Pawian nie będzie jadł wojskowych, czyli życie pełne zasadzek

Łasic udał się na polowanie i zatłukł jakiegoś porucznika, bowiem przyniósł jego karczek. Ja się może czepiam, przecież rozumiem, że analogia jest dość prosta; jeśli pieczemy ciasto babci Ali, albo Grażynki, to możemy też zjeść schab ogrodnika, albo karczek porucznika, ale przyznacie Państwo, że coś jest nie tak.
Jakiś czas temu Pawian i Łasic nie mając żarcia w domu, wpadli do pewnej garkuchni, gdzie Pawian zawsze wcina pierogi z kaszą i serem, a Łasic… No właśnie. To on wypatrzył wówczas schab ogrodnika. Tu jakoś nie miałam skojarzeń, że złapali jakiegoś biedaka, zarżnęli i upiekli, bo można powiedzieć, że np. Anzelm ma takie schabiki, bowiem spasł się ostatnio jak prosiątko. Natomiast schab, to schab, część świni, albo krowy, natomiast próżno szukać ludzkiego schabu np. w literaturze, czy podręcznikach medycyny. No, chyba że się jest Hannibalem Lecterem, ale to już inna historia. Jedyne, co mnie lekko przeraża w tym schabie ogrodnika, to obraz świni buszującej po ogrodzie, chudzinki wychowanej na opadłych jabłkach, selerze oraz pietruszce. I karanej np. laniem palcatem po raciczkach, gdy wlezie w grządkę tulipanów.
Spokojnie przejdę obok np. serduszek pani Ani (no bo zakładam, że dwóch mieć nie może), czy polędwicy babuni (chociaż…). Wiem, że takich jeszcze nie ma, ale wierzę w nieograniczoną inwencję polskich handlowców. Nie ma? Będą, będą.
 
Jednakże jeśli zobaczę wątróbkę pielęgniarki, żeberka strażaka, płucka Antosia, flaczki cioci Mieci, karczek porucznika, albo móżdżek szefa kuchni, zacznę najpierw głupio chichotać, potem zacznę wrzeszczeć, a na koniec uwierzę, że kebab robi się z kotów.

Czy jeśli powiem, że wgryzłam się w mięciutki karczek porucznika, to będzie to scena erotyczna, czy kulinarna? Zaraz mi się przypomina film Petera Greneeway’a pt. Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek, gdzie w finałowej scenie pojawia się upieczony kochanek, w całości, gustownie i smakowicie ugarnirowany, zaś jego mięsko jest zemstą, która w tym wypadku najlepiej smakuje na ciepło, z dobrym winem.

Gdy piszę, że wgryzam się w mięciutki karczek porucznika, to zdecydowanie mam skojarzenia łóżkowo-występne, zaś jeżeli ktoś mi powie, że po wgryzieniu się zaczął żuć, to już mi niedobrze i wzywam policję. Dobrze, mogłabym powiedzieć do jakiegoś porucznika: “mogłabym cię schrupać, mogłabym cię zjeść, taki jesteś słodziutki”, ale chyba żaden zdrowy na umyśle mundurowy, po takim wstępie ani by przypuszczał, że zaraz zaatakuję go nożem i widelcem.

Nie będę jadła karczku porucznika. Może zawiadomię sanepid? A jak wygląda ubój poruczników? Czy na wojnie? Dostaje taki Virtuti Militari, a potem do rondla? A może jest farma poruczników na ubój? Hoduje ich się w wojskowym drylu, żeby mięso nie było za tłuste? I produktem końcowym jest wędlinka, nieco poprzerastana, aczkolwiek wyglądająca… na kawałek całkiem miłego porucznika. Tylko, czy to jest humanitarne? Szczególnie w kraju, w którym ciągle mówi się o godności życia i jego ochronie od chwili poczęcia? Czy przerabiani na wędliny porucznicy nie mają żadnych praw? Zjadaj, zjadaj, straszny mieszczaninie jeden z drugim, a taki porucznik miał przecież marzenia. Chciałby do Tokio, do Koluszek, czy Sieradza, a ty go podasz podczas kolacji, wraz z czerwonym wytrawnym chilijskim winem. Obrzydliwe.

Nie pozwólmy, Drodzy Państwo, by nasi polscy chłopcy, potomkowie tych spod Monte Cassino i Racławic kończyli swe życie jako zakąska na brudnym stole Unii Europejskiej. A teraz proszę wszystkich o powstanie i uczczenie bohaterskiej śmierci polskich poruczników minutą ciszy…

 

Reklamy
Published in: on 11/24/2009 at 19:34  21 Komentarzy  
Tags:

Siedzi Pawian na żerdzi i twierdzi, czyli siedzi Pawian na drzewie i nie wie…

Próbuję nauczyć się grać w szachy
już szósty dzień próbuję nauczyć się grać w szachy
 czytam literaturę naukową
 staram się zrozumieć powagę sytuacji
coraz bardziej udzielam się społecznie
gimnastykuję ręce
(Ewa Lipska)
  http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedzieli.php?doc=nd200945&nr=54

 

 
 
 

Człowiek, a w szczególności Pawian, nie ma pojęcia, co się stanie, gdy zacznie czytać “Niedzielę”. Proszę nie chichotać, nie snuć przypuszczeń, że nasz bohater zamówił roczną prenumeratę i schowany za węglem w piwnicy podczytuje. W każdym razie, przypuszczam że moja muza-natchniuza jest czujna nawet wtedy, gdy czytam instrukcję obsługi dźwigu osobowego. Bywa.

We wspomnianym czasopiśmie Stanisław Krajski, objaśnia zasady formowania orszaku weselnego i związane z nim problemy: “Niektórzy księża namawiają młodych do orszaku uproszczonego, argumentując to w ten sposób, że przekazywanie panny młodej panu młodemu przez jej ojca jest echem obyczaju panującego w dalekiej przeszłości w niektórych sferach: sprzedaży dziewczyny jak niewolnicy rodzinie pana młodego. Dziwna to argumentacja, ponieważ zawsze to przekazywanie było, we wszystkich sferach, symbolem zrzekania się władzy ojcowskiej nad córką i przekazywania jej pod opiekę mężowi”.

Autor artykułu nie widzi problemu związanego ze zrzeczeniem się “władzy” i przekazania pod “opiekę”. Ja tam widzę, bo w takim układzie kobieta symbolicznie nadal pozostaje podległa mężczyźnie (najpierw jednemu, a potem drugiemu). Nie jest istotą wolną. A ponadto, jeśli już, to dlaczego władza ojcowska, a nie rodzicielska? Ano dlatego, że kiedyś matka dziewczyny została przekazana “pod opiekę” swemu mężowi (ojcu) i jako taka nie liczy się w świecie, gdzie władza (czasem przysłonięta wstydliwie zasłoną “opieki”, jednakże proszę zwrócić uwagę jakie są w kościele katolickim zadania żony i męża, które ksiądz wymienia przy końcu ceremonii ślubnej) de facto należy do mężczyzn.

Krajski nie dostrzega w tych gestach symbolicznych niczego uwłaczającego. Ja owszem, bo chociaż kocham tatusia pawiańskiego, to żadnej “władzy ojcowskiej” nigdy nade mną nie miał, chyba że miałam lat sześć, a on zadekretował, że trzeba rajtki ciepłe założyć pod spodenki, bo chwycił mróz i śnieg już spadł. Oczywiście można teraz rozpocząć kłótnię (dlaczego nie spokojną wymianę zdań wyjaśnię później), że skoro miał prawo zabronić założenia skarpetek i nakazać wdzianie rajtuzek, to miał władzę…

Nie zamierzam zmieniać poglądów Krajskiego. Może pisać dowolną ilość felietonów na temat władzy ojcowskiej i opieki mężowskiej. Nic mi do tego. On też nie jest w stanie wpłynąć na kształt moich wypowiedzi zarówno publicznych, jak i prywatnych. Nie przedstawił żadnego argumentu, z którym mogłabym się zgodzić. I tyle…

Ale dlaczego ja o tym chciałam napisać? Otóż Mili Państwo podczas dzisiejszej przebieżki po blogach i BLIP-ie zauważyłam, że właściciel jednego z miejsc w blogosferze, które linkuję, a tym samym czytam, wdał się w dyskusję. Westchnęłam jedynie nad tym marnotrawstwem jego intelektu, wiedząc od dawna, że przekonanie 98% Internautów nie jest możliwe. O ile wyobrażam sobie rozmowę z Krajskim, np. w pociągu, to absolutnie nigdy nie dyskutowałabym z nim w Internecie. Rzecz jasna, nawet rozmowa w pociągu nie spowodowałaby, że Krajski, za przykładem Obirka, czy Węcławskiego, rzuciłby koloratkę w kąt (o ile jest duchownym). Nie, nie mam takich złudzeń i nie jestem też pewna (zgodnie z mottem Zniewolonego umysłu), że to ja mam 100% racji. Wolałabym tak nigdy nie twierdzić. Natomiast stawiam ogonek Kluski Pierożanki przeciwko orzechom, że gdybyśmy rozmawiali w Internecie, to by tylko pierze fruwało.

Nasza dyskusja w Internecie, co jest o tyle dziwne, że rozmawiając zapamiętujemy jedynie fragmenty argumentacji interlokutora, a w Internecie mamy je ZAPISANE, jest z góry skazana na niepowodzenie. Niestety… Zawsze skręca gdzieś w zupełnie idiotycznym kierunku, nawet jeśli nie skończy się na uprzejmościach w stylu job twoju mat’, czy porównaniem do Hitlera, to i tak może człowiek oberwać za to, że np. nad Rio Negro mieszka, albo że robi na drutach, czy coś w ten deseń.

Pawian ma zasady, no pryncypialna jest bestia i tyle. W punkcie 287 pawiańskich zasad stoi jak byk: “Nigdy nie pić z gówniarzami i nigdy nie dać się sprowokować gówniarzom”. Co oznacza mniej więcej tyle, że poniżej pewnego poziomu nie wolno dyskutować. A już nigdy, przenigdy, nie przekonywać w dyskusji na blogach internetowych i forach. Lepiej od razu wsadzić głowę między drzwi a framugę i kilka razy mocno walnąć. Szkoda naszej energii na klikanie w klawiaturę długich zdań, odwołań, cytacji i argumentacji. Po prostu szkoda. Rzecz jasna, na moim blogu, to ja ustalam zasady i jak przyjdzie jakiś niepiśmienny, to wywalam nie pozwalając na rozwinięcie się, nawet nie dyskusji – bo takową nigdy nie będzie – bezsensownej przepychanki. Szkoda czasu i atłasu.

No bo cóż powiedzieć, gdy (tu nagnę reguły i wyciągnę odpowiedni cytat z miejsca na pawiańskim blogu, które nazywa się spam) pod ostatnim tekstem pojawiły się słowa:

“Jak wy się niesamowicie CIESZYCIE z tego, że nadchodzi pokolenie niewykształconych mężczyzn, którym będziecie mogły narzucić wasz system pojęć. Jaką wy macie cholerną, złośliwą satysfakcję. A, no i oczywiście chłopcy nie idą na studia, bo są LENIWI. Genetycznie. Wybór między szybkim rozpoczęciem zarabiania kasy a wymuszonym celibatem nie ma tu absolutnie nic do rzeczy, ani odrobinkę”.

Nie umiesz czytać, nie rozumiesz zdań napisanych po polsku, nie wiesz, co to “celibat” wylatujesz. I żadnej litości, bo nie mam czasu.

Nie chodzi o to, że ja potępiam ewangelizacyjną misję i franciszkańską dobroć wspomnianego wcześniej właściciela linkowanego przez mnie blogu, który sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem… Jednakże czasem nie warto rozmawiać. I tu ośmielę się nie zgodzić z Janem Pospieszalskim (tu parsknęłam szyderczo w monitor). A jeśli ma blog, to nie zamierzam łazić tam i zostawiać komentarzy. No dobra, można przypuszczać, że upuściłabym sobie nieco żółci. Serio? Może i tak, ale po kilku odpowiedziach ciśnienie by mi skoczyło. Jaki zysk? Zerowy, Moi Państwo, zerowy.

A może to lenistwo? Pawian już siedzi w Internecie ładnych parę lat. Coraz częściej mu się nie chce. Jeszcze do niedawna codziennie literki wstukiwał, z wysuniętym jęzorem analizował prasę i cytaciki wynajdywał. Nie zajmowało mu to wiele czasu… gdyby tak było, walnąłby tym interesem blogowym już dawno temu, zaraz po bitwie pod Cecorą lub cos koło tego. A jeśli tak jest, to… pozostaje tylko wspomnieć słowa poetki. Do zaś, Moi Państwo…

Nie odpowiadam na wasze listy, telefony.
Porzucam przyjaźnie.
Wybaczcie mi to…
Coraz bardziej przywiązuję się do siebie,

Wycofuję się w głąb.

Nie zadziwia mnie naród.

Nie zadziwia mnie tłum.

[…]

Na wrzosowiskach podziwiam motyla.

Nocami karmię nietoperze.

Z wierzchołka góry

obserwuję

zachodząca ostrygę słońca.

Wybaczcie mi to…

(Ewa Lipska)

 

Published in: on 11/22/2009 at 22:54  13 Komentarzy  
Tags:

Jeszcze się tam żagiel bieli, chłopców którzy odpłynęli, czyli jak zło to wiadomo – kobieta

Sponsorką tytułu jest oholismic 
http://maturzysta.pl/studia-naleza-do-kobiet/1794

 

Męska rzecz – dognać w biegu i uśmierzyć grzywy fal…
Nasza rzecz – stać na brzegu, stać i wierzyć i patrzeć w dal..

(Wojciech Młynarski)

Zamiast biadolić nad faktem, że części młodych Polaków nie zagoni się do nauki chociażby kijem, że gorsze jedynie od studiowania były słowa: “nie zna życia, kto nie służył w marynarce” oraz “przyjedź mamo na przysięgę”, można mieć za złe kobietom, że chcą studiować. Jakie to proste.

Odpływ panów z uczelni oznacza nie tylko bankructwo dla części prywatnych szkół wyższych, które utrzymywały się dzięki ludziom chcącym uciec przed wojskiem. Zdominowanie uniwersytetów przez kobiety może oznaczać, że w nauce zacznie dominować kobiecy punkt widzenia, co – jak ostrzega prof. Irena Kotowska – może prowadzić “do zakłamywania rzeczywistości”.

Wniosek? Wszystko jest winą tych powabnych worów z nieczystościami, ergo nic nie zmieniło się od czasów głębokiego średniowiecza. Jakoś nikomu nie przeszkadza fakt, że przez stulecia było inaczej, nikt nie płakał nad dominacją męskiego punktu widzenia. A tak na marginesie, na litość bogów Olimpu, co to jest kobiecy punkt widzenia w nauce?
Czy ze stwierdzenia Profesor Kotowskiej nie wynika, że kobiety-naukowcy, a przede wszystkim ich badania, są skażone właśnie “zakłamywaniem rzeczywistości”? Czy fakt, że mam menstruację, owulację, jajniki, a także nie posiadam penisa dyskwalifikuje mnie już teraz? Czy dopiero wtedy, gdy naukowców płci żeńskiej przybędzie? Bo sądzę, że Kotowska na razie by mi odpuściła. Mężczyzn w mojej instytucji macierzystej dostatek i jeśli będę “zakłamywała” oraz reprezentowała “kobiecy punkt widzenia”, to zaraz potrząsną mym mdłym ciałem i przywrócą do pionu.

Dla mnie ciekawostką jest inny fakt, który jakoś dziwnie nie przystaje do wizji Kotowskiej. Stosunek studentek do studentów na naszym kierunku wynosi 90:10. A jeśli chodzi o kadrę to już mniej więcej 40:60. Oczywiście, można założyć, że kobietom się nie chce, że są leniwe, że są głupie. A można też zauważyć, że być może w Polsce, nie stwarza się kobietom zbyt dobrych warunków by robiły tzw. karierę naukową. Bo zaraz ktoś wytknie paluchem, zadając koronne pytanie: macierzyństwo czy kariera, jak zawsze pomijając kasjerki z supermarketów, które pracują znacznie dłużej niż ja, ale to tylko mnie ciągle stawia się pod pręgierzem. Albo zauważy, że kobiecość w nauce prowadzi do zakłamania rzeczywistości, skąd już niedaleko do wniosku, że taka nauka zda się psu na buty.

Czy ja ciągle muszę udowadniać w moim własnym kraju, że nie jestem wielbłądem? Nie dalej jak wczoraj żołądkowałam się, że pewien bywalec pubu Trąba, starszy pan o dość konserwatywnych poglądach, nazywa mnie nieustannie Łasicową, padając plackiem przed pewnym młodzieńcem noszącym z dumą przed sobą, za sobą, nad sobą, pod sobą, zaszczytny tytuł doktoranta historii. I co się dziwić owemu emerytowi, gdy takie same poglądy reprezentuje PROFESORKA? O ile dobrze wykopałam – demografka (już widzę, jakbym od niej po uszach dostała, za ową “demografkę”). Stanęła na piedestale i głosi, że ambicje polskich dziewcząt będą prowadziły do “zakłamywania rzeczywistości”. A pomyślała o własnych poglądach? O tym, że jest modelowym przykładem strażniczki patriarchatu? Że kopie we własną kostkę? Abstrahując od faktu, że po prostu bredzi.

Część polskiej młodzieży męskiej nie chce się uczyć. Trudno. Gnała batożkiem po śniegu do książki nie będę. Jednakże proszę pamiętać, że potem będzie następna dyskusja, o tym, jak to jest gdy lepiej wykształcona kobieta zarabia lepiej od męża i czy to jest w porządku. Wniosek? Polskie kobiety powinny legitymizować lenistwo polskich mężczyzn i uczyć się szycia, haftowania oraz dokładnego pucowania butów panów i władców, którzy skończą edukację na poziomie szkoły średniej. Kajusowi się uczyć nie chce, to i Kaja ma być głupia. I to nie będzie “zakłamywanie rzeczywistości”.

Bo męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać,
aż zrodzi się pod powieką inna łza, radości łza.

Jakoś profesor Kotowskiej do głowy nie przychodzi, że gdyby dziewczęta polskie były leniwe w podobnym stopniu jak ich rówieśnicy z penisem, to by jeszcze więcej szkół prywatnych padło.
Przyznam się Państwu, że jeszcze do nie dawna byłam przeciwna parytetowi. Uważałam, że działania “na siłę” najczęściej kończą się niepowodzeniem. Jako pozytywistka wierzyłam (o naiwniara) w siłę procesu edukacji, w rzeczową argumentację.

Koniec z tym! Jak długo jeszcze fakt, że mam macicę będzie mnie dyskwalifikował także w oczach części kobiet? Mogę mieć wykłady na uniwersytetach połowy Europy, znać pierdyliard języków, publikować w prestiżowych czasopismach, być zapraszana jako rzeczoznawca do szacownych instytucji… I co z tego? Jakaś pani profesor powie, że za dużo kobiet to źle. Czyli de facto mówi o parytetach a rebours. Ochraniajmy mężczyzn, bo jak nie będą studiować, to się świat zawali. A w dupę jeża! Chcesz, to się ucz. Nie chcesz, bez łachy. Żaden problem. Tak mogłoby się wydawać. Ale robić problem z tego, że kobiety CHCĄ? To by mi nie przyszło do głowy, pewnie nie reprezentuję kobiecego punktu widzenia.

Wypowiedź Kotowskiej była kroplą, która przelała czarę. Jestem za parytetami. Skoro nadal moja vagina więcej znaczy od mojego dorobku, skoro nie może być uczciwie, to ja jednak poproszę parytecik. Nie to, że mnie się coś należy. Ja po prostu na to zasługuję. Pracowałam ciężko i nie zniosę, gdy będzie się ową pracę lekceważyć. Żeby lekceważyć pracę moich studentek, żeby kolejny raz budzić w nich poczucie niepewności i pokazywać, że nawet jeśli są na wyższych uczelniach, to i tak nie są “u siebie”.

I proszę mi nie mówić, że posłanka (wstaw nazwisko dowolnej oszołomki) jest dowodem na to, że kobiety do polityki się nie nadają, bo odpowiem nazwiskami męskimi. Skoro i tak wiadomo, że polska polityka jest śmierdzącym bagnem, to ja jednak poproszę o równą reprezentację płciową. Pewnie nic się nie zmieni, ale może przynajmniej już takie bzdury, jak słowa pani Kotowskiej, nie będą tak łatwo wypływać z ust i trafiać do mediów. To będzie rzeczywiste zwycięstwo parytetu.

 

 

 

Published in: on 11/17/2009 at 22:57  36 Komentarzy  
Tags: , ,

Jak ja nie lubię listopada, czyli marudzenie na zawołanie

Są gorsze rzeczy od śmierci. Czy zdarzyło ci się spędzić wieczór z sprzedawcą polis ubezpieczeniowych?
(Woody Allen, tak samo jak reszta cytatów)
Gdy obijałam się o ściany, gdzieś między jednym a drugim praniem, nagle naszła mnie przemożna ochota na obejrzenie filmu. Sami Państwo rozumieją: kocyk, herbatka, wino, Klucha mrucząca, że wreszcie świat powrócił do kociej normy, jednym słowem (no dobra, fificy mają słowotok) – rozkoszna niedzielna sielanka. Gdybym wiedziała wcześniej jak się to skończy, to pewnie bym się za prasowanie wzięła… Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Kopiąc w tajnych, łamanych przez poufne, zapasach filmowych Łasica zgromadzonych na czarną godzinę, znalazłam kilka filmów Woody’ego Allena. Skonfiskowałam całość ukrywanych dóbr i rozpoczęłam ucztowanie. Zaczęłam od Września.

Moja wiedza o sztuce ogranicza się do Kirka Douglasa w roli Van Gogha.

Nie trzeba było. Naprawdę, nie było trzeba tego robić. Bukolikę szlag trafił, a ja miotam się po domu, wyrzucając z siebie teksty mocno obraźliwe. Woody Allen tu nic nie jest winny, a może jest? Jego upodobanie do quasi-intelektualistów, którzy ciągle marzą o napisaniu wielkiego dzieła, a jedyne co im wychodzi, to wydłubywanie resztek jedzenia z przestrzeni międzyzębowych, dziś nie trafiło na podatny grunt odbiorczy. Może dlatego, że od czasu, gdy po raz ostatni oglądałam filmy Allena kilku takich poznałam i zdążyłam w myślach zatłuc ich wszystkich szpadlem?

 
 

Gdy usłyszałam kwestię, że bohater pisze książkę o wszystkim, w myślach od razu zripostowałam: cholera, Księga Piasku mu się marzy. I zatarłam dłonie, po odpowiedzi innego bohatera, który zapytał, czy będzie to Encyklopedia Britanica? Zaś po stwierdzeniu wzmiankowanego bohatera-nieudacznika, że pisze książkę o przetrwaniu, pochwaliłam bohatera odtwarzanego przez Denholma Elliotta za tekst: to podręcznik skautów nie wystarczy?

Przyznam się Państwu, że kiedyś, dawno temu, ci allenowscy bohaterowie znerwicowani mieli dla mnie sporo uroku. Teraz zapędziłabym ich wszystkich do flancowania róż, kopania rowów przeciwpiechotnych, albo przynajmniej mycia garów. Może rzeczywiście jest we mnie tyle samo wrażliwości, co w piklach, ale nie mogę. No, nie!

Mężczyzna, który bełkocze, że musi przemyśleć swoje życie, że czuje się wypalony, nieufny i zagubiony, nawet jeśli jest postacią fikcyjną, doprowadza mnie do białej gorączki. Kobieta, która rozpamiętuje jedno wydarzenie z przeszłości i usprawiedliwia nim swoje wszystkie życiowe porażki, nawet jeśli jest postacią fikcyjną, doprowadza mnie do szału. Może jest listopad, może jestem nerwowa, może nie znoszę opadania liści i codziennej mglistej obietnicy, że będzie tak jeszcze ze cztery miesiące, a może i dłużej, może od trzech tygodni kumuluje się we mnie zła krew, bo nie chodzę na basen, może po prostu jestem upierdliwa, ale Allena odkładam do szuflady, z której wyjmę go dopiero wtedy, gdy będę miała więcej cierpliwości do frustratów.

I niech mi nikt nie wyjeżdża z tekstem, że zawodowo powinnam oglądać, bez emocji, z dystansem, napawając się mistrzostwem dialogów.

Po takiej dawce Ryszarda Wagnera chce mi się napaść na Polskę.

Królestwo za film z pościgami samochodowymi, strzelaniem i jakimś ładnym męskim tyłkiem. Gołym! Koniecznie gołym!

Nie dość, że nie ma Boga, to jeszcze spróbuj znaleźć hydraulika w weekend!

 PS. Dopisek po godzinie. Oglądam Manhattan. Chyba już wiem, dlaczego tak mnie zmierził Wrzesień.

 

Published in: on 11/15/2009 at 22:58  21 Komentarzy  
Tags:

A było (jest) tak, czyli listopadowe wspominki-wypominki

I w którąkolwiek pójdę stronę,
Wszędzie jesienny chrzęści chrust
A jeszcze nic nie załatwione

I nie odjęte nic od ust.

(Jan Lechoń)

 
 

Pani profesor, stawiając sladko na stole, powiedziała, że dostała z ambasady zaproszenie na imprezę z okazji rocznicy odzyskania niepodległości. Wzruszyła ją podobizna Piłsudskiego zamieszczona na froncie kartonika z zaproszeniem i jakoś natchnęło ją to, żeby opowiedzieć nam historyjkę. A było to tak…

Mała dziewczynka w pierwszym roku II wojny została wraz z rodzicami zaproszona na urodziny pewnej sędziwej damy. Jak było w zwyczaju, dzieci zostały umieszczone na samym końcu długiego stołu i miały być grzeczne. Impreza była długa, zaś w obliczu niemożności rozpoczęcia zabaw ruchowych, dzieci zaczęły z nudów recytować wierszyki. Nasza bohaterka wydobyła z zakamarków pamięci, iż powiedziała utwór, w którym było, że nad łóżkiem zostałby powieszony Komendtanta portrecik. Dziwić to nie może, bowiem wychowywała się ta dziewczynka w domu o zdecydowanie piłsudczykowskich tradycjach. Gdy recytowała z przecięciem, odezwał się jakiś ośmiolatek, który odparł, że on to by powiesił samego Komendanta, a wiadomo było, że jego z kolei wychowywano w kulcie Romana Dmowskiego. Dziewczynka wstała i zezłoszczona wycięła mu plaskacza w gębę. Rzucili się na siebie, jak małe, wściekłe kocięta i ciągnąc się za garderobę, tarzając się po podłodze, zrzucili całą zastawę ze stołu.

Dziewczynka, o której piszę, zawsze miała temperament ostry, wszak została naukowcem, a do tego trzeba być twardzielem. Dziś może nie wali nikogo po gębie, bo nie musi, nie wyobrażam sobie bowiem, jak można się sprzeciwić tej stalowej damie.

Ta opowieść początkowa skłoniła ją do dalszych wyznań. Pokazała mnie i Tej, Co Ma Oczy Jak Gwiazdy jedyna rzecz, którą jej rodzina uratowała z Powstania Warszawskiego. Jest to dwucentymetrowy misio bez nogi, noszony z pietyzmem przez Panią Profesor w torebce. Wzruszył mnie ten powstaniec bez kończyny. Taki chichot historii, że z domu, w którym pewnie było kilka tysięcy książek w różnych językach ocalał taki misio, wożony po całym świecie kombatant z nieistniejącego już pokoju dziecinnego.

Gdy się żegnałyśmy z Panią Profesor, po zakrapianej kolacji, rzekła do mnie:

– Pawian, pani zna moje wybory, mamy podobne. Proszę pozdrowić ode mnie w Polsce tych, których pani uzna za stosowne…

Odparłam przypuszczając, iż pozdrawiać zawsze piłsudczyków, zaś nigdy endeków. Zaśmiała się delikatnie i odparła: O! To, to – właśnie tak. Doskonale wiem, że cała sprawa, jak zwykle, nie jest prosta, że podział zaproponowany podczas tamtego wieczoru, jest niezwykle umowny, że sama niejako ustawiam się w opcji, która do końca moją nie jest. Wiem, że listopad to dla Polaków niebezpieczna pora…

Ciekawa jestem, jakbym sama się czuła w czasie przewrotu majowego? Pewnie tak samo jak teraz. Dwadzieścia lat temu z entuzjazmem graniczącym z histerią przyjęłam nowy początek. Teraz ponuro patrzę na postępujące zmiany, z których najbardziej niepokojącą wydaje mi się postępujący wpływ światopoglądu (wiary) na prawodawstwo. Wychowywana wśród wierzących i przez wierzących nigdy nie sądziłam, że katolicyzm może być nośnikiem nienawiści i potępienia inności.

Czuję w ustach gorzki smak, jakbym przełknąć musiała rycynowy olej, jednakże wiem, że niewiele się zmieni, że mdłości nie ustąpią. Czy nurzać się w romantycznych mitach, czy marzyć o wielkości – całkowitej ułudzie, która towarzyszy nam od wieków? Czy ironicznie łypać okiem, czy znów dać się ponieść chwilowej nostalgii za przeszłością, której pewnie nigdy nie było?

Z czego budujesz kraj ten?
Z ludzi, których nie ma,
Znów jeden za miliony, rękami aż dwiema?

Z kim pieniactwo wielkości twoje tu się kłóci,

Gdy wszyscy jedzą dzień swój wolni i rozkuci,

Na wszystko wasza zgoda spływa narodowa

Anhellicznym natchnieniem wypchana, jak sowa.

Duchem są albo diabły albo namaszczeni

Gołębim ochędóstwem astrale z przestrzeni,

Blade twarze w gorączce, biblijni studenci,

Bractwo westchnień, cierpliwcy, wszyscy polscy święci.

Przelicz jeszcze i dodaj czterdzieści i cztery

Sposoby wybawienia od wszelkiego licha,

By wolność jak tabakę zażyć z tabakiery,

Potem zdrowo i głośno na wszystko się kicha –

I ten rachunek w prawdę sumuj oczywistą,

Niech ci do romantycznej znów uderzy głowy –

To jest twój sen upiorny, Wielki Realisto:

Państwo w kamieniach młyńskich, naród niegotowy.

(Kazimierz Wierzyński)

 
 

Chociaż chciałabym się cieszyć, jak dokładnie rok temu, gdy przez chwilę poczułam pozytywny wiatr historii, zobaczyłam jedynie jej jasną stronę, to jakoś nie potrafię. Może dlatego, że przerażająca mgła spływa na mnie i przenika wilgocią każdą najmniejszą kość, każdy najmniejszy staw? Nawet ten dzień niesie ze sobą za wiele. Tak bardzo chciałoby się widzieć ową wolną Polskę z 1918, jako symbol spełnionych możliwości, kraj mlekiem i miodem płynący, gdzie każdy był u siebie i sobą… Tak bardzo chciałoby się nie czuć w tym dniu smaku piołunu. Z tamtego dnia pozostała już tylko radosna możliwość zrzucenia z ramion płaszcza Konrada. A co było potem? A co było dalej? Odwracam głowę, patrzę w przeszłość sprzed dwudziestu lat i wykrzywiam się nieco sardonicznie do siebie samej, do tej zadowolonej dziewczyny w spódnicy na szelkach, w jedną z nich ma wpiętą plakietkę “Solidarności”. Miało być tak wspaniale… Mieliśmy nadzieję nie powtarzać starych błędów, a każdy następny dzień miał się zaczynać wschodem słońca z łopotem flag. Jasne… Pochylam głowę, trochę mi wstyd, trochę mi smutno. Pozostaje tylko zanucić:

 

Historio, historio,tania z ciebie dziewka
miała być canzona,
a jest stara śpiewka.

Orszaki, dworaki,

szum pawich piór!

[…]

Historio, historio,

Tyle w tobie marzeń,

Bywa, że cię piszą

Kłamcy i gówniarze.

(Agnieszka Osiecka)

 

Zabawa w ciepło-zimno, czyli Pawian jest z północy, to widać, słychać i czuć

Pawian już pisał, że tu jest gorąco, ale uważa, że ów wątek należy rozwinąć. Dla ludzi śniegu i lodu, takich jak Polacy, dla których pierwszą zabawką w życiu jest szczęka morsa, Bałkany są pewnego rodzaju ciekawostką klimatyczną, mogącą ukazywać subiektywne odczucia dotyczące temperatury. Parę dni temu, gdy według mnie było ciepło i szłam w bawełnianej bluzce i sweterku ażurowym z krótkimi rękawami zobaczyłam człowieka w kurtce zapiętej pod samą szyję, w czapce i rękawiczkach. Patrzyliśmy na siebie z pełnym niedowierzaniem. W jego wzroku była zauważalna dezaprobata. Że już jutro umrę na zapalenie płuc z przyległościami. W moim wzroku było niedowierzanie, że jest tak ciepło, a ten gość lata po mieście w pierzynie.

Wczoraj, gdy już miałam na sobie kurtkę, taką od deszczu, na uczelni prawie doszło do rozruchów, w momencie, gdy ją zdjęłam. Ta, co Ma Oczy Jak Gwiazdy od razu spointowała z politowaniem: “Ty to chyba nienormalna jesteś. Znów ci gorąco”?

A ja pod wspomnianą kurtką miałam coś ze szczątkowymi rękawami, z materii cienkiej. Zaś cała reszta grona profesorskiego szacownej uczelni siedziała w swetrach, fularach, kamizelach i bekieszkach.

Dziś padał od rana deszcz, ale w sumie ciepło. Wsiadam do taksówki, ogrzewanie jak w szklarni, a kierowca siedzi w kurtce. No dobra, jedźmy – nikt nie woła. Po trzech minutach byłam spocona jak mysz w połogu. Mówię kierowcy, że gorąco. On aż się odwrócił i z wrażenia aż noga z pedału gazu mu spadła:

– Gorąco?

Po wymianie kilkunastu zdań ustaliliśmy, że chociaż jestem cudzoziemką, to dokładnie wiem, co mówię, że istnieje (mizerna, ale jednak) wspólnota językowa i jak mówię “toplo”, to znaczy “toplo”, a nie “ladno”.. Opowiadam przed zajęciami ową przygodę z taksówki moim dzieciom z Bałkanów, a one rechotają, poprawiając szaliki, nauszniki oraz okrywają kolanka pledami. No, może bez przesady, ale w kurtkach siedzą i śmieszy je moje zdziwienie, moje wachlowanie się kartkami oraz spijanie wody z lodem. Prowadzę zajęcia w jedwabnych szatkach, nie dlatego, żeby pokazać, że jestem z północy, ale dlatego, że kaloryfery parzą. Spać nie mogę, bo pod cienkim kocem czuję się jak kurczak na rożnie.

Jednakże… potem jest trochę lepiej, bo tu ogrzewanie wyłączają o 22. Koło 2 w nocy biorę więc nawet drugi kocyk. Może się przyzwyczajam?

Na dodatek, w dużej ilości mieszkań, w których bywam (takoż i w miejscu, gdzie mieszkam) nie da się sterować temperaturą. No to trzeba wietrzyć. Dziś siedziałam u Delfina Ochrydzkiego oraz Filipa Macedońskiego i czułam się trochę dziwnie, bo tyłek miałam upieczony na cacy, zaś po nogach mi wiało. Może dlatego tak u nich jest, że Delfin z północy, jak i ja. Musi więc trochę sobie o stronach rodzinnych przypomnieć. Aż dziw, że ja jeszcze nie zapadłam tu na jakieś choróbsko z przegrzania.

Myślę jedynie ze współczuciem, o dzieciach tutejszych, które właśnie wyjechały na semestralne podróże edukacyjne do Polski. Akurat jak przyjechały, to śnieg spadł. Pewnie czuły się, jak na biegunie i wypatrywały wielkiego cielska polarnego niedźwiedzia przyczajonego pod uczelnią. Polska jawić się im musi jako kraina wiecznej zmarzliny, braku nadziei i możliwości figli łóżkowych, bo jak zdjąć kalesony, koszulek sześć, rajtki i futro w takich okolicznościach?

W takich okolicznościach zupełnie inaczej czyta się o tęsknocie Miladinova za południem, który siedział pewnie w Moskwie pod stosem futer, z soplem wiszącym u nosa, nóżkami umieszczonymi w miednicy z wrzątkiem i popiskiwał, że chce mieć skrzydła orła i lecieć na południe, bo już nie daje rady, a gdy słabe słońce północy zachodzi, on umiera.

Macedończykom (w ogóle mieszkańcom południa) wygrzanym słońcem jak tutejsze pomidorki, trudno funkcjonować u nas. A ja się przyzwyczaję, najwyżej jeszcze bardziej się wydekoltuję. I kupię sobie wachlarz. Marszałek von Paulus by się ze mną zgodził. Ciepło da się wytrzymać, zimna – ni cholery. O czym donosi spocony Pawian.

PS. Niedorzeczności językowe Pawiana – ciąg dalszy. Toczy się rozmowa o kocie (zdjęcie poniżej). Że się drze jak debil. A Pawian na to, zdziwiony mocno: “w jakim celu chcesz depilować kota”?

A kto mówił, że języki słowiańskie są łatwe? Pewnie jakiś Cyryl i Metody.

PS II. Idę na balkon się nieco ochłodzić.

DSCF6715

Published in: on 11/04/2009 at 11:01  16 Komentarzy  
Tags: ,