Бабуин едет в Москву czyli на рыло ведро надели

_DSC8291

Nie wiem, naprawdę nie wiem, kiedy się to zaczęło. Podobno tego dnia, którego pamiętać nie mogę. Matka moja, wprowadzając wózek (w którym siedziałam jak basza) do sklepu i mocując się z ciężkimi drzwiami oraz siatkami, nagle usłyszała z tegoż wózka: A dzień dobry, to kto powie? Już wtedy wiedziała, że czeka mnie, albo stos, albo szubienica (tę ostatnią prorokowała pani od niemieckiego, ale może jeszcze nie wszystko stracone), albo… No właśnie, co mnie czeka? Nikt we mnie nie wierzy, absolutnie nikt.

Kilka lat temu Borsuk Wrocławski się wydarł, że na Białoruś ze mną nie pojedzie, bo chce żyw stamtąd wrócić, a z pewnością to chce wrócić koleją, a nie odstawiony do granicy w kajdanach i obsobaczony przez polski personel dyplomatyczny. Nasz niegdysiejszy szef, zwany Little Bear, który słynie z delikatności, też odrzekł ze smutkiem: tak. A, o co go zapytałam, no o co? Ja tylko chciałam wiedzieć jedną małą rzecz od dobrze wychowanego i delikatnego człowieka. Zapytałam: powiedz mi, kochany, czy ja mam niewyparzony ryj? A on, żeby to tylko przez grzeczność, nie zaprzeczył. Ależ skąd. Potwierdził. I napełnił mnie smutkiem oraz winą, ale tylko na chwilę. Chociaż, z drugiej strony, co prawda, to prawda. Jestem absolutnie nieobliczalna. Zazwyczaj dobrze gram baranka z różową wstążeczką, ale jak mnie coś zdrowo łupnie, to… się zaczyna: smutek tropików, defenestracja praska, bombardowanie Drezna, wielka smuta oraz jesień średniowiecza.

Jednak pamiętać należy, że nigdy, ale to nigdy, nie robię skandali międzynarodowych, bo wiem, że nie reprezentuję własnej, skromnej osoby pawiańskiej, ale instytucję, która mnie deleguje. Nigdy… No, dobra, raz zaliczyłam malusieńki skandalik z polską misją wojskową na Bałkanach, ale i tak się dobrze skończył, bo zostałam wycałowana po rękach (chociaż krzyczałam – w sumie krzyczałam „przed”, a nie „w trakcie”, uściślijmy) i uznana za potencjalną ozdobę każdej armii. Ja, ja, natürlich – das ist kleine und schöne Wunderwaffe. Chociaż, z drugiej strony, żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie. Bądźmy jednak logiczni – czy istnieje Naczelny Okulista Wojskowy w Polsce? Bo mam petycję…

W każdym razie, czy ja zasługuję na te oceany niewiary? Zaczęło się od tego, że Znajoma Starsza Pani (tej, której kotu urządzałam godziwy oraz ateistyczny pochówek), która ogląda wyłącznie TVN, zadzwoniła pewnego pięknego dnia do mojej matki i zaczęła ją straszyć. Tym, że w Moskwie  jest niebezpiecznie, że są ukraińscy rewanżyści (W Moskwie???), że strzelają (kto strzela, ciż rewanżyści?), że nienawidzą Polaków (kto?), że MSZ ostrzega, a ponadto panuje gruźlica (w Kazachstanie też była i co? Przeżyłam dmuchanie sklepowej w ciasteczko? Przeżyłam!). Matka jest twardzielką, w związku z tym, byle co jej nie rusza. A poza tym zna większość historii z moim udziałem i wie, że złego diabli nie biorą. Matka ma oczywiście zakaz opowiadania różnych sytuacji z mojego żywota, szczególnie Znajomej Starszej Pani (ZSP). Wytłumaczyłam ZSP, że ja, będąc w Moskwie, nie opuszczę terytorium Polski. Bo mieszkać będę w ambasadzie, Instytut Polski jest w tejże, zaś na uniwersytet będę dowożona papa mobile. Wiem, wiem, kłamać nie wolno, a także nieładnie. Ale, cóż było robić? A ZSP uwierzy we wszystko, można tworzyć fabuły… a ja to tak lubię. Jednakże złe ziarno włożone w ziemię zaczęło kiełkować. Moja matka mi dziś mówi, że ona ogólnie, to bardzo lubi moje wyjazdy, bo potem ciekawych rzeczy się dowiaduje o miejscach, w których nigdy nie będzie, a ja mogłam je oglądać tak nieturystycznie, przez co inaczej, lepiej, pełniej, od zupełnie innej strony. Ale tego wyjazdu do Moskwy, to się boi, bo „wiesz, że cię kocham, ale doskonale wiemy, że masz niewyparzony dziób”. Jak już wyjechała z tekstem „wiesz, że cię kocham” (jak na jakimś amerykańskim filmie było przez te kilka sekund), wiedziałam, że jest źle. Jej nie da się wmówić, że będąc w Moskwie, będę na terytorium Polski. Ojcu, też nie. On ogólnie małomówny, albo – jak kiedyś rzekła adoptowaniec – małomówny na tle mojej matki, siostry i mnie, ale też coś tam mruczał. Może nie bardzo był spanikowany, ale wolałby żebym jechała do Szwajcarii, albo przynajmniej do Luksemburga. No, ewentualnie, w grę wchodzi Austria.

W ogóle, to do Moskwy jadę za dwa tygodnie, a tu już wszyscy podminowani, jakbym miała stopień pułkownika saperstwa i snajperstwa oraz jechała do Afganistanu na tajną misję. Ludzie, no… Literatura to nie Mosad. Co, może ktoś myśli, że mnie przyjmą do Pussy Riot? No, dobrze. Skoro to takie ważne, dla świętego spokoju zmienię zdjęcie na fejsbuce. A przepraszam, kogo obchodzi fakt, że jest w kolorach sinym i żółtym – Iluminatów? Naprawdę to kogoś obchodzi? Ach te paranoje z krajów Europy Centralnej. A jak jeszcze raz ktoś mnie zapyta: „a nie boi się pani” / „a nie boisz się”… to będzie źle.

