Pocztówki znad krawędzi, czyli krótkopisanie

Od lat te stempelki w użyciu są i

Ten system i później się przyda

Bo mądrym dziś mówią – ech, durni żesz wy

A głupich, jak zwykle, nie widać

(Bułat Okudżawa)

Nic mnie nie zdziwi. Ja już to wszystko czytałam. O tych obcych, którzy chcą zniszczyć naszą kulturę, którzy współpracując z zaborcą niszczą naszą i naszych dziatek ojczyznę wolną, którą racz nam wrócić Panie. Czytałam pożółkłe strony czasopism, na których już to wszystko było – było (bo tak głownie czytałam) od powstania styczniowego do drugiej wojny światowej, która potem wybuchła była. A kto ją rozpętał? Ci, których opisywali w gazetach czy ktoś inny? Proszę nie myśleć, że wietrzę teraz teutoński najazd, ale myślę sobie, że te wszystkie ataki paniki w historii ludzkości, to pic na wodę i elektromontaż. Zagrożenie przychodzi zawsze z tego miejsca, z którego niekoniecznie się go spodziewamy.

***

Idę do bankomatu ulicą, która jest pokryta warstwą suszonego psiego gówna do wysokości okien pierwszego piętra. Hula wiatr roznoszący papiery, dostaję w ryj starą torebką z McDonalds. Potykam się o pustą butelkę po piwie „Harnaś”. Na rogu jakiś obcy mówi do drugiego, równie obcego mi kulturowo: a, Kazik, kurwa, mu na to, kurwa, mówię ci…

***

Co to jest kultura europejska? No co? Co ja mam wspólnego z gospodynią domową z Portugalii? Może, tak jak ja, czytała w liceum „Makbeta”. I może, tak jak ja, nie znosi Erosa Ramazottiego? Tak na marginesie, ja nie ma pojęcia, kto to jest Eros Ramazotti, ale szukam jakiejkolwiek wspólnoty. Wujek Google pomógł. Już wiem, nie znoszę Erosa Ramazottiego. Ona też. A poza tym? Co nas łączy? Jaką mamy wspólnotę? Wspólnotę dziedzictwa Wercyngetoryksa? Poczucie łączności prowincji cesarstwa rzymskiego? No, co? Ja nawet fado nie słucham.

***

[czytać akcentem z Nalewek]

Jeśli ta kultura (dobra, jakaś tam wymyślona wspólnota europejska) ma upaść z powodu uchodźców, to co to jest za kultura? To, co to jest za interes? Tak nagle, łubudu i się zawali? Mieszkam wśród stada chełmskich mędrców, którzy nagle odkryli, że to w czym żyją jest gówno warte – i strasznie się boją, żeby świat się o tym nie dowiedział. O rany, co za dziwny kraj. Od rana do wieczora „patriotyzm” deklinują i „polskość” też, a tak naprawdę się boją, że ktoś przyjdzie i co? Znikniecie? Roztopicie się? Tak nisko cenicie schabowego z kapustą, liryki lozańskie Mickiewicza oraz mazurki Chopina? I choinkę? Zaraz. Zaraz, przepraszam, wycofuję. Liryki pisane przez emigranta, mazurki pisane przez potomka żabojadów i ta bożonarodzeniowa piąta kolumną z Niemiec, która wyparła naszą polską podłaźniczkę? Jeszcze chwila, a okaże się, że nasz schabowe skręcają dzieci w Tajlandii i dostają za to dolary. Do schronów, rodacy. Ochrońmy nasze rodzime ołtarze Niji. A może to były żółwie ninja?

***

Uchodźcy się nie zasymilują. A ile znasz typów asymilacji, przygłupie jeden z drugim? A tak dokładnie, o co ci chodzi? Z jednej strony chcesz, żeby wietnamskie dziecko w Polsce miało na imię Agnieszka, bo, kurwa, w Polsce mieszka, a z drugiej się wściekasz, bo twoja wnuczka mieszkająca w Londynie nie zna „Lokomotywy” Tuwima, albo „Dzika” Brzechwy. W sumie, dobrze, że nie zna, bo to Żydzi, a ci, jak wiadomo rządzą światem. To jak ma wyglądać ta asymilacja? Jeśli dobrze rozumiem, to Polacy rozsiani po świecie mają propagować własne wartości, zaś każdy obcy ma w Polsce latać w ludowym stroju krakowskim.

***

Dawno, dawno temu rozmawiałam z kolegą. Było to w czasach, gdy Puc Klucha był małym kotkiem i nie znał jeszcze pojęcia „własność intelektualna”. I mówię koledze, że jak se rozłożę te wszystkie fiszki na podłodze, to tej właściwej nie mogę znaleźć, bo mój kot…

On: właśnie ci to potargał…

Ja: nie… właśnie na tym usiadł.

On: dobrze, że ci nie narobił.

Ja: Jak to, narobił?

On: W końcu to zwierzę jest.

Ja: Wiesz, zwierzęta tak nie srają, gdzie popadnie…

On: Kotom się zawsze zdarza gdzieś narobić.

Ja: A twoje dzieci to też srają na dywan?

On: No, nie porównuj.

Ja: Kot, w pewnych kwestiach jest mniej więcej na poziomie trzyletniego dziecka. To, co? Srają na ten dywan?

On: Miałaś kiedyś dzieci?

Ja: Miałeś kiedyś kota?

On: Nie, ale wiem, jak one się zachowują.

***

Załóżmy, przez chwilę załóżmy, że to jest najazd. I co? Myślicie, że jak ich nie wpuścicie, to sobie pójdą gdzieś indziej? No, pójdą. Załóżmy, że pójdą do Danii. Najadą, złupią, zgwałcą, zarżną i co dalej? Zostawią was w spokoju? Oj głupiątka…

***

1456762_704241882927375_610502295_n

Published in: on 09/10/2015 at 19:53  8 komentarzy  

„Ida”, czyli jak doprowadzić Pawiana do białej gorączki

ida_fr-2

To trzeba było zobaczyć. No trzeba. Bo, z jednej strony, krytyka się zachwyca, z drugiej zaś mowa jest o antysemickich stereotypach. Film dla Pawiana. No tak, ale o czym jest ten film? Gdybym była złośliwa, to stworzyłabym nadinterpretację, której centrum dotyczyłoby bezduszności katolickiego wychowania, które niszczy duszę i pozbawia człowieka indywidualności, jakichkolwiek emocji, zdolności przeżywania. Ale nie jestem złośliwa i nie znoszę nadinterpretacji.

Antysemickie stereotypy to najmniejszy problem tego filmu. Przepraszam, ale ja jestem z tymi stereotypami „za pan brat” i może dlatego już nie robią na mnie wrażenia. Wyłącznie nudzą i powodują zniecierpliwienie. Podpisuję się wszystkimi kopytkami pod przeczytanym ostatnio na żydowskim forum hasłem, że zamiast Żyda z pieniążkiem, jakże popularnego w polskich domach, oprawcie se własne zdjęcie z pieniążkiem w dupie i będzie git. Doskonale wiem, że filmowa żydokomuna prokuratorsko-sędziowska jest tak nudna, że aż piszczy, ale, w kontekście całego obrazu, ciotka (odtwarzana przez Agatę Kuleszę), to i tak najmocniejszy punkt tej produkcji.

