Cyfryzacja, czyli sracja i dupacja (2)

DSCF6415

Na dworcach kradło się zawsze i będzie się kradło dalej. Inaczej nie można.

(Wszystkie cytaty: Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka)

Na dodatek, te tabelki prowokują do przestępstw. Urzędnicy sobie myślą, że kontrolują bandę nierobów przeżerających pieniądze podatników, a mnie dziś, w ciągu dziesięciu minut, przyszły do głowy dwa przekręty tabelkowe, o których się nie śniło nawet ministerstwu. Oczywiście, te przekręty są nie do zrobienia, ponieważ ja podlegam innym, jak mi się wydaje – wystarczającym – procedurom kontrolnym. Ale urzędnicy myślą, że jak oni skontrolują, to nie ma… czegoś tam we wsi.  Dodam, że przekręty są wyłącznie tabelkowe, ponieważ każdy pracownik uczelni od razu zobaczy przestępstwo (jedno małe, a drugie duże, a oba równie paskudne). Urzędnik nie zauważy, bo ma tabelki. Dodam, że są to głupie tabelki.

Jak zaznaczyłam wcześniej, to istnieje system kontroli wewnętrznej, np. w osobie szefowych / szefów jednostek, którzy podpisują delegacje oraz mają głupi zwyczaj czytania papierów, które dostają. Po drugie, co dwa (albo trzy – nie pamiętam) lata obowiązuje mnie zeznanie przed komisją, która bada czy ładnie się rozwijam, czy noszę zdrowe pierwsze śniadanie i czy mam worek ze zmiennymi kapciami. I im, naprawdę, nie mogłabym wcisnąć takiego kitu, o jakim zaraz napiszę. Po pierwsze, dlatego że bym się wstydziła spojrzeć w oczy np. mojemu dyrektorowi, a po drugie wyśmiana zostałabym tak, że aż przymiotnik „homerycki” zupełnie nie oddaje komizmu sytuacyjnego.

Mówią, że z pomyłek człowiek się uczy, jak na przykład jeden giser Adamiec z fabryki Dańka, który zamiast wody napił się kwasu solnego.

Ale, do rzeczy. Przejdźmy do mojego planu przestępstw tabelkowych. Skoro urzędnicy wierzą w swe możliwości, w minut pięć pokażę, jak mogę naciąć podatnika na kasę. A wszystko to, dzięki tym skomplikowanym rubryczkom w tabelkach tworzonych przez bandę zboczeńców. Wczoraj napisałam, że istnieje w tabelkach coś takiego jak uczestnictwo w konferencji, które nie jest czynne. Wybieram najbardziej egzotyczną konferencję, w najbardziej egzotycznym zakątku świata, gdzie mówią najbardziej egzotycznym językiem. I wyjeżdżam, jako uczestnik „nie-czynny”, a może „nieczynny” i leżę przez trzy dni na różowej plaży, piję egzotyczne drinki i podrywam delfiny. Pamiętam, że jedna posłanka polska właśnie w ten sposób pojechała na konferencję o gender. No tak, ale ona nie byłą naukowczynią, ale polityczką czyli urzędniczką państwową. Touche. I tu jest pies pogrzebion. Bo nagle zaczynam rozumieć, że oni nam w tabelki wklejają to, co robią sami. Gratuluję przekrętów za pieniądze podatników.

W ogóle dużo jest na świecie takich rzeczy, których robić nie wolno, ale można. Najważniejsze to żeby spróbować, czy zakazanej rzeczy zrobić nie można.

