Pawian naprawiać świat, czyli świat naprawia Pawiana

Któż, powiedzcie, nie zna gnomów?

Mógłbym spisać kilka tomów

O tym, jakie wiodą życie,

Co w swych domkach robią skrycie,

O zręczności ich i sprycie…

(Jan Brzechwa)

Z dzienniczka pewnej humanistki, która postanowiła zostać budowlańcem:

Dzień 1: Gips najlepiej na ścianę nakładać dłonią. Wyżera trochę skórę, ale pozwala ominąć trudności związane z użyciem szpachli. Po wyschnięciu krzywiznę niweluje się papierem ściernym, nie zaś siateczką malarską, co może niektórych wprawiać w konfuzję. Milton, fragmenty „Raju utraconego”, w przekładzie Macieja Słomczyńskiego, cytowany kotu z wysokości drabiny, brzmi patetycznie, aczkolwiek stosownie.

Dzień 2: Wpłynęłam na suchego przestwór oceanu. Drabina nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, wśród brudu, kurzu, syfu… Eeee, to chyba nie tak było. Ty dzidzia – rzekł poirytowany kot – bierz pędzel do łapy i machaj tym kolorkiem o zadziwiającej nazwie: „trawa morska”. Wtedy jest śmiesznie…

Dzień 3: Kot był sceptyczny już od siódmej rano: „- 6079 Smith W.! Tak, wy! Proszę schylić się niżej! Stać was na więcej, towarzyszu! Nie staracie się! Niżej! Właśnie, towarzyszu, już lepiej. A teraz wszyscy spocznij i proszę mnie obserwować”. Pozostało tylko westchnąć „dwaplusbezdobrze” i potulnie kłaść kolejną warstwę „trawy morskiej” na suficie, a następnie zrobić to samo z „gorączką złota” na ścianie.

Dzień 4: „Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną, na klombach mych myśli sadzone za młodu”, tak można spuentować efekt prac przedpokojowych. Kot miał nieco inne zdanie, bowiem dość kwaśno stwierdził: „Wszystko tak się potoczy, potoczy się tak do końca”, a to w skrócie oznacza, że masz przestać napawać się urodą ścian. Zacznij myć podłogę, dzidzia. Łapki mam upierdolone, jak stół u Durczoka.

Dzień 5: Kot siedział zafrasowany przy pudełku z farbami (zarówno do ścian, jak i do drewna), pędzlami, szpachelkami i różnym takim badziewiem. – Czy powiesz mi coś o śmiałym, błyskotliwym i szczwanym planie, który kiełkuje w twej głowie?

– Jeszcze nie, na razie jesteśmy sprzątaczami.

– W istocie… – mruknął kot, patrząc z niesmakiem na swój mokry ogonek – ale mogłabyś puścić farbę, bo nie wiem, co jest grane.

Szorując kolejny centymetr kwadratowy podłogi byłam tylko w stanie szepnąć: „puszczamy do siebie oko, nie puszczając farby; wiadomo, co jest grane”.

– Znam cię, nic nie powiesz, uparciuchu – zrezygnowany kot wiedział, że nic nie osiągnie w tym momencie.

– „Jestem uparty i uległy w tym uporze jak wosk. Tak tylko mogę odcisnąć świat” – odparowałam.

– Zacznę się o ciebie martwić, jak zaczniesz cytować Herberta, nie wcześniej – zadrwił kot i poszedł w stronę miękkiej pościeli.

Reklamy