Przyznam się, że głupio chichotałam przez całą drugą połowę filmu. Za sprawą jednej sceny. Agata Kulesza ogląda ocalałe zdjęcia rodzinne. Wśród przodków… Irena Sendlerowa. Serio, serio. Proszę zwrócić uwagę, na fotografię kobiety umieszczoną w kadrze przez Kuleszę po lewej stronie. Słynne zdjęcie Sendlerowej, to z koroną upiętą z warkocza. Sądzę, że Katarzyna Sobańska, odpowiedzialna za scenografię, wklepała se w Google „pictures” i „Jews” a potem wybrała te obrazki, które jej się najbardziej podobały. W tym Irenę Sendlerową. Brawo pani Katarzyno. Pani wiedza jest powalająca. A może chodziło o to, że chłop, który nie zabił Idy i zaniósł niemowlę do księdza był Ireną Sendlerową w przebraniu, Ups… Brakowało jeszcze, wśród tych fotografii, Martina Luthera Kinga, Mahatmy Gandiego i Matki Teresy z Kalkuty. Byłby komplet. Jak mogę oglądać film i być poważną, gdy jego twórcy nie są poważni? Nie szanuję mnie jako widza. W zasadzie, mają centralnie w dupie, moją wiedzę o Zagładzie. Dzięki. To naprawdę miłe, wiedzieć, że filmy kręci ktoś, kogo nie obchodzę. I nie obchodzi go też fakt, że robi coś złego. Obnaża swoją niewiedzę, a wraz z nią, swój stosunek do tego trudnego tematu. Po cholerę się brać za temat, na który się nic nie wie? Nie wie się nawet, kim była Sendlerowa. Bieruta tam trzeba było wsadzić, bo Gomułka na ścianie wisiał (w jednej scenie). A może Jezusa? Przynajmniej by pasował. Semita w końcu.

I niech mi nikt nie mówi, że to jest „oko” do inteligentnego widza. Takie porozumiewawcze, że nie tylko byli ci Polacy, którzy zabijali, ale też ci, którzy ratowali. Może, gdyby ta scena miała inną wymowę, to bym się nie czepiała. Ale się czepiam. Mówię po prostu, że użycie zdjęcia Sendlerowej dyskwalifikuje cały film. Przykro mi. Gdyby nie Agata Kulesza, która robi, co może, to bym wywaliła „Idę” do pieca kuchennego. I tyle.

Brak dbałości o szczegóły zabija cały film. Z mojej perspektywy zawodowej ciągle łapię, głownie scenarzystę i scenografkę, na takich dupsach, że aż piszczy. Nie będę Państwu wszystkich tu wywalać. Proszę obejrzeć, a nie sugerować się zdaniem śledzienniczki, której się nie spodobało.

Mamy w naszej literaturze masę takich jak „Ida” historii. Dobrze opowiedzianych, dramatycznych, ściskających za gardło, pozbawiających tchu, snu i dobrego samopoczucia. A za granicą będzie nas reprezentować historyjka pusta, nic nie warta, nudna. Szkoda, naprawdę szkoda. Bo już czas, żebyśmy wreszcie nadpisali miejsca puste w naszej historii. Opowiedzieli je sztuką. Ukazali nasz, już dojrzały, stosunek do przeszłości. Tak jak to było w przypadku „Rewersu”, „Pokłosia”, „Róży” czy „Różyczki”. W przypadku „Idy” się nie udało. A szkoda, bo ta osadzona na stereotypach historia ma potencjał. Tylko, że to jest jak w starym żydowskim dowcipie, którego pointa brzmi: „Ale, ale… ten dowcip, to trzeba umieć opowiadać”. Łączę wyrazy, różne wyrazy – zniesmaczony Pawian.

irenamloda

Published in: on 12/29/2014 at 19:39  7 komentarzy  

Zostawcie Titanica, czyli falliczne facecje

titanic-bow-615

 

Zostawcie Titanica!

Nie wyciągajcie go!

Tam ciągle gra muzyka

I oni tańczą wciąż           

(Lady Pank)

Mój znakomity przyjaciel i bezpośredni szef stworzył kiedyś powiedzonko, które do dziś jest obowiązujące wśród południowopolskich literaturoznawców: „po czym poznać prawdziweg macho? Wyciąga fallusa i twierdzi”. Któż z nas nie słyszał tego gromkiego pobrzęku (można by rzec: chujowego pobrzęku) wśród rodzinnej czy służbowej porcelany niech pierwszy rzuci kamieniem. Czy Państwo zauważyli, że w tym wojowniczym potrząsaniu atrybutami męskości parę rzeczy i kwestii jest symptomatycznych? Na przykład to, że taki samiec alfa nigdy nie przeprosi. Nigdy, choćby wina była ewidentna. Tchórzliwie przerzuci odpowiedzialność na kogoś innego, zacznie bredzić, że żartował, obrazi interlokutora, jak będzie mógł to pobije, ale… nie przeprosi. To jakaś hańba by była, to jakaś ujma na honorze (pewnie z pięć milimetrów mniej), jego splamienie aż po siódme pokolenie, a to tylko jedno malutkie słowo: przepraszam.

Ziemkiewicz pojechał, pojechał jak Chinka po bandzie w Turynie, napisał, że normalne jest wykorzystanie seksualne nietrzeźwej kobiety („No cóż, kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej niech rzuci pierwszy kamień…”), potem próbował coś mówić o odpowiedzialności zbiorowej, że dużo facetów w jego pokoleniu ma za sobą takie doświadczenie. Potem twierdził, że żartował. Opowiadał też o jakimś kaszalocie, tego fragmentu akurat nie zrozumiałam za dobrze, chciał jakieś zwierzę o gwałt oskarżać, czy coś takiego – chyba Irasiad był tego dnia bardzo zdenerwowany, bo z logiką wypowiedzi za dobrze nie było. A może to jakaś trauma z młodości? Jego zgwałcili jak popił, to on gwałcił będzie z zemsty? Nie wiem. Zobaczyłam też, iż pisarz raczył ironizować, że używał języka biblijnego w jakimś celu, a nikt nie zauważył. Biedny Ziemkiewicz, takie społeczeństwo głupie. On złotousty, a wokół niego wieprze, przed które on rzuca perły swych słów. No cóż, mogę tylko – pełna współczucia i miłosierdzia – napisać, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. W sumie – wystarczy wyjechać. A jak te wszystkie wyznania Ziemkiewicza nie ostudziły lewackiej rozjuszonej hordy, to on sam ruszył do ataku („Teraz mamy dewoty nieheteronormatywne. Takie niedopchnięte dewoty, stare i młode feministki. ZMP-ówy, które nadymają się ‚co on powiedział’, ‚jak on mógł’, ‚to uprzedmiotawia kobietę’. Tak jakby urżnięcie się nie uprzedmiotawiało mężczyzny. Jeżeli ktoś ma odrobinę rozumu, to stwierdzi, że w każdym sensie miałem rację”).

