Pawian wzrusza ramionami i mówi, że „wszystko mija, nawet najdłuższa żmija”

Och, jak było ładnie. Ileż słów zostało napisanych. Pekin, Olimpiada, bojkot chińskiego czosnku po złoty pięćdziesiąt, dalajlama odmieniany we wszystkich przypadkach, kajdany w kolorach olimpijskich, gorący jak świeże masło z jaka temat obrabiany przez dziennikarzy… Wszystko minęło, jak sen jaki złoty. Gdzieś tam jeszcze pojawi się informacja o tym, że Dalajlama ma dość i przestaje gadać z Chińczykami, którzy trzymają się za mocno, a komentujący całą sprawę dziennikarz pointuje, kiwając smutno głową: “wiedziałem, że tak będzie. Znów się świat dał nabrać Chińczykom, którzy obiecywali dialog”.

W filmie z udziałem Julii Roberst i Hugh Granta (jak zawsze z polipami) padło zdanie, że dzisiejsze gazety wyścielają dna jutrzejszych kubłów ze śmieciami. Pawian nie chce być aż tak drastyczny, dlatego mówi, że wszystko przemija, a zainteresowanie tłumu przelotnym jest. Dziś bardziej istotne są pewnie potargane pończoszki gwiazdki z jakiegoś programu tanecznego. Pawian nie ma za złe. Macha łapą i nadal łypie podejrzliwie na drogę z tego drzewa przydrożnego, co na nim się kolorowym zadkiem rozparł.

Pawian myśli, że ci trzymający się mocno Chińczycy wydają się niesamowicie silni, a pojedynczy protest wyszedł już z mody. Pawian pamięta, że przed Olimpiadą, gdy pojawiały się wypowiedzi o Tybecie duża cześć głosów miała jeden, niezmienny ton, który brzmiał mniej więcej:

     

  • A to sobie protestuj, klepiąc w klawiaturę Made in China. A to sobie protestuj i tak nikt nie zauważy, nie ty kupisz te skarpety, czosnek, komputer, garnek (wybrać dowolny produkt), to i tak kupie je miliony innych. Z Chinami nie mamy szans – i tak dalej…
  •  

Pawian podziwia Rosę Parks, która swym niezaplanowanym protestem rozpoczęła lawinę wydarzeń, zmierzających do wyborów prezydenckich (już za kilka dni), z wysokim prawdopodobieństwem wygranej Obamy. Pawian podziwia też Dalajlamę, chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że niewiele konkretnego zdziałał. Pawian podziwia Gandhiego, Stevena Biko, Martina Luthera Kinga i im podobnych. Można w związku z tym zarzucić Pawianowi, że tak typowo po polsku podziwia idealistów, a nie pragmatyków. Wiecie co Pawian na to? Pewnie, że wiecie…

Pawian jeszcze doda, z góry się sumitując za pewną górnolotność, że my mamy obowiązek. Jeszcze wcale nie tak dawno byli tacy, którzy o nas się upominali. A inni im mówili, że ten protest nie ma sensu, bo ZSRR trzyma się mocno. I co? Ano, nie ma już dziś takiego państwa jak ZSRR (co nie znaczy, że ubyło kłopotów na tym najlepszym ze światów) , co dowodzi słuszności tezy, że wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija.

Pawian protestuje po swojemu. Czasem rzuca cegłówkami (chociaż wie, że to nieładnie), czasem jest mówcą (przez skromność nie doda, że płomiennym), czasem pisze, na dodatek zawsze stara się nie kupować chińskich produktów, chociaż nie zajrzał w bebechy swojego laptopka, by sprawdzić, czy naprawdę wszystkie układy scalone są japońskie. Z Japończykami też ma Pawian na pieńku – w sprawie połowów wielorybów i delfinów. I też protestuje. Nie je pewnych rzeczy i listy pisze. Mało? Trudno, więcej nie da rady, ale będzie się nadal starać.

Pawian nie chce przez to powiedzieć: patrzcie jakim jestem dzielnym pawianem, jak to protestuję sobie dzielnie… Nie, bo jego małpie wybory są stricte prywatne, osobnicze i już. Wynikają z pryncypialnej natury pawiańskiej i tyle.

Pawian dziś raczej o czymś innym. O Dickensie i jednej pani z jego powieści, która szyła płócienne chusteczki dla Murzyniątek, bo chciała nieść kulturę do Afryki i była zdruzgotana, gdy się dowiedziała, że te obdarowywane przez nią dzieciątka nie mają kieszonek, by w nich chusteczki do wytarcia nosków trzymać. A to ci siurpryza…

Pawian ma sporo historyjek w zanadrzu. Może opowiedzieć jeszcze jedną: “Pan Wokulski!… – dodała zwracając się do damy w brylantach.

– A ja zaraz przystępuję do interesu – rzekła dama patrząc na niego z góry. – Nasze sierotki potrzebują kilku sztuk płótna…

Hrabina lekko zarumieniła się.

– Tylko kilku?… – powtórzył Wokulski i spojrzał na brylanty wyniosłej damy, reprezentujące wartość kilkuset sztuk najcieńszego płótna. – Po świętach – dodał – będę miał honor na ręce pani hrabiny przysłać płótno…

Ukłonił się, jakby chciał odchodzić”.

Pawian nie lubi filantropii z morskiej pianki, pozerstwa i ślepego podążania za modą. Te napędzane sztucznie medialne trendy przemijają szybko, a bezrefleksyjnie. Umarł ktoś? Postaw wirtualną świeczkę, bądź cool. Wstaw banerek z kajdankami, włącz się do walki o wolny Tybet. Za dwa tygodnie, w to samo miejsce, wstawisz banerek oznajmiający, że nie płacisz na naszą-klasę. A potem będziemy kochać goryle we mgle, wieloryby w odmętach, kondory w przestworzach, albo dżdżownice w glebie próchniczej. Pawian myśli, że już lepiej nie robić nic, tylko siedzieć, oglądać serial i dłubać w nosie. Pawian też nie chce powiedzieć, że protesty internetowe są idiotyczne. Bo nie są. Pawian lubi Internautów (http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=1036), ale nie znosi “dzieci Neostrady”, chociaż wie, że przyzwyczajeń tych ostatnich nie zmieni. Może się jedynie żołądkować w kolejnych felietonach. No to – do następnego protest songu – żegna się pawian przydrożny, przypominający Państwu o Tybecie.

Przypisy: Stanisław Jerzy Lec i Bolesław Prus 

 

 

Reklamy
Published in: on 10/31/2008 at 21:59  9 Komentarzy  
Tags: ,

Pawian w sprawie in vitro, ale bardziej w sprawie teologów

 

 

Pawian czyta sobie gazetkę rano i nagle widzi, że w komisji zajmującej się przygotowaniem dla premiera materiałów w sprawie in vitro znajdują się teolodzy, a także przedstawiciel episkopatu. No i go ruszyło. Zaczęło się jak w kreskówce o misiu Yogi, gdy ten obudziwszy się na spłaszczonym na placuszek Bubu, któremu tylko łapki wystawały, rzekł:

     