A ponadto, Państwo przecież wiedzą, że za mną chodzą dwie siostry: Вера i Надежда. Pierwsza symbolizuje mój stosunek do ludzi, druga zaś to, że jakoś będzie. Bo, jak mawiali w „Dobrym wojaku Szwejku”: „jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”.  Na dodatek: „rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się. Ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś”! Ja naprawdę lubię myśleć, o tym „czymś”.

PS. A zdjęcie i tak mam z Kijowa. A skąd mam mieć, jak ja jeszcze w Rosji nie byłam, hę?

Опустите, пожалуйста, синие шторы.

Медсестра, всяких снадобий мне не готовь.

Вот стоят у постели моей кредиторы

Молчаливые: Вера, Надежда, Любовь.

 

Раскошелиться б сыну недолгого века,

Да пусты кошельки упадают с руки…

Не грусти, не печалуйся, о моя Вера,-

Остаются еще на земле должники!

 

И еще я скажу и печально и нежно,

Две руки виновато губами ловя:

– Не грусти, не печалуйся, матерь Надежда,-

Есть еще на земле у тебя сыновья!

(Bułat Okudżawa)

Published in: on 03/30/2014 at 18:39  10 komentarzy  

O, sancta simplicitas czyli święty młodzianek (jednoaktówka)

98046.3

Akt I i jedyny

Druga połowa marca. Dyżur. Zwykły pokój, gdzie można znaleźć wykładowczynię. Cztery fotele, niewysoki stolik, obok biurko z komputerem, szafa z książkami, na której stoją dwie butelki po wodzie święconej (różowa i biała). Na ścianie plakat z Freudem. Na drzwiach plakat z filmu „Nad Niemnem”. Przy drzwiach wieszak i szafka na pocztę. Wchodzi młodzieniec wypucowany jak miedziany rondelek. Biała koszula, granatowy sweterek, chłopię śliczne jak papieska kremówka. Szasta nóżkami.

Młodzieniec: Dzień dobry. Czy pani Pawian?

Pawian: Dzień dobry. Tak, proszę, może pan usiądzie.

(młodzieniec siada)

M: – Szanowna pani, chciałem zgłosić, że na pani zajęcia będę chodził co dwa tygodnie.

(Pawian mocno zbulwersowany ale nadal mający oceany cierpliwości oraz empatii, a dokładniej mówiąc – lata doświadczenia pedagogicznego)

P: Szanowny panie, jest druga połowa marca, ja pana nie znam, pan mnie też, co oznacza, że nigdy się nie spotkaliśmy, a chyba już kilka razy powinniśmy. Na którym pan jest roku? I o jaki przedmiot chodzi?

M: Na pierwszym. Chciałem jednak poinformować, że studiuję na dwóch kierunkach. Oprócz wydziału fificznego uczęszczam na Wydział Spraw Wyższych i Metafizyki. I dlatego, nie mogę chodzić co tydzień na prowadzoną przez panią wstępną teorię niczego, ponieważ w tym samym czasie mam, na tamtym wydziale, dogmaty. I dlatego chciałem to zgłosić.

P: Rozumiem, ale czy nie sądzi pan, że taki sposób studiowania może odbić się, szczególnie na początku drogi naukowej, na jakości? Czy nie sądzi pan, że takim sposobem zostanie pan w przyszłości półmagistrem?

(Pawian na stronie): A może wręcz półgłówkiem?

M: Rozumiem pani obawy, ale na dogmatach mamy co dwa tygodnie kolokwium i ja nie mogę ich opuszczać. Dlatego właśnie, zgłaszam pani, że na wstępnej teorii niczego będę co dwa tygodnie. Nie mogę inaczej.

P: Wie pan… Ja też niegdyś studiowałam na dwóch kierunkach. I jakoś nie przyszło mi wtedy do głowy, że mogę studiować każdy z nich w części. Och, gdybym o tym wiedziała, to z pewnością studiowałabym ze cztery, a może i sześć. (tu Pawian nie wytrzymał i na chwilę wypadł z roli) Bez kozery powiem: pińcet.

M: Co pani sugeruje?

P: Że między nami nie ma chemii. Wie pan, proponuję, żeby pan znalazł prowadzącą lub prowadzącego, który rozumie pańskie dylematy. Ja ich nie rozumiem, być może przeszkadza mi w ich pojęciu jakiś brak, dysfunkcja, a może nawet swoiste ograniczenie. Dlatego, proszę znaleźć osobę, która zgodzi się na taki, a nie inny tryb spotkań z panem. Ja nie robię żadnych trudności. Idź dziecię, ja cię uczyć każę… A w zasadzie… Miłego dnia.

M: Dziękuję za informację. Miłego dnia.

(Pawian roztrzęsionymi dłońmi wybiera numer Prezesa Układu Słonecznego, ale się rozmyśla i dzwoni do swego kardiologa, czule zwanego Oswaldem, bo miał kiedyś wąsik jak Mosley, ale jest w porządku)

Dwie butelki po wodzie święconej wybałuszają oczy i nawet nie mają ochoty na kolejny dialog.

Freud z plakatu mruczy: hmmm…

Justyna z „Nad Niemnem” mówi: „A jeżeli światła, z łaski twojej, mój wuju, otrzymanego, zostanie mi jeszcze trochę więcej niż on… niż oni go posiadają…”

Kurtyna opada zażenowana i wytrącona z równowagi.

***

Komentarz do zdjęcia, a w zasadzie wcale nie: „Pomnik będzie nawiązywał do motywu archaicznego kurosa, czyli uśmiechniętego młodzieńca i w ten sposób odwoływać się ma on do antycznych źródeł europejskiej kultury oraz idei Akademii Platońskiej, która jest kolebką nowożytnej nauki i kształcenia na poziomie uniwersyteckim” (Jolanta Talarczyk)

http://www.mmsilesia.pl/240801/2008/6/25/katowice-polnagi-student-przed-rektoratem-us?category=news 

Published in: on 03/29/2014 at 08:09  4 komentarze  

Ciężkie jest życie kataryniarza w poście czyli chodziła czapla po desce

czapla_nadobna

Właścicielem praw autorskich do tego tekstu jest Pawian, ale w zasadzie nic mu do tego.

Jako, że Pawian zostać derektor, znaczy wice, korporacji papierniczej, to do jego obowiązków zaczęły należeć rzeczy, o których strach gadać przed północą. No dobra, przesadzam, ale jest zarówno śmieszno, jak i straszno. Zacznijmy od początku. Zasłużony (dla kultury polskiej, ale w sumie światowej też) szwedzki poeta ma zostać doktorem honoris causa pawiańskiej Alma Mater. W związku z tym powierzono naszej korporacji papierniczej zaszczytny i niesamowicie odpowiedzialny odcinek przygotowania tejże uroczystości: mamy wydać, nota bene, bardzo pięknie wydać, zwyczajową w takich sytuacjach, książeczkę okolicznościową. No to, wydajem, panie dziejku.

Redaktorka K., zwana dalej Światłem Mych Oczu, stara się, spręża, podrzuca nowe pomysły, rypie jak norka, gania jak poparzona, ustala szczegóły, koordynuje prace piszących, redaguje teksty, omawia ze mną strategię, spotyka się z kim trzeba, dopieszcza styl, kasuje powtórzenia, analizuje niefortunne związki frazeologiczne, wpada na nowe pomysły, ma wizje… jednym zdaniem: między nami dobrze jest, jakby strywializowała naszą relację Masłowska.

Otrzymałam od Światła Mych Oczu instrukcję, że w związku z pojawieniem się w książeczce wierszy w dwóch różnych tłumaczeniach na polski, należy skontaktować się z jednym z tłumaczy, który mieszka po drugiej stronie Bałtyku. Nazwijmy tegoż tłumacza profesorem L. Jako, że jestem grzeczna, posłuszna oraz wykonuję polecenia redaktorek bez mrugnięcia okiem i bez marszczenia brwi, to piszę:

„Kochany Profesorze L., czy da Pan parę wierszy do naszej książeczki? Ale za friko, bo, jak wiesz, Kochany Profesorze, biedniśmy niczym myszy kościelne i nas nie stać na fanaberie”. Profesor odpisuje w ciągu trzech minut: „Pawianku drogi, macie, bierzcie wszystko, ale… jest problem. Bo ja nie mam praw autorskich. Ma je wydawnictwo a5. Pisz Pawianku, nie na Berdyczów, bo tu ci daję adres odpowiedni”. No to piszę: „Szanowna Pani z Wydawnictwa a5. Profesor L. się zgodził, daj nam pani parę wierszy znanego szwedzkiego poety w tłumaczeniu profesora L., ale za friko, bo….”. W ciągu pięciu minut Pani z Wydawnictwa odpisuje: Szanowna Pani Pawian, bierzcie wszystko, ale… jest problem. Bo prawa autorskie ma też szwedzka oficyna Bonnier Verlagen. Pisz Pani do nich. Z poważaniem”.

Lecę więc do redaktora W., który dalej zwany będzie Młodym Klerykiem i mówię: Młody Kleryku, pisać będziem w językach obcych do szwedzkiej oficyny. Mówię, co pisać będziem, a on, niby demiurg do wynajęcia, wciela me szatańskie pomysły w życie. Napisalim (znaczy, on napisał), wysłalim (znaczy, ja wysłałam) i czekamy. O ile wcześniejsze maile, zarówno te do Szwecji, jak i te do Polski, leciały w sekundę, tak do prawdziwej korporacji papierniczej trza się dobijać długo. Staliśmy, pod jej elektronicznymi murami, z Młodym Klerykiem, jak Jurand ze Spychowa, który córkę ratować do Krzyżaków poszedł. Stoimy, stoimy, nudzimy się, słońce wschodzi i zachodzi, a my nadal czekamy. Zima już mija, listki się zawiązują, ptaszęta kwilą, a my czekamy. W końcu – jest odpowiedź: Szanowna Miss Pawian, a bierz kochaniutka co chcesz, ale w zasadzie, to nam nic do tego, bo prawa autorskie są przy Mistrzu, poecie samym. Więc, Miss Pawian, pisz ty do jego żony, która jest jego agentką”.

Jak do tej pory byłam entuzjastycznie nastawiona, tak w tym dramatycznym momencie przyszły mi jedynie do głowy słowa: chodziła czapla po desce… Coś czuję, bo pisarz i jego małżonka, z pewnością są zaprzyjaźnieni z profesorem L. i jak napiszę do nich mail, to uzyskam odpowiedź następującej treści: „Droga Pani Pawian, a bierz pani co chcesz, ale w zasadzie pisarzowi nic do tego, bo prawa autorskie są przy naszym przyjacielu, profesorze L.” – no będzie tak, założą się Państwo? I zatoczę wówczas kółeczko, będzie jak w słuchowisku „Paramęt Pikczers”, w którym streszczano proroctwo „Wesela” z perspektywy piłkarskiej: raz do koła, raz do koła. Może pójdę na skróty? I poproszę samego profesora L., żeby napisał w moim imieniu do pisarza? To szczwany plan i naprawdę machiaweliczny. Tylko, co się wydarzy, jeśli zacznie się drugie okrążenie? Ja nie mam nikomu nic za złe. Naprawdę. Cieszę się, że w dzisiejszych czasach wszystko (i na całym świecie) da się załatwić nie ruszając dupska sprzed komputera, chociaż sprawa, jak Państwo widzą, skomplikowana i poważna. Na dodatek, wszystko idzie w miarę szybko, ale absurd sytuacyjny jest niesamowity. Kto jest właścicielem tych praw autorskich? Królestwo za prawa autorskie.

Wiersza dziś na początku nie będzie, bo chwilowo mam dość tekstów poetyckich. Państwo, jak mniemam, się nie dziwią, hę?

Autorem zdjęcia czapli jest pan Cezary Pióro. Zaczęłam myśleć w kategoriach praw autorskich. Żeby już więcej maili nie pisać.

Published in: on 03/26/2014 at 19:51  9 komentarzy  

Pawian w świecie czyli gdzieś tam

Przepraszam, że tak mnie długo nie było, ale trochę mnie zjadło. Na pocieszenie moge Państwu tylko opowiedzieć anegdotę o tym, jak pewna aktorka nie przyszła na praemierę sztuki, która się w końcu nie odbyła. Na drugi dzień wchodzi do teatru, dyrektor rwie włosy z głowy i wrzeszczy: zamin panią wywalę na zbity łeb, proszę mi powiedzieć, dlaczego pani wczoraj nie przeszła? A ona na to spokojnie: Widocznie nie mogłam… No, taka bezczelna to ja nie jestem. Naprawdę nie mogłam. Ale już wróciłam na blogowej ojczyzny łono, do mas, do roboty, do partii i zabieram się za pisanie. A dziś siedzę tu:

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/727-polowanie-na-lisa

 

Gdzieś indziej czyli z pozycji feministycznych

A dziś siedzę tu:

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/725-cialka-bez-mozgu

Published in: on 03/17/2014 at 19:29  Comments (1)  

Plastikowe ZOO czyli mucha pamięci

352x500

 

Czasem, cały świat mieści się między krajem poduszki a końcem prześcieradła. A ja nie mówię o niczym wyuzdanym, tylko o czymś takim, gdy jest jak u Gombrowicza: poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja… I nie mam w tym momencie na myśli mojego kolegi, który zawsze kieruje rozmowę na swoje przypadłości gastryczne, albo swoją nerwicę. Ostatnio pan dzielnicowy mi powiedział, że mam niezwykłą pamięć, a ja mu na to, że jestem historyczką literatury i wszystko widzę jak tekst. Staliśmy i paliliśmy pod komisariatem, a on zdziwiony był niesłychanie dodatkiem do tej wypowiedzi, gdy ją uzupełniłam: pana też widzę jako tekst. Zaciągnął się, wydmuchał dym i powiedział z uśmiechem: przydatna umiejętność, bardzo przydatna w moim fachu. Dzielnicowy jest wysoki, taki nordycki, łysy i ma ładne paznokcie, co odnotowuję z pewnym zdziwieniem, ale w sumie, dlaczego nie może mieć? Czy duży chłopak w mundurze, z którym rozmawiam, ze względu na moje rozrabiactwo i głupie zaangażowanie, znacznie częściej niż powinnam, nie może mieć ładnych paznokci? Ależ może… Ładny tekst do zapamiętania. I tyle.

W antologii najlepszych opowiadań s-f Dona Wollheima, za rok 1989 było jedno takie: „Muchy pamięci”. Wcale mi się nie podobało, inne opowiadania z tego tomu pamiętam znacznie lepiej. Jednak było w tym tekście coś, co do dziś mnie jakoś inspiruje. Obcy, przypominający muchy, wpatrują się w artefakty, żeby zapamiętać. Dalszy ciąg jest nieważny. Ten aspekt mnie interesuje, bo jestem muchą pamięci. Wytrenowaną, wytresowaną od czasu, gdy świat mieścił się między krajem poduszki, a końcem prześcieradła. Byłam wówczas solidną prenumeratorką czasopisma „Miś”, solidną straszliwie, bo w tamtych zamierzchłych czasach był to dwutygodnik, ach ile pożądliwości, ile oczekiwania, ile niecierpliwości, by babcia wreszcie poszła do kiosku i przyniosła to, co wyznaczało rytm – nie tyle dnia, ile właśnie samego oczekiwania. Z godziny na godzinę, z dnia na dzień. Pewnie dlatego, do dziś czytam tak szybko i zachłannie. Odpowiadam na każdy mail. Na każdą wiadomość. Robię to natychmiast, co obecnie, czyni ze mnie doskonałego urzędnika państwowego w korporacji papierniczej. Ach te odruchy wykształcone w dzieciństwie. Dorwanie się do „Misia” w czasach zamierzchłych skutkuje do dziś, być może nawet swoistą nerwica natręctw? Dorwać tekst, przeczytać, ustosunkować się – natychmiast. Pokolorować obrazki, rozwiązać rebusy, zamknąć czasopismo z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Ufff… Skoro potrafiłam czekać na „Misia” nie przeraża mnie teraz czekanie na decyzję Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów. Twardziele szkolą się już od małego.

Inne czekanie wiązało się ze zwierzątkami. Te przynosił tata. Plastikowe, gromadzone pracowicie, z zachwytem, żeby mogły grzecznie i w parach odwalać paradę na prześcieradle. „Szli parami – słoń z słonicą i szedł kangur z kangurzycą”. U mnie, nie było tak bogobojnie jak u Noego i nie było też heteroseksualnie. Ba, nawet powiem, że nagminnie bywało międzygatunkowo. Zebra chodziła z okapi. Lew z tygrysem. Zaś drugi lew, a raczej lwica – z hipopotamem. Dlaczego? Bo tak. Bo tak się lubili, bo tak wyszło. Miałam też białego słonia, który zawsze łaził z żyrafą, zamiast kumplować się ze słoniem szarym, który z kolei znacznie bardziej lubił bizona. Do tego wszystkiego było jeszcze stadko dzików – brązowy duży, szary średni i beżowy warchlak, z którego zlazły paski. A może to była niewymiarowa kapibara? W każdym razie, ten szary był bez nogi. I nie mógł stać. W związku z tym, zawsze bywał opierany o tego brązowego. Uważałam, że brak nogi nikogo z parady nie wyklucza. Trzeba iść.

Minęło wiele lat. A w wiklinowym koszyczku schowanym w szafie za apaszkami i szalami leży grzecznie moje ZOO. Jakie tam ZOO, nikogo nikt i nikogo nigdy, za głupie kraty nie wsadzał. Gdy to piszę wyobraziłam sobie indiański pochówek. Proszę sobie wyobrazić mnie zawiniętą w kocyk, zostawioną na jakiejś górze, siedzącą i opartą o kamień. A archeolog, błagam, niech będzie tak przystojny jak Indiana Jones, bo właśnie to będzie się należało moim doczesnym szczątkom, znajdzie na moich kolanach rozsypujący się wiklinowy koszyczek, w którym będzie się spodziewał obecności kosztowności, a znajdzie… plastikowe zwierzątka. I one właśnie znajdą się w muzeum – ten szary dzik bez nogi, też. 

Published in: on 03/16/2014 at 21:33  Comments (1)  

Wszystko płynie czyli wszystko wraca

1690545_279870128846342_845107635_n

Godzina z nocy na dzień.

Godzina z boku na bok.

Godzina dla trzydziestoletnich.

Godzina uprzątnięta pod kogutów pianie.

Godzina, kiedy ziemia zapiera nas.

Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd.

Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie.

Godzina pusta.

Głucha, czcza.

Dno wszystkich innych godzin.

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.

Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem

– pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta,

o ile mamy dalej żyć.

(Wisława Szymborska)

To ja Państwu opowiem jak się to wszystko zaczęło – ja przepraszam, ale właśnie mieliśmy jubileusz, na pawianie stuknęło nam wszystkim dwieście tekstów, a Państwo doskonale widzą, że to jest wierzchołek góry lodowej. Otóż, zaczęło się to, osz fuck, dziesięć lat temu, gdy Pawian był małą małpą, a w zasadzie nie wiedział, że małpą jest. Mało w ogóle wiedział, a już o sobie, to wiedział najmniej. I wówczas zachorował, ot tak, na wszystko, pewnie wyobraził sobie w duchu jakąś taką tragedię, może nawet młodopolską tragedię, a gruźlicy i syfilisu akurat w pobliżu nie było i dlatego postanowił był zachorować inaczej – tak może mniej spektakularnie, bez poświstywania sztuczną odmą jak w Czarodziejskiej górze, bez jęków Dąbrowskiego ze Śmierci, ale zrobił to po swojemu. Na dodatek pawian jak już coś robi, to już robi. Nie leci po łebkach, o czym mogą chociażby świadczyć jego książki, każda gruba, tłusta i napęczniała przypisami. No i pawian zaczął chorować. Leżał, kwiczał, pękał, popiskiwał, wycofywał się, namnażał coś (roztocza też pewnie namnażał, jak każdy), co można nazwać bytem wewnętrznym – no mówię Państwu czysty modernizm, jakaś taka powieść o wieku nerwowym, jakaś taka staroć obrzydliwa w duchu Hrabiego Augusta Mańkowskiego, albo co – i namnożył go w pewnej chwili tak, że przestał spać. Definitywnie i jednoznacznie, a nawet można rzec, że głupio i do dupy. Miał wówczas wrażenie, że cały świat stanął, że czas wlecze się niemiłosiernie, że dni nie mijają, a noce tym bardziej. Gdyby nie było to absolutnie niedopuszczalne stylistycznie i w duchu Paolo Coelho, to by pawian napisał, że znajdował się w bezczasie i bezprzestrzeni. Ale Państwo wiedzą, że tak napisać nie może, jeśli nie chce się znaleźć w przytułku dla grafomanów, związany łańcuchami i polewany wodą ze szlaucha przez gruboskórnych strażników i pielęgniarzy w skórzanych fartuchach, którzy czytają wyłącznie „Biuletyn Wynalazczości” z lat pięćdziesiątych.

Ten bezruch był całkowicie pozorny, bo jedynie zewnętrzny, a w środku było całkowicie inaczej, co pawian próbował na początku załatwiać walerianą, ale szybko mu przeszło, właśnie w momencie, gdy Puc Klucha został małym, aczkolwie puchatym narkomanem. No proszę Państwa, przecież nie można było dopuścić do sytuacji, gdy pawian się rozkłada na czynniki pierwsze, a Puc Klucha idzie na odwyk. Puc miał wówczas jakieś pięć lat i nie sądzę, by jakakolwiek instytucja opieki nad zwierzętami, taka w stylu RSPCA, była w stanie uzależnienie kota od waleriany wytłumaczyć, nie odbierając mi przy tym praw rodzicielskich. A tego to już by było za dużo.