Byłam już lewactwem, prawactwem, niedopchniętą (niedorżniętą) feministką, Żydówą, katolicką cipą, a nawet bywałam zwykłą kurwą, jak brakło innych argumentów, ale nie byłam jeszcze nieheteronormatywną dewotą. ZMP-ówą też nie byłam – w sumie, to jakby się nieco wyklucza, ale nie bądźmy upierdliwi. No, zapiszmy to do notesika, który otwieram w chwilach największej deprechy i rechoczę wówczas jak stare żabsko, a potem róbmy swoje. Babcia Marianna mawiała, że jak ktoś cię zaczyna obrażać, to po pierwsze pokazuje poziom wychowania jakie wyniósł z domu, a po drugie – pokazuje, że jest słaby. Babcia dodawała również, że w takich sytuacjach należy powiedzieć: „przepraszam, ale ja w takim tonie rozmawiać nie będę”. Co niniejszym czynię, bo już zamknęłam notesik z oblegami.

Zostawcie Titanica!

Nie wyciągajcie go!

Tam ciągle gra muzyka

A oni w tańcu śnią

Jak już zamknęłam notesik, to podzielę się z Państwem pewną refleksją, a nawet – przecież Państwo mnie znają – kilkoma. Otóż, po pierwsze zastanowiła mnie kwestia, iż pisarz i dziennikarz tak niewprawnie posługuje się językiem ojczystym. Bo, wedle mojego ukochanego słownika, słowo wykorzystywać oznacza:

  1. «użyć czegoś dla osiągnięcia jakiegoś celu, zysku»;
  2. «posłużyć się kimś, aby zrealizować własne cele»;
  3. «o mężczyźnie: uwieść kobietę».

O znaczeniu trzecim w tym momencie mówić nie można, bo seks z nietrzeźwą nic nie ma wspólnego z zachwytem, wzbudzaniem pożądania czy zwykłym mamieniu pochlebstwami (tu też kieruję się słownikiem). Jeśli mówimy o znaczeniu pierwszym, oznaczałoby to, że Ziemkiewicz traktuje kobiety jak „coś”. Pijana kobieta została użyta do zaspokojenia potrzeb seksualnych, tak jak na przykład skrobaczka do obierania ziemniaków. Jeśli mówimy o znaczeniu drugim – to posłużono się pijaną kobietą by zaspokoić własne potrzeby seksualne. Można posłużyć się w tym celu kobietą, można ręką – to drugie wyjście jakoś uczciwsze, nieprawdaż? Skoro już musimy się posługiwać… Mnie tam nigdy seks się nie wiązał z posługiwaniem kimkolwiek. W każdym razie, to wszystko na swym twitterze Ziemkiewicz nam objawił. Pisarz i dziennikarz dodał, że jego twitt był niewinny. I tu znów, ja wolę „Słownik języka polskiego”, a Ziemkiewicz jakieś tam miazmaty własnej wyobraźni. Ja jako niedpochnięta dewota, wolę tarzanie się w rozpuście, zaś Ziemkiewicz lubi posługiwać się kimś / czymś. Współczuję. Naprawdę współczuję. Teraz chyba stają się zrozumiałe te frustracje seksualne. Ta mściwość jakaś taka potworna, ta złość wobec kobiet, pogardzanie nimi… Gdybym była wredną ZMP-ówą, to bym powiedziała, że ludzie z nieudanym życiem seksualnym mają nagromadzone takie wielkie pokłady nienawiści do świata w sobie… Ale tak nie powiem, bo jestem damą.

Cała sprawa z niefortunną (tak, jestem złośliwa) wypowiedzią Ziemkiewicza, mogłaby się skończyć w ciągu jednego dnia, gdyby powiedział: przepraszam. Przepraszam – byłem zły, przepraszam – wymsknęło mi się, przepraszam – przesadziłem. Ale nie, facet leci dalej, rzuca obelgami – pewnie nie mam rozumu, ale nadal uważam, że nie dość, iż pisarz nie ma racji, to jeszcze się pogrąża, pokazując poziom dyskursu do jakiego z pewnością jest przyzwyczajony (skoro tak dobrze mu idzie z przymiotnikami, np. niedopchnięta) i obnaża mielizny oraz miałkość, o które do tej pory go nie podejrzewałam, pewnie nie tylko ja.

Zignorować nie wolno, bo to jest przyzwolenie społeczne. Jeśli zignorujemy wypowiedź Ziemkiewicza, to tym samym przyznamy mu prawo do takiego dyskursu. Dyskursu nienawiści i przemocy. Jednakże, z drugiej strony… Skarćmy, a następnie pomyślmy tak: niech śni swój piękny sen o prawdziwej męskości. Niech gada te falliczne facecje. Niech tłucze filiżanki swym twierdzeniem, bowiem: Cuilibet fatuo placet sua clava, co oznacza, że głupcowi podoba się jego pałka. I pozwólmy śnić pisarzowi jego sen, sen o wielkości.

Niezatapialnie śnią

Nieosiągalnie śnią

Nieosiągalny, niezatapialny sen

Zdjęcie ze strony: http://ngm.nationalgeographic.com/2012/04/titanic/sides-text

Published in: on 09/25/2014 at 04:38  12 komentarzy  

Pawian w galopku czyli Zadra

Jakiś czas temu wypowiedziałam się krytycznie na temat słów Agniszki Graff i Magdaleny Środy. No i wyszła polemika. Tekst pierwszy już zamieszczałam, ale myślę, że trzeba pokazać całą wymianę stanowisk:

3.  http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/745-szanowna-pani-odpowiedz-na-polemike

2.  http://pismozadra.pl/felietony/138-dwunasty/744-polemika-z-qpannami-szlachetnymiq

1.  http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/742-panny-szlachetne

Kiełbasa vs. maselnica czyli „świat pięknych motyli prawie zaniknął”

Zrzut-ekranu-2014-05-08-o-23.48.57

Otóż ten świat pięknych motyli prawie zaniknął, ponieważ zdecydowana większość dziewcząt i kobiet nosi dziś spodnie! Taka jest moda, ale dla wielu z nich jest to kobiece samobójstwo, jeśli nie mają takiej figury, żeby nosić spodnie (z wyjątkiem szczupłych nastolatek). W każdym zaś wypadku nie ma już pięknego motyla. Niestety, większość kobiet zupełnie sobie nie zdaje sprawy z tego, jakie są konsekwencje noszenia spodni, właśnie dla ich kobiecości […] Dlatego dziś ta męskość kierowana wielkim respektem dla pań zwraca się z prośbą, a nawet apelem: śliczne panie, porzućcie genderową modę (Piotr Jaroszyński, „Nasz Dziennik”)

