Kanapka z czerwonym kawiorem, czyli wykoncypowana lewica

komunist+parti

 

Odnoszę się do kwestii samokrytyki Sławomira Sierakowskiego, dlatego proponuję przeczytać najpierw jego tekst:

http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20140622/cveta-dimitrova

Trudno w dzisiejszej Polsce nie być lewicą. Jednak być lewicą dziś w Polsce to straszny obciach. No bo pomyślcie Państwo, jeszcze ktoś stwierdzi, że jesteśmy tak lewicowi jak Sławomir Sierakowski. No i właśnie: obciach, wstyd, żenada.

Dawniej było takie stwierdzenie: „kanapowa lewica”. Oznaczało ono inteligencików siedzących na pluszowej kanapie, którzy zajmują się, z pozycji tego pluszu, między siorbnięciem angielskiej herbatki i kąskiem wiedeńskiego sernika, próbą zmiany świata i oczywiście wszechświatowej rewolucji. Dziś to sformułowanie zostało zastąpione „kawiorową lewicą”, bo do tej kanapy, herbatki i serniczka dołączyła hipokryzja. A jeśli nie jest to hipokryzja, to przynajmniej jakieś zafałszowanie rzeczywistości. Taka lewicowość wykoncypowana. Wyciągnięta z lektur, które wypada w pewnych środowiskach przeczytać, bo fajnie się lajkuje na fejsie tak ezoteryczne strony, jak „Polecam przeczytać Lenina”. Nie chcę przez to powiedzieć, że Lenina nikt nie czyta w Polsce, że tylko stada hipsterów z nim łażą i pokazują swe zaangażowanie dla średniej krajowej brutto, przytupując bucikiem z ekologicznego płótna wyprodukowanego w Bangladeszu. Nie, tylko czasem ci czytelnicy Lenina, Trockiego, Kropotkina, Bucharina etc. przypominają jednego z epizodycznych bohaterów „Przygód Tomka Sawyera” Marka Twaina, który nauczył się pięciu tysięcy wersetów z Biblii i zwariował.

Ostatnio widziałam zachwyt jakiej części tej lewicy nad sklepem w Berlinie, ach… ekologicznym, bo trzeba z własną torbą przyłazić, deklarując tym samym swoje wielkie zaangażowanie w ochronę ziemi. W Berlinie, Proszę Państwa, taki sklep otworzono, jakże światowo, kiedyż my, w naszej nieszczęsnej ojczyźnie, doczekamy się takiej nowoczesnej siurpryzy, takiej cudowanie lewicowej, wykazującej nasz namysł nad kondycją natury. Mam ochotę tu odpowiedzieć cytatem z filmu „Dzień świra”: „Dżizus, kurwa, ja pierdolę”!, a potem dodać jeszcze „amen”, bo czegoś tak głupiego, to w życiu nie widziałam. A idź jeden z drugim i jedna z drugą na pobliski targ, z własną płócienną torbą, zachęcaj do tego znajomych, tak już od lat robi duża część społeczeństwa. A nie zachwycaj się durnym sklepem z Berlina, że taki cudowny, bo nie ma w nim reklamówek, ani innego badziewia. Musisz mieć sklep, w którym ci powiedzą, że tak jest ekologicznie? A sam / sama z siebie, to co? Nie przyjdzie ci to do głowy? No właśnie…

Ta lewicowość niektórych osób w Polsce jest jakąś taką wygodną i modną maską, tysiącem cytatów na każdą okazję, odmienianiem przez wszystkie przypadki słów, które tak ładnie brzmią i tak dobrze świadczą o politycznej dojrzałości. Cytaty wygłaszane, z jakże głębokim przekonaniem, na politycznych debatach, tysiące napisanych słów, manifestów wygłoszonych z płonącym okiem i pałającymi policzkami, w radio, telewizji czy dla lokalnej prasy. Pewnie do tego koszulka z Che i berecik z czerwoną gwiazdą, albo coś równie wyraziście identyfikującego. A wszystko to razem sztuczne, bo ciągłe podpieranie się cudzym słowem zawsze stwarza wrażenie pustki. No i właśnie, ta pustka się objawiła nam się w postaci Sierakowskiego, jak wielka dziura na pustyni Kara-kum, niedaleko miasteczka Derweze, zwana dziurą do piekła, a jak wiemy piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Chciałoby się w tym miejscu dodać: i frazesami o wspólnocie ludzi, o zrozumieniu potrzeb i podmiotowości tego Innego. Gdyby Sierakowski BYŁ lewicowy, to wykorzystanie innej osoby, kobiety, po prostu nie przyszłoby mu do głowy, bo dla lewicy nie ma nic bardziej wstrętnego, jak bycie burżujem, wykorzystującym kogoś, pospolitym Paszczakiem. Ale Sierakowski lewicowy nie jest, to znaczy – może jest… lekturowo, bo pewnie oczytany we wszystkich tekstach, że aż napuchnięty, ale co z tego, że przeczytał? Co z tego? Jest jak moi niektórzy studenci, którzy naszpikowani lekturami jak schab słoninką, albo milczą na każdy temat, albo cytują fragmenty z pokreślonych kserówek artykułów. Sierakowski nie milczy, ależ skąd, nadal cytuje, nadal wygłasza manifesty, nie widzi, że kompromituje nie tylko siebie (swoją powierzchownością interpretacji lektur oraz po prostu, po ludzku, że zachował się jak prosię), ale całe środowisko. Bo zaraz przychodzi do głowy pytanie: oni tam w Krytyce Politycznej tak wszyscy mają? Ta dysfunkcja to z urodzenia czy nabyta?

Sierakowski napisał cudowną samokrytykę, stojąc na właściwej politycznie pozycji. Co oznacza, że nadal nic nie zrozumiał. Zamiast przeprosić poszkodowaną, zapłacić za jej pracę z własnej kieszeni (w końcu zgarniał jej kasę) i prosić o wybaczenie, wali kabotyński artykuł, gdzie tłumaczy własną niedojrzałość klasową. Być może oczekuje, że wzruszeni jego losem, jego rozterkami, jego dojrzewaniem politycznym, zaczniemy współczuć? Co mam zrobić po tym tekście? Na razie opadły mi ręce.

Na początku pisałam o sformułowaniach kanapowej i kawiorowej lewicy. Bo ta kanapa, to już nawet nie pluszowa, solidna i stojąca w mieszczańskim salonie, ale to taka przeżuwana w eleganckiej piekarence kanapka z ekologicznego chlebka, posmarowana grubo kawiorem, ale czerwonym, na litość bogów olimpijskich, czerwonym kawiorem, bo na nim robotnicza krew. Przepraszam, to było złośliwe, ale nie mogłam się powstrzymać.

I jak tu być lewicą w Polsce?

Published in: on 06/25/2014 at 19:50  8 komentarzy  

Chleba naszego powszedniego, czyli wystarczy okruszek

z16162390Q,Scena-ze-spektaklu---Golgota-Picnic-

 

 

Wiem doskonale, że nie należy wyciągać wniosków na podstawie jednej wypowiedzi, ale nie uprzedzajmy wypadków. Jak przeczytałam wypowiedź pewnego Internauty, to zrobiło się prawie jak w średniowiecznych opowieściach, gdy w chwili śmierci bohatera spływały z nieba kwietne sznury, by unieść jego duszę do raju. No poczułam się właśnie tak, jakby te kwiaty mnie oplatały, a ponadto słyszałam już chóry kierowane sprawną, acz delikatną dłonią świętej Cecylii. I odsłoniły się przede mną tajemnice dotąd niedostępne zwykłym śmiertelnikom. Wiem, wreszcie wiem… Właśnie od tej chwili poznałam naturę człowieczą (ograniczoną Bugiem, Odrą i Nysą Łużycką). A potem zapłakałam, bo zdała mi się ona miałka i niezwykle mało złożona. No dobra, przesadziłam, poniosła mnie fraza, ale, przyznają Państwo, że zaczynało się ładnie.

Czytam sobie o wystawianej w Poznaniu sztuce pt. „Golgota Picnic”. Państwo się domyślą, jest jak zawsze: obraża wartości, ale nikt jej nie widział, nie wolno szydzić z uczuć chrześcijańskich, wystawcie podobną sztukę w Arabii Saudyjskiej i takie tam. Normalne polskie piekiełko. Jak zawsze wypowiada się biskup, prezydent miasta ściska ze strachu poślady, a krytyczka teatralna z „Polityki”, zamiast zajmować się spektaklem pisze o wszystkich okolicznościach skandalu towarzyszącego. Nudy? Prawda? Widzieliśmy to już w tylu odsłonach, że tylko ziewamy, z zażenowaniem przysłaniając usta rzeczoną „Polityką”. Cóż zrobić, sorry – taki mamy klimat, że już nie powiem, iż chuj, dupa i kamieni kupa, bo to też nudne, ale tak na marginesie, któż dziś potrafi cytować Sienkiewicza? Kto pamięta skąd frazy: „Bar… wzięty”, „naści, piesku, kiełbasy”, „A ja ofiaruję jego szwedzkiej jasności Niderlandy”, „Jędruś! ran twoich…” i tak dalej, i tak dalej. Zaś fraza: „chuj, dupa i kamieni kupa”, poszła w Polskę jako pożoga, jako szwedzka armia, jako ukraińskie wojska i turecka nawała. Ależ siurpryza, chociaż, wcale nie taka wielka, jak zaraz to Państwu wyłożę. Czytam więc o przedstawieniu, a potem niebacznie, zaczynam poznawać zdanie Internautów na temat tego, co się wokół tegoż wydarzenia dzieje. I odsłania mi się wielka tajemnica, bo jeden z tych dobrych ludzi stwierdził autorytatywnie, iż nie jest to żadna sztuka, tu zaraz pojawił się epitet, jakże oczekiwany, że to „lewackie”, a na dodatek, wedle niego, wiadomość ta pojawiła się jedynie po to, żeby skłócić ze sobą ludzi, by zajęci tematami zastępczymi nie zauważyli spraw ważniejszych – ministra spraw wewnętrznych i jego machlojek.

No i teraz wszystko jasne. Zasłona dymna, sztuczna mgła. Przedstawienie w Poznaniu ma zakłócić przepływ informacji w sprawie ministra. Ruch skrzydeł motylich w Tybecie powoduje tornado w Ohio, zaś jakakolwiek informacja w prasie jedynie służy skłóceniu Polaków, żeby nie widzieli, co im rząd robi. Tak, jakby wszyscy byli jednokanałowi, jakby nie potrafili być wielozadaniowi jak Windows. To jak gra w „pomidora”. Byłam w teatrze – minister. Ugotowałam pomidorową – taśmy. Zamierzam iść na wystawę fotografii Beksińskiego – Smoleńsk, kurwa. A, przepraszam, to nie ta bajka. Smoleńsk i trotyl na skrzydłach są już passe. Teraz wszyscy, oczywiście stojąc w okopach, po kolana w plwocinie strony przeciwnej, ekscytujemy się nagraniem ministra spraw wewnętrznych. Rozumiem, sprawa jest ważna, ale wyłącznie? Tylko o tym? Od rana do wieczora? O niczym więcej, bo jak tylko zabierzesz głos w innej sprawie, to już wszyscy wiedzą, że to jedynie zaciemnienie? Nie oceniajmy jednak tego dobrego człowieka, którego wypowiedź strawestowałam przed chwilą, jako oszołoma ogarniętego wizją spiskowej koncepcji dziejów. Coś w tym jest, przyznają Państwo. Zgłupieliśmy już doszczętnie, przyzwyczajamy się każdego dnia do tego, że istnieje tylko polityka, że wszystko jest z nią związane. Nota bene związane z polityką prowincjonalną, ubożuchną jak fornalskie dziecko, żałosną jak sztuczne futerko udające błam z karakułów, pełną afer, które rozgrzewają przez pięć minut naszą wyobraźnię do czerwoności, byśmy już za chwilę mogli zanurzyć się w odmętach mare tenebrarum ciągłego chocholego tańca bezruchu i „nicnierobienia”.  Niepotrzebny nam chleb powszedni, wystarczą tylko okruszki, które, jakże szczodrze, rozsypują przed nami dziennikarze. Bez refleksji czytamy nasze okopowe gazety, ale komentujemy w tych pismach, przy okazji wyrzucając z siebie hektolitry żółci, które czytają nasi adwersarze. Kopmy, rwijmy, drzyjmy, żeby odczuli naszą wściekłość, a potem wróćmy do okruszków. Podziobmy trochę, nasyćmy się tym, co nam wysypano – zjedzmy sporo, pełne informacji brzuszki będą bezmyślnie trawiły informacje. W każdym tygodniu powtarzajmy do znudzenia tylko jedno słowo, to modne, to na topie. Po niedzielnym obiadku reset. W następnych dniach będziemy powtarzać: tu wstaw słowo, które obowiązuje w twoim okopie. O teatrze nie mówimy. Bo i po co, skoro jest tylko zaciemnieniem, tematem zastępczym, żebyśmy się kłócili, nie czując że rząd rżnie nas w dupę. O niczym nie mówimy, powtarzajmy tylko frazy, które są wygodne. A za kilka miesięcy, zapytani przez kogokolwiek, nie będziemy potrafili sobie przypomnieć, o co chodziło i co najważniejsze: jak się skończyło. Nasze emocje okazały się niesłychanie płytkie i powierzchowne. Włączymy telewizor, gdzie odgrywane są pasjonujące losy bohaterów serialu „K jak kiełbasa”. I tyle zostanie z powszechnego oburzenia na temat wypowiedzi ministra, wejścia do siedziby „Wprost” i czego tam jeszcze? Nie pamiętam…

Nalewam do kubeczka sok warzywny firmy „Tymbark”. Tak, wiem, przepraszam, zaciemniam. Pomidor… znaczy minister.

A te dwa dziennikarskie głosy wydają mi się ciekawe i przedstawiające problem w taki sposób, który mi odpowiada. Prowokują do myślenia, do zadawania pytań:

http://studioopinii.pl/bogdan-mis-kilka-uwag-stojacego-z-boku/ 

http://studioopinii.pl/stefan-bratkowski-w-co-sie-bawimy/ 

Zdjęcie: materiały prasowe festiwalu „Malta”

Published in: on 06/20/2014 at 13:41  3 komentarze  

Pogubiłam się, czyli witajcie w Polsce

pobrane

 

 

Trochę jestem zajęta, bo wpadłam na głupi pomysł napisania kolejnej książki o starych papierach. Wiadomości docierają do mnie z opóźnieniem, nie łapię na bieżąco wszystkich niuansów polskiego życia politycznego. Może i dobrze, bo nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, jak można nagrać ministra spraw wewnętrznych. To powinien być taki gość, który nagrywa innych, który o wszystkich wie wszystko, jakiś taki Vidocq do potęgi setnej, człowiek z oczyma dookoła głowy, z uszami dalekiego zasięgu, z nosem wyczulonym na wszelkie najbardziej subtelne zapachy, a nawet zapaszki. A tu, w Polsce, czyli nigdzie, ministra w knajpie nagrali. Co to za koleś, który gada, co mu ślina na jęzor przyniesie, w miejscu, które bezpiecznym nie jest. Jak minister spraw wewnętrznych chce pogadać o sprawach tajnych i łamanych przez poufne, to powinien, jak w filmie szpiegowskim, siedzieć w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu na kamieni kupie i knuć. To, co się wydarzyło, już nawet nie jest śmieszne, jest żałosne, pokazuje amatorszczyznę, lekceważenie obywateli i brak szacunku do państwa oraz jego działania. Bez względu na fakt, od której strony zaczniemy opowiadać tę nieszczęsną historię, to zawsze wyjdzie na to samo: co to za państwo, w którym da się nagrać ministra spraw wewnętrznych i co to za minister spraw wewnętrznych, który takie sprawy omawia tam, gdzie da się go nagrać.

Jednak poprzedni akapit, to tylko wstęp, ale w tym całym bałaganie, wydarzenia z ministrem Sienkiewiczem wydają mi się niesamowicie zbieżne z tym, o czym zaraz opowiem. Jakieś takie symptomatyczne dla całości. Czyż można się więc nie zgodzić, że jednak minister miał rację i rzeczywiście jest „chuj, dupa i kamieni kupa”? No bo jak zrozumieć to, że w Polsce obowiązuje pewne prawo (które może nam się nie podobać i możemy walczyć, żeby je zmienić, ale na razie jesteśmy zobowiązani i zobowiązane do jego przestrzegania), nota bene jest to prawo surowe, bardzo restrykcyjne, a jednocześnie jest swoistym picem na wodę i elektromontażem, a przy okazji tych, którzy chcą owego prawa przestrzegać nazywa się ludźmi bez sumienia? No dobra, po kolei…

Profesor Chazan ma prawo nie wykonać aborcji?. Ma? Chyba ma. Na razie pełna zgoda. Znów może nam się to nie podobać, ale dura lex, sed lex. Chociaż, zadam w tym momencie pytanie, a co by było, gdyby był jedynym lekarzem w szpitalu, na nocnym dyżurze i okazałoby się, że musi wykonać taki zabieg ze względów medycznych? Też odmówi? Bo życie jest święte? No dobra, nie gdybajmy. Zacznijmy jeszcze raz. Ma prawo nie wykonać zabiegu, ale nie ma prawa (cały czas mówimy o wskazaniach do aborcji wskazanych w ustawie) odmówić pacjentce wskazania innej osoby, która taki zabieg przeprowadzi. Tłumaczenie się, że nie zna – jest głupie, bo znać ma obowiązek. Nie musi robić tego osobiście, skoro takie ma sumienie i taki pryncypialny, wystarczy, że w placówce przez niego kierowanej będzie spis innych placówek, które wykonują aborcje. Komentowanie tego faktu, że kobieta może iść gdzieś indziej też jest głupie, bo mówimy o państwowej służbie zdrowia, na którą wszyscy płacimy. Z kolei, jeśli ktoś wykonuje aborcje, zgodnie z prawem, to jak można mówić, że on nie ma sumienia? Bo prawa przestrzega? Proszę uprzejmie, nich np. pan Terlikowski walczy o zaostrzenie polskiej ustawy antyaborcyjnej, co robi cały czas, ja z kolei będę walczyć o jej złagodzenie. Nie mówmy, że ustawa jest kompromisem, bo nikt ze mną żadnego nie zawierał. To wszystko jednak nie jest istotne. Najistotniejsze jest owo miejsce, w którym się pogubiłam: obowiązujące w Polsce surowe prawo nie jest przestrzegane, w imię wyższych wartości. Duchowni nawołują do nieposłuszeństwa obywatelskiego mówiąc, że sumienie jest ponad prawem, a wszyscy to łykają jak gęś kluski. Rozkład państwa totalny. Przestrzegasz prawa – część obywateli ma cię za dupka, wywala na ciebie tony pomyj, obraża twoje zasady. Nie przestrzegasz prawa – i ktoś to zauważa – jesteś przez grupę obywateli czczony i jeszcze trwa walka (na razie na słowa, o argumenty dość trudno), że sumienie jest zagrożone. Przyznam się, że nie tylko się pogubiłam, ale właśnie w tym momencie najsilniej odczułam, że mieszkam w państwie wyznaniowym. Bo, furda ustawy i prawo (nota bene skonstruowane właśnie przez takie osoby jak profesor Chazan), furda zapisy, furda paragrafy, najważniejsze są zasady moralne i sumienie. Abstrahując od tego, że moje sumienie właśnie tarza się ze śmiechu, chociaż, jak mniemam, ten śmiech jest nieco histeryczny, to raczej dowód bezradności i oznaka totalnego zagubienia, to nadal pytam: o co chodzi? Ustawa jest? Jest! Samiście ją stworzyli, a teraz wam się nie podoba i próbujecie wymusić, środkami pozaprawnymi, jej zaostrzenie? Naciskać na innych, żeby przyjęli waszą optykę? Optykę zasad i sumienia? A co z moimi pryncypiami? Z moim sumieniem? No tak, nie liczy się, bo istnieje tylko jedna opcja. Zaraz mi się przypomina stary dowcip z PRL-u. Czym różni się moralność od moralności socjalistycznej? Tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego. Niech będzie, że to moje pryncypia są tym krzesłem elektrycznym. A niech będzie, że feministki są „za aborcją”. Tylko dlaczego ktoś nie przestrzega prawa, a mówi się o zagrożeniu dla Kościoła? Dla zasad wiary? O zagrożeniu dla wolności sumienia? Wolność „do” posiadania sumienia najwidoczniej zagwarantowana tylko dla „obrońców życia”. Wolność „od” niego – dla mnie. A prawo? No właśnie. Chuj, dupa i kamieni kupa. Polska dnia codziennego.

 

Published in: on 06/19/2014 at 10:05  8 komentarzy  

Pawian w galopku czyli Zadra

Jakiś czas temu wypowiedziałam się krytycznie na temat słów Agniszki Graff i Magdaleny Środy. No i wyszła polemika. Tekst pierwszy już zamieszczałam, ale myślę, że trzeba pokazać całą wymianę stanowisk:

3.  http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/745-szanowna-pani-odpowiedz-na-polemike

2.  http://pismozadra.pl/felietony/138-dwunasty/744-polemika-z-qpannami-szlachetnymiq

1.  http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/742-panny-szlachetne

Tekst sponsorowany czyli płaszczyk

IMAG0187

 

Wyszedł żuczek na słoneczko

W zielonym płaszczyku.

– Nie bierzże mnie za skrzydełka,

Miły mój chłopczyku.

Nie bierzże mnie za skrzydełka,

Bo mam płaszczyk nowy;

Szyły mi go dwa chrabąszcze,

A krajały sowy.

(Maria Konopnicka)

Z dedykacją dla A.M. czyli Zgredka.

Tekst jest sponsorowany, pewnie dostanę za niego piwo, a może nic nie dostanę i też będzie dobrze. Zacznijmy od początku. Moja Umiłowana w Duchu Absurdu Sąsiadka (Językoznawczyni) życzy sobie opowieść o płaszczykach, bo okazało się, że w mojej narracji sąsiedzko-piwnej, która trwa już pierdyliard lat, czasem (ale z pewną regularnością, dlatego warte jest to zjawisko analizy) pojawiają się zdania: „a ja z tego miałam potem płaszczyk”, albo po prostu „miałam kiedyś taki płaszczyk”. I dlatego, sąsiadka mi fakt ten uświadomiła, a potem zaproponowała, ale Państwo rozumieją, dobitnie zaproponowała, tak całkowicie bezalternatywnie, że mam coś o płaszczykach napisać. I nic mi nie pomoże, muszę zarzucić z siebie płaszcz Konrada, zakasać rękawy i do roboty się zabrać. Ale od czego zacząć? Od tego, że są pawiany płaszczowe i teraz chyba wszystko się wyjaśniło? Mam wytwornego i obytego kumpla ze sfer naukowych, którego często ludzie pytają o to, czy urodził się w garniturze, a on, z właściwym sobie sarkazmem, odpowiada, że położnik go odział weń był, ale dopiero po odessaniu wydzielin z dróg oddechowych. Czy ze mną jest podobnie? Na początku był płaszczyk? Na dodatek zawsze myślę sobie, że uwielbiam kurtki, swetry, w ostateczności dziwaczno-dziadowskie marynareczki, ale płaszcze?

IMAG0587

Zaraz mi się przypomina scena z filmu „Ucieczka z kina >>Wolność<<”, w której Teresa Marczewska uczy Zbigniewa Zamachowskiego prawidłowej wymowy wyrazu „płaszcz”. Pamiętam, że byłam na tym filmie w kinie, ale teraz chwila, z kim byłam? Z mamą? Z tatą? I zaczynam się zastanawiać, co się stało z moją pamięcią sytuacyjną, że pamiętam doskonale obrazy, kadry zatrzymane w pamięci, zapisane na matrycy mózgu, a tu nagle… dupa, bulba i kiełbasa. Z siostrą? Z kim byłam wtedy w kinie? Nie mogę sobie przypomnieć. Zaczyna mnie wręcz boleć fizycznie ta moja niedoskonałość pamięci, którą tak się szczycę, ba, jestem wręcz niesamowicie próżna (tylko w tym miejscu, w tym aspekcie) i z dumą zawsze powtarzam, że mam pamięć jak słoń. A tu, potrafię sobie przypomnieć, że na „Cudzoziemce” byłam z mamą i miałam wówczas na sobie różowy żakiecik, który sama, dość nieudolnie (jak wszystko, co związane z czynnościami manualnymi), przerobiłam sobie z kostiumu rodzicielki. Pamiętam, jak byłam na „Korczaku” z tatą, a potem szliśmy nocnym miastem i nie mogliśmy przestać gadać o tym, że ogólnie to nie znosimy prześwietlonych zdjęć u Wajdy, dlatego niektóre sceny w obejrzanym obrazie wydawały nam się zbyt toporne, zbyt egzaltowane, zbyt dosłowne. No dobrze, ale te dygresje nie przybliżają nas do odpowiedzi na podstawowe dla tego momentu pytanie: z kim oglądałam Zamachowskiego i Gajosa? Najgorsze jest, że właśnie przyszło mi do głowy następne pytanie: kiedy przeczytałam po raz pierwszy „Płaszcz” Gogola? I znów leżę i kwiczę. Nie wiem, nie mam pojęcia, ponadto nie pamiętam też, kiedy czytałam ten utwór po rosyjsku. Nie jest ważny? Został wyrugowany z pamięci ten epizod inicjacyjny jako nieistotny, zupełnie zbędny?

Na twarzy jego malowała się rozkosz; niektóre litery były jego ulubienicami i gdy się dobierał do nich, był po prostu nieswój: i podśmiechiwał się, i mrugał porozumiewawczo, i pomagał sobie wargami, tak że na twarzy jego można było, zda się, odczytać każdą literę, którą na papierze wykreślało jego pióro. Gdyby stosownie do jego żarliwości dawano mu awanse, ujrzałby się ku swemu zdziwieniu, być może, nawet radcą stanu, lecz dochrapał się tylko, jak mawiali dowcipnisie, jego koledzy, guzika do pętelki i dorobił hemoroidów.

W związku z czym, od czego zacząć? Skoro uciekła bezpieczna jak zawsze literatura, wszystko to, co mam w zanadrzu, czym wspomagam się, gdy jestem zakłopotana, albo skonsternowana, literatura, która daje mi poczucie bezpieczeństwa, że zawsze, naprawdę zawsze, w każdej sytuacji, znajdę w głowie jakiś cytat, który doskonale pasuje do sytuacji i gdy nagle (choć to bardzo rzadko się zdarza), pozostaję bez słowa, to mogę skwitować wszystko i wszystkich jakąś literacką pointą, jakąś błyskotliwą nie-własną, ale własną jednak w jakiś sposób frazą, a tu jednak nie potrafię, pozostaję zawieszona w próżni, zaniepokojona faktem, że nie pamiętam. A czegóż jeszcze nie pamiętam? Może właśnie uciekły mi ważne słowa, ważne myśli nieżywych ludzi, co jaskrawie udowadnia mi fakt, że zapomniałam o czytaniu Gogola. Chryste Panie, Zeusie Olimpijski, Ozyrysie – jak mogłam zapomnieć okoliczności czytania Gogola! Ja rozumiem, że są ludzie, którzy pamiętają rzeczy istotne – daty urodzin, imienin, ślubów, pogrzebów, cen masła w latach sześćdziesiątych, ale ja mam tylko teksty literackie, nic więcej i nic mniej. Mój przyjaciel (Filuś) mawia, że mam tekst na każdą okazję, jak dobry wojak Szwejk, przy czym, ja mam na podorędziu opowiastki zarówno o psach na Pankracu (może bardziej, że na Nikiszu), jak i cudze teksty, wyłażące ze mnie, przez dziury w szwach, jak piórka gęsie ze starej podszewki. Zobaczcie Państwo, jak umykam, jak uciekam od tych płaszczyków własnych, bo znów nie mam pojęcia, od czego zacząć. Zdjęcie, jedno z pierwszych, ujawnia Pawiana w pozycji wyprostowanej, przeciwstawności kciuków nie będziemy się czepiać, który w zabawnym czepeczku i rozciągniętych śpiochach prezentuję światu… swój pierwszy płaszczyk. Ba, ale ja nawet nie pamiętam i oczywiście pamiętać nie mogę, kiedy i gdzie działo się to wydarzenie wiekopomne. Myślę, że był to zakład fotograficzny pana Stelmaszczyka, gdzie fotografowano Pawiana wielokrotnie. Na wspomnianym zdjęciu Pawian ma jeszcze minę przyjemną, bo nieświadom wszystkiego, co dzieje się wokół. gdy spojrzymy na zdjęcie numer dwa, to zaraz zobaczymy ironię malującą się na pawiańskiej fizys, marsowość brwi, zagniewanie, drwinę i sarkastyczne skrzywienie brwi. Ale czy ta pelerynka, to też płaszczyk? Założony okazjonalnie, do zdjęcia, dla zapewnienia płochej rozrywki rodzinie, która oglądała tę fotografię i próbowała, chociaż było trudno, się zachwycać? I pewnie zastanawiali się wszyscy, jak to zawsze bywa, kim będzie, gdy dorośnie? Projektowali swoje małopolskie wizje jak ciotka H., która powiedziała mi, że zostanę przedszkolanką, w chwili, gdy moim największym marzeniem była kariera bokserska.

Nocą siedzę przed sobą

ja w cylindrze ja boso

a tam przez wieś z wesela

z nożem w plecach mnie niosą

(Tadeusz Nowak)

Ha! Gdybymż to ja pisała poezję, to z pewnością napisałabym, że ja – w płaszczyku. A może w spódnicy z gumką, podciągniętej pod szyję, bo nie chciało mi się zakładać niczego więcej i tak przełaziłam całe wakacje? Bose miałam wówczas stopy, w dłoni upapraną ziemią marchew, czasem dłonie poparzone były gorącym bobem. Spódnica była jednostajnie brudna, bo w wieku trzynastu lat przeżywałam swój pierwszy epizod abnegacyjny, tylko jeszcze wtedy nie wiedziałam, że tak się to nazywa i przyjmowałam na wiarę to, co mówiły starsze ciocie, że nikt na mnie nigdy nie spojrzy (znaczy, w domyśle, przystojny i bogaty mężczyzna z hektarami – mój bosze, biedne ciocie, zryłam im mózg, co jedynie na dobre wyszło), bo dziewczynki tak nie wyglądają. Może dlatego właśnie dziś tatuuję ciało, żeby zacytować Tuwima: „całujcie wy mnie wszyscy w dupę”? Buntuję się nieustannie przeciwko mojemu skomplikowanemu dziedzictwu małopolskiemu, które codziennie przypomina mi, że wyżej nerek nie podskoczę? I dlatego właśnie mam przerobić te wszystkie płaszczyki, już wcześniej przerabiane z kostiumów matki, dopasowywane ze starszej siostry i ofiarowywane potem kolejnym pokoleniom kuzynek? Czyż ta wizja przeszywania, przerabiania i nicowania nie staje się swoistą figurą moich losów, gdy staram się wyciąć ze wszystkich losów moich przodków i przodkiń kawałki różnorakie i dopasować je do moich własnych losów? Wynikałoby z tego, że mój płaszczyk nie jest ciasny, zdecydowanie, ale mocno zetlały, gdzieniegdzie przeżarty przez mole, z łatkami, pocerowany, guziki ma za każdej parafii, nie pasuje w ramionach, trochę za długi, rękawy ma trąbiaste i kołnierz nie da się postawić? No wiem… ale to jest mój płaszczyk. Innego nie mam, nie będę miała nigdy. W kieszeniach mam Matkę Boską Ostrobramską, legitymację KPP i mezuzę zerwaną z framugi. Co jeszcze? pewnie trochę ziaren pszenicy i piórko z gęsi oraz kromkę żytniego chleba. Z pewnością jest też książka, tylko nie wiem jeszcze jaka.

Zapinam swój szynelik, który mam po przodkach, podszyty wiatrem, marzeniami i przeszłością. To chyba nie jest opowieść, której chciałaby moja sąsiadka. Przepraszam, ale innej chyba jeszcze nie mam. Może kiedyś.

lecz po kim mam podwójny podbródek

po jakim żarłoku gdy cała moja dusza

wzdycha do ascezy dlaczego oczy

osadzone tak blisko wszak to on nie ja

wypatrywał wśród chaszczy najazdu Wenedów

uszy zbyt odstające dwie muszle ze skóry

zapewne spadek po praszczurze który łowił echo

dudniącego pochodu mamutów przez stepy

(Zbigniew Herbert)

 

Published in: on 06/02/2014 at 21:37  Dodaj komentarz