  • Położyłem się spać niedźwiadkiem, a obudziłem ośmiornicą.
  •  

Dokładnie tak samo pomyślał Pawian, że położył się spać jak to zawsze we własnym laickim łóżeczku, a obudził w jakimś wyznaniowym. Ja oczywiście rozumiem poglądy chrześcijańskie, że to wolno, a tamtego w ogóle. Sam Pawian też jest pryncypialny i to straszliwie, rzec można, że Pawian bywa dogmatyczny. Jednakże, myśli sobie, że jeśli katolikom in vitro nie wolno się poddawać, to co jemu do tego? Ich małpy, ich cyrk. Tak samo, jak im nic do tego, że Pawian jada kiełbachę w piątek, nie płakał po papieżu oraz to, że jest przeciwny ustawie antyaborcyjnej. To znaczy po prostu, że moja wolność nie może zakłócać ich wolności i na odwrót. Pawianowi nie wolno wyśmiewać się z Ducha Świętego, rekolekcji, niepokalanego poczęcia, chrztu i kartek do spowiedzi. Granice są jasno wytyczone, a przynajmniej powinny takie być. Pawian rozumie także misję ewangelizacyjną, bo wierzący mają prawo chcieć go nawrócić. Co prawda Pawian widzi trochę bezsensu w tym wszystkim, bo po Soborze Watykańskim II, wiadomo że zbawienie nie musi się dokonać w łonie Kościoła. W związku z tym Pawian prosi grzecznie, żeby dano mu szansę na ewentualne, hipotetyczne zbawienie, jeśli tak trudno niektórym wytłumaczyć, że ktoś nie ma ochoty, w sposób niezrzeszajcy. Ten myk soborowy, to taki zakład Pascala, ale w drugą stronę.

Wracając do wątku: ma być z obu stron dobra wola, miłość bliźniego (obojętnie jak nazwana), zrozumienie, koegzystencja, tradycja polskiej tolerancji wyznaniowej i takie tam… Na razie wszystko jasne, nieprawdaż?

W każdym razie komitet, który pracuje dla premiera i rządu stworzył dwa warianty tekstowe. Pawian uważa, że ten restrykcyjny, to należałoby wyrzucić na śmietnik… Nie, Pawian nie jest aż tak restrykcyjny. Można ten wariant ogłosić w czasie niedzielnej mszy, jako obowiązujący wierzących. Natomiast stworzenie prawa powinno się obejść bez udziału teologów i bez episkopatu.

No bo z jakiej racji? Co do medycyny ma teolog? To tak, jakby Pawiana zapraszali do prac komisji energii jądrowej, albo do komisji prywatyzującej szpitale. Pawian się nie zna, dlatego nie uważa, żeby miał cokolwiek do powiedzenia w tych sprawach i poza tym uważa, że zatrudnienie go we wspomnianych ciałach byłoby ze szkodą dla społeczeństwa. Proszę mi zatem wyjaśnić, dlaczego teolog zajmuje się podziałem komórkowym: mitozą i mejozą? Macicą i tym, komu jajeczko się należy, a komu nie? I co do tego ma małżeństwo? Co jakiś teolog ma do Pawiańskiej macicy, hę?

No właśnie. Położył się Pawian w całkowicie świeckim łóżeczku, a budzi się… in odore sanctitatis, a nikt go nie pytał, czy ma na to ochotę.

Pawian po prostu nie rozumie, dlaczego zmusza się nawet niewielką ilość obywateli do przestrzegania norm, które są sprzeczne z ich normami? Przecież ja nie zmuszam katolików do wyparcia się Chrystusa trzykrotnie, zanim zapieje kur. Proszę jedynie o podobną tolerancję z ich strony. I Pawian nie rozumie, dlaczego demokratycznie wybrany rząd, tworzy komisję, która za MOJĄ kasiorę dyskutuje nad tym, czy komórki macierzyste mogą być potencjalnie zarodkiem. Toż to dyskusja żywcem przypominająca spory o tym, ile aniołów na główce szpilki się zmieści.

Prawo w demokratycznym państwie nie może uznawać racji wybranej grupy społecznej. A w tym wypadku sprawa jest prosta: ateiści niech robią co chcą, a wierzący – nie. Sprawa załatwiona. Na dodatek wspomnieć należy, że mieszkamy w kraju, w którym co czwarta starająca się o potomstwo para ma kłopoty z zajściem w ciążę. Na dodatek jest to państwo, w którym ciągle ktoś bredzi o dzietności, prorodzinności i tym podobnych nic nie znaczących neologizmach. W kraju, w którym stworzono restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, żeby się detyny rodziły.

No czyste myślenie magiczne. To, kto urodzi te dzieci? Teolog? Przedstawiciel episkopatu? A może się pojawią w nagrodę za ślicznie skomponowany dokument prac komisji? Sprawa nie byłaby warta wspomnienia, gdyby nie czarnowidztwo Pawiana. Jak już zaproszono do dyskusji teologów i episkopat, to cała rzecz – ja bardzo przepraszam – śmierdzi. Coraz częściej w Polsce ustawy robione są dla wierzących, z punktu widzenia wierzących, przez wierzących, a inny punkt widzenia jest aberracją i wyznacznikiem cywilizacji śmierci. Chociaż tego, czy rzeczywiście wierzący mają coś z tym wspólnego, to Pawian nie jest pewny i przypomina o kiedyś zadekretowanej malkontenckiej tezie, że mamy schizmę.

Pawian uprzejmie przypomina, że chociaż demokracja jest rządami większości, to jednakowoż mniejszość nie może czuć się w tym ustroju represjonowana. A Pawian się czuje, właśnie z powodu wszędobylskiej obecności przedstawicieli jednego z kościołów w ciałach ustawodawczych i pomocniczych. Pawian by wolał, żeby, jak przed wojną, duchowni zasiadali w sejmie i senacie. Żeby głosowali, żeby przedstawiali swoje racje, żeby protestowali. Pawian by wręcz tego pragnął, bo wtedy by było uczciwie. A nie tak, jak do tej pory: pokątnie i zza węgła. Teolog i przedstawiciel episkopatu doradzają, a potem mamy religię w szkole i brak etyki, religię na maturze, ustawę antyaborcyjną, a teraz jeszcze w planach zakusy na bezdzietnych. I ta powszechna zgoda na ich obecność. Po prostu – w zespole zasiadają prawnicy, biolodzy, lekarze i teolodzy. Proste straszliwie. Teolog staje się autorytetem naukowym w sprawach medycznych, ale dodać należy, że tylko tych macicznych. Bo jak Pawian żebro miał złamane, to żadnego teologa za parawanem u chirurga nie widział.

Pawian po prostu nie rozumie, dlaczego ma żyć wedle norm religijnych, jeżeli wystarczyłoby powiedzieć wierzącym na mszy, że Kościół jest przeciwny tego typu zabiegom. I wierzący by ich nie robili. Nieprawdaż? Tak samo, jak nie stosują antykoncepcji hormonalnej. Dla Pawiana sprawa jest prosta jak koci ogon. Moje zasady – ich zasady. Po prostu Pawian nie życzy sobie, żeby ich zasady stały się jedynymi możliwymi.

O czym donosi – zniesmaczony i zdegustowany laicki pawian przydrożny…

Przypisy:

 

http://wyborcza.pl/1,75248,5859661,In_vitro__Restrykcyjnie_czy_pragmatyczne_.html

 

 

http://socjopatycznamalkontentka.blox.pl/2008/03/Katolicki-glos-w-twoim-domu-czyli-schizma.html

 

Published in: on 10/30/2008 at 00:14  17 Komentarzy  
Tags: ,

Pawian zastanawia się nad życiem płciowym i nic z tego nie wynika

“Nazywam się Lisa. Jestem dziewczynką. To chyba od razu widać z imienia. Mam siedem lat, wkrótce skończę osiem…” Tak zaczynały się Dzieci z Bullerbyn. Nie mam na imię Lisa, nie jestem dziewczynką, po moim imieniu – pawian – to niczego nie widać, a co do wieku, to w średniowieczu już bym nie żyła. Z różnych powodów.