Zdarza mi się jeździć busem z Katowic do Olkusza. Tanio i szybko, ale nieprzyjemnie, bo większość kierowców katuje (no właśnie, to jest ciekawa kwestia – czy na pewno katuje) podróżnych weselną muzyczką. Jak słyszę „czerwone i bure, chodź ze mną na górę”, mam ochotę gryźć i ciąć żyletką. Ostatnio mam kumpla prawnika, który wyczulił mnie na kwestię gróźb karalnych oraz procesów o napaść z użyciem narzędzi czy jak się to nazywa, dlatego na trasę do Olkusza biorę słuchawki i próbuję się odizolować od rzeczywistości czymś mocno grzmiącym: Händel, niektóre utwory Beethovena, meksykańscy gitarzyści albo ukraińsko-amerykański punk-rock. Nie muszę, po prostu nie muszę słuchać tego, co puszcza kierowca busa. Innym odpowiada – super. Mazel tow i namasté. Dlatego, z niesamowitym zdziwieniem obserwuję to, co się dzieje wokół festiwalu Eurowizji. Mam wrażenie, że duża część moich znajomych zajęła się interpretacją tego wydarzenia… ekhem… kulturalnego. Ludzie, przepraszam, ale wy naprawdę tego słuchacie? Nie, nie… nie mam nic przeciwko temu, bawcie się wspaniale. Mam nadzieję, że każdego dnia od rana słuchacie Aleksandra Rybakowa, Domenico Modungo i innych zwycięzców tego festiwalu. Wasz gust – wasza sprawa. Lubicie ten rodzaj muzyki, to super, ale proszę mnie nie zapraszać na imprezy, bo będę marudna, upierdliwa, sarkastyczna i ironiczna, a nawet zostanę zmuszona (przez taką niekomfortową muzycznie sytuację) do upicia się na smutno lub „na groźnie”. A przecież tego nie chcemy, nieprawdaż? Przecież wszyscy lubicie mnie, ba, wręcz kochacie, wesolutką i rozkoszną jak prosię w deszcz. No… I tego będziemy się trzymać.

Kilka miesięcy temu usłyszałam piosenkę „My Słowianie”. Obejrzałam teledysk. Nie mogłam zgodzić się z interpretacją promotora zespołu, iż jest to twórcze zmierzenie się ze stereotypami. Dlaczego? Otóż dlatego, że piosenka reprezentuje niesamowicie niski poziom, a ponadto jest seksistowskim „szczuciem cycem”. Komuś się podoba? Super, niech ją nieustannie nuci pod nosem przy wypróżnianiu kociej kuwety i szorowaniu klozetu. Dużo słów do zapamiętania nie ma. Linia melodyczna też mi się zdaje prostą jako konstrukcja cepa. Memy nawiązujące do tego utworu, a mające na celu wyśmiewanie urody prawicowych liderek, uważam za równie toporne i siermiężne jak i samo wątpliwej jakości dzieło Donatana.

Czy jest w ogóle o czym rozmawiać? Nie, bo kultura jarmarczna zawsze posługiwała się skojarzeniami z „dupą Maryni” – nie nobilitujmy pioseneczki z kręgu weselnego naszym oburzeniem i analizą poziomu seksizmu. Przeminie ona jak sen świni wspartej ryjem o koryto. A wielbiciele tego gatunku muzycznego nie zauważą ani przedmiotowej roli kobiety, ani seksizmu, bez względu na to ile tekstów napiszemy, ile komentarzy pojawi się na profilu „Codziennika Feministycznego”. Myślę, że – nawet przekornie – duża część słuchaczy i oglądaczy tego klipu będzie go nobilitować, bo ma dość naszych argumentów, argumentów, których nie rozumie, które są im obce, a nawet absolutnie nie do pojęcia.

Ja nie słucham, a skoro nie słucham i nudzi mnie to, po co mam tracić czas na analizę czegoś, co jest proste, wręcz prostackie. Tycjana nie wynajmuje się do pomalowania szopy w ogródku.

Jedyne, co rąbnęło mnie w całej sprawie, to komentarz (niegramatyczny) zamieszczony w „Wyborczej”. Niestety, Internet jest wieczny, tak samo jak diamenty: „Polska w finale Eurowizji. Mamy gdzieś, czy był seksistowski” (pisownia oryginalna). Och, jakież zabawne, że gazeta o największym w naszym kraju nakładzie ma gdzieś seksizm. Możecie to usunąć, ale, niestety, ja już przeczytałam. I już wiem, że macie w dupie to, jak mnie jakiś facet poklepuje protekcjonalnie. Macie w dupie to, że ktoś mi powie, że mam PMS i dlatego jestem wściekła. Macie w dupie, że zarabiam mniej od tych z fallusami. I macie w dupie całą masę innych rzeczy. Też mam was w dupie. Kupować nie będę. Wycofuję się z wszelkich płatności dla was. Pewnie nie zbiedniejecie, ale pamiętajcie, że jeden zadowolony klient, to przyciągnięcie kilku innych. Jeden niezadowolony klient, to odciągnięcie kilkunastu. A wy właśnie znaleźliście się na poziomie jakiegoś bubla, żeby nie powiedzieć Bubla… Fajnie, co? Pomyślcie, że wywalenie tegoż dziennikarzyny nic nie da, bo macie takich więcej. Codziennie się to widzi. Dbajcie nadal tak o poziom. Skoro tego właśnie chcecie… Mazel tow i  namasté.

Ale jedźmy dalej. Conchita Wurst. Och, to już jest zabawa. Thomas Neuwirth stworzył sobie koncepcję sceniczną w osobie Conchity, a świat podzielił się na jego / jej zwolenników i przeciwników, którzy, gdyby mogli, a nie siedzieli przed monitorami komputerów, obrzucaliby się precelkami i oblewali wrzącym latte. Wysłuchałam piosenki – nie moje klimaty, za bardzo przypomina te do „Bonda”, ale nimi nie jest. Komuś się podoba? Super. Komuś się nie podoba – niech nie słucha. To tylko piosenka.

