Pawian naprawiać świat, czyli świat naprawia Pawiana

Któż, powiedzcie, nie zna gnomów?

Mógłbym spisać kilka tomów

O tym, jakie wiodą życie,

Co w swych domkach robią skrycie,

O zręczności ich i sprycie…

(Jan Brzechwa)

Z dzienniczka pewnej humanistki, która postanowiła zostać budowlańcem:

Dzień 1: Gips najlepiej na ścianę nakładać dłonią. Wyżera trochę skórę, ale pozwala ominąć trudności związane z użyciem szpachli. Po wyschnięciu krzywiznę niweluje się papierem ściernym, nie zaś siateczką malarską, co może niektórych wprawiać w konfuzję. Milton, fragmenty „Raju utraconego”, w przekładzie Macieja Słomczyńskiego, cytowany kotu z wysokości drabiny, brzmi patetycznie, aczkolwiek stosownie.

Dzień 2: Wpłynęłam na suchego przestwór oceanu. Drabina nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, wśród brudu, kurzu, syfu… Eeee, to chyba nie tak było. Ty dzidzia – rzekł poirytowany kot – bierz pędzel do łapy i machaj tym kolorkiem o zadziwiającej nazwie: „trawa morska”. Wtedy jest śmiesznie…

Dzień 3: Kot był sceptyczny już od siódmej rano: „- 6079 Smith W.! Tak, wy! Proszę schylić się niżej! Stać was na więcej, towarzyszu! Nie staracie się! Niżej! Właśnie, towarzyszu, już lepiej. A teraz wszyscy spocznij i proszę mnie obserwować”. Pozostało tylko westchnąć „dwaplusbezdobrze” i potulnie kłaść kolejną warstwę „trawy morskiej” na suficie, a następnie zrobić to samo z „gorączką złota” na ścianie.

Dzień 4: „Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną, na klombach mych myśli sadzone za młodu”, tak można spuentować efekt prac przedpokojowych. Kot miał nieco inne zdanie, bowiem dość kwaśno stwierdził: „Wszystko tak się potoczy, potoczy się tak do końca”, a to w skrócie oznacza, że masz przestać napawać się urodą ścian. Zacznij myć podłogę, dzidzia. Łapki mam upierdolone, jak stół u Durczoka.

Dzień 5: Kot siedział zafrasowany przy pudełku z farbami (zarówno do ścian, jak i do drewna), pędzlami, szpachelkami i różnym takim badziewiem. – Czy powiesz mi coś o śmiałym, błyskotliwym i szczwanym planie, który kiełkuje w twej głowie?

– Jeszcze nie, na razie jesteśmy sprzątaczami.

– W istocie… – mruknął kot, patrząc z niesmakiem na swój mokry ogonek – ale mogłabyś puścić farbę, bo nie wiem, co jest grane.

Szorując kolejny centymetr kwadratowy podłogi byłam tylko w stanie szepnąć: „puszczamy do siebie oko, nie puszczając farby; wiadomo, co jest grane”.

– Znam cię, nic nie powiesz, uparciuchu – zrezygnowany kot wiedział, że nic nie osiągnie w tym momencie.

– „Jestem uparty i uległy w tym uporze jak wosk. Tak tylko mogę odcisnąć świat” – odparowałam.

– Zacznę się o ciebie martwić, jak zaczniesz cytować Herberta, nie wcześniej – zadrwił kot i poszedł w stronę miękkiej pościeli.

Pawian zostaje bałkańskim przemytnikiem, czyli „ne znam za szto se raboti…” cz. 1

Nie działa na mnie leniwy urok prowincjonalnych miasteczek. Popołudniowe spojrzenia południowców, którzy taksują z powagą działanie koparki, dostojny krok Filipa Macedońskiego, a także dekolt Delfina Ochrydzkiego i ironiczne łypnięcia Pawiana, są zdecydowanie niezobowiązujące, chociaż dosyć uważne, bowiem w Strumicy, po prostu nic się nie dzieje. W sobotnie popołudnie, gdy mężczyźni wylegli już na ulice, by trawić mięso z grilla naszego powszedniego, wszystko może być ciekawe, interesujące, bo chociaż na chwilę odwraca uwagę od pełnego żołądka. Na mnie jednak urok leniwego popołudnia nie działa do tego stopnia, że zapieram się wszystkimi czterema kopytkami przed wejściem do lokalnej gospody wnosząc lamenty, które nie licują z godnością poważnych osób (najwidoczniej Pawian nie jest poważny):

–          Święty Naumie, święty Klimencie pomóżcie, czy my naprawdę musimy tutaj jeść obiad?

Widzę pokrywę żelu na głowie kelnera, który z pewnością po pracy wzbudza pożądanie uczesanych „na perliczkę” tutejszych szmizli w butach na niebotycznie wysokich obcasach i jest najlepszym tancerzem w dyskotekach strumickich, a także hiperrealistyczny portret szefa nad kontuarem, z zegarkiem (jak mniemam, bo jakiż) firmy Tissot na nadgarstku i… wymiękam. Filip Macedoński spokojnie popycha mnie w kierunku najbliższego stolika, kopie czule w pośladek i mówi:

–          Pawian, nie marudź, bądź człekokształtny, a nie kawał małpy. Nie jesteś w Polsce. Nie zachowuj się, jak pewien Sarmata bez sweterka.

Opięta kamizelka na brzuchu kelnera. Mężczyzna ze złotym łańcuchem na szyi, który odstawia mały palec sięgając po kufel zimnego piwa. Wypalone dziury w ciemnoczerwonej serwecie na stole. Pawian czuje się jakby nagle, ni stąd ni zowąd, znalazł się na rynku w Siewierzu, albo na przykład w Olkuszu. Swojsko, ale sierść na karku Pawiana się jeży. Ten świat, w którym wystrój wnętrz restauracyjnych zatrzymał się gdzieś w połowie lat 70. XX wieku jest jak wizja upiora pokrytego makijażem, udającego, że tętni w nim prawdziwa krew, że żyje.

Jeden mój student, drobny, czarnooki Albańczyk, powiedział kiedyś, że polskich potraw można spróbować jedynie raz w życiu. Rozumiem go, szczególnie jeśli założymy, że jadł w jakiejś zapyziałej knajpce, w której fatruszek kelnerki nie pamięta już, co znaczy pojęcie „lepszych czasów”, a wrzątek jest… ale zimny. Właśnie tego bałam się wchodząc do gospody w Strumicy. Nie chodzi o to, że pozuję na światowca i wzdragam się przed prowincją. A skądże. Jestem wsiok małopolski, z babki-prababki… Ja po prostu nie wierzę w prowincjonalną gastronomię. I tyle. Uważam także, że prowincja, jak piekło, jest stanem duszy, a nie geograficzną, nieuchronną przypadłością.

Wierzę w małe, przytulne lokale, gdzie starsze panie serwują naleśniki z własnoręcznie smażonymi powidłami. Wierzę w budki nieopodal dworca, gdzie robią najlepsze w świecie tosty z salami i pieczarkami (Bystrzyca Kłodzka), albo najlepsze lody (Jędrzejów). Wierzę w restauracyjki, gdzie każdy mebel jest z innej parafii, a półeczki wokół małych okienek zdobią serwetki robione przez ciocię właścicieli (Tyniec). Wierzę w bezpretensjonalny grill na rynku w Sandomierzu, gdzie do mojego talerza aspiruje, oprócz stada wróbli-twardzieli, miły kot z krzywą szczęką.

Nie wierzę natomiast w styl udawanej wielkości, quasi-prestiż. Nie wierzę w blichtr i brudne paznokcie, w trwałą robioną na rynku, w purpurowy obrusik z wypalonymi dziurami i lokalną socjetę na niedzielnym obiadku. W miejsca, gdzie aptekarzowa i komendantowa policji pokazują swe najnowsze kreacje uszyte przez panią Lusię, o tam… tam, gdzie w oknie sztuczne pelargonie i śliczniutki ratlerek.

Gdybym była w Alwerni, a nie w Strumicy, końmi by mnie nie zaciągnięto do tego typu lokalu. Jednak tutaj postępujemy rozważnie i wybieramy miejsce, w którym jest najwięcej osób. Zakładamy, że tubylcy wiedzą co w trawie piszczy. Zapach nie jest podniecający, nie łechce miło naszych nozdrzy. Lekko śmieszy mnie pan w czerwonym dresie, którego sąsiadem jest, wypisz-wymaluj stary K. z powieści Kuczoka. Stalowe spojrzenie, sarkastyczne uniesienie brwi, strzepuje każdy pyłek z obrusa. Jedynie, co odróżnia go od jednego z bohaterów Gnoju, to złoty łańcuch opinający szyję.

Chłepczemy z Delfinem Ochrydzkim zimne piwo, pozostawiając Filipowi Macedońskiemu głuchą zazdrość i szklankę coli. Kierowcy wszystkich krajów łączcie się w niedoli. Przeglądamy menu. W tym czasie do lokalu wchodzi naćpany chłopak o ptasich oczach, które omiatają nas chaotycznie, nie zatrzymuje ich bowiem ani na chwilę, nie skupia się na żadnym punkcie. Rozkłada na stołach obrazki z prośbą o modlitwę i datek. Gdy zbyt długo zatrzymuje się przy jakimś stoliku, wysoki, postawny kelner strzela palcami ze zniecierpliwieniem.

Po chwili, jakby po machnięciu czarodziejską różdżką, wszystko się zmienia. Podany pileszki uvijacz, odkrywa soczyste wnętrze pełne żółtawego, lejącego się kaszkawału. Kebabczi zawierają wyłącznie mięso i odrobinę zielonej pietruszki, żadnego sojowego substytutu. Nagle przestaje przeszkadzać mi odrapana wściekle błękitna ściana z naderwanym szyldem: „Cukiernia Firenze”. Nawet wypomadowany kelner z zapowiedzią przyszłego brzuszka pod kamizelką wydaje się mniej obrażony na strumickie sobotnie popołudnie.

Zaczynam się głupio czuć, że podejrzewałam to miasteczko o chęć udawania, bycia kimś innym. Czerwień moich policzków nie jest śladem dzisiejszej opalenizny, ale rumieńcem wstydu, że przestałam wierzyć w Bałkany, że dałam się zwieść pozorom, że zmieniłam się w turystę, który ocenia nowy świat wedle swoich dotychczasowych doświadczeń. Ruszam do cerkwi Vodoca i Veljusa, z nadzieją ekspiacji, z gorliwością neofity, którego przypadkowo przyłapano na składaniu ofiar starym bóstwom.

CDN.

Published in: on 06/20/2011 at 05:19  7 Komentarzy  
Tags: ,

Kupujemy owcę, czyli systemy ułatwiające pracę

Trzeba mieć zezwolenie na nocleg? – spytał K., jak gdyby chciał się upewnić, czy to, co uprzednio mu zakomunikowano, nie było przypadkiem snem.

– Zezwolenie trzeba mieć – brzmiała odpowiedź, a w jej tonie słychać było drwinę z K., kiedy młodzieniec z wyciągniętą ręką zwrócił się do oberżysty i gości z pytaniem: – A może nie trzeba mieć zezwolenia?

– W takim razie muszę wystarać się o zezwolenie – powiedział K. ziewając i odrzucił kołdrę, jak gdyby chciał wstać.

– A od kogo? – spytał młodzieniec.

– Od pana hrabiego – odparł K. – Nie ma innego wyjścia.

– Jak to? Teraz, o północy, uzyskać zezwolenie od pana hrabiego?- zawołał młodzieniec i zrobił krok w tył.

– Czy jest to niemożliwe? – spytał K. obojętnie. – Wobec tego po co pan mnie obudził?

Teraz młodzieniec się zirytował. – Zachowuje się pan jak włóczęga!- krzyknął. – Wymagam respektu dla hrabskiej władzy! Obudziłem pana, aby mu zakomunikować, że musi pan niezwłocznie opuścić granice hrabskich posiadłości.

(Franz Kafka)

Występują Pawian Przydrożny i Umiłowana w Duchu Absurdu Sąsiadka, obie postaci pracują w tym samym miejscu, aczkolwiek w innych jednostkach. Warto dodać, że jednostka, w której pracuje Sąsiadka jest niewielka i nie dysponuje własnym sekretariatem, co skutkuje… Nie uprzedzajmy wypadków.

–          Idziesz do domu? – ryknął radośnie Pawian wkraczając do pomieszczenia, w którym zobaczył Sąsiadkę nad zakurzonym skryptem grubości Księgi Piasku Borgesa.

–          Nie – jęknęła Sąsiadka, przecierając zaparowane okularki – muszę zamówić spinacze.

–          Dział Zamówień, a później Dział Realizacji? – Pawian domyślił się od razu, gdy tylko usłyszał ów jęk – Wiesz co? Napiję się wody i ci pomogę. A tak w ogóle, gdzie jest zbiornik z wodą?

–          Nie ma. Rozpisano przetarg w zeszłym roku…

–          I to trochę potrwa – Pawian wszedł w słowa Sąsiadki – Trudno… A jaki problem z tymi spinaczami?

–          Nie mogę znaleźć ich w skrypcie. Nie ma ich wśród materiałów biurowych… A może są, tylko tam tyle wszystkiego i w ogóle czuję się, jakbym uczestniczyła w jakiejś dziwacznej grze.

–          Zaraz, a nie możesz wpisać w zamówienie, że chcecie paczkę spinaczy? – Pawian jak zawsze był naiwny.

–        Nie, bowiem bez specyfikacji zamówienie nie będzie przyjęte przez Dział Zamówień i nie zostanie skierowane do Działu Realizacji.

–          Pokaż ten segregatorek – Pawian spojrzał na stronę pierwszą i go zatkało – Możemy zamówić owcę? Prawdziwą owcę z wełną? Beczącą i srającą? Jaja se robisz?

–          Z owcy to chyba sery, nie? – Sąsiadka jest twardzielem i byle kłębek wełny nie wyprowadza jej z równowagi.

Pawian i Sąsiadka pochyliły się nad skryptem zamówień. Po przejrzeniu pierwszych czterdziestu stron, zorientowały się w systemie. Nie było materiałów biurowych, ale były przedmioty metalowe, a wśród nich metale gięte. Spis metali giętych zawierał te gięte barwione, a także lśniące i matowe… Im bardziej zaglądały do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Najgorsze było to, że przedmioty metalowe odsyłały często do części zawierającej przedmioty plastykowe, albo podzespoły komputerowe. Owca, której specyfikacja brzmiała 01-12-TKL-006 była najmniejszym problemem. Łatwiej było zamówić owcę i paszę dla niej, aniżeli gumkę myszkę, ołówek, czy nieszczęsne spinacze.

–          Ile nasza uczelnia kupuje rocznie owiec? – Pawian był na skraju szaleństwa i próbował wyobrazić sobie tabuny owiec ważonych oraz mierzonych w rektoracie i odsyłanych w paczkach na poszczególne wydziały.

–          Nie wiem, ale zaczynam słyszeć beczenie i za chwilę złapię jakąś, oflaguję się z nią, albo przyłożę jej do gardła długopis i zacznę straszyć, że ją zabiję, może wtedy dadzą mi te… (piiiiip, piiiip) spinacze.

–          Czekaj, czekaj… 08-225-TBC-012-4/25. Alleluja. Wpisz to teraz w formularz do Działu Zamówień. Nooooo… dlaczego nie piszesz? Mamy, mamy spinacze. Zaraz pójdziemy na piwo, oblejemy wielki sukces. Nie bądź trudna i nie rób scen.

–          Wsadź se ten numerek… Nie mieści się w formularzu zamówienia. Wiesz, mam dość. Naprawdę mam dość. Chyba że… – tu Sąsiadka złowrogo łypnęła w kierunku Pawiana, który podchwycił i już piszczały unisono – Zamówimy owcę!

–          Zamówimy owcę i jako odbiorcę wpiszemy Dział Zamówień – Pawian rechotał rozanielony.

–          I zamówimy drugą – tym razem dla Działu Realizacji – zwijała się na podłodze Sąsiadka.

Drogi Czytelniku, jeżeli masz zbędne spinacze, możemy się wymienić. Damy ci za nie paszę dla owcy. Uprawiamy najstarszy proceder uniwersytecki, nielegalny handel materiałami biurowymi w czasach komputeryzacji i kapitalizmu: ty dasz mi toner, a ja ci trzy ryzy papieru i paczkę zmywalnych pisaków. A to wszystko dzięki tym, którzy nigdy nie śpią, którzy w pocie czoła pracują, żeby cię człowieku notorycznie, kurwa, wyprowadzać z równowagi: Działowi Zamówień i Działowi Realizacji.

Jak znam życie, to gdy dostaną zamówione przez nas owce, to zrobią grill przed rektoratem, a na dodatek wpiszą to w fundusz socjalny, czy jakoś tak. Po cholerę myśmy im zamówiły te owce? Żeby im jeszcze dobrze robić? A spinaczy, jak nie było, tak nie ma. Ostatnio wymieniłam dwa ołówki na sześć spinaczy i zaniosłam Sąsiadce. Królestwo za spinacz biurowy. Owca za spinacz biurowy!

Zabawa w ciepło-zimno, czyli Pawian jest z północy, to widać, słychać i czuć

Pawian już pisał, że tu jest gorąco, ale uważa, że ów wątek należy rozwinąć. Dla ludzi śniegu i lodu, takich jak Polacy, dla których pierwszą zabawką w życiu jest szczęka morsa, Bałkany są pewnego rodzaju ciekawostką klimatyczną, mogącą ukazywać subiektywne odczucia dotyczące temperatury. Parę dni temu, gdy według mnie było ciepło i szłam w bawełnianej bluzce i sweterku ażurowym z krótkimi rękawami zobaczyłam człowieka w kurtce zapiętej pod samą szyję, w czapce i rękawiczkach. Patrzyliśmy na siebie z pełnym niedowierzaniem. W jego wzroku była zauważalna dezaprobata. Że już jutro umrę na zapalenie płuc z przyległościami. W moim wzroku było niedowierzanie, że jest tak ciepło, a ten gość lata po mieście w pierzynie.

Wczoraj, gdy już miałam na sobie kurtkę, taką od deszczu, na uczelni prawie doszło do rozruchów, w momencie, gdy ją zdjęłam. Ta, co Ma Oczy Jak Gwiazdy od razu spointowała z politowaniem: “Ty to chyba nienormalna jesteś. Znów ci gorąco”?

A ja pod wspomnianą kurtką miałam coś ze szczątkowymi rękawami, z materii cienkiej. Zaś cała reszta grona profesorskiego szacownej uczelni siedziała w swetrach, fularach, kamizelach i bekieszkach.

Dziś padał od rana deszcz, ale w sumie ciepło. Wsiadam do taksówki, ogrzewanie jak w szklarni, a kierowca siedzi w kurtce. No dobra, jedźmy – nikt nie woła. Po trzech minutach byłam spocona jak mysz w połogu. Mówię kierowcy, że gorąco. On aż się odwrócił i z wrażenia aż noga z pedału gazu mu spadła:

– Gorąco?

Po wymianie kilkunastu zdań ustaliliśmy, że chociaż jestem cudzoziemką, to dokładnie wiem, co mówię, że istnieje (mizerna, ale jednak) wspólnota językowa i jak mówię “toplo”, to znaczy “toplo”, a nie “ladno”.. Opowiadam przed zajęciami ową przygodę z taksówki moim dzieciom z Bałkanów, a one rechotają, poprawiając szaliki, nauszniki oraz okrywają kolanka pledami. No, może bez przesady, ale w kurtkach siedzą i śmieszy je moje zdziwienie, moje wachlowanie się kartkami oraz spijanie wody z lodem. Prowadzę zajęcia w jedwabnych szatkach, nie dlatego, żeby pokazać, że jestem z północy, ale dlatego, że kaloryfery parzą. Spać nie mogę, bo pod cienkim kocem czuję się jak kurczak na rożnie.

Jednakże… potem jest trochę lepiej, bo tu ogrzewanie wyłączają o 22. Koło 2 w nocy biorę więc nawet drugi kocyk. Może się przyzwyczajam?

Na dodatek, w dużej ilości mieszkań, w których bywam (takoż i w miejscu, gdzie mieszkam) nie da się sterować temperaturą. No to trzeba wietrzyć. Dziś siedziałam u Delfina Ochrydzkiego oraz Filipa Macedońskiego i czułam się trochę dziwnie, bo tyłek miałam upieczony na cacy, zaś po nogach mi wiało. Może dlatego tak u nich jest, że Delfin z północy, jak i ja. Musi więc trochę sobie o stronach rodzinnych przypomnieć. Aż dziw, że ja jeszcze nie zapadłam tu na jakieś choróbsko z przegrzania.

Myślę jedynie ze współczuciem, o dzieciach tutejszych, które właśnie wyjechały na semestralne podróże edukacyjne do Polski. Akurat jak przyjechały, to śnieg spadł. Pewnie czuły się, jak na biegunie i wypatrywały wielkiego cielska polarnego niedźwiedzia przyczajonego pod uczelnią. Polska jawić się im musi jako kraina wiecznej zmarzliny, braku nadziei i możliwości figli łóżkowych, bo jak zdjąć kalesony, koszulek sześć, rajtki i futro w takich okolicznościach?

W takich okolicznościach zupełnie inaczej czyta się o tęsknocie Miladinova za południem, który siedział pewnie w Moskwie pod stosem futer, z soplem wiszącym u nosa, nóżkami umieszczonymi w miednicy z wrzątkiem i popiskiwał, że chce mieć skrzydła orła i lecieć na południe, bo już nie daje rady, a gdy słabe słońce północy zachodzi, on umiera.

Macedończykom (w ogóle mieszkańcom południa) wygrzanym słońcem jak tutejsze pomidorki, trudno funkcjonować u nas. A ja się przyzwyczaję, najwyżej jeszcze bardziej się wydekoltuję. I kupię sobie wachlarz. Marszałek von Paulus by się ze mną zgodził. Ciepło da się wytrzymać, zimna – ni cholery. O czym donosi spocony Pawian.

PS. Niedorzeczności językowe Pawiana – ciąg dalszy. Toczy się rozmowa o kocie (zdjęcie poniżej). Że się drze jak debil. A Pawian na to, zdziwiony mocno: “w jakim celu chcesz depilować kota”?

A kto mówił, że języki słowiańskie są łatwe? Pewnie jakiś Cyryl i Metody.

PS II. Idę na balkon się nieco ochłodzić.

DSCF6715

Published in: on 11/04/2009 at 11:01  16 Komentarzy  
Tags: ,

Cóż robić – wielka radość, czyli Pawian ucieka świńskim truchtem

Jak Państwo doskonale wiedzą, Pawian koncertowo wpada w kłopoty, albo przynajmniej, z wielkim talentem, najprawdopodobniej swą osobą, wabi dziwne sytuacje. Jak zawsze, zaczyna się niewinnie, a potem to już są przynajmniej Ptaki, a jak mawiał ich reżyser – na początek trzęsienie ziemi, a potem już tylko napięcie narasta. Ale… nie uprzedzajmy wypadków.

Pawian jest cwaniak, wyczaił więc, że taksówkarze zawsze zadają dokładnie te same pytania, które są jak sytuacja z Rejsu: Nuda. Nic się nie dzieje. Dialogi nudne… Standard taksówkarski wygląda tak: skąd jesteś, co tu robisz, ile tu jesteś, czy pierwszy raz w Macedonii, czy ci się tu podoba, a czy widziałaś (wstaw zabytek). Odpowiedzi Pawian ma wypracowane, może nie do perfekcji, ale większość taksówkarzy jest pod wrażeniem. Nie zdradzam im, że taką sytuację komunikacyjną przeżyłam już pierdyliard razy, no i aktorsko jadę z koksem. Czasy sprzed kilku miesięcy, gdy popełniałam nieprzyzwoitości językowe, mamy już za sobą.

Jedynym odstępstwem od reguły mogą być wtręty, czy dobrze jedziemy. Wystarczy mówić: pravo, pravo, do semafori, desno, tuka, fala mnogu (tu następuje wręczenie kasy) prijatno, albo ajde ciao. Kurtyna. Prawda, że proste? Jasne, jak świński ogonek!

To znaczy, zazwyczaj jest zawsze tak samo, taksówkarze mili, uśmiechnięci, pomocni. Chyba, że… Tu nastąpi dramat w jednym akcie (tłumaczenie i didaskalia by Pawian):

Akt I:

Osoby dramatu:

Achmatowa

Delfin Ochrydzki

Pawian kiepsko mówiący po macedońsku, a tak naprawdę sylabizujący werbalnie

Taksówkarz w białym golfie

Stadko psów (wszystkie czarne: dwa duże, jeden średni i jeden szczeniak)

Scena I

Na ulicy stoją: Pawian, Achmatowa i Delfin. Żegnają się po wyjściu z kafany.

Delfin Ochrydzki (po polsku): Uważaj Pawian na siebie. Napisz smsa, jak dotrzesz. Albo zadzwoń…

Pawian wsiadając do taksówki też mówi po polsku: Dobra, dobra. To do jutra. Cześć Achmatowa, cześć Delfin. Świetnie się bawiłam, dziękuję.

Po macedońsku (albo w jego karykaturze) do taksówkarza: Dzień dobry, proszę na skrzyżowanie Partyzanckiej i Roosevelta.

Taksówkarz: A skąd jesteś?

Pawian na stronie: o ja pierdziu, zaczyna się. Następny gaduła. Co by było, gdybym powiedziała, że jestem hiszpańską tancerką egzotyczną i mam w torbie pytona? No tak, nie powiem, nie umiem tego powiedzieć po macedońsku.

Pawian głośno (w pakiecie dołącza służbowy uśmiech numer 12): Jestem tralalalalala… Następuje tzw. standard. Pawian uspokojony, że wszystko rozgrywa się wedle ustalonego wcześniej scenariusza traci na moment rewolucyjną czujność.

Taksówkarz: A masz męża?

Pawian (na stronie): Zestaw pytań zmienili, bez poinformowania? (głośno) Tak, mam.

T.: A ile jesteście po ślubie?

P.: (udaje, że liczy na paluszkach, a tak naprawdę ma kłopoty z liczebnikami): Nooo… (na stronie: a niech będzie…) 15 lat.

T.: To ile ty masz lat?

P.: (na stronie: cholera, matematyk się znalazł, jak to powiedzieć po macedońsku): Nie powiem.

T.: A jak myślisz, ile ja mam lat?

P.: (na stronie – staro, słoneczko, wyglądasz, ale… co mi tam) Ty masz 28.

T.: Zgadłaś, zgadłaś.

P.: (na stronie, mocno ironicznie: ale się cieszę)

T.: To teraz ty powiedz ile masz lat? Tutaj prosto czy w prawo?

P.: Prosto, prosto. No wiesz… Stara kobieta jestem. Jak twoja matka (na stronie: a skąd ja wiem, jak wcześnie twoja mama zaczęła? Może być, nie? A poza tym sprytna jestem – nie było liczebnika – chichocze wewnętrznie)

T.: Nieprawda, ty jesteś młoda i piękna.

P.: (na stronie: no gościu, masz wadę wzroku i to poważną, kto dał ci prawo jazdy?) Dziękuję bardzo. O! Tutaj, tutaj w prawo. Dziękuję (Pawian podaje 1000 denarów, bo nie ma drobnych)

T.: Ale to prawda. Jesteś bardzo piękna. Nie mam wydać.

P.: (nadal na luzie, ale lekko zdziwiony) Jedź do Mc’Donalds koło Tinexu, tam rozmienimy. Prosto, do skrzyżowania i w lewo.

T.: Dobrze (zaczyna manewry kierownicą). Czy masz tu dużo przyjaciół?

P.: Tak. Polaków, Macedończyków, Rosjan, Albańczyków.

T.: A może masz czas i umówisz się ze mną na kawę?

P.: (nie zrozumiał, o co chodzi, chyba było to zdanie złożone w czasie przyszłym) Kto?

T.: Ty i ja, na kawę, na wino…

P.: (na stronie: Święty Naumie Ochrydzki ratuj, święci Cyrylu i Metody miejcie mnie w swej opiece! Kompleks Edypa, jako żywo! Jasne, już biegnę, a potem będzie romantycznie i będziemy paśli kozy pod Tetovem) Coooooo? Nienienienienienie… Yyyyyy… Mam dużo pracy, dużo wykładów. Konferencję. Dużo, dużo, dużo pracy… (ruchami rąk podkreśla ile ma pracy) O Mc’Donalds!!!

T.: (wysiada i idzie rozmienić pieniądze)

P.: (wysiada z taksówki i staje w bloku startowym, