluje albo pisze, św. Marek chadza z lwem, a św. Piotr prawie zawsze jest łysy, poza takimi wygibasami, jak u El Greco. Kwestię tradycji w porządku wschodnim i zachodnim omińmy, bo Państwo i tak rozumieją o co Pawianowi chodzi.

I co dalej? I co z tego wynika? Ograniczenie wyobraźni. W zasadzie trudno pomyśleć, że Bóg jest bezpłciowy – o czym wspominają teologowie. Często myśli się o nim tak, jak Wyspiański wywitrażował. W następstwie tych ograniczeń, jeden z drugim wrzeszczy, że bóstwo widzi, a reszta za nim, jak wierne gąseczki: i ja, i ja też widzę. Pawian się tylko znów dziwi, bo tu mamy do czynienia, jak na dłoni z faktem, że Biblii się nie czyta, bo chociażby stwórca się Mojżeszowi objawił, jako krzak płonący. Trochę wyobraźni, na miły Bóg, chciałoby się wrzasnąć. Czy szkoła falenicka dochodzi do jakichś konkretnych konkluzji? Poza brakiem wyobraźni i dostrzeżeniem, że niektórzy wierni mają wyraźną obsesję seksualną, związaną z tabuizacją seksu, relatywizmem i walką z pokusami w postaci nieskromnych myśli? Jak pisał Wańkowicz, wychodzą z tego boju utytłani, jak świnie, a czasem przegrywają. Pawian, podobnie jak imiennik jednego z Trzech Królów, woli się pokusom poddawać, potem otrząsnąć nieco wzburzone piórka i iść dalej. I proszę teraz nie wrzeszczeć, że jestem niemoralna. Ja? To ja wszędzie widzę gołe bóstwa? Niech się wstydzi ten, co widzi. Ja tam mam bujniejszą wyobraźnię, szczególnie w zakresie seksu.

Zniesmaczona szkoła falenicka (w osobie Pawiana) woli przygotowywać się do spotkania z rodziną, kupować prezenty, bawić się tradycją symbolizowaną przez drzewko iglaste, a nie zberezieństwa czynić i z wysuniętym do przodu nosem, z zamglonym spojrzeniem po stronach internetowych latać, czaić się po sklepach erotycznych i za regałami z rozebranymi pisemkami w poszukiwaniu hipotetycznego obrażania abstrakcyjnych uczuć religijnych. A choinkę ubierać jeden z drugim, a szopkę dziecku pokazać i objaśnić, a wspomóc biednych, chorych i ubogich, a nie dupy oglądać. Świńtuchy!

Published in: on 12/22/2008 at 15:12  14 Komentarzy  
Tags: ,

Zamieszanie w stylu sycylijskim, czyli ilość psów nieograniczona

Jak Państwo doskonale wiedzą, pawiańscy rodzice mieli dwa rozpieszczone kundysy: Dużego i Księciunia. Duży był grzybiarzem i filozofem, a Ksieciunio jest typem mocno machiavellicznym. Po niespodziewanej śmierci Dużego (miał dopiero osiem lat), z powodu wady serca nabytej w dzieciństwie, na podwórku i w domu stała się wielka żałość i rozpacz. Księciunio nie pozwalał nawet pawiańskiemu tatusiowi iść po mleko, bowiem zaczynał wycie i rzucanie się na trawę. Pawiańscy rodzice wytrzymali dwa dni, a potem, po naradzie, ojciec pojechał do pobliskiego bidula psiego i przywiózł Ogryzka. I nastał spokój. Niestety, chwilowy.

Ogryzek został otoczony miłością i opieką, bowiem, jak mówiła pawiańska matka: “jest jak Jean Valjean i ma za sobą ciężkie przeżycia, a także nawyki więzienne”. Żeby tak było! Ogryzek okazał się babiarzem i powsinogą. Pawiana nie dziwi, że typek z opadniętymi uszkami trafił do psiego pierdla, bo pewnie poprzedniej rodzinie zwiewał tak często, że aż na dobre. Pawiański tatuś notorycznie jeździ na rowerze, w poszukiwaniu drania, któremu kroi się z całą pewnością wiosenna kastracja. Pawiańska mamusia zaś wypłakuje oczy przy kuchennym oknie, bo: widłami przebili, samochód przejechał, psy zagryzły i nie jadł śniadania, a jest taki mały. A zwyczaju, żeby ktokolwiek był przywiązany do budy, w pawiańskich włościach nie ma i nie będzie, bowiem cała rodzina ceni sobie nad wyraz wolność jednostki, nawet jeśli łączy się to z kłopotami. Po następnej naradzie doszliśmy do wniosku, że możemy się tylko starać się bardziej.

Trzy dni temu Ogryzek zwiał. Znów chodziło o płeć piękną, chociaż, kto go tam wie, może jest karciarzem? I cała historia zaczęła się od nowa. Rower, poszukiwania, telefony z serii: ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, łzy przy oknie, bezsenność. A także, jakby wszystkiego było mało, to oczywiście pojawiły się też ataki histerii u Księciunia.

Pawiański tatuś zasępiony poszedł dziś rano do wujka Wawrzyńca. Już nawet przestał wierzyć, że powsinoga się znajdzie, bo nawet uruchomione wszelkie, nawet najbardziej uśpione kontakty nic nie stwierdziły, a sieć informatorów rozciągnięta w okolicznych wsiach nadal niczego nie donosiła. Wujek Wawrzyniec, który sam jest właścicielem pięciu psów, z których każdy został znaleziony i przygarnięty, rzekł:

– Słuchaj, ja mam jednego psa małego, który goni kaczki, co moją żonę (ciotkę Iluminatę), doprowadza do szału. Weźmiesz go? Znalazłem go w worku, pod lasem. Pamiętasz, wtedy jesienią.

Pawiański tatuś doszedł do wniosku, że z ciotką Iluminatą, to żaden pies nie powinien zadzierać, w naszym domu miejsce się akurat zwolniło, głupio i bez sensu, ale właśnie tak się stało, a Ksieciunio wyje. Mruknął więc do wujka Wawrzyńca:

– Dawaj – szczeniaka za pazuchę próbował wsadzić, chociaż ten nie bardzo chciał się tam zmieścić, bo pupsko ma tłuste. Potem przez las i pola do domu wrócił i co zobaczył na podwórku?

Obraz nędzy i rozpaczy, bowiem w międzyczasie agenci terenowi donieśli, że powsinoga, znaczy Ogryzek, zmierza drogą w kierunku niewiadomym. Pawiańska siostra, kurzgalopkiem, pobiegła przez zboże, bo we wsi Moskal stoi i drania ciupasem przywiodła na postronku do domu, całą drogę klarując mu, na co się narażał.

 

Finał? Ogryzek ma szlaban. Totalny szlaban i wizytę u weterynarza dość bolesną, bowiem okazało się, że ma mocno stłuczoną nogę. Pawiański tatuś rzekł, że po tym wyczynie to Ogryzek nawet nie będzie mógł samodzielnie oddychać, a o spuszczeniu go ze smyczy w czasie spacerku, to niech nawet nie śni, a wiosną na bank pożegna się z męskością. Księciunio tańczy ze szczęścia, bo jego kumpel do domu wrócił z tułaczki, a na dodatek dostał własne psie dziecko do zabawy. Nowy szczeniak (mający około trzech miesięcy) przeżywa okres plebiscytowy, bo namyślamy się nad odpowiednim imieniem (na bogasku nazwiemy go Otello, bo wygląda na Maura). Pawiańska mamusia pasie malucha, Księciuniowi też nie odmawia kolejnej przekąski, Ogryzka zaś, po chwili wrzasków i spazmów, traktuje jak rekonwalescenta. Na wsi znów spokój, tylko liczba psów się zmieniła. No bo chyba to jasne, że nie oddamy szczeniaczka, bo przecież ciotka Iluminata… Sami Państwo rozumieją. Ona nie ma cierpliwości do psów, które są dziećmi i gonią kaczki. A pawiański tatuś piłuje deseczki, na kolejną, ocieplaną budkę na podmurówce.

O czym donosi, liczący z pietyzmem wszystkie psy na paluszkach – Pawian przydrożny.

dscf4648a

dscf4984a

dscf4917a

Published in: on 12/20/2008 at 17:21  13 Komentarzy  
Tags:

O infantylnym poczuciu własności, czyli o meandrach polszczyzny

Pawian przeczytał tekst u Pani Joe –

http://strachprzed.blox.pl/2008/12/tygrysy-Europy-vs-bozupa.html – i zupełnie nie à propos zaczął nabijać się ze zdania, które wystąpiło w jednym z przywoływanych notce artykułów i nie zostało poprawione przez dziennikarza:

 

“Młody mężczyzna z Białegostoku stanął w obronie swojej kobiety, którą zaczepiał ten siwy pan”. Po pierwsze, Pawian się zastanawia, skąd pracownik restauracji wie, jaka relacja łączyła gości przebywających w restauracji? Za czasów Pawiana mawiało się o pani towarzyszącej panu w lokalu (albo odwrotnie) ponieważ mogła być to rzeczywiście JEGO ciocia, albo kuzynka, ale też np. zupełnie przypadkowo poznana ladacznica lub zaproszona po spektaklu primabalerina, zaś zaimków dzierżawczych używa się tylko wtedy, gdy chodzi o przynależność lub typ relacji. A to najpierw trzeba wiedzieć. A nie zaczynać hipotezy, że skoro pani z panem do lokalu rozrywkowego przyszła, to mówią o sobie: mój ci jest!

Zaimki dzierżawcze są przydatne, bowiem kiedy mówimy: to ciocia/ to wuj, to zaraz narzuca się pytanie czyj/czyja? Zenka? Prezydenta? Sklepikarza? Trzeba doprecyzować. A co oznacza fraza moja kobieta/mój mężczyzna, które są wielce obrzydliwe?

Zacząć należy od słów “kobieta” i “mężczyzna”, które słownik definiuje jako dorosłe osoby danej płci. Biologicznie rzecz ujmując są to samce i samice ludzkie. Tak jak locha i knur, albo basior i wadera, badylarz i klępa. Język polski być trudna, dlatego nie wszystkie ssaki mają osobną nazwę gatunkową, a osobną określającą ich płeć. Znacznie częstszym przypadkiem jest, gdy nazwa gatunku jest jednocześnie nazwą samców, a nazwa samic powstaje przed dodanie końcówki żeńskiej: osioł i oślica, lew i lwica, kot i kocica. Dla zamieszania dodać należy jeszcze przypadki, gdy nazwa gatunkowa jest nazwą męską, a żeńskie osobniki mają zupełnie inną: pies i suka. Wystarczająco to skomplikowane, a Pawian oznajmia, ze schody jeszcze się nie zaczęły.

Występowanie w ludzi w funkcjach i rolach komplikuje rzeczywistość, już i tak niezbyt prostą: “Moja żona jest nauczycielką, a jej ciocia jest porucznikiem”. Proszę się nie dziwić, że cudzoziemcy uczący się polskiego rwą codziennie włosy z głowy, zadając pytanie, dlaczego ciocia żony jest mężczyzną. Pawian nie wie, ale dlatego właśnie kiedyś Państwu opowie o przydatności końcówek żeńskich.

W każdym razie w relacjach międzyludzkich najczęściej występujemy w jakiejś funkcji. Pawian jest całą masą osób, to czasem jest nawet schizofreniczne, gdy jest się córką, siostrą, sąsiadką, podwładną, współpracowniczką, koleżanką, przyjaciółką etc. i pierdyliardem różnych postaci dla różnych osób. Jednakże pawiańska mamusia przedstawiając mnie powinna powiedzieć: to MOJA córka, bo sama mnie własno- może nie ręcznie urodziła, a mój szef zaś powie: to moja pieprznięta współpracowniczka. Prawda, że ten system działa? Blogerką nie jestem niczyją, chyba, że ktoś z WordPressa by rzekł: A Pawian? To NASZA blogerka. I tyle.

Dlaczego więc Pawian się tak burzy na sformułowanie “moja kobieta” i “ mój mężczyzna”? Po pierwsze dlatego, że mamy wiele słów na określenie zażyłości w relacji, a nawet statusu tej relacji. Proszę zobaczyć różnicę między: “to moja ciocia” a “to moja ciotka” lub “to moja przyszywana ciocia”. Blisko, ale nie to samo.

Obojętnym językowo jest także fakt relacji uczuciowej homo- lub heteroseksualnej. Problem dokładnie ten sam. W relacjach uczuciowych można rzec coś o (tu zaimek dzierżawczy) narzeczonej (Pawianowi się nie chce, ale proszę sobie dopowiadać drugą płeć biologiczną, bo jest tak samo), sympatii, kochance, kopulantce, konkubinie, żonie, partnerce – co się komu żywnie podoba, a jednocześnie oddaje sedno. Dlaczego nie moja kobieta/mój mężczyzna? Ano dlatego, bo jest to infantylne przeniesienie relacji młodzieńczej typu mój chłopak/moja dziewczyna, które są równie idiotyczne językowo, ale z drugiej strony zrozumiałe, bowiem w wieku licealnym (gimnazjalnym, podstawówkowym, przedszkolnym) trudno o precyzję określenia relacji, a poza tym chyba świat nie jest jeszcze gotowy na narzeczonego sześcioletniej Agatki, która ma plecaczek z misiem i krzywe kucyki, jednakże pruderyjnie akceptuje jej szczerbatego chłopaka Antoniego. Podobnie też świat nie zaakceptuje jej dziewczyny – Edytki, ale to już sprawa nie związana z językiem, dlatego dziś zostawmy ją na boku.

Po drugie Pawianowi nie podoba się ta “moja kobieta” i “mój mężczyzna” z powodów ideowych, a dokładniej mówiąc feministycznie mu się to nie podoba. W skrócie rzecz ujmując to ten “mój mężczyzna” językowo jest po prostu samcem – czyli typ relacji sprowadzony jest do najprostszych czynności biologicznych, związanych z płcią. Proszę nie wmawiać Pawianowi, że należy do gatunku pruderia pospolita, bo nie o to chodzi. Pawian akceptuje słowa kochanka, kopulantka, nałożnica (kochanek, kopulant, nałożnik) i inne sygnalizujące rodzaj łączącej ludzi relacji. Ależ proszę, propagujcie sobie Państwo – róbta co chceta, bo Pawian Wam nie wróg, a jedynie chyba purysta.

“Mój mężczyzna” i “moja kobieta” są wytworem czystego patriarchatu, bowiem sprowadzają relacje uczuciowe do płci. I prowadzają się ludziska trzy lata, byli już na obiadku u rodziców, mieszkają razem od dwóch lat, konto mają w banku wspólne, a okazuje się, ze są dla siebie wyłącznie samcem i samicą. Sprowadzili piękno relacji rozumnych ludzi to samej biologii. Pewnie dopiero jak staną się mężem i żoną (wyłącznie!), to odzyskają wymiar duchowy. A niech was gęś kopnie! To jest obrzydliwe. Tchórzliwe. Patriarchalne. Wyrażające chęć dominacji nad drugim, zawłaszczenia go (przynajmniej językowego), zakwalifikowania jako zwierzęcia. Niewolnictwo słowne. Paskudne, nieprawdaż? I ukazujące, że osoba wypowiadająca takie słowa jest głucha jak pień. Jest niekompetentnym użytkownikiem języka. Jeśli nadal ktoś nie widzi, że ciocia, wuj, matka, narzeczony, konkubina (z zaimkiem dzierżawczym) są określeniem relacji, a “moja kobieta” i “mój mężczyzna” są kolejną wulgaryzacją języka, to ja przepraszam i nic już zrobić nie mogę. Już wyginęły takie słowa jak kum, swat i dziewierz. Wykończmy jeszcze inne relacje oznajmiające stopień zaangażowania uczuciowego. Bawmy się dalej w kształtowanie nowomowy. Wulgaryzujmy, pokazując, że jesteśmy niekompetentni językowo i mamy w dupie piękno języka ojczystego.

Feminizm (między innymi) zaś oznacza, to jedynie dla przypomnienia (bo przecież tyle już razem przeszliśmy), walkę z systemem, w którym na każdym kroku się zaznacza, że najważniejszym kryterium różnicującym ludzkość jest płeć. O czym zawiadamia (lekko zażenowany) – Pawian przydrożny.

 

 

Published in: on 12/19/2008 at 16:12  20 Komentarzy  
Tags: , , ,

Polak za kierownicą, czyli gwarantowane kłopoty

 

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Komorowski-nie-kontroluje-kierowcy-ani-licznika,wid,10676668,wiadomosc.html?ticaid=1728b

Tak, tak, Pawian wie, że mamy Kubicę. Jednakże wie też, że każda, najgorsza nawet łajza, jak wsiada do swego mustanga mechanicznego, to jest jak Wołodyjowski w szarży na pohańca, bowiem Polak na zagrodzie równy wojewodzie, nawet jeśli ten stolec zwie się seicento. Wiedzą o tym nasi politycy, jak Kurski, czy niefortunny pasażer, marszałek Komorowski, który zamiast powiedzieć, że przeprasza, jakieś facecje wyczynia, dziwnymi związkami frazeologicznymi o “ograniczeniu poczucia grozy” się bawi, zamiast ograniczeniem prędkości się zająć i własną kulturą, niejako przy okazji.

Kurski natomiast ułaskawiony został jednym gestem przewodniczącego, co zaraz przywołuje, rzecz jasna, wspomnienia z czasów PRL-u, gdy każdy partyjny kacyk stał ponad prawem. I już nawet nie dziwi, że prawi i sprawiedliwi, potępiający czasy błędów i wypaczeń, sami zachowują się dokładnie tak samo, bowiem lewactwo zawsze miało tendencję do bezhołowia. Nawet melexami po Cyprze jeździć nie umieją, chociaż to ostatnie Pawian jest gotów zrozumieć, bowiem, jak Polak wypije, to dusza w nim wyje i wsiadać na koń gotów, bolszewika gonić, szabelką wywjać. A jak koni nie ma? No… to niech będzie i melex. Zawsze to jakiś tam koń mechaniczny. Ułani, ułani, melexowe dzieci, niejedna aferka za wami poleci.

Święta już niedługo, znów policyjna akcja “Znicz”, a może jakieś inne światełko? Owszem, z pewnością będzie. A nawaleni jak stodoły obywatele, a nawet i ci trzeźwi, tylko wielce zgłodniali wigilijnych potraw, będą sieć zgrozę i spustoszenie na polskich drogach.

Typowe polskie wady za kierownicą? Poza tym, że wyjechanie z podporządkowanej graniczy z cudem? Imię ich – legijon.

Przede wszystkim nieszczęsna liczba 80 – tak samo przez wieś, tak samo przez las, mokradła i oczerety, tak samo koło przedszkola. A jak już taki jeden z drugim autostrady kawalątek zobaczy, to nawet z dychawicznej skody będzie wyciskał ostatni dech, szusując, rzecz jasna lewą stroną, jakby się w Anglii rodził. Tak, prawym pasem wstyd jeździć. Trędowatym on bowiem jest. I dlatego wszystkie ciężarówki, półciężarówki i im podobne zapychają środkowym, a nawet lewym. Albośmy to jacy tacy?

Oczywiście świetnie krytykujemy, że baba za kierownicą, że blondynka, że jak jedziesz pętaku w ząbek czesany? Ostatnio Pawian jechał taksówką z bardzo rozmownym kierowcą, który ciągle zwracał się do Pawiana:

     

  • A widzi pani, jak to bydło jeździ?
  •  

Jak pewna pani za daleko wyjechała zza okopu samochodów parkujących, gdzie popadnie, to tylko prychnął:

     

  • Blondyna! Do garów, a nie do wozu.
  •  

Pawian się przyczaił i czekał na odpowiednią okazję. Gdy kierowca wymusił pierwszeństwo, wyjeżdżając z podporządkowanej, Pawian mściwie syknął:

     

  • Blondyn! Kanarki doić, a nie do wozu – co spowodowało jedynie wściekłe łypanie we wsteczne lusterko i szeroki uśmiech złośliwego Pawiana.
  •  

Czy można się dziwić, że jeździmy, jakby nas ktoś codziennie szalejem pasł? Czy elity polityczne wyznaczają styl jazdy, poczynając od “pomroczności jasnej”, która ogarnęła syna byłego prezydenta, a na ostatnich ekscesach kończąc? Pawian na to drugie pytanie nie może odpowiedzieć twierdząco. Wszystko jedno, czy marszałek Sejmu, poseł, sołtys z Bębła Wielkiego wracający z chrzcin wnuczki, dziennikarz motoryzacyjny we włoskim samochodzie, czy też zwykły Jan Kowalski.

Pawianowi się wydaje, że taka jazda na polskich dróżkach, to niejako cześć składowa naszej mentalności. Egoistycznego nastawienia wyłącznie na własne potrzeby, surowego oceniania innych, przy jednoczesnym niedostrzeganiu belek piętrzących się we własnych oczodołach, a także kompleks niższości, nawet, gdy jedzie się hondą legend.

– Wystarczy popatrzeć na rodaków rozbijających się wózkami w supermarkecie, by dojść właśnie do takich wniosków – sapał Pawian, przeciskając się między zapatrzonymi w dobra wszelakie, między wózkami wypełnionymi towarami kolonialnymi i nie tylko, z których każdy tarasował przejście. A gdy już odsunął wózek pewnej pani, zajmujący ostatni wolny metr kwadratowy sklepu, otrzymał jedynie spojrzenie, które miało wzbudzić wielką bojaźń w naszym bohaterze.

– Bóg się rodzi – Pawian niepewnie zezując na boki, próbował załagodzić sytuację, uderzając, jak mu się wydawało, w czuły punkt, a nawet, sedno tej całej gorączki.

Jednakże usłyszał tylko jakąś przelotną uwagę zakończoną na “mać” i dlatego doszedł do wniosku, że jednej, jedynej, zgrzewki wody mineralnej już chyba nie kupi. Pawian nigdy nie miał siły przebicia, ale nie martwił się tym faktem, bowiem dzięki znajomości języków martwych wiedział, że nec Hercules contra plures. Nici z samarytańskiej działalności Pawiana. Osoba, która prosiła go o mineralną dostanie dwie butelki przyniesione z pobliskiego sklepiku, do którego szał i amok jeszcze nie dotarły. A Pawian po prostu, przed świętami, pójdzie tam jeszcze kilkanaście razy. Nielogiczne. Owszem, ale skuteczne. I to wszystko właśnie Pawian opowie każdemu, kto go spyta, dlaczego uważa, iż Polacy nie są dobrymi kierowcami.

NO DLATEGO!

Published in: on 12/17/2008 at 19:34  20 Komentarzy  
Tags:

Polityczna poprawność, czyli podskakuj z pomponami

Każda kobieta powinna być przepełniona wstydem przez samo tylko myślenie, że jest kobietą.

(św. Klemens z Aleksandrii)

 

 

W miejscu pracy Pawiana założono drużynę sportową, a dokładniej mówią – piłkarską. Raz w tygodniu koleżeństwo naukowe z różnych instytucji, które nie tylko chce mieć rozwiniętą sieć neuronów, ale także muskulaturę będzie się spotykać i w krótkich majtasach bawić się z piłeczką. Żeby sprawa była jasna – owszem, ze dwóch kolegów to cos tam trenuje, ale reszta to jedynie zajmuje się pomnażaniem własnego tłuszczyku w partiach mięśnia piwnego. Pawian ogólnie nie ma za złe, raczej się cieszy, że nawet ostatnie łajzy dostrzegły potrzebę ruszania ciała z posad świata, a nie tylko dyskusji o dyskursie, w oparach i kłębach dymu nikotynowego oraz wlewania w swe przepastne trzewia gargantuicznych ilości piwa.

Pawian w piłkę w sumie grać nie będzie, szczególnie z tego powodu, że jest hobbitem i pod siatką przechodzi mocno wyprostowany, na co komu taki zawodnik, którego łatwo piłką zatrzasnąć, a także stanowi śmiertelne zagrożenie, nie będąc widziany przez kolegów z własnej drużyny. Na dodatek Pawian ma własne sporty, na które uczęszcza regularnie, dwa razy w tygodniu, dlatego też znalezienie czasu na jeszcze jedną rozrywkę, byłoby porównywalne do kupna kolejnej kozy poleconej przez rabina. Jednakże napotkani na korytarzach koledzy serdecznie zapraszali Pawiana na rozgrywki. Nawet obiecywali, że zajeżdżać pod dom Pawiana będą, by nie musiał się fatygować pieszo, albo komunikacją miejską, której nasz bohater nie znosi. Pawianowi zrobiło się miło, że ma takich miłych kolegów i już rozglądał się za swymi obciachowymi biało-pomarańczowymi adidaskami, polarowymi spodenkami oraz różową koszulką pawiańską, w której od niepamiętnych czasów uprawia się sporty. I już, już nasz bohater miał ruszyć na parkiet, by zostać honorowo zatrzaśnięty piłką, gdy zobaczył to coś…

Pawian staną na korytarzu i zobaczył zaproszenie na te sportowe uciechy. Było ono sformułowane w duchu męskiej wspólnoty, poczucia falliczności, a także rosnącego ego. Wszędzie tam stało, że zaprasza się KOLEGÓW, a wyraz ten był odmieniony przez przypadki wszystkie. Na samym końcu dodano małymi literkami, że KOLEŻANKI zaproszone są do kibicowania. I Pawianem zatrzęsło z wściekłości, bo gdybyż to była drużyna zawodowców, to by naszemu bohaterowi nawet nie drgnęła powieka, ale tam grają łajzy, humanistyczne łajzy, zgraja filozofów, historyków, filologów i innego antropologicznego dziadostwa, którego łączny obwód klatek piersiowych wynosi pewnie 1/118 klatki takiego Pudzianowskiego. Łydeczki toto ma cienkie, bicepsy jak musze pięty, rozwinięte szczątkowo od noszenia książek, garbata ta cała gromada, w lordozach, skoliozach i okularach. I Pawian ma im kibicować? Pewnie jeszcze z pomponikami w dłoniach? Klaskać i wrzeszczeć: Orły nasze, do boju?

Państwo wybaczą, ale to jakaś farsa. Tragifarsa kołtuńska w teatrze kabuki. Te pierdoły saskie z kobietami grały nie będą? Bo co? Co im się w Pawianie na boisku nie podoba, hę? Że też ma lordozę i skoliozę? Że też ma cienkie łydeczki? Że bicepsy wklęsłe? Toż Pawian taki sam jak oni, ale niestety – osobniki z macicą programowo przeznaczone są do wymachiwania pomponami, na dodatek odziane w dość skąpe i kolorowe stroje, by zmęczonym wojownikom dodać sił i napełnić otucha oraz wiarą. Tej ostatniej i tak im nie brakuje, skoro uważają, że osobniki im podobne, tylko posiadające bardziej wypukłą klatkę piersiową są zainteresowane podziwianiem ich nędznych wyskoków, podrygów i 622 upadków. Pawian ewentualnie może z nimi zagrać, ale skoro został sprowadzony do roli pomponiary, to raczej strzeli foch oraz dąs, ochrzani, jak święty Michał diabła, a na koniec każe im się wypchać. I odchodząc złośliwie powie kolegom, że odbija się piłeczkę rękoma, a te mamy podobne, a nie fallusem oraz przerośniętym męskim ego.

A teraz Pawian idzie naostrzyć toledański szpadel, ponieważ jutro zamierza w pracy zrobić, z powodu tego plakatu, noc św. Bartłomieja, defenestrację praską, bombardowanie Drezna i smutek tropików. Tak jak nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji, tak nikt nie spodziewa się gniewu oburzonego Pawiana, którego jakieś pierdoły próbują sprowadzić do roli pomponiary. Jeszcze będą Pawiana prosili, żebym został libero, zobaczycie! Szczególnie wtedy, gdy już wstaną po strzaskaniu im tyłków przez feministyczny szpadelek.

 

 

Published in: on 12/15/2008 at 23:02  16 Komentarzy  
Tags:

Ogryzki historii, czyli Pawian będzie pisał w swahili

http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=904&w=88406650&a=88469405

Po jakiemu pisać Pawian? To jasne! Po pawiańsku. Przecież nie będzie, jako ta żyrafa mlaskał, albo jako goryl wrzeszczał. Pawiany mówią i piszą po pawiańsku i sprawa wydawałaby się prosta, a wcale taką nie jest. Oczywiście, że filolodzy czytają w różnych językach, bo w końcu znają i znać powinni współczesne metodologie. Jednakże, jeśli chodzi o polonistyczne poletko, to MY jesteśmy zarządzającymi ogródkiem i jeśli ktoś chce pisać na temat Norwida, Andrzejewskiego, Hłaski czy Tokarczuk, to chyba bardziej zrozumiałym jest fakt, że nawet tworząc w Tobruku czy w Nebrasce będzie pisał po polsku, aniżeli we współczesnej lingua franca. Literatura pisana po polsku, a badacze mają to opisywać po angielsku? A to zmusić tych wszystkich pisarzy, żeby od razu pisali językiem Szekspira. Wtedy zaś wszystkie filologie narodowe staną się anglistykami. Przyjedzie walec i wyrówna. Jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, nowoczesnymi, to mamy pisać po angielsku. Uprawiać polonistykę po angielsku. Bo to teraz modne. A poza tym, jeśli tego nie zrobimy, to będziemy na marginesie światowych badań. Otóż światowe badania polonistyczne dokonują się po polsku, bo w tym języku Leśmian pisał o dusiołku czy o dziewczynie, co miała w sadzie strój bogaty, malowany w różne światy. Dyskusja językoznawcza dotycząca Chłopów, czy Reymont używał konkretnej gwary, czy też stylizował, w fachowej polskiej prasie toczyła się z małymi przerwami prawie 40 lat.

Mówimy o słowach takich jak na przykład “spolegliwy”, “samotrzeć”, “listonosz” i Pawian przyzna się, że ogólnie ma w czerwonym zadku, jak brzmią ich angielskie odpowiedniki. Bo tu nie o to chodzi, żeby informować świat po angielsku, że ostatni z tych wyrazów w polszczyźnie znalazł się po ankiecie przeprowadzonej pod koniec XIX w. Ja to wiem, Państwo to wiedzą, a jak świat będzie musiał, albo chciał, to doczyta. Po polsku. Bo ja nie jestem anglistą-polonistą, tylko literaturoznawcą – specjalizuję się w literaturze polskiej. Nie stoję okrakiem na barykadzie, nie wymachuję czapką krakuską i kosą osadzoną na sztorc, ale dostrzegam pomieszanie z poplątaniem. Bo Pawian zajmować się będzie powieściami np. Gawalewicza po angielsku? A po co? Proszę zajrzeć do naszych pisarzy oświeceniowych, którzy wyśmiewają ówczesną nadwiślańską modę, by we wszystkim naśladować Francuzów. To już było.

Tekst napisany po polsku. To jest sednem zainteresowania tych wszystkich wariatów zafascynowanych zbutwiałymi najczęściej papierami, w tym także Pawiana (tu ukłon w stronę szanownej publiczności). W Polsce zaś jesteśmy filologią narodową. I Proszę o tym pamiętać. FILOLOGIA NARODOWA. Tak się przed wiekami ułożyły sprawy, że ja po polsku, a Honza po czesku, Waniusza zaś po rosyjsku, zaś Istvan – po węgiersku. Czasem, żeby się między sobą dogadać mówiliśmy po łacinie, czasem po francusku, czasem po włosku, a teraz mówimy po angielsku. I pięknie. Natomiast, jeżeli pewien pan zagraniczny chciał pisać o Rękopisie znalezionym w Saragossie, to publikował w “Pamiętniku Literackim”. Inny pan, też zagraniczny, tamże opisywał swe wnioski po lekturze Berenta. A dziś pewien pan organizuje PO POLSKU konferencje dla polonistów w Szwajcarii. I pisze po polsku, chociaż ma leciutki teutoński akcent (samo sformułowanie jakby oksymoron, przyznacie Państwo), ale mówi pięknie. Pewien pan z Japonii, to mnie i moich znajomych pyta o zapomniane synonimy pewnego niezbyt często używanego wyrazu, a nie np. profesora Smitha z Oxfordu. Bo to ja i tacy jak ja jesteśmy odpowiednimi osobami. I nikt nam nie podskoczy, chociażby zjadł wagon kaszy i popił cysterną mleka.

Tak, Pawian się nadyma, ale właśnie został mocno dotknięty. To znaczy, że Głowiński ma napisać ponownie swoją książkę o Leśmianie po angielsku? I tę o powieści młodopolskiej też? A na cholerę, Pawian grzecznie pyta, chociaż już zaczyna ostrzyć toledański szpadel? Znaczy jeden z najwybitniejszych polonistów ma tracić czas i tłumaczyć? Zamiast pisać? To kim on jest? Naukowcem, czy współczesną odmianą kopisty? Swoje na inne? Z polskiego na nasze? Wolne żarty, czy nie szkoda marnować sił i talentu Profesora?

Przecież polonistyka zajmuje się tekstami, które zostały napisane, albo wygłoszone po polsku. I jeśli studentka z Japonii, jak się to Pawianowi zdarzyło, będzie chciała pisać pracę o języku Wałęsy, to przyjedzie tutaj, a nie na uniwersytet w Brighton. Bo ją interesują polskie słowa i dlatego studiuje polonistykę w Tokio (z epizodem w kraju nad Wisłą), a nie anglistykę w Londynie. Jak Pawian chce zjeść bułkę, to idzie do piekarni, a nie do młyna, albo pod silos zbożowy.

Zawsze musimy po swojemu, głupio, ale po swojemu. Francuzi nawet w słownictwie komputerowym używają własnych słów, a nie kalk z angielskiego. My zaś badania nad gwarami polskimi mamy prowadzić po angielsku. Żeby było światowo. Światowość i prowincja, to stan duszy. Jeśli tak założymy, dziś, urzędowo, to właśnie tak się stanie i będę pisać o stylizacji u Tetmajera po angielsku. A studenci z naszego uniwersytetu, będą mogli przeczytać moje artykuły i książki… po angielsku. Pawian teksty swoich kolegów i koleżanek przeczyta także po światowemu. A jakże. To wykładajmy też po angielsku, a w związku z tym zamiast po polsku, wszyscy będą mówić w pinglish (co i tak ostatnio zbyt często się zdarza, nawet w misyjnych mediach), a mowę polską usłyszymy tylko u szewca, kafelkarza, hydraulika i tych wszystkich ludzi, którzy studiów nie skończyli. Pawian zamiast jechać na Bałkany i trudzić się wraz z tamtejszymi polonistami nad złotymi łabędziami rozbłękitniającymi się w hymny stanie się lektorem angielskiego.

Słowników poprawnej polszczyzny tez nie wydajmy, tylko od razu i wyłącznie: polsko-angielskie. Słownik Lindego? Przetłumaczyć. Kochanowskiego? Tłumaczyć, niech się dziatwa uczy, jak wielkim angielskim poetą był. Dodać należy na marginesie, że chociażby to ostanie tłumaczenie jest. Tak samo jak tłumaczenia utworów Borowskiego, Białoszewskiego i innych. I nasi koledzy wykorzystują je na uczelniach zachodnich. Z pożytkiem dla wszystkich tych, którzy są zafascynowani szeleszczącym językiem. I dla tych, którzy co roku przyjeżdżają tłumnie do szkół języka i kultury polskiej rozsianych po naszym kraju.

Filologia narodowa ma się zajmować ochroną i upowszechnianiem języka, który bada. Pawianowi nie chodzi o zamknięcie na świat. Bo oczywiście, dlaczego nie tłumaczyć, można, a nawet trzeba – ale najpierw trzeba pamiętać o tym, że germaniści w Niemczech i italianiści we Włoszech piszą w swoich językach. Dla ochrony i upowszechnienia własnego języka. Po to właśnie oni są. To nie są anglistyki o literaturach i językach regionalnych świata anglojęzycznego. I nie karać badaczy, za to, że piszą w swoim własnym języku. Prowincja jest w nas, jeśli tylko tak założymy. A literatura polska i język polski, to nie jest żadna prowincja. I świat o tym wie. Szkoda, że tego nie widzą nasi urzędnicy i zachowują się w opisany w literaturze polskiej sposób:

“Mój Boże, mówiła pewna szlązaczka do turystów, czy też studentów wrocławskich, tacy porządni panowie i mówią po polsku!”

(Wacław Nałkowski, Jednostka i ogół: szkice i krytyki psycho-społeczne)

Pawian jest zniesmaczony sytuacją i wychodzi po angielsku… Na Słowację.

Published in: on 12/12/2008 at 18:12  11 Komentarzy