A teraz Państwu pokażę, dlaczego ten przekręt nie może się udać. I to nie dlatego, że urzędnicy mnie pilnują, tylko dlatego, że naukowcy są pragmatyczni. Idę z podaniem do mojego dyrektora. W podaniu stoi: kochaniutki, daj ty mnie deszcz pieniędzy na konferencję na Malediwach. To pismo leży na biureczku do dnia, aż zostaję wezwaną i słyszę: pogięło cię? Na Malediwy? Idziemy w zaparte i mówmy, że będziemy promować literaturę polską na Malediwach. Mój szef wchodzi na stronę konferencji (bo dziś wszystko jest w Internecie) i mówi, że obrady prowadzone są w farsi, pasztu oraz w malediwskim, po czym dodaje z troską, że ten ostatni, to jest dość trudny. A potem mówi: tytuł referatu proszę. Ja mu na to: Maria Konopnicka a Malediwy. Tu go zagięłam, nieprawdaż? Wtedy on zaczyna się śmiać i mówi, że mnie lubi, ale takiego numeru, to w życiu nie widział. W nagrodę powie mi, że jest początek roku i dostałam nową tablicę. Bo starej już trzy lata temu urwała się noga, ale w tym roku możemy sobie na pozwolić na taki wydatek. Od Drugiej Pani Sekretarki dostaję tablicę, dwa bloki do zaczepienia oraz kilka flamastrów. Żeby było jasne, pieniądze można dostać, ale na coś, co ma ręce i nogi oraz rację bytu. Czyli, że jak powiem, iż pragnę czytać czasopisma z 1864 r. w Warszawie, to dostaję kasę i nikt nawet okiem nie mruga, jednak mojego wyjazdu na Malediwy nie kupi nikt przy zdrowych zmysłach. Ale w tabelce jest to możliwe. W związku z tym – jak można kogoś kontrolować, skoro nie zna się warunków koniecznych i wystarczających?

To wszystko jedno, jak mawiał medyk Houbiczka, czy w zakładzie medycyny sądowej krajesz człowieka, który się powiesił, czy też takiego, który się otruł.

A teraz przekręt tabelkowy drugi. Jadę na, powiedzmy, siedem konferencji zagranicznych. Takich, no… Tu musze mieć grupę wspólników, bo oni mnie, a ja im. Czyli nasi ludzie dadzą znać waszym ludziom, zaś hasło kontaktowe brzmi: Zuzanna występuje o grant tylko jesienią. Ja organizuję jedną konferencję, która jest międzynarodową, bo zapraszam na nią krewnych i znajomych królika. Oni zaś rewanżują mi się sześcioma innymi zaproszeniami. W tym roku obskakujemy wszystkie te konferencje w udziale „nie-czynnym”, ale za to wpisujemy w tabelki jedną konferencję międzynarodową i sześć zagranicznych. Fajne, nie? W następnym roku powtarzamy całą zabawę, ale już z referatami. I w tabelki je wpisujemy, wraz z adnotacją „uczestnictwo czynne”. W następnym roku nigdzie nie jedziemy, albo jedziemy, znów w celach „nie-czynnych”, co też wpisujemy, zaś podstawową naszą działalnością tabelaryczną jest siedem artykułów. Sześć wydanych za granicą, a jeden w domu. W następnym roku jesteśmy jeszcze sprytniejsi, bo te artykuły wpisujemy jako monografię za 25 punków, a może uda nam się zostać wybitną monografią za punktów 50.

Ten przekręt też jest nie do zrobienia. Bo, w międzyczasie, jest komisja (złożona z naukowców, a nie z urzędników), którzy kiwają głowami, łypią surowo i najpierw mówią, że tak się nie robi. I w zasadzie jesteśmy spaleni. Przede wszystkim towarzysko, bo wszyscy na nas patrzą, jak mielibyśmy wielką kupę w majtkach. Po drugie, instytucjonalnie, ponieważ nikt nie ma do nas zaufania, jako do geszefciarzy i hucpiarzy. Ale w tabelce wyglądałoby to bosko.

Ostatecznie, jak mi się wydaje, wykazałam, że system kontroli urzędniczej nad naukowcami jest do niczego. Jednym zdaniem: „Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że wszystko jest w porządku, tylko kot jest gałgan i zeżarł kanarka”. Pozwólcie, że to my będziemy tworzyć tabelki kontrolne, skoro już muszą być, a nie wy. Bo jak wy je tworzycie, to nawet mnie przychodzą do głowy niemoralne propozycje. A ja jestem naiwna i niewinna, jak nie przymierzając, książeczka do nabożeństwa. A jeśli za rok, lub za dwa, będę zepsuta, to proszę nie mieć do mnie pretensji, tylko do tych, którzy wystawiają mój umysł (muszę się czymś zająć, jak robię takie głupoty) na pokuszenie.

Żołnierz już w czasie pokoju winien wiedzieć, czego żąda od niego wojna, a podczas wojny nie powinien zapominać o tym, czego nauczył się na placu ćwiczeń.

Reklamy
Published in: on 02/22/2016 at 21:03  2 Komentarze  

Cyfryzacja, czyli sracja i dupacja

List wydawał się niejednolity, były miejsca, gdzie traktowano go jak człowieka niezależnego, z którego wolą się liczono, i tak na przykład nagłówek lub ustęp, gdzie była mowa o jego życzeniach, na to wskazywały. Zdarzały się jednak inne miejsca, gdzie ze stanowiska owego naczelnika traktowany był otwarcie lub niejawnie jako podrzędny, zaledwie dostrzegalny wyrobnik. Tak na przykład naczelnik miał nie spuszczać go z oczu; jego bezpośrednim przełożonym był tylko wójt gminy wiejskiej, któremu nawet miał składać sprawozdania, a jego jedynym kolegą był zapewne stróż gminny. Były to niewątpliwie niekonsekwencje, i to tak wyraźne, że musiały być celowe. Szalona, ze względu na tak wysoki urząd, myśl, że mogło to być spowodowane brakiem decyzji, zaledwie przemknęła K. przez głowę.

(Franz Kafka: Zamek)

Dawno, dawno temu, gdy moja macierzysta jednostka wysyłała mnie za granicę, musiałam wypełnić jeden papierek. Z tym papierkiem i kilkoma podpisami ludzi, którzy dawali mi na wyjazd służbowy pieniądze, szłam do pani w rektoracie, która wybierała mi lot, a potem już byłam na lotnisku. Szybko i sprawnie. Teraz jest cyfryzacja i najpierw trzeba zdobyć podpisy, potem wprowadzić sumę do systemu, a potem latać jak kot z pęcherzem przez kilka dni. Żeby było jasne, moja macierzysta jednostka nie ma z tym nic wspólnego. To wszystko wytyczne ministerstwa, NIK-u i tysiąca innych instytucji, które ze wszystkich sił zajmują się tym, żebyśmy my nie zajmowali się rzeczami, którymi powinniśmy. Niech te mądrale nie kombinują, niech się zajmą czułym wypełnianiem tabelek dla tabunów urzędników, którzy z miłością i pietyzmem będą sprawdzać każdą wypełnioną rubryczkę. A może i nie… To jest koszmar każdego normalnego człowieka, który w tym wypełnianiu tabelek widzi tylko nadprodukcję danych, multiplikację znaków, pozorność działań. My musimy udowodnić… w zasadzie, to nie mam pojęcia co i na dodatek komu.  Na pawiańskie oko, udowadniamy to coś komuś, kto kompletnie nie ma pojęcia jak wygląda praca na wyższej uczelni i na czym polega.

Teoretycznie, to ma być tak (w skrócie), że my zeznajemy, a na podstawie naszych zeznań przyznaje się uczelni kategorię, a co za tym idzie, ilość pieniędzy. Wniosek? Opłaca się robić dużo i dobrze – bo to jest weryfikowalne. Co do tej weryfikacji, to ja mam poważne wątpliwości, ale załóżmy, że ona działa. Załóżmy, bo gdybym miała wyjaśniać, to czytelniczkom i czytelnikom nie pozostałoby nic innego jak zeskoczyć z najbliższego urwiska. Dlatego – działa, ok?

Środowisko akademickie gnębione jest przez kilka znanych chorób, którymi są między innymi grantoza i punktoza, a ja dodałabym jeszcze tabelkozę. Najpierw musiałam zrobić spis publikacji mojej jednostki (takiej małej – na osiem osób). To niby niewiele, ale… Inaczej wpisuje się książki, inaczej rozdziały w książkach, inaczej artykuły w czasopismach (tam są trzy osobne tabelki), zaś każde czasopismo ma inną ilość punktów, a ta ilość punktów zmienia się co roku. Moja jednostka, na nieszczęście dla osoby chorującej na tabelkozę, w tym roku jestem to ja, jest płodna i pracowita. Tabelki zawsze są w Wordzie, ale, jeśli człowieku zrobisz sobie jedną, to nie możesz przeklejać danych, bo te same informacje podawane są w zupełnie innej formie, a przynajmniej zmienia się kolejność  umieszczanych elementów. I otwierasz te dwa Wordy, jedne tabelki ułożone są w orientacji pionowej, inne w poziomej, żeby nie było ci człowieku za łatwo. W zeszłym roku podawało się ilość uczestników konferencji, w tym już rozbito jedną kolumnę w tabelce na sześć (ilość uczestników, ilość referatów, ilość referatów z danej jednostki, ilość referatów zza granicy, ilość uczestników zza granicy, jednostki biorące udział w projekcie). Żeby było jasne, za udział w konferencji ktoś musi zapłacić. To po cholerę zapraszać kogoś, kto siedzi na obradach i nie ma referatu? Kto to wymyślił? Jaka jednostka wyśle kogoś za np. 300 złotych, powiedzmy do Rzeszowa (plus koszty pociągu), żeby se posiedział? Nie masz referatu – nie jedziesz. Po drugie, jaka jednostka przyjmie takiego darmozjada, który nie tylko, że nic nie wnosi do konferencji, ale musi gdzieś spać i coś je. Kto wymyślił taką tabelkę? Ktoś, kto nie ma pojęcia, jakimi sumami dysponujemy i że z opłat konferencyjnych, to trzeba sfinansować publikację, a nie przyjmować darmozjadów. To takie myślenie quasi-sportowe, że jedziemy na Olimpiadę. Startują cztery osoby, zaś działaczy jedzie ze stu sześćdziesięciu. W moim fachu nie ma działaczy. Kto jedzie, ten jedzie po coś. Tabelka jest bez sensu.

Ale, trochę się zagalopowałam, bo zapomniałam powiedzieć, że po tabelce z publikacjami wypełniałam teraz trzy inne. Z publikacjami, a jakże…  Następną z konferencjami oraz ogólną tabelkę sprawozdawczą, w której były publikacje i konferencje.  Każda tabelka w innych formacie, z innymi rubryczkami, żeby czasem czegoś nie skopiować. I zamiast kończyć artykuł do wysoko punktowanego czasopisma literaturoznawczego, który dałby te punkty mojej uczelni, wypełniam przez kilka dni ciągle to samo, ale trochę inaczej. A pytania, na które muszę odpowiadać, są z gatunku: jak wygląda pięć złotych?

Na przykład: forma wystąpienia na konferencji. Aż mi się chce napisać, że stepowałam w różowej, tiulowej spódniczce, zaś gdy cytowałam, podskakiwałam trzaskając kopytkami. Jaka może być forma wystąpienia na konferencji poza referatem? No jaka? Prezentacja? Komunikat? Proszę wybaczyć, ale w moim fachu takie coś nie występuje, co pokazuje, że jakieś niuanse w ministerstwie czy w piekle, dokąd z pewnością idą te tabelki, nie istnieją. Nie istnieje nic, poza głupotą. I po każdym kolejnym punkcie wstawiam w nawiasie kwadratowym słowo „referat”. No i jeszcze trzeba podzielić konferencje na ogólnopolskie (dla cieniasów) i międzynarodowe (kaskadowe orgazmy). Międzynarodowe to takie, w których 1/3 czynnych uczestników (Jakich? A to są też bierni? Bierni to się nazywają: „publiczność”) jest zza granicy. Można sobie zaprosić kumpli i koleżanki z dowolnego ośrodka np. w Mołdowie, oczywiście z całym szacunkiem wobec naukowców tego kraju i już w tabelce jest fajnie. Ale to jeszcze nie wszystko, jeśli chodzi o podziały konferencyjne, bo w drugiej tabelce są jeszcze „krajowe” i „zagraniczne”. I powiem Państwu w tajemnicy, że światowe centrum badań polonistycznych jest tutaj, ale lepiej, z różnych względów punktowych, zorganizować konferencję w pierwszej wsi za granicą słowacką. Ukraińską – nie. Bo poza Unią. Jasne? A konferencja zagraniczna będąca jednocześnie międzynarodową? O rany… aż się spociłam z ekscytacji.

Potem trzeba było wpisać punkty do publikacji. Znalazłam najnowsze wytyczne ministerstwa i okazało się, że tam stoi: monografia naukowa – 25 punktów oraz wybitna monografia naukowa – 50 punktów. Dzwonię do mojego szefa i mówię: kochaniutki, a czym się różni monografia od wybitnej monografii? Chichoczemy jako te dwa żaki, ustalamy, że jak jest nagroda, to jest wybitne. Dobra, ale co będzie, jeśli ktoś wydał książkę pod koniec roku 2015 i jest monografią (za 25 punktów) zaś nagrodę dostanie za miesiąc i już się nie załapie na te 50 punktów. Jesteśmy stratni 25 punktów. Bo w przyszłym roku, to można będzie tylko wpisać w tabelkę ową nagrodę (a ta jest bez punktów), a książki już nie. I ktoś nas kiwnął na 25 punktów. Kiwnął jak nic. Ja się pytam, na razie spokojnie, kto za to beknie? Kto nam świsnął 25 punktów? A… w sumie, macie, nażryjcie się. Do przyszłego roku dużo czasu i my znów coś wybitnego napiszemy. I znów to w tabelki wkleimy. Postaramy się także dostawac nagrody w odpowiednim czasie tabelaryczno-kalendarzowym.

Ja nie będę się skarżyć na tabelki, w których raz trzeba wpisać np. nazwisko, imię, czas awansu, tytuł/stopień, a za drugim razem to samo, ale inaczej. Bo to już by było naciąganie Państwa na litość. Ponadto, jak się otworzy dwa okienka, to można się bawić w przeklejanie. Podobno w taki sposób da się nawet stworzyć pracę licencjacką czy magisterską (nigdy tego nie róbcie, to brzydko), dlatego nie ma co płakać nad niewymiarową kolumną czy wierszem. Odwagi, przypomnijmy hasło drużyny kolonijnej Mikołajka. Odwagi!

Mam dziwne wrażenie, że te tabelki sporządza zboczeniec. Jakiś taki perwers obrzydliwy, który je czyta i się ślini. Ja tam miałam mało roboty, bo w mojej jednostce jest osiem osób, a na przykład taka Pańcia, która robiła to dla innego ciała, ma dwadzieścia kilka osób pod sobą. I pisz, człowieku, wklepuj, zmieniaj, dostosowuj, ale się nie ucz, bo ten zboczeniec w przyszłym roku wymyśli dla ciebie coś nowego, coś bardziej sadystycznego, coś niemożliwie głupiego. Ja nie mam najgorzej, bo najgorzej, to ma nasza Pani Sekretarka, która musi wszystkie tabelki scalić w jedną, wielką, wszechzwiązkową tabelę. Űbertabelę! A te małe tabele też się przydadzą, zboczeńców wszędzie pełno. Tak, tak, polska nauka promieniuje cyfryzacją jak trawa w Czarnobylu. Mutanty się plenią, ale najważniejsze, że w każdej rubryczce, każdziusieńkiej tabeli są dane. Mniam, mniam, ależ tłuste, ależ można się cieszyć rozwojem, napawać wzrostem. Wiara w tabelki podstawowym prawem człowieka i obywatela. Wróć! Człowieka i obywatela to nie dotyczy. To dotyczy urzędników, którzy w taki sposób usprawiedliwiają swoje istnienie. Bo mają miliardy tabelek do przetworzenia i takie same miliardy następnych do stworzenia. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to mityczna Unia, tego od nas chce. Wierzę natomiast głęboko, iż polska nauka przez wiele lat się z tych chorób nie podniesie.

Otóż to musi być człowiek taki jak K., ktoś, kto stawia się ponad wszystkim, ponad prawem, ponad najzwyklejszą ludzką delikatnością, tępo i ospale, ktoś, komu wcale o to nie chodzi, że niemal uniemożliwił rozdział akt, kto uwłacza dobrej sławie tego domu i kto doprowadza do czegoś, czego nigdy jeszcze nie było, że zrozpaczeni urzędnicy zaczęli sami bronić się z nadludzką siłą, przezwyciężali się, by dzwonić i wołać o pomoc, byle wygnać K., którym w inny sposób nie da się wstrząsnąć!

Published in: on 02/21/2016 at 23:33  5 Komentarzy