Jednak sprawa z Conchitą nasunęła mi na myśl coś innego – coś, o znacznie szerszym zakresie. Coś, co może niepokoić, a nawet przerażać. Zacznijmy jednak od początku – jakiś czas temu przeczytałam o małym chłopcu z niemieckiego miasteczka, który nie lubi spodenek i chodzi w spódnicach. Jego tata, uznając, że szczęście własnego dziecka jest najważniejsze, też zakłada spódnice. Żeby dziecko nie czuło się wyalienowane i napiętnowane. Żebyście Państwo zobaczyli te komentarze – od zwykłego rzucania błotem „zboczeniec”, aż do postulatów o zabranie dziecka od takich zwyrodnialców i przekazanie go do „normalnej” rodziny. Bo, jak napisał w „Naszym Dzienniku” Piotr Jaroszyński, chociaż wypowiadał się w innej sprawie: „Chłopiec to chłopiec, więc ma być ubrany jak chłopiec, czyli ma nosić spodnie”. No serio? Musi? Nawet w Malezji? W Szkocji? Bo z naszej, europocentrycznej perspektywy, bardzo ograniczonej, wydaje nam się, że noszenie spodni jest oznaką męskości? Panie kochany, jeszcze niecałe sto lat temu dzieciaki latały wszystkie w kieckach (zdjęcia rodziny św. Jana Pawła II na dole) – bo tak było wygodniej, a nikt nie przejmował się ustaleniami, jakże rygorystycznymi, dotyczącymi kolorów: różowego i niebieskiego. Pamiętam też portret Władysława IV (miał pewnie ze trzy lata i nie był urodziwym dzieckiem), na którym przyszły król przedstawiony był w mocno zdobionej sukienusi. O jejku… ależ gender.  Ubranka dla dzieci jeszcze trzy dziesięciolecia temu były w przyjemnym kapciowym kolorze, bo brudu widać nie było. Na początku XX wieku nikt się nie przejmował dziecięcymi ciuchami, bo: a. dzieci umierały często i szybko, a pragmatyzm i oszczędność w tamtych czasach były równe naszemu konsumpcjonizmowi i rozpasaniu; b. wszyscy mieli w dupie to, w czym chodzi dzieciak, który równie dobrze mógł obsikiwać sukienkę po starszej siostrze, kaszmirowy kocyk, płócienną szmatę albo ziemię, jeśli chodził z gołym tyłkiem.

Wspomniany wcześniej Piotr Jaroszyński wydaje się zniesmaczony kobietami chodzącymi w spodniach. Jako arbiter elegentiarum wypowiada się autorytatywnie jaki rodzaj damskiej pupy ładnie się prezentuje w nogawicach. Nie chcę być wredna, ale koleś, widziałeś swoje wąsy? Widziałeś? I ty uważasz, że masz prawo pisać o tym, kto może w czym chodzić? Zabawne.

Jak się wszystko zbierze do kupy, to wyłazi polska prowincja. Ustalanie, co jest właściwe, a co nie. Jak należy wyglądać. Jakie są normy dotyczące męskości i kobiecości (pewnie spodnie vs. opiekuńczość). I dlatego właśnie Conchita wzbudza tyle kontrowersji. Jesteśmy (w Polsce) jak w małym miasteczku w latach pięćdziesiątych. Zajmuje nas to, w czym wyszła właścicielka sklepu, że nie ma obiadu u burmistrza, bo pani burmistrzowa plotkuje w kawiarni na rynku, że ktoś nie ma dzieci, że ktoś przytył, że kotś kupił sobie wzorzysty materiał na suknię, a grubas. Stwarzamy jedyną obowiązującą wizję „normalności” i przed lustrem wmawiamy sobie, że to właśnie my jesteśmy zdrową tkanką. A każdy inny niż my: Żyd, Cygan, pedał, kobieta z brodą, chłopczyk z kokardką, lesba i ten, który nie gotuje rosołu w niedzielę, musi zostać wyrównany, przywołany do porządku, oskubany ze swej inności, albo przynajmniej z absurdalnej chęci afiszowania się nią. A tak na marginesie. Wiosną, latem i jesienią chętnie noszę spódnice, bo ładnie się wówczas prezentują moje tatuaże na nogach. Uważam, że są bardzo kobiece. A w zasadzie, to wcale tak nie uważam. Uważam jedynie, że mi się podobają, a jak ktoś uważa inaczej – niech nie patrzy. I już. Ja jakoś powstrzymuję się od uwag na temat sarmackich wąsów niektórych profesorów z „Naszego Dziennika”. No dobra, nie powstrzymałam się, ale zostałam sprowokowana. Noś se je, koleś, ale skoro przyznajesz sobie prawo do tego, to pozwól mi chodzić w spodniach, albo się tatuować. A jak będę chciała, to brodę też se zapuszczę. Nie podoba się? Trudno. Żyj długo i szczęśliwie. Mazel tow i namasté.

http://www.naszdziennik.pl/wp/76520,gender-i-moda.html

1

KAROL WOJTYLA

1024px-Emilia_and_Karol_Wojtyla_with_Edmund

Published in: on 05/11/2014 at 10:42  4 komentarze  

Gdzieś indziej czyli w przelocie

A dziś Pawian siedzi tu:

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/734-prawico-jedz-kremowki

Pawian przeprasza, że znów się zamknął był, ale… tak wyszło.

Записки психопата czyli co jest grane

_DSC9213

Jeżeli ja chcę zrozumieć, to wszystko w swojej głowie zmieszczę, bo ja mam głowę jak dom publiczny.

Nie zobaczę niczego, no, nie zobaczę. Choćby wylazło mi na łeb i nasrało, to i tak nie zobaczę.  Skazana na powierzchowny ogląd turysty jak na wieczyste potępienie, ciągle tylko pragnę więcej, skacowana na pustyni – zawsze na deficycie. I tak mam dobrze, bo nie przyjechałam z biurem podróży, ale chodzę z tubylcami na piwo, mogę zadawać pytania, wiercić dziury w brzuchach. Wiadomo, że jaki pan, taki kram. Mam przyjaciół i znajomych odpowiednich do moich potrzeb, bo chyba jasnym jest i prostym jak świński ogonek, że ja mogę obcować jedynie z ludźmi takimi samymi jak ja – anarchistami i kontestatorami. Na dodatek takimi, którym refleksja zajmuje 23 godziny na dobę. Gdy idę z Tatianą Siergiejewną i Wilczkiem z Truntnowa nagle dostajemy od gromady ubranych na czarno młodzieńców ulotkę. Jeszcze jej nie czytamy, ale ja już domyślamy się treści, każdy z nas widział podobne typy latające z pisemkami, na których zawsze jest to samo – zagłada naszego świata, naszych wartości, nieczysta krew. Wilczek z Trutnowa też już wie, kto to jest i co nam dał, dlatego mnąc z lekkim zniecierpliwieniem ulotkę, z której dowiedzieliśmy się, że faszystowscy Żydzi opanowali niebieskożółtą część świata, mówi: papier już mam, a gdzie toaleta? Ja tylko mruczę, że tyłka szkoda, bo papier sztywny, lakierowany. Ostatnio słyszałam Konstantego Geberta, jak mówił o tym, że właśnie tacy malkontenci, którzy w normalnych warunkach są nie do zniesienia, bo ciągle pytają: a dlaczego, a po co, a wykaż mi sensowność tej twojej potrzeby, a już w szczególności nie znoszą papierków i tabelek, jak przychodzi do sytuacji dziwnych, to właśnie mówią: „nie”. Ja się nie zgadzam, ja nie będę w tym uczestniczyć, przynajmniej zaczynają od słów, żeby pocałować w dupę, a kończą na waleniu koktajlami Mołotowa z barykady. Ale co wie ulica? Kto uwierzy, kogo przekona na czarno ubrany młodzieniec, który z ogniem w oczach przekonuje nas do wizji swego prostego świata, w którym „głupich, jak zwykle, nie widać”.