Moja skóra chce pić. Jak nie dostaje, to od razu jest wymięta, a pod oczami formuje mi się siateczka. Usłyszałam w robocie, gdy na ową przypadłość się poskarżyłam, że każda zmarszczka kobieca, to znak tysiąca orgazmów. Całe moje życie zapisane na skórze zostało sprowadzone do jęków, wrzasków i popiskiwań pościelowych. A to ci heca! Powinnam się cieszyć z ich istnienia, ale natychmiast dopada mnie przewrotne pytanie, jakie zmarszczki miała święta Teresa z Avila, która ciągle pisała o rozkoszy. A czy zmarszczki miała żyjąca w czystości Kinga, żona Bolesława Wstydliwego? Jeżeli je miała, to chyba Bolesław nie powinien być zadowolony. Na dodatek z pewnością nie powinna zostać świętą, bo te orgazmy-sieroty, doznawane nie bardzo wiadomo z kim, ją dyskwalifikują.

Zastanawiam się nad złożonością związku między liczbą orgazmów, a zmarszczkami świętych, jednocześnie poszukuję kluczy w przepastnej torbie (przyborniku hydraulika doskonałego) i wreszcie znajduję w jej czeluściach jedynie stary papierek po gumie do żucia, karteczki ze zdaniami po macedońsku i kilka grubych książek. W tych książkach nikt nie wie, dlaczego święte mają zmarszczki. Poza tym, czy ktoś się debatuje nad faktem, czy Emilia z Nad Niemnem je miała? Albo Kirłowa? Zawsze zastanawiałam się, co tą ostatnią trzymało przy mężu-idiocie. Może właśnie seks? Orzeszkowa nie pisnęła ani słowa na ten temat. A szkoda. U Sienkiewicza Oleńka chodzi po sadzie pełna słodyczy i błogosławieństwa, Helena strzela obrońcami ojczyzny jak pepesza, a co z orgazmem? Oczywiście, nie ma nań co liczyć, bowiem Sienkiewicz zasugerował, że o pewnych rzeczach ani się nie mówi, ani się nie pisze. Co prawda o układanych trupkach wokół krucyfiksu, to i owszem, podobnie z jelitami przybijanymi do drzewa, że już o takich detalach nie wspomnę, jak wydłubywane świderkiem oko, czy męczący się ukraiński poseł na palu.

Jednakże wracając do tych zmarszczek pawiańskich to wiemy, jak można się ich pozbyć. Wystarczy zajrzeć do jednego z czasopism kobiecych, by przeczytać, że po użyciu specyfiku sporządzonego ze śledziony kanarków, napletków wielorybów i oczu pluszowych misiów, zmarszczki znikną. Nawet 60%. Co? Mam się pozbawić 60% procent przeżytych orgazmów? Nie mówię o nich, ale pokazuję je na skórze? A potem mam je bezlitośnie zetrzeć?

Szukając kluczy, patrzę na staruszki siedzące na skwerze. Co mogą mówić?

– Zobacz jaką Helka ma gładką skórkę…

– A dobrze jej tak, to szuja, przynajmniej nie miała satysfakcjonującego życia płciowego…

Założę się ogonek Kluski, że takie zdanie nie padnie, nie wypowiedzą go. Foucault pisze o tym, dlaczego nie mogą tak postąpić. Wykastrowane z możliwości zwerbalizowania własnych przeżyć. Kulturowo. Karmią gołębie i rozmawiają o wnuczętach. O dzieciach… Właśnie. Dzieci – tak. Orgazm – nie! Nosiły przed sobą brzuchy ciąż, zjawiska bez początku. Zjawiska wręcz nieobecnego w języku: stan błogosławiony, dziecko pod sercem… Jesteśmy straszliwie pokręconym gatunkiem. Czytam ze studentami Foucaulta. I co? Nic. Podobnie jak fakt, że chłopak na moich zajęciach nie był w stanie głośno przeczytać fragmentu z książki Żurawieckiego pt. Ja, czyli 66 moich miłości. Przez usta mu nie przeszło. Nie dał rady. Dorosły chłopak, pewnie mający własne życie erotyczne.

Niby mówimy o tym wprost, ale żartem – jak z ową siateczką zmarszczek. Sprowadzając do nonsensu. Zasłaniając się żartem, przechwałką, eufemizmem, czasem milczeniem. Zmieniamy znaczenie słów. Zakładamy nieprzezroczysty kwef zdań.

Pawian się zastanawia nad ludzkim życiem płciowym i nie dochodzi do żadnych wniosków, poza stwierdzeniem powszechnie znanego faktu (fuck-too), że czasem język służy do nie-komunikowania się.

 

Published in: on 10/28/2008 at 22:46  14 Komentarzy  
Tags:

Pawian odwiedza południowych sąsiadów

Pada deszcz. Może nie jakiś ogromny, taki zupełnie niewinny, aczkolwiek zimny, kapuśniaczek. Zakładam szal na głowę i programowo marznę, bo założyłam brawurowo, że na Morawach o tej porze roku musi być ciepło. Deszczyk jest uparty, znacznie bardziej niż ja. No to co może robić zmarznięty i przemoczony pawian rankiem, w Ołomuńcu? Czasu dużo, idę tam, gdzie mnie jeszcze nie posiali, do muzeum, do krypty. Godzina mija, druga tak samo i nadal jest jeszcze przed południem. Co ci ludzie, którzy codziennie rano wstają, robią? Jak zapełniają te poranki, te mijające godziny? Włóczą się po ulicach, jak ja? No, jeśli mieszka się w Ołomuńcu, to dlaczego nie? Wiem, wiem, mówię jak Maria Antonina o chlebie i ciastkach, wykazując empatię na poziomie pikli.

Ląduję, oczywiście, bo jakże inaczej, przed barkowym kościołem (Matki Boskiej Śnieżnej). Patrzę na jego żółte, kręcone kolumny, rozpoznaję świętych w niszach umieszczonych po obu stronach wejścia. Popijam podwójne cappuccino za, rozpusta, totalna rozpusta, 51 kč, w “Café 87”. Powoli wracam do normalnego koloru i nie jestem już sina z zimna. Przy stoliku obok siedzą studenci. Przed nimi na stole piętrzy się stos podręczników wyraźnie wskazujący, drogi Watsonie, na to, że studiują na “fizozofické fakultě” uniwersytetu Palackiego. Może ich spotkałam poprzedniego dnia, gdy z torbą także wyładowaną książkami podążałam uczelnianym korytarzem zakłopotana, ale bardziej zaambarasowana, nadrabiająca miną i głosem postawionym, jak u śpiewaczki operowej, do sali, gdzie opowiadałam o dziwnych ludziach, których zagmatwane biografie mogły pobudzać zarówno do uśmiechu, jak i do płaczu. Czy to oni składali się w rechocie wyłapując smaczki w nagromadzeniu związków frazeologicznych i słowotwórczych zmaganiach z fikającymi nogasami bohaterki pewnego tekstu?

W kawiarni, prawie wszyscy czytają. Dużo podobnych do mnie, pojedynczych, porannych miłośników literek i kawy. Jaki tam ze mnie miłośnik kawy, załapuję się do tego towarzystwa na “krzywy ryj”, pijąc ten napój pewnie ze cztery razy do roku. Tramwaje łomocą za oknem, przesłaniając co jakiś czas bryłę kościoła. Wycieczka szkolna składająca się z małych ludzików, z naturalnym w ich wieku ADHD, doprowadza do szału nauczycielkę podobną, jakby skórę zdarł, do Jiriny Svorcovej, czyli nieśmiertelnej Ženy za pultem.