Ciało Pawiana zostało doprowadzone do jakiegoś względnego porządku, ale okazało się wówczas, że stało się na odwrót niż w biblijnym przekazie o duchu mocnym i ciału mdłem. To znaczy, że wszystko było znacznie bardziej skomplikowane. Porównajmy całą sytuację do starego samochodu, który ma opony zdarte, rzężący gaźnik, wycieraczki nieruchome, ale na targ najbliższy dojechać potrafi. Jednakże czyni to tylko dlatego, że jest na ziemi jakiś porządek i ład, jak śpiewa Bułat Okudżawa. I gdy właśnie tego porządku i ładu zabrakło, Pawian stanął. Stanął i stał. A potem położył się na kozetce. I leżał tam przez rok. Wtedy dowiedział się czegoś o sobie i o świecie, a potem zaczął pisać. Serio, to było naprawdę takie proste. Wstał pewnego dnia i machnął tekścik na jakimś forum kobiecym. Mdłym i całkowicie nieważnym. Ale zaczął. Potem przeniósł się na socjopatyczną malkontentkę, a świat znów zaczął przyjemnie przyspieszać. I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej, I dudni, i stuka, łomoce i pędzi. Dlatego, że wszystko tak gna, wszystko płynie, to czasem pisanie niezawodowe musiało i musi być odłożone ad acta. Ale chyba już nigdy nie zostanie całkowicie zapomniane, zarzucone, niepotrzebne. Oczywiście, w związku z powyższym, że mam kilka żyć, nie mylić z tym, że mam kilka rzyci, piszę w różnych miejscach, będąc za każdym razem kimś innym, a może wcale nie? Ponadto, właśnie z tego powodu, nigdy nie będę blogerką z prawdziwego zdarzenia. Ot, skaczę sobie z gałęzi na gałąź. Po cichu i tylko dla Państwa oczu powiem, że ja nie wiem, kim jestem. Chcę wszystkiego co robię. Staram się. Chyba najbardziej jestem w akademii, ale też bez przesady, bo nie uczestniczę we wszystkich spiskach i pokazach punktowych. Mam je po prostu w czerwonej dupie. Nauka tak nie wygląda. Dlatego – wolałabym nie, jak Państwo wiedzą formuła Bartelby’ego jest mi niezwykle bliska, przy czym nie oznacza wycofania się, ale dobitne zaznaczenie stanowiska sprzeciwu wobec zastanej sytuacji.

Potem pojawił się Pawian, gdy po sporej przerwie, okazało się, że formuła socjopatycznej się już wyczerpała. Pawian od samego początku był mniej prywatny niż socjopatyczna, bardziej zdystansowany, bardziej ironiczny, chociaż także mniej naszpikowany literaturą, w przeciwieństwie do malkontentki, która czasem wyglądała tak jak schab nadziewany śliwkami i szpikowany słoninka oraz czosnkiem. Zawsze było feministycznie. I tak minęło nam 200 tekstów pawiańskich i nieznana ilość malkontenckich, a tak naprawdę minęło nam razem dziesięć lat. I wszystko wraca. Bo wszystko płynie. Ale ja sobie myślę, że płynie, tak po pawiańsku. Nie siedzę wcale nad brzegiem rzeki, tylko od czasu do czasu mieszam kijem w stawie. Raz do koła, raz do koła… Śmieci przypływają cyklicznie, stare liście też… o… jest i skórka od banana.

Jako, że wszystko płynie i wszystko wraca… No cóż, napiszę Państwu enigmatycznie: Bach nie żyje – mówi Janko Muzykant – Mozart też umarł, a i ja się też nie najlepiej czuję. Wszystko wraca. I wszystko płynie w tej trochę brudnej sadzawce, w której mieszam kijem. No mieszam. A co mam robić? Zaczęło się od dna wszystkich godzin. A proszę zobaczyć, jak nam ładnie szło przez te dziesięć lat. Duża część czytelniczek i czytelników to siedzi przy tej socjopatycznej drodze… że hohoho. Jak David Attenborough w kolejnych odcinkach nadawanych na kanale National Geographic. Stali się już specjalistami od naczelnych.

A czego ja sobie życzę? Po prostu… chcę. I tyle. Ale niczego nie mogę obiecać.

41337_polska_wroclaw_zoo

Published in: on 03/15/2014 at 14:35  13 komentarzy  

Pawian gdzie indziej czyli feministycznie bo o manifie

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/720-jestesmy-polowa-swiata

A tak na marginesie, przypominam o moim projekcie maryjnym: http://pawianprzydrozny.tumblr.com/

PS. Dziś dwusetny wpis na tym blogu. Lenię się 😀 w porównaniu z socjopatyczną malkontentką. ściskam czytelniczki i czytelników.

Lajki Ukrainie czyli Internety

1924645_10152074639021840_182474364_n

 

Cytaty pochodzą z filmu „Rejs”

Internet albo kocha, albo nienawidzi. Nie zna innych uczuć: wyśmiewa, popiera, ironizuje, kpi, wielbi, antagonizuje okopane na sztywno dwie strony i sprowadza wszystkie argumenty ad Hitlerum. Z pewnością wszyscy Państwo pamiętają cykl zdjęć na fejsbuce, gdzie na początku był lajk, a na końcu dziecko w Afryce pijące czystą wodę z kranu. Niektórzy do dziś wierzą, że za lajk pieski dostaną karmę, a dzieciątko bez ucha wyjedzie na obiecaną operację do Niemiec.

Czy w związku z tym Ukraina potrzebuje naszych lajków? Czy potrzebuje naszych wirtualnych wyrazów solidarności, ukazywania, jak bardzo się przejmujemy? A może się nie przejmujemy, tylko klikamy, bo wypada, a my jesteśmy na tyle słabi, iż nie mamy sił na powiedzenie wprost: mam w dupie Ukrainę, bardziej interesuje mnie to czy będzie przecena na te brązowe buty, albo czy wystarczy mi na jutro szamponu do włosów? Internet też wymusza pewne stadne zachowania, jak ktoś umieści wyrazisty i chwytliwy znak, to ten zaraz się przyjmuje, zaraz zaczyna żyć zwielokrotniony, w ciągu kilku sekund od Chicago do Tobolska – albo to użytkownicy Internetu nim żyją… przez trzy minuty.

„Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę”.

A może źle oceniam? Może na stolikach w polskich pubach leżą mapy Ukrainy i młodzi ludzie analizują nazwy miast i miasteczek, których jeszcze w zeszłym tygodniu nie znali? Może część lajków w Internecie wiąże się z bezsilnością, że ludzie nic innego zrobić nie mogą? Pamiętam, jak w czasie stanu wojennego bardzo radowały mnie znaki sympatii dla Polski pojawiające się w świecie. Nawet jakieś świeczki w oknach, nawet jakieś małe demonstracje pod ambasadami, o których mały człowiek (którym byłam) dowiadywał się wieczorami i było mu jakoś raźniej, że ktoś to wszystko widzi, że ktoś o tym małym człowieku myśli. Że w tym całym wielkim świecie, jakaś świeczka pali się właśnie dla mnie.

Nie wiem czy Państwo widzieli kiedyś komentarze pod jakąś akcją dotyczącą zwierząt, która ma swój początek w Internecie – zawsze znajdzie się jakiś malkontent, który zauważy, że dzieci głodują, a tu się jacyś pofyrtańcy rozczulają nad zwierzątkami. Nie wiem czy mogę myśleć o wszystkich, o wszystkim. Myślę o tym, co jest blisko mnie, co jakoś mnie dotyczy. Ukraina dotyczy mnie osobiście, mam tam sporo znajomych, nawet dzieci i przyjaciół. W związku z tym piszę, lajkuję, myślę i pokazuję im, że to co robią, ma sens. Nie tylko dla nich – że jest ktoś, kto widzi, obserwuje, analizuje, zastanawia się i martwi. To mój osobisty znak dla nich. Może pusty, może bezsensowny, ale w tym momencie jest wszystkim, co mam. Trzeba będzie konkretów? Też się zrobi, też się załatwi, chociaż – przyznam się – że nie znoszę robienia na łapu-capu. Nie jestem zbieraczką kartonów z mlekiem w proszku i pieluch. Ponadto, odkąd zbierałam w moim środowisku książki dla pewnej instytucji już wiem, że nie mam charyzmy związanej z otwieraniem ludzkich serc na cudze potrzeby. Jestem raczej zimną suką, która mówi: dajesz – super, nie dajesz – trudno, ale nie dawaj mi gówna, którego chcesz się pozbyć, bo mi ono nie jest potrzebne. To, że żebrzę dla kogoś nie znaczy, że możesz mi dawać odpadki, filantropie z morskiej pianki.

Czy się teraz tłumaczę? A skądże! Raczej się zastanawiam nad tym, że po chwilowej egzaltacji internetowej (w sprawie Ukrainy) teraz zaczęło się ironiczne kopanie emocji, które jeszcze wczoraj były naszym udziałem. Może się wstydzimy tego, że przez chwilę pokazaliśmy miękki brzusio? Że nas zabolało? Że nam ta Ukraina coś przypomniała? Coś własnego? A może rzeczywiście, jest coś niestosownego w lajkowaniu kolejnych karykatur Putina, zmienianiu własnych awatarów na ukraińskie flagi? Coś pustego – jedyny protest i wybór, którego dokonujemy nie wiąże się z żadnym wysiłkiem, nawet intelektualnym, bo i tak robimy to, co inni. Jak stadko działające instynktownie. Nie przemyślimy, a klikamy.

A może jest jeszcze inaczej? Że wymagamy od Internetu, żeby był czymś więcej niż Cloaca Maxima, w której znacznie częściej znaleźć można było wzdętą świnię, aniżeli złoty pierścionek? Przypomina mi się scena z trylogii husyckiej Sapkowskiego, gdy Gutenberg pokazuje możliwości drukowania kart pornograficznych. A potem, jak wiemy, rąbie Biblię. A tych kart nie drukował, naprawdę? Rozwój ludzkości zawdzięczamy Psałterzowi Mogunckiemu? Sama uczę studentów i studentki o edytorskiej działalności Jana Kochanowskiego i jego wpływie na rozwój polskiego drukarstwa zamiast czytać im wiersze Morsztyna o gołych cyckach, albo o zmarłej kurwie. Ale wierzę, że Nowy karakter polski ma znacznie mniejsze znaczenie dla nas wszystkich niż napis na chlywikach: kocham Hankę. No dobra, nie wierzę… ale dla tego, który pisał sprayem na chlywikach, Kochanowski nie ma znaczenia, a Hanka – jak najbardziej. I statystycznie – wychodzi na to, że o Hance więcej ludzi się dziś dowie niż o działalności edytorskiej mistrza z Czarnolasu. A jak ktoś jeszcze cyknie fotę tym chlywikom… łoooo… to już się znacznie. Dlatego nie krytykuję żadnego lajka. A po co? Czy jestem osobą, która albo Internet kocha, albo nienawidzi? Nie… jestem obserwatorką, filolożką. Dobranoc Państwu.

„– Nam chodzi o odgłos wydany paszczą.

– Patataj… Patataj… Patataj…”

Published in: on 03/09/2014 at 16:27  Dodaj komentarz  

„U nas na Podkarpaciu ludzie podchodzą do życia normalnie” czyli nienormalna normalność

– Życie zawsze jest takie zasrane, czy tylko wtedy, kiedy się jest dzieckiem?

– Zawsze.

(Leon Zawodowiec)

Czytam i oczom nie wierzę. Notabene, jak przeczytałam pierwszy artykuł, a przepraszam, mam grypę, to zrozumiałam wówczas, że położna odkryła, iż w jej szpitalu przeprowadzane są nielegalne aborcje. Wtedy pomyślałam, że miała prawo się sprzeciwić, miała prawo ogłosić światu łamanie prawa, cokolwiek nie uważam na temat ustawy antyaborcyjnej i jak bardzo jej się sprzeciwiam, to do czasu, kiedy jest ona aktem prawnym, żeby nie być wspólnikiem lub wspólniczką przestępstwa, to trzeba ogłaszać. Możecie się Państwo ze mną nie zgadzać, uważać, że popieram podziemie aborcyjne, ale – niestety, w tym przypadku, niestety – prawo jest prawem. Dura lex – sed lex. Ale już po chwili okazało się, że chodzi o zupełnie coś innego. Nie wiem czy Państwo w ogóle zrozumieją, o co tu chodzi, bo ja czytam już któryś raz z rzędu i nadal nie ogarniam tej kuwety. Może to grypa, a może to Polska?

W szpitalu wykonywane są legalne aborcje (wykonano trzy), dyrektor wypowiadał się, że np. dotyczyły one płodu bezczaszkowego. Położna nie chce, ze wzglądu na klauzulę sumienia, brać udziału w takich zabiegach. A w zasadzie, to wcale nie tak, bo nigdy nikomu nie zgłaszała, że nie chce („Gdyby to zgłosiła przełożonym, odsunęliby ja od tych zabiegów”). Później jednak dyrektor się wściekł, gdy nagle sprawa nabrała medialnego rozgłosu (gdy zdał sobie sprawę z tego, że jego pracownica, zamiast pogadać z nim, to lata do mediów – położna wraz z prawicowym senatorem zorganizowała konferencję prasową), gdy włączyła się w sprawę Fundacja Pro-prawo do życia, która wydała oświadczenie: „Organizujemy pikiety antyaborcyjne przeciwko temu, co się wyrabia w Waszym szpitalu. […] Przewidujemy coraz szerszy wachlarz protestu aż do powszechnego bojkotu Waszego szpitala włącznie. Nie może być kompromisu dla zabijania chorych dzieci. Przynosicie wstyd naszemu miastu”.

I w tym miejscu, to ja już nic nie rozumiem. Bo, ja, przeciwniczka ustawy, rozumiem to, że jest ona aktem prawnym obowiązującym na terenie Polski. Doskonale wiem, że gdybym chciała przeprowadzić aborcję, to popełniam przestępstwo. A w zasadzie, to nie popełniam, tylko robią to ci, którzy mi pomagają. Na dodatek jest sprawa Bratkowskiej, która dobitnie ukazała, że ustawa jest fikcją. Z trzeciej strony czy którejś, już nie wiem, w ustawie podane są wyjątki – aborcja jest legalna w przypadku zagrożenia życia, zdrowia fizycznego lub psychicznego matki, gwałtu lub wad płodu. To też oczywiście jest fikcja, o czym doskonale wie rodzina zmarłej Agaty Lamczak czy co ukazuje stosunkowo niedawna sprawa nastolatki, chyba z Lublina, której zakończenie było jakąś tragifarsą.

Natomiast ci z fundacji „Pro-prawo do życia”, chyba czegoś nie rozumieją. Aborcja w Polsce, w określonych sytuacjach jest dopuszczalna. W zasadzie legalna, szczególnie jeśli lekarz nie jest wystraszony sytuacją. Tych wystraszonych lekarzy będzie coraz więcej, bo pikiety pod szpitalami i inne „delikatne” środki nacisku robią wrażenie. No cóż, jesteś kobieto w ciąży, dowiadujesz się, że płód bezmózgowy, ale żeby fundacja podkarpacka miała czyste sumienie, to musisz rodzić. Tak będzie? No cóż, w zasadzie tak już jest. Nie sądzę by, ktokolwiek z tej fundacji zdawał sobie sprawę, że swym działaniem popiera podziemie aborcyjne. Bo, jeśli kobieta w ciąży, w której płód ma zespół Pataua, będzie wiedziała, że przed szpitalem stoi pikieta, tych miłujących prawo tak, że aż chcą go łamać, bo stawiają prawo boskie nad ludzkim, to pójdzie gdzieś cichcem, żeby nikt się nie dowiedział, żeby nikt jej później nie piętnował.

A położna? I jej klauzula sumienia? Aptekarze nie będą sprzedawać tabletek antykoncepcyjnych i prezerwatyw, islamski lub żydowski rzeźnik nie sprzeda ci kotlecika schabowego, rzeźnik-wegetarianin nie sprzeda ci nic, pielęgniarka (Świadek Jehowy) nie zrobi ci transfuzji, kwiaciarka-alergiczka nie sprzeda ci stokrotek, weterynarz-personalista nie zrobi kotu badań bez pisemnej zgody tegoż, w każdym kiosku inne gazety – w zależności od poglądów kioskarki lub kioskarza, papierosów też wszędzie człowieku nie dostaniesz, barman robi drinki tylko z tych alkoholi, które lubi, no chyba, że jest abstynentem, to wtedy wyłącznie koktajle owocowe. A co z pielęgniarką z lobby antyszczepionkowego? No ludzie… Położna nie może uczestniczyć w legalnym zabiegu. A co zrobi, gdy będzie zagrożenie życia kobiety? Też się wypnie, bo jest „pro-life”? Na dodatek, zamiast pogadać ze swym przełożonym, robi medialną hucpę i ze swojego prywatnego wyboru robi publiczną demonstrację, której skutki odczuwać będzie ktoś inny… Bo nie ona. Ona już pewnie niedługo zostanie prawicową radną. A potem posłanką, która będzie apelować za zaostrzeniem ustawy. Co za kraj, co za ludzie… Co za empatia, co za współczucie dla drugiego. Dla zgwałconej ciężarnej nastolatki, dla kobiety, która wie, że jej dziecko umrze pół godziny po porodzie, dla kobiety, której życie jest zagrożone. Ależ miłosierdzie. A sumienie czyste – bo nieużywane. A wszystkie wybory – takie proste.

http://www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=%2F20140228%2FRZESZOW%2F140229309

http://wyborcza.pl/1,75478,15546144,Szpital_Pro_Familia_chce_od_poloznej_odszkodowania.html

http://natemat.pl/88807,senator-i-polozne-na-wojnie-z-aborcja-w-szpitalu-w-rzeszowie

Published in: on 03/03/2014 at 05:08  5 komentarzy