Przepraszam za zuchwałość, nadzwyczaj cierpię z powodu zbyt dużej zawartości intelektu w moich emocjach.

Tak na marginesie, co wie ulica? A co mnie to obchodzi? Czy zastanawiam się w Polsce, co sądzi ta pani w brązowym prochowcu, która chadza zazwyczaj z siatką na kółeczkach i paskudnym ratlerem? Ja nawet nie chcę wiedzieć, co ona wie, co ona sądzi, jakie wnioski wyciąga, bo… jeśli nawet się dowiem, to muszę potem łykać małe tabletki, krzyczę i robi mi się smutno. Omijam jej poglądy równie skutecznie jak kupy jej psa na chodniku. Ida Syberyjska, wręcz z rozpaczą, podczas nocnych rozmów przy winie, takich smutnych i nostalgicznych, mówi o procentach, o większości. A kiedyś było inaczej? Czyż nie jest tak, że większość wybiera zawsze rozwiązania, które najmniej bolą, najmniej w nie trzeba włożyć wysiłku, nie zadać pytań, nie zastanowić się czy w ogóle je trzeba zadać, jak ta pani w głupim dowcipie, która mówiła: „ja tam robię mielone na trzy dni i nie myślę”. W naszą mitologię narodową mamy wpisany bunt. Bardzo jesteśmy z niego dumni. Lubimy mówić o zrywach, o kontestacji, o walce. To nas napędza, wręcz niezdrowo podnieca. Każdy jeśli nie Winkelriedem narodów, to przynajmniej takimż Chrystusem. Na Europę narzuciliśmy, jak powstańczy kir żałobny naszej tradycji buntu, widmo rewolucji, które dwadzieścia kilka lat temu odmieniło oblicze ziemi, tej ziemi, oczywiście. Wierzymy w to i czujemy się lepsi.

A cóż ja? Wiele zaznałem, ale nic nie zdziałałem. Nigdy się tak naprawdę nie roześmiałem i ani razu mnie nie zemdliło. Ja, który doznałem w tym świecie tyle, że tracę rachunek i zapominam kolejności – ja jestem najtrzeźwiejszym z całego świata; na mnie to wszystko marnie działa…

Zżymam się w tej Moskwie i wściekam. Czuję taką wredną, wszechogarniającą cholerę. Obecną we mnie pod prysznicem, na papierosie, gdy idę do sklepu, gdy tylko na chwilę zostają sama. Co mnie denerwuje? Dlaczego się wściekam? Z nas samych się wściekam. Z tego poczucia wyższości wobec wschodu, którego we mnie nie ma, ale czuję złość, za to wszystko, co usłyszałam przed wyjazdem. Za ten protekcjonalizm, za te teksty, że Rosjanie lubią twardą władzę, bo tylko przy niej czują się stabilnie, że tylko ona daje im jakąś masochistyczną satysfakcję. Może nawet nie tyle się wściekam ile wstydzę, tej naszej beztroski idioty, który już o ósmej rano, gdy tylko zrobi poranne siusiu, grzmi i wygłasza opinie. Na każdy temat. Nie zna się, ale zawsze wypowie własne zdanie. Pozbawione sensu i argumentów, ale silne, bo polskie, ze świadomością dziejów, powstań i buntów własnych. Zdanie lepsze od wszystkich innych zdań. Chciałabym, żeby wszystko było bardziej proste, żeby nie męczyło, żeby nie bolało, żeby było tak: „Na każdych trzech mądrych i głupich jest trzech / I dobrze to i sprawiedliwie”. W takiej sytuacji przynajmniej można by było organizować pojedynki bokserskie.  

A najgorzej złości mne to, że w jakiś pokrętny sposób jestem taka sama… Przyznaję sobie prawo do buntu, ale wyśmiewam ten cudzy, buntuję się przeciwko mitologii buntu, a tak naprawdę cięgle stoję przy tym samym murku romantycznego szaleństwa. Jedni dodają cegiełki, a ja je małym kilofkiem wybijam. Różnica? Żadna. I tak stoję przy tym murze, jak Raptusiewicz i Milczek w jednej osobie. Stoję i nie idę dalej. Patrzę bo muszę, aż do zrzygania. 

Niezrównoważenie psychiczne to moje marzenie! – i ośmielę się na szczerość – w marzeniach jestem wariatem! O, nie wiecie, panowie, co to takiego bezsenność marzeń… i stan zapalny marzeń przy bezsenności…

(Wszystkie cytaty: Wieniedikt Jerofiejew)

Published in: on 04/23/2014 at 04:49  Dodaj komentarz  

Pawian w świecie czyli gdzieś tam

Przepraszam, że tak mnie długo nie było, ale trochę mnie zjadło. Na pocieszenie moge Państwu tylko opowiedzieć anegdotę o tym, jak pewna aktorka nie przyszła na praemierę sztuki, która się w końcu nie odbyła. Na drugi dzień wchodzi do teatru, dyrektor rwie włosy z głowy i wrzeszczy: zamin panią wywalę na zbity łeb, proszę mi powiedzieć, dlaczego pani wczoraj nie przeszła? A ona na to spokojnie: Widocznie nie mogłam… No, taka bezczelna to ja nie jestem. Naprawdę nie mogłam. Ale już wróciłam na blogowej ojczyzny łono, do mas, do roboty, do partii i zabieram się za pisanie. A dziś siedzę tu:

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/727-polowanie-na-lisa

 

Pojęcia głupoty czyli wyrazy wszeteczne

Pojęcia są tylko wyrazami:

Cnota i występek

Prawda i kłamstwo

Piękno i brzydota

Męstwo i tchórzostwo.

Jednakowo waży cnota i występek

(Tadeusz Różewicz)

Wczoraj znalazłam w Internecie zdanie, wygłoszone przez pana, który aspiruje do bycia politykiem. Zdanie to, chociaż w żadne sposób aktualne, wygłoszone już dawno temu, wydaje mi się niezwykle ciekawe. Nie powiem Państwu, kto je napisał, żeby nie być odpowiedzialną za propagancję głupoty. Ale, wystarczy je w google wstawić i już Państwo będę wiedzieli, któż jest taką krynicą mądrości i elokwencji pozbawionej rozumu, czyli zwyczajnego mielenia ozorem: „Mamy tak mały przyrost naturalny spowodowany przez kulturę feminizmu, że każde dziecko, nawet z gwałtu, jest na wagę złota. Jeśli mamy 200 gwałtów dziennie to nie oznacza, że tyle kobiet zostało zapłodnionych. Zostały zgwałcone często w wyniku własnej też głupoty, a czasem na własne życzenie”.

Poseł jednej kadencji, członek pięciu partii. I tu na chwilę, Państwo pozwolą, że przerwę wątek główny, ale mi się przypomniała historyjka. Kilka lat temu pawiańską studentką zostało dziewczę z Kraju Kwitnącej Wiśni. Dziecię to, niezwykle utalentowane i mądre miało ambicję opracowania pewnych aspektów polskiej sceny politycznej, w związku z czym odbywało prywatne konsultacje, na których dowiadywało się różnych dziwnych, ryjących psychikę, rzeczy. Najbardziej owo dziecię było zdumione faktem, że większość polskich polityków zaliczyło przynajmniej po cztery partie w trakcie swej służby krajowi. Największe chyba zdziwienie wzbudził pewien naukowiec, który zaczynał od partii z czymś chrześcijańskim w nazwie, a potem został… No właśnie, trudno rzec, kim. Dlaczego mi się to przypomniało? Ano właśnie dlatego, że wzmiankowany wcześniej złotousty pan, przez jedną kadencję poseł, ma taki typowy życiorys. Życiorys nieudacznika. Ja przepraszam, jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, ale jeśli ktoś lata od partii do partii, a tylko raz mu się udaje wparować do sejmu i już nigdy więcej, to przy tych wszystkich posłach, którzy już po dwadzieścia lat plaszczą dupy w ławach sejmowych, wychodzi na nieudacznika. Co mu zostaje? Ano, założyć se konto na twitterze i rozpylać swą mądrość a’rebours w świat. Przyrost naturalny jest mały przez kulturę feminizmu (o gwałtach się nie wypowiem, szpadel toledański, Państwo rozumieją), a ja głupia feministka, myślałam, że to przez politykę prorodzinną w Polsce, a raczej jej całkowity brak, o czym dobitnie świadczy wysoka rozrodczość Polek na Wyspach Brytyjskich.

W ogóle, ta „dzietność” Polek, to stoi kością w gardle szanownego pana nieudacznika. Mam złośliwą nadzieję, że jest to jedyna rzecz, która mu stoi… w gardle i stać tam będzie aż do końca świata. Wystarczy przywołać chyba najsłynniejsze jego słowa: „Rząd niewiele robi, by podnieść dzietność kobiet. A można przecież na rok zakazać środków antykoncepcyjnych. [Wprowadzając przymusowe zapłodnienie] złamalibyśmy prawo kobiet do swobody wyboru partnera, ale nie wykluczam, że część byłaby zadowolona. Dużo kobiet nie chce mieć dzieci z powodu wygody, egoizmu społecznego”. Można się denerwować czytając coś takiego, ale… Proszę Państwa, to jest optymistyczne. Naprawdę. Stajemy się cywilizowanym krajem. Proszę zauważyć, że tan pan cały czas aspiruje do wielkiej polityki, a mu się nie udaje. Został zmarginalizowany. Chciałby wywiadów w radio i telewizji, zdjęć na pierwszych stron tygodników opinii, a jest jedynie kuriozum, które wywołuje śmiech użytkowników twittera. No bo jak się odnieść poważnie do słów, że: „Kobiety są najlepsze do prasowania”. Chyba tylko wyobrazić sobie kobietę, która rozgrzana jak piec i gorąca jak cegła turla się po stercie pościeli. A po drugie przywołać inny cytat naszego myśliciela, który zauważa, że „Kobiety są dobrem najwyższym w naszej Ojczyźnie”. Nie dziwię się że są tak ważne, bo jaki inny naród ma własne magloprasowalnie w zanadrzu? Wreszcie wyjaśniła się jedna z odwiecznych tajemnic wszechświata: dlaczego w domu pawiańskim się nie prasuje. Otóż, ja głupia, nie wiedziałam… No serio. Myślałam, że trzeba żelazko kupić, a może i deskę do prasowania. Nikt mi nie powiedział, nikt mnie nie nauczył, jak to powinno wyglądać w naszej Ojczyźnie. Od jutra zacznę być kobietą najlepszą do prasowania. Zamiast leżeć i pachnieć będę się turlać i wygładzać zagięcia. Tyle lat, tyle niewyprasowanych ręczników. Człowiek uczy się całe życie. A są ludzie, którzy uważają, że w Internecie nic mądrego znaleźć nie można. Jak to, nie można? A instrukcja prasowania? Właściwa w naszej Ojczyźnie? A może to chodzi o prasowanie na kobiecie? Bo to zdanie, „kobieta jest najlepsza do prasowania”, jak Państwo z pewnością zauważyli, jest niesamowicie trudne interpretacyjnie. Jeśli rozważyć drugą możliwość, to układam na sobie chustki do nosa i majtki… Zaraz, zaraz, ale jak mam na przykład majstrować gorącym żelazkiem po własnym tyłku, albo brzuchu? Coś mi się wydaje, że owe mądrości prasowalnicze są z palca wyssane. I nieekonomiczne. Bo, albo ja zostaję poparzona, albo muszę mieć kogoś do pomocy, żeby na mnie prasował. Już nic z tego nie rozumiem. Ponadto chyba lepiej się prasuje na twardym, aniżeli na miękkim, nieprawdaż?

Żeby Państwa nie zostawiać z otwartą szczęką, bo sądzę, że nikt nie wiedział do tej pory, jak winno wyglądać patriotyczne i polskie prasowanie, to dam jeszcze jeden cytacik na koniec. Smakowity, a owszem, bo znów ujawniający strach wobec kultury feministek (czymkolwiek ona jest): „Dziś prawdziwe kobiety wtulają się w ramiona mężczyzn, bądź o tym marzą, pozostałe idą na Manifę szukać innej tożsamości, by zabić samotność”.

Chociażbym była tak samotna jak Robinson Crusoe do spotkania Piętaszka, to myśl, że mogłabym się wtulać w ramiona takiego indywiduum (lub jemu podobnego) powodują, że chcę wstąpić do klasztoru z klauzurą. A poza tym, jest tyle ramion na świecie, które nie są połączone z tak odrażającym brakiem rozumu, ramion męskich i damskich, że się nie przejmuję i jak co roku, już niedługo (na początku marca) idę na manifę. Zabić samotność? Panie kochany, pańskie fantazmaty są takie żałosne. A puste ramiona, no cóż… Zmądrzeć trzeba. Może wtedy kto przytuli? A co będzie, jeśli nie będzie to PRAWDZIWA kobieta? Ach, te prawicowe lęki… Dobranoc Państwu. 

Published in: on 02/16/2014 at 20:37  10 komentarzy  

Uniwersytet czyli wybory miss

Jesteśmy dziećmi wieku bez miłości,

Wieku bez marzeń, złudzeń i zachwytu,

Obojętnego na widok piękności,

A więdnącego z nudy i przesytu,

Wieku, co wczesnej doczekał starości,

Sam podkopawszy prawa swego bytu,

Wieku, co siły strwonił i nadużył,

Nic nie postawił, chociaż wszystko zburzył.

(Adam Asnyk)

W czasie sesji studentki i studenci opowiadają sobie różne historie. Jedne są prawdziwe, inne – nie. Profesor X lubi podobno niebieskie bluzki, profesor Y zaś dwudniowy zarost. Może tak, może nie. Nie spotkałam się natomiast, zarówno jako studentka i jako wykładowczyni z opinią, że dany egzaminator / egzaminatorka lubią dzieci przygotowane i wyuczone. Może to pewnik? A może nikt nie wierzy w takie bzdury? A może nikt nie lubi tych „naumianych”? Przeegzaminowałam w życiu pierdyliardy dzieci. Najbardziej lubię dawać piątki. Nie znoszę dawać dwój, ale to robię. Taka robota, czasem trzeba. Chociaż każda dwója w studenckim indeksie, to moja osobista porażka. Głupia jestem, wiem. I naiwna, jak baranek z różową wstążeczką. Nie napiszę, że jestem niewinna jak książeczka do nabożeństwa, bo to był tekst Sztefka. Tenże Sztefek oraz Borsuk Wrocławski nauczyli mnie przed laty jak wystawia się oceny. I za co się je wystawia. Tego się trzeba było nauczyć. To było i jest niesamowicie trudne.

Nie interesuje mnie, co moje dzieci robią po zajęciach, chyba że mi coś powiedzą i wtedy pomagam, cieszę się, smucę, komentuję, przeżywam, a nawet oceniam. Chociaż – staram się nie doradzać. Ale to, co dzieci robią na uczelni żywo mnie obchodzi. Bo to moja przestrzeń i ich przestrzeń. Zajmujemy ją razem, a ja z racji dłuższego w niej przebywania, mogę, jako nauczycielka, pewne rzeczy wytłumaczyć czy ułatwić. Taki fach. Gdyby którakolwiek z moich studentek chciała wystąpić w konkursie miss organizowanym przez uczelnię, to bym jej powiedziała: na głowę upadłaś? Pogięło cię? Ty masz tu studiować, wiedzę zdobywać, a nie pupsko wypinać. Chcesz się na przykład dowartościować jako kobieta (skoro musisz w ten właśnie sposób, to trudno, ale nic mi do tego), to zrób sobie sesję fotograficzną, albo wystąp w konkursie miss na szczeblu regionalnym. Ale, ani uczelnia nie jest miejscem oceniania piękności, ani studentki nie są od tego, żeby paradować po jej korytarzach w kostiumach kąpielowych i mówić, że ich marzeniem jest pokój na świecie. Do czytelni paraduj żwawym krokiem, bo po to tu jesteś! Nie traktuj swojego ciała jak towaru. To po pierwsze. A po drugie, zajmij się swoim umysłem, bo to miejsce właśnie służy trenowaniu mózgu.

A potem bym poszła do rektora, czy kogokolwiek, kto by organizował takie wybory miss i bym zrobiła karczemną awanturę z użyciem wyrazów. Różnych. Podobnie bym uczyniła, gdyby wybory miały na celu ocenę urody chłopięcej. Nie to miejsce. W przestrzeni uniwersytetu po prostu pewnych rzeczy czynić nie wypada. Oczywiście, poseł Krystyna Pawłowicz nie ma nic przeciwko wyborom, uznając łażenie przed dziekanatem w kostiumie bikini, za pierwszy krok do kariery młodej dziewczyny. I jeszcze dodaje, że takie istoty jak ja, czyli „Feministki robią wszystko, aby skłócić kobiety i mężczyzn. Ich denerwuje widok mężczyzny, a nawet kobiety. Przecież widok zadbanej, eleganckiej pani nie powinien nikomu przeszkadzać. Ale feministki kierują się względami ideologicznymi, z pewną przesadą, a wręcz przerysowaniem dbają o cześć i honor kobiet, które same często nie życzą sobie tego”. Ale tu nie chodzi o cześć i honor kobiet, ale o przestrzeń uniwersytetu. O to miejsce, które ma służyć edukacji społeczeństwa, a nie lataniu po korytarzach z gołymi nogasami. Mam w nosie część i honor moich studentek – no dobra, nie mam. Ale, jeśli same chcą zostać miss piękności, to mnie nic do tego. Byle nie na uniwersytecie.

Czy to ich wina, że chcą? Ależ skąd. To wina uniwersytetu, który dopuszcza do takiego prostactwa. Ja przepraszam, bo zazwyczaj się nabijam i ironizuję, ale dziś nie widzę nic śmiesznego w tym, że studentki na uniwersytecie chcą uczestniczyć w wyborach miss. Tak, jak trzeba się umieć zachować w kościele, w teatrze czy operze, tak samo trzeba umieć się zachować na uniwersytecie. I to nie dotyczy wyłącznie studentek i studentów. Dotyczy to mnie, portiera, elektryka, dziekana i rektora. A na UMK chyba się coś komuś pozajączkowało.

Wybrać w konkursie studenta lub studentkę, którzy najwięcej czasu w czytelni spędzili, to rozumiem. Zrobić konkurs na najpiękniejszy preparat zrobiony przez dzieci. Na najpiękniejsze opisanie lektury. Nie wiem… Ale uroda? Ja mogę wyglądać jak Quasimodo w trakcie ospy, mogę też wyglądać jak Sophia Loren, ale na uniwersytecie nie powinno to mieć znaczenia. Bo ja jestem od wykładów i ćwiczeń, zaś dzieci są od uczenia się. Nie od zdobywania męża, jak chce poseł Pawłowicz („Panie są najpiękniejsze w okresie, kiedy szykują się do założenia rodziny, pięknie się ubierają, malują, czeszą, szukają różnych sposobów, żeby ładnie zaprezentować się przyszłemu mężowi”). Gdybym była złośliwa, a nie jestem, to bym stwierdziła, że taka filozofia nie sprawdza się w każdym wypadku. Lepiej liczyć na mózg niż na fryzurę i makijaż. Bo, gdy uroda przeminie, człowiek – płci obojętnej – nie zostaje z gołą dupą na lodzie.

Dzieci mają być czyste i wyglądać estetycznie, nie łazić z gołymi brzuchami, jak jedna z mych studentek przed kilku laty, którą metodą subtelnej perswazji zniechęciłam w ciągu miesiąca do takiego odzienia: „Pani Esmeraldo, niechże pani nie siada tak blisko okna, bo pani gruźlicy dostanie / Pani Esmeraldo, a po nerkach pani nie wieje?”. Po czwartych zajęciach zrozumiała (żadnych innych uwag ani zniewag nie było) i zaczęła się ubierać odpowiednio do miejsca i sytuacji. Wybory miss na wyższej uczelni, niedobrze mi. Jutro zorganizujemy konkurs pieczenia ciast. Pojutrze konkurs na najlepszą pomidorową. A w piątek, na najlepiej wyprasowany obrus. Może turniej pokerowy? A potem przyjdzie sesja i z czego będę egzaminować? Z czesania? Czy z literatury, bo już sama nie wiem, co mam robić.

http://nowosci.com.pl/303447,Kandydatki-na-Miss-UMK-mowia-o-feminizmie-literaturze-erotycznej-i-paradowaniu-w-kusych-strojach.html

http://natemat.pl/91217,prof-pawlowicz-chwali-wybory-miss-kobiety-szukaja-roznych-sposobow-by-ladnie-zaprezentowac-sie-przyszlemu-mezowi

Published in: on 02/09/2014 at 20:18  12 komentarzy