Zmieniam lokal, bo następnej kawy już nie wypiję. Gdy wchodzę na rynek, złoty kogucik właśnie objawia światu, że już czas na piwo w “Postrzelonej gęsi”. Nie wiem, czy wypada je pić dwie minuty po dwunastej, czy też popełnię straszliwe faux pas, jednakże wizja Hoegaardena w oszronionej szklance jest zdecydowanie bardziej kusząca i budzi pożądanie mocniejsze, aniżeli stan zakłopotania związany z możliwością uznania mnie za alkoholiczkę. A więc proszę o moje Weissebier, tylko na litość Trójcy Świętej z pobliskiej barokowej – a jakże – kolumny, bez plasterka cytryny.

W mieście, w którym człowiek co chwilę wpada na jakiegoś kamiennego świętego, można też wpaść na anioła. Co prawda ten anioł mocno jest zbudowany i ma całkiem pokaźny nos, ale skoro w Roku diabła ustalono, że Karel Plíhal to anioł, to ja ani myślę tego negować. Podoba mi się myśl, że anioły nie są eterycznymi bytami, w zwiewnych giezłach, tylko dużymi mężczyznami z blond loczkami, pewnie z gitarą pod pachą. I nawet krzepę mają, bo jak się jest palaczem w kotłowni, to parę w łapach musi się mieć. Taki anioł, jak Karel Plíhal, to może przed diabłem bronić. Pewnie nie raz zaglądał do “Łodzi podwodnej” na grochówkę. No to niebiański poemat jest, a nie jakaś zwykła zupa. W sam raz, dla takiego kawała anioła, jak Plíhal. W ogóle, to ja się nie dziwię, że anioł-Plíhal mieszka w Ołomuńcu. Jak się widzi mieszkańców tego miasta, to człowiekowi, a także pawianowi, zaraz jakoś lepiej. Honzik, Pstrus Pampovy, czy krásná Margita, z szopą rozwianych włosów, która co prawda nie ma sweterka we pepitkę, tylko spodnie. W końcu jeden anioł to chyba za mało jak na jedno miasto. Może oni wszyscy anioły?

No i znów, tak jak ostatnio, wpadam do tego miasta całkowicie zakręcona, zajęta, zasypana papierami i obowiązkami, wykładami, wystąpieniami, tekstami… Nagle, to chyba gdzieś w okolicach takiej małej piekarni, gdzie kupiłam bułkę z serem, zaraz niedaleko koło kościoła św. Maurycego (ale zdziwienie, to gotyk, no gotyk, nie barok), przychodzi następna fala deszczu. A niech pada… Bułkę i tak zjem, będzie smakować wyjątkowo. Tak, jak zawsze smakują Morawy. No to co ja będę więcej pisać, skoro i tak wszystko jasne…

O czym donosi przemoczony – pawian przydrożny.

Przypisy:

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=2vIIih6P_jc

http://www.youtube.com/watch?v=vo-UZWjFdS0

http://www.youtube.com/watch?v=81NWZV0lGWE

 

 

Published in: on 10/27/2008 at 21:58  2 Komentarze  
Tags: ,

Pawian jest zdziwiony faktem, że ma uszy

To w ogóle tajemnicza sprawa, jak większość wydarzeń w pawiańskim bytowaniu na tym najlepszym ze światów. Z posiadania pary uszu zdałam sobie sprawę stosunkowo późno, bo jakoś przedwczoraj, odkąd w tychże pojawiła się druga para dziur i jakiś metal. Oczywiście, wiem że zaraz dorwą się do mnie psycholodzy i zapytają, dlaczego tak chętnie dokonuję okaleczeń ciała. Bo to, że jestem bytem autodestrukcyjnym i kiedyś zakłuję się widelcem przy jedzeniu sałatki szopskiej jest pewne, jak to, że lible kiedyś zdobędą świat (ja tam ich nie widziałam, ale wierzę Henry’emu Kuttnerowi). A po drugie, jak już ktoś maluje trwale ciało, przy użyciu igły i tuszu, to zrobienie sobie dodatkowych dziur w uszach zmierza w stronę papuaskiego modelu piękna. Nie zamierzam ciągnąć owego wątku, ale jak jakiś psycholog mnie przyciśnie, to powiem, że jestem równie neurotycznym typem, co bohaterowie Woody’ego Allena.

W każdym razie, podczas pobytu na Bałkanach zostałam wyrocznią św. Nauma, który w starocerkiewnosłowiańskim mi objaśnia skomplikowaną naturę świata. Dowiedziałam się wówczas, że moje pragnienie dodatkowych dziur w uszach jest zrozumiałe, bo takie otwory powodują lepsze słyszenie pragnień roślin i małych zwierzątek. No to przepasałam swe lędźwie i z urodzinowym kartonikiem, otrzymanym od stada mych dzieci, udałam się do gabinetu kosmetycznego i gromko wrzasnęłam: Dziury, raz, na razie…

I od tamtego momentu wiem, że mam uszy. Przypomina mi się scena z wczesnego dzieciństwa, jak stoję z mamą na przystanku tramwajowym w oczekiwaniu na niebieski przedmiot elektrycznego pożądania i uświadamiam sobie, że oddycham. Nie podzieliłam się tą refleksją z nikim, ale pamiętam samo wydarzenie jak przez mgłę. Pewnie miałam nieco ponad dwa lata. A to ci siurpryza – odkryć, że się oddycha po dwóch latach nieustannego trwania procesu. Zaczynam podejrzewać, że nie należę do osób specjalnie spostrzegawczych. W każdym razie, od kilku dni mam uszy. Dość boleśnie skonstatowałam ten fakt, przy ściąganiu garderoby, dotąd procesie odbywającym się niejako mimochodem i bezboleśnie. A teraz? Auuuć… ożesz, w mordę!

Inną sprawą stało się mycie, dotąd wykonywane zupełnie machinalnie, a tu nagle okazuje się, że ucho ludzkie jest strasznie dziwne. Pozaginane, o dziwnych krzywiznach, zaczynam współczuć głęboko słoniom. Dodam, że pawiańskie uszy nie są jakieś monstrualne. Ot, uszy, jak uszy. Ani duże, ani małe, przylegające do czaszki, pewnie dlatego się tak zręcznie ukrywały, by wychynąć przy sprzyjającej okazji. Siedząc przy lekturze niebacznie opieram głowę na dłoni i ze zdziwieniem stwierdzam, że pojawiła się narośl, ciało obce, które teraz będzie już częścią moich uszu – kolczyki. Zgodnie ze starą zasadą, że jak mamy nogę w gipsie, to zaczynamy dostrzegać chromych, to nagle zaczynam patrzeć na ludzkie i zwierzęce uszy. Nie na kolczyki, bo te sama zamierzam kolekcjonować i mało interesują mnie upodobania innych ludzi, ale na uszy. Zauważam śmieszne uszy Ogryzka (przybyłego niedawno z psiego Tartaru), który po niespodziewanej śmierci Dużego, stał się jednym z rozpieszczonych jak dziadowski bicz psów pawiańskich rodziców. I myślę sobie, że psy w naszym domu, to zawsze miały USZY. A zwłaszcza jedno. Jedno ucho Szczeniaka, które zawsze było brudne i tylko pawianowi wolno je było czyścić, bo tak… Jedno ucho Psiny, które często, w czasie spacerów czule miętoliłam w dłoni szepcząc w zaufaniu: masz uszko jak aksamit. Szliśmy razem, a jego lewe ucho tak poręcznie i bezpiecznie można było trzymać w łapie. Jedno ucho Dużego, które leżało mu zawadiacko na głowie, niby furażerka. Jedno ucho Księciunia, które za żadne skarby świata nie chce się podnieść, co powoduje, że stajemy z zachwytem i mówimy: ależ on jest niezwykle urodziwy… Co nie powinno nikogo dziwić, bo wszystkie psy w rodzinie pawiana są piękne, zgrabne, szlachetne, odważne, inteligentne… A jak się to komuś nie podoba, to będziemy się potykać na ubitej ziemi, konno, albo pieszo. Ewentualnie na psie. W każdym razie napawam się posiadaniem uszu, jednakże z niepokojem myślę, co będzie, jeśli zapragnę mieć ogon?

Swój ogon ma lew, i to ładny i spory,

i słoń, i krokodyl, a także wieloryb,

i nawet przepiórka ogonek swój ma —

tak, każdy ma ogon, i tylko nie ja.

(A. A. Milne)

 

Przypisy

http://www.tekstowo.pl/index.php/tekst/Maciej_Zembaty/Uszy

 

 

Published in: on 10/26/2008 at 21:31  7 Komentarzy  
Tags:

Pawian mówi trochę o polityce, a w sumie o nienawiści

 

Pawian zacznie dziś w trochę innym miejscu, aniżeli to, w którym skończył wczoraj Zacznie od jotesza, proszę zerknąć w przypisy. Tak, tak, pawian jest filologiczną pierdołą i uwielbia przypisy oraz inne podobne im szykany. Gdy Pawiana nie było w blogosferze (jak to brzmi, nieprawdaż), to bywał sobie czasem Pawianem Oficjalnym. W każdym razie pojechał sobie jakiś czas temu na konferencję, podobnych jemu pierdołowatych filologów. Wiecie, to takie stado popaprańców, którzy doznają ekstazy na widok jakiegoś skrawka starego papieru z końca lub początku jakiegoś wieku. Na spotkaniu ekscytujących się makulaturą Pawian poznał pewnego pana, który był uroczy. Małopolska uroda, taka wzbudzająca zaufanie, poczynając od niebieskich, bystrych oczek, kończąc na rumianych polikach. Po prostu Pawian był zauroczony i rozmawiał sobie całkowicie niewinnie (dodam na wszelki wypadek) z taką samą pierdołą filologiczną, jak i on sam. W pewnym momencie Pawian zażartował. No i się zaczęło. Hiroszima i Nagasaki, bombardowanie dywanowe Drezna, bitwa na Łuku Kurskim, pod Raszynem, a także Falaise i Chambois. Pawian zażartował z IPN-u, a pan milutki wcześniej stał się kimś zupełnie innym. Jak wcześniej dawał Pawianowi dowody sympatii, tak mu się pewnie głupio zrobiło, że się z wrogiem klasowym zadawał i zaczął go nazywać wyrazami powszechnie uznawanymi, przynajmniej w niektórych środowiskach, za grubszą nieprzyzwoitość. Pawian na początku myślał, że pan sobie żartuje, ale niestety… Po tekście o moralnym prawie obiektywnym, Pawian nie wytrzymał, ruszył do kontrnatarcia i wcale się już nie uśmiechał. Skutek? Pawian prawie zdjął trep i o mało co, aby zaczął owego pana po czerepie walić.

Pawian wrócił do domu i się zafrasował. Bo tu się Państwu przyzna, że jest cholerykiem, ale w życiu nie śledziennikiem. Jak Pawian się drze, to szyby w oknach pękają, ale już po pięciu minutach gotów jest lecieć trzy kilometry po herbatę dla ofiary wcześniejszych wrzasków. I strasznie mu głupio, że wrzeszczał. A tu? Ano nic. Pawian był wręcz ZADOWOLONY, że na wspomnianego pana naryczał, wcale nie było mu głupio i nie miał ochoty w żaden sposób zadośćuczynić krzywdy. Pawian usiadł przy ukochanym stole kuchennym i się zafrasował, bo zobaczył, że wylazło z niego coś paskudnego i wstrętnego. Obrzydliwego, Coś, czego wcześniej w naszym bohaterze nie można było uświadczyć w aptekarskiej niemal dawce (ci, którzy znają Pawiana poświadczyć mogą).

Zmieniły się standardy, Proszę Państwa. Pawian zmienił się też, chociaż wcale tego nie chce. I będzie z tego powodu rozpaczał, chociaż co poniektórzy powiedzą, że nie ma co lać łez z powodu kłótni z jakimś człowiekiem deklarującym się, jako prawica polska. Otóż jest wręcz przeciwnie, bo Pawian taki nie był i być nie chce. Pawian już o tym pisał w poprzednim wcieleniu, w związku z czym powtarzał się nie będzie, zawsze można w następny przypis oczkiem rzucić.

Daliśmy się wpuścić w maliny. Rozmawiamy językiem, którym nawet pijany furman by nie przemówił. Skupiamy się na kopaniu, na ironicznych pyskówkach, pełnych argumentów rodem z magla, albo sprzed budki z piwem. Ktoś może rzec, że krawiec tak kraje, jak mu materii staje. Poszukiwanie afer, cudzych niezręczności, wpadek i potknięć stało się także NASZĄ codziennością. Co z tego, że te wpadki są na poziomie rynsztoka? A co nas to obchodzi, że właśnie tam dziś jest najlepsza impreza? Czy musimy na niej bywać? Nauczono nas czegoś brzydkiego, wyznaczając standard, który jeszcze do niedawna był poziomem kibolskim, a zdecydowanie nie salonowym.

Jeśli polska prawica chce mówić i się zachowywać jak barbarzyńcy, to jest to ich sprawa. Jeśli dziennikarze uznają, że właśnie takie działanie jest inspirujące i warte najwyższego stopnia uwagi, to niech też tak będzie. Ja się wypisuję. Może i Pawian w związku z tym jest anachroniczny, ale właśnie taki chce być.

Mogę oceniać, mogę krytykować, ale na litość bogów olimpijskich, nie przy użyciu ich metod i ich języka. Że wołanie na pustyni? Ano, niech będzie. Lepiej fechtować rapierem, aniżeli walić kłonicą na odlew. Jeśli można, to ja nie będę człowiekiem kultury masowej, który przeżuwa bezmyślnie podaną papkę, równą uwagą obdarzając różne listy ze stokrotkami, jak i wydanie książki Filipiak o Komornickiej. Są jednak pewne granice, dlatego Pawian bierze teraz do łapy grube tomisko o modernistycznej literaturze. I przy niej pozostanie. Nadal wierząc naiwnie, że człowiek jest miarą wszystkich rzeczy. Ale tylko w duchu protagorejskim, a nie w butnym tonie, obelgach, wrzaskach i wyzwiskach. Pawian nie pozwoli sobie, by stać się jeszcze choć przez chwilę podobnym do tych, którzy nienawiścią do drugiego mierzą swą użyteczność obywatelską. Pawian woli dialog, a toledański szpadel będzie nosił przy sobie jedynie dla fantazji. I niech tak zostanie.

O czym zakomunikował – pawian przydrożny…

Przypisy:

 

 

 

http://jotesz.blogspot.com/2008/10/dlaczego.html

 

 

 

Published in: on 10/23/2008 at 22:14  5 Komentarzy  
Tags: ,

Pawian pyta: cóż tam panie w polityce?

 Dziennikarstwo to musi być ciężki zawód, bowiem w większości polega na zabawie w Salomona, czyli przelewaniu pustego w próżne. Żeby zaraz ktoś się nie obraził, to nie chodzi o Boba Woodwarda i Carla Bernsteina, żadne sprawy personalne, ale o to, co dzieje się na naszym podwóreczku. A na nim? Jak w Rejsie: “Nuda… nic się nie dzieje, dialogi niedobre… bardzo niedobre dialogi, brak akcji, nic się nie dzieje […] pustka, pustka, nic, absolutnie nic”. Proszę mi nie mówić, że gadanie o stokrotkach czy jeżdżenie po Dornie, jak po burej suce, są ciekawe, inspirujące, zajmujące, tudzież twórcze. W sprawie stokrotek, to były wcześniejsze sygnały, dodam – liczne sygnały – że taka jest właśnie norma zachowania żoliborskiej inteligencji. A z kolei w sprawie drugiej? No… Pawian sobie myśli, że jak ktoś się bawi z lamą, to z pewnością zostanie opluty. Jak ktoś wkładał w kamasze, to go wyjęli – tak by wyglądać mogło przerobione w duchu naszych czasów przysłowie o tym, że wilk nosił razy kilka.

Gdzie jest pies pogrzebany? Kraj w Europie, ponad trzydzieści milionów ludzi, trzysta kilometrów wybrzeża, góry piękne, bogactwa naturalne mamy (rzepakową potęgą jesteśmy, z jabłkami też nam nieźle idzie…) i co jest największym problemem? Wałkowanym w prasie? Telewizji Pawian nie ma, to nie wie. Samolot, kto w nim lecieć ma, a kto nie, stokrotka, krótka lista, arcybiskup zeźlony, znów afera piłkarska… Łapy Pawianowi opadają. Można zacząć narzekać, że to wina pismaków, którzy sztuczne afery wymyślając, bawią się świetnie. Jednakże Pawian ma nieco inne zdanie, bo z pustego w próżne… Przy czym słowa “pusty” i “próżny” traktujcie sobie Państwo, jak chcecie. Pawian sugeruje interpretację najprostszą. Próżne pustaki, puste próżniaki, czy jakoś tak. No, ale to zbyt proste, nieprawdaż?

Zmieniły się standardy. Dlatego informacje o budowie autostrad znajdziemy w prasie po dłuższych poszukiwaniach. Wstydliwie będą ulokowane na stronie trzeciej. A na pierwszej? To proste: Obama odwiedza chorą babcię! Stokrotka na liście! Prezydent bywał milszy dla pań! Dorn nie płaci alimentów! Radek Majdan ma nowy tatuaż (a może zgubił stary)! W “Tańcu na rurach” gwiazda serialu pokazała majciochy!

Jeden grzyb, czy ktoś miał dziadka w AK (Afrika Korps), bo dziennikarzowi się sprawdzić nie chciało, że skrót tej formacji zapisujemy jako DAK. A przecież DAK, to prawie jak Duck i zaraz wszyscy zgodnie śmiali się będą na internetowych forach. Wiem, wiem, że takiego newsa nie było. Jeszcze nie było, jutro będzie, a może pojutrze. Nie o to chodzi.

Pawian nie zamierza tu rozstrzygać, miejsca położenia wzmiankowanego wcześniej psiego truchła. Może to dziennikarze niedouczeni, a może się starają jak mogą, a wszystko to, co dzieje się w Polsce właśnie JEST na poziomie magla? I szukać ze świecą tematów, które nie są już nawet nie kiełbasą, ale po prostu nieświeżą parówką?

A może… Może my wszyscy dajemy się nabrać? Człowiek kultury masowej przyjmuje wszystko to, co go otacza, totalnie bezrefleksyjnie. Wpadają mu do głowy, biją po oczach, wiercą uszy, różne informacje tonami zawalające jutrzejsze śmietniki, gdy staną się już towarem drugiej świeżości. A on jak krowa rusza sobie mordą na tej łące pełnej trawy, ale nie potrafi odróżnić babki leczniczej od perzu. Brak selekcjonowania informacji prowadzi do zanegowania ważności ich wszystkich.

Protagoras miał powiedzieć: πάντων χρημάτων μέτρον άνθρωπος. Nie spotkał się biedaczek z człowiekiem kultury masowej, który rzeczywiście jest miarą wszystkich rzeczy, a odmierza je własną niewiedzą. Nie chcę namawiać do porzucenia świata prasy, internetowych pogaduszek na forach i wyprowadzenia się w Bieszaczady, używania dynama, czerpania wody ze studni oraz rąbania siekierą niebacznego turysty z radiem w telefonie, jako objawionego zła. Nawet nie chodzi o mniejszą ilość ekscytacji przy porannej gazetce. Pawian nie zamierza rzucać kamieniami, bo belka w jego oku jest jak wszystkie maszty żaglowca “Cutty Sark” (Pawian dokładnie nie pamięta, ale wydaje mu się, że ponad 80 metrów). Może po prostu: nie dajmy się wszyscy sprowadzić do roli krów? Mimo przeważających sił wroga i codziennego zarzucania nas stertami całkowicie nieistotnych, aczkolwiek medialnie “chodliwych” faktów. Pawian przydrożny jutro opowie Państwu dlaczego właśnie tak myśli. CDN…

Przypisy:

 

 

http://pl.youtube.com/watch?v=Z9VQ089v9VQ

Published in: on 10/23/2008 at 00:06  4 Komentarze  
Tags:

Pawian nie robi kawy, za to próbuje wypinać brzuch – niestety nie wychodzi mu to zbyt dobrze

Czytam wywiad z artystą. I zastygam po jednym z pierwszych zdań, które brzmi: “Żona (załóżmy) Elżbieta, zaraz przyniesie kawę”. To zdanie nie musi znaczyć niczego złego. Pojawiła się dziennikarka na wywiad, to robi kawę ta osoba, która nie jest zajęta. Gdyby wywiad był z ową Elżbietą, to pewnie kawę przygotowałby artysta. I tyle, nieprawdaż?

Nie lubię kawy, pijam ją sporadycznie i to z wielkim aj-waj, to skąd mam wiedzieć, kto i jak ją przygotowuje. Jak jadę do pawiańskich rodziców, to tatuś-pawian jedzie po mleko do pobliskiego miasteczka, bo z takim od krowy, to nasz pawian nie wypije. Zamiast tego będzie patrzeć na stado krów, które wujek Wawrzyniec przyprowadził na wycieczkę. Pełny wypas i full service na pawiańskiej łące. Pawian patrzy na krowy, a mamusia-pawian wodę nastawia i wyciąga filiżanki. Każdą inną, bo właśnie tak ma być. I kawę (z drożdżówką) pije się dopiero po tym, jak tatuś-pawian wróci z zakupami. Deszcz pada, psy śpią w przedpokoju, ułożone “na śledzika”, wtulone nosami w swoje futra. A mnie nadal spokoju nie daje ta kawa przygotowana przez żonę artysty. Bo zaraz mi się pewien pan dwojga nazwisk przypomina i jego tekst, o tym, że kobiety są stworzone do parzenia kawy. A tacy jak on są stworzeni do wygadywania głupot. Pewnie w średniowieczu byłby trefnisiem. A dziś jest szefem partii. Bywa. Mam nadzieję, że w domu artysty wcale tak nie jest, ale ta kawa… Pewnie mi na żołądku “siadła”, albo co…

Dwie strony dalej, w tym samym piśmie, gdzie znalazłam wywiad z artystą, przeczytałam kawałek z książki psychologa, tego samego, co się wypowiadał o kryzysie ojcostwa: “Kobieta ma więcej energii w brzuchu i jej naturalnym dominującym ośrodkiem przeżywania siebie jest brzuch. Tam się dzieją sprawy podstawowe dla bycia kobietą i przeżywania kobiecości, także w wymiarze duchowym”. I brzuch mnie rozbolał od tego. Pewnie duchowo przeżyłam te słowa. Od dziś będę wypinała brzuch. Tak nadęta i wypięta będę głosiła pełnię swej kobiecości. I będę parzyła pierdylitry kawy.

Z mocnym postanowieniem poprawy własnego “kobiecego ja” wracam do domu, gdzie znajduję gołego Łasica z puszkami farby, wyrzynarką, pędzlami, wiertarką, lakierem i wszystkimi innymi szykanami. Maluje spiżarnię w wesolutkim kolorku radosnego słońca (nie, tu nie kpię, taka jest nazwa farby), przełamanym zimną atlantycką przygodą (proszę sprawdzić w katalogach firmy Dulux). Łasic pomalowany jest w kolorowe paseczki, jak warchlaczek. Gdy zaczynam kręcić nosem, że się chrzani z każdą półeczką, z każdym jej centymetrem, objawia mi radośnie, że ja się nie znam, bo wedle stereotypowych podziałów, to “kobiecą ręką” w naszym chlewiku jest on. I dlatego teraz dopieści drobiazgowo spiżarnię. Podejrzewam, że z naszym remontem jest jak z Euro 2012. Na wszelki wypadek każę Łasicowi wydąć brzuch i czytam mu ze stosu pudełek dlaczego ma przeżywać swą kobiecość trzewiami. Chlasta kolejną warstwę farbki i chichocze szatańsko. Kota leży na podłodze. O rany, ale ona przeżywa swoją kobiecość… Nie chcę być niegrzeczna, ale może ona po prostu za bardzo lubi jeść? Nie, nie bądźmy złośliwi. To wymiar duchowy kobiecości jej się z futra wylewa.

Pytam Łasica, czy mu kawy nie zrobić, ot tak, pro forma, bo i tak nie umiem. No to kto ja jestem? No kto? Przypomina mi się, jak wsparta na ramionach Łasica i Borsuka (takich pięknych, eleganckich, w szarościach i czerni) weszłam na raut i zaraz zostałam przedstawiona mężowi jednej ze znajdujących się tam pań:

– To jest pawian. Jest feministką, a zobacz, że przyszła z dwoma panami…

No jasne! Jako feministka powinnam wejść z oderwanym w kolanie zakrwawionym ochłapem męskiej nogi w pysku. I z nienapoczętym dzieckiem w reklamówce. Wtedy spełniłabym pokładane we mnie oczekiwania części społeczności.

Nie przeżywam duchowości brzuchem, nie umiem zaparzyć kawusi, nie mam pojęcia, gdzie Łasic schował serwis w kwiatuszki (aaa… wiem, nigdy takiego nie mieliśmy), ponadto prowadzam się pod rękę z dwoma, och, z dwoma, spuść oczka córeczko, nie patrz synusiu, panami. I jeszcze mi się przypomina, jak nabijałam się do Delfinka, że cały dzień spędziłam z “no wiesz z takim, jak to powiedzieć, mocno heteroseksualnym towarzystwem”. Delfin wrzeszczy tak samo jak ja, to pewnie początki choroby zawodowej, dlatego parsknęła na cały park:

– Biedactwo, tylko ty jedna biseksualna…

Pana z wózeczkiem wmurowało w ziemię. No wmurowało, a jak już przestał być żoną Lota, to dokładnie mnie sobie obejrzał. Biseksa zobaczył. Już teraz będzie wiedział, już go nic nie zmyli. Dokładnie wstrząśnięty, a zarazem zmieszany moim manifestowaniem, bo w końcu on jest tolerancyjny, no tolerancyjny, ale dlaczego ci zboczeńcy mówią o tym na głos, dlaczego manifestują?

I teraz to już mam kompletny mętlik w głowie. Popijam czerwone wino i pewnie nawet bym chlipać zaczęła, iż nie wiem kim jestem, gdyby nie fakt, że zawsze mogę wypiąć brzuch i udawać. Łasic nikomu nie powie, a po cichu, w przebraniu kobiecym (z doprawionym brzuchem) poda nawet kawkę. Nawet cappuccino zrobić potrafi, ale o tym, że sam, w czasie mojej nieobecności, kupił patelnię i teraz na niej smażenie odstawia, to już nikomu nie powiem. Tfu… Zboczeniec. Poleciał kupować zasłonki…

 

 

Published in: on 10/21/2008 at 22:08  12 Komentarzy  
Tags: ,

Pawian nadal na Bałkanach, a co źle mu tam?

Lidia patrzy w oczy Dejana, a Dejan patrzy w oczy Lidii. I to spojrzenie zmienia wszystko. Lidia rano, to zupełnie inna Lidia. A ta patrząca na Dejana, to ma takie oczy, że człowiek, a nawet pawian musi się uśmiechnąć. Oczy z gwiazdą, co tam gwiazdą, wszechświatem… Lubię patrzeć na Lidię. I w związku z tym nie dziwię się Dejanowi, że cały czas robi to samo.

Z witryny siedziby partyjnej patrzy na mnie Tito. Matko, ależ ja i Borsuk potrafimy na siebie wrzeszczeć. Pewnie dlatego nigdy nie słuchamy swoich wykładów, bo kłótnia murowana. I spieramy się o tego marszałka, z użyciem wyrazów, różnych, że aż mieszkańcy Skopje zastanawiają się, czy to nie nadchodzi kolejne trzęsienie ziemi. Przy spokojnych Macedończykach, pawian i Borsuk są jako te wulkany. Pewnie dlatego proponujemy im, że możemy rozpocząć jakąś akcję, raczej zadymę, w sprawie pewnego ościennego mocarstwa. My już gotowi, rzucać w plakaty reklamujące pewną sieć komórkową pomidorami, stawać z plakatami pod siecią sklepów “Vero”, a tubylcy się śmieją. Ech… a mówią, że ludzie z południa są temperamentni. Kłótnia kończy się szybko, bowiem dochodzimy z Borsukiem do wniosku, że Tito był przystojnym mężczyzną. Chociaż Borsuk robi miny i coś pochrząkuje na temat mojej niezdecydowanej orientacji seksualnej. Na co ja wyzłośliwiam się na temat jego powłóczystych spojrzeń w stronę kelnerki w kubańskiej knajpie. On mi na to wali ciętą ripostą o pewnej lektorce z Magadanu. A ja mu mówię, że po prostu mi zazdrości, bo sam chciałby partycypować w tych pięknych kościach policzkowych i migdałowych oczach. Delfinka od naszego przyjazdu boli brzuch. Ze śmiechu.

A mnie bolą nogi, bo Borsuk za szybko chodzi. Prowokacyjnie zakładam jeden z moich szali na głowę i zawijam się, niby posłuszna muzułmańska żona postępująca za mężczyzną kilka kroków z tyłu. Borsuk tak gna, że nie widzi, jak po moim geście z czarczafem, Delfinek i jego Macedończyk składają się ze śmiechu. Nabijam się z tego Borsuka, wrzeszczę na niego, a on na mnie, ale i tak wszyscy wiedzą, że jesteśmy jak schabowy i kapusta. Albo inaczej, jak szopska i pleskavica. Jak Humphrey Bogart i Claude Rains.

Wypijam kolejny łyk wina, rozkoszując się fasolką zasypaną bukowcem w tavcze-gravcze. W małej restauracyjce na uboczu rządzi kot imieniem Miszko. Kelner z nim rozmawia, my też grzecznie pytamy futrzaka, czy nie chciałby skosztować czegoś. Takiemu to dobrze. Ma własny lokal, a kucharz pewnie podaje mu smaczne kąski, o czym świadczy okrągły brzuszek i lśniąca sierść. Inaczej wyglądają psy na drodze prowadzącej do Ochrydu. Snujące się po parkingu, w poszukiwaniu resztek jedzenia. Nic nie jest proste. Nigdy.

Tak samo nie są proste relacje międzyludzkie. Religijne. Historyczne. Graniczne. Jak pozbyć się uprzedzeń, gdy następne przyczynki do ich powstania pojawiają się codziennie? Jak o tym mówić? Pisać? Jak to zmienić? Nie wiem, byłam tam za krótko. Wiem tylko, że było warto. Każda sekunda była istotna. Pozostaje pod powiekami, w snach. W zapamiętanych kilkunastu zdaniach. W chęci powrotu. W smaku wina. Otulam się jedwabnym szalem, który będzie mi przypominał o wąskich uliczkach dawnej tureckiej dzielnicy. Tylko tyle, dotyk śliskiej tkaniny – powierzchowność doznań. A tak bardzo chciałoby się wiedzieć. Opowiedzieć. Zajrzałam w oczy Macedonii – tak przy toaście. Zajrzałam, ale jedynie na chwilę. Kupuję ikonę przedstawiającą św. Nauma – typowy gest turysty, który chce posiadać pamiątki z podróży. Ta ikona wisząca nad kuchennym stołem przypomina mi o mgle nad Wodnem, o chłodnej bryzie znad Ochrydu, o śniegu w górach, o mozaikach, o ludziach. O powrocie. Wrócę. Z pewnością wrócę. Podaję pieniądze starszemu człowiekowi, który patrzy na mnie z uśmiechem. Mówię:

– Fala mnogu…

Odpowiada:

– Fala i was…

Samolot wzbija się w powietrze. Jest coraz mniejszym punktem na niebie. Mnie już nie ma. Fala, Macedonio – byłam… tydzień. I teraz opowiadam – pawian przydrożny

 

 

Published in: on 10/20/2008 at 18:22  8 Komentarzy  
Tags:

Pawian jedzie na Bałkany, bo jeszcze tam go nie widzieli

Macedonia ma smak truskawek i wina o nazwie “T’ga za jug”, co przypomina pijącym o wierszu napisanym przez Konstantina Miladinova, który tęsknił w Moskwie za południem i ja mu się nie dziwię, bo kto był choć raz w Macedonii, to musi za nią tęsknić. Macedonia ma wiele smaków, bo smakuje też obwarzankiem o nazwie gjevrek posmarowanym ajvarem. Macedonia pachnie wiatrem znad jeziora Ochrydzkiego. Macedonia jest wielobarwna jak ogon pawia z monastyru św. Nauma.

Siedzimy z Delfinem Ochrydzkim w uniwersyteckim bufecie, gdzie można nawet rakiję kupić, bo co kraj, to obyczaj, a jak mówił niejaki Kliment, częstując mnie o dziewiątej rano pięćdziesięcioprocentowym napitkiem, to jedynie dla cyrkulacji. W każdym razie siedzimy z Delfinem w tym bufecie, a ja nagle mówię, że Macedonia to mi się kojarzy ze spojrzeniem. Wszędzie oczy. Najpierw były macedońskie toasty, a przy każdym trzeba w oczy spojrzeć. Delfinek się śmieje, bo ona sporo wie o tych macedońskich spojrzeniach. Spojrzał na nią jeden Macedończyk i wsiąkła. Wtopiła. Mimo prozaicznego faktu, że wspomniany kraj nie ma dostępu do morza, to nasz Delfinek topi się nadal. Poza tym, są też oczy macedońskich mężczyzn, o których Borsuk (zwany dawniej Moim Przyjacielem) mówi, że są oznaką ciężko pracującej wątroby. Szczególnie wtedy, gdy na kaca (na jakiego kaca, to jedynie dla cyrkulacji) zapodaje się czorbę z niesamowicie wielką ilością mięsa. I siedzi taki w lokalu, zupę tłustą podjada, a te oczy podpuchnięte na czarno, to z daleka widać. Jak oczy tego profesora z Macedońskiej Akademii Nauk, co się naprzeciwko pawiana ulokował i ze smakiem następną porcję cyrkulacyjną w siebie wlewał. W pracy? W siedzibie nauki? Pawian zamanifestował swe oburzenie dokładniejszym zatuleniem się w szal. Bo co miał robić? Zresztą pewnie to pawiańskie oburzenie to przejaw dulszczyzny. W końcu tak tam żyją, a ich worki pod oczami, to można przecież traktować nie jako przejaw wątrobiany, a jako egzotykę, która może pociągać niektórych. W każdym razie zwracają te oczy uwagę, co pawianowi przypomina pewną historię, jak jakiś czas temu uganiał się za nim jeden postawny i kędzierzawy Macedończyk. I rzecz jasna w oczy pawianowi zaglądał. Pawian zmykał chyżo i mówił, że nie jest zainteresowany, a na to potomek Aleksandra Wielkiego mówił:

– Nie szkodzi. Jak Macedończyk kobietę pokocha, to i ona jego musi – i nadal włóczył się za pawianem, patrzył na niego, rzekłabym, ze smakiem, a potem dodawał, że pawian się przekona do tego uczucia, jak tylko dowie się, jak to jest być całowanym po macedońsku. Po kilku dniach, gdy pojawił się Łasic, Macedończyk twardo stanął przed nim, a było to zabawne, bo epuzer pawiana był, jak wspomniano, postawny (żeby nie powiedzieć więcej), a Łasic wyglądał jak zawsze, czyli, jak młody cadyk nad Gemarą. Macedończyk rzekł zdecydowanie:

– Podoba mi się twoja żona…

Na co Łasic odparł całkowicie lekko:

– Nie tylko tobie…

I sprawa na tym się skończyła, ale od tamtej pory, jak pawian Macedończyków płci męskiej widzi, to się lekko wystrasza. Chociaż chciałby, żeby ktoś wreszcie mu powiedział, co oznacza to całowanie po macedońsku. Powiedział mówię, powiedział, nie pchać mi się z tym dziobem i flagą czerwono-żółtą.

Patrzę i ja na ten kraj, na kolor kabaczków wyłożonych równymi rzędami na targowych straganach. Zbieram, kolekcjonuję, układam pracowicie wrażenia, łapię kolejne w obiektywie aparatu. Mruczę niezadowolona, że ciągle nad górami mgiełka. Patrzę na minarety, które jak paluszki skrzypaczki pną się w górę. Ciekawa jestem, jak to jest z tym niebem? Bo przecież mieszkańcy Macedonii chyba liczą, że istnieją przynajmniej dwa. Jedno dla tych od malusieńkich meczecików, a raczej meczeciątek. Drugie zaś dla tych od cekrwiuniek. Bo te ośrodki kultu w Macedonii na prowincji, to są jak dla niziołków. Malutkie takie, gdzie słychać każde słowo wypowiedzianej modlitwy, a nawet stukot bijącego serca pewnego świętego. Jak pawian myśli o podobnych budowlach w Polsce, gdzie na każdym osiedlu wyrasta coś na kształt hali widowiskowo-sportowej, to dochodzi to wniosku, że tam chyba mało słychać. Psujaczek Prusa się kłania i tyle…

Delfinowy Macedończyk mi mówi, że Macedonia się słabo reklamuje w świecie. I to jest prawda. Żeby ktoś napisał taki Gottland o Macedonii, to by było coś. Ktoś musiałby spojrzeć w głąb, pod skórę, zobaczyć, nie to co ja – przypadkowy, tygodniowy z kawałkiem turystyczno-zawodowy osobnik, którego refleksje pozostają na poziomie truskawek i ajvaru. O czym donosi – zafrasowany pawian przydrożny, jednakże machający z nadzieją macedońską flagą.

 

Published in: on 10/19/2008 at 14:22  12 Komentarzy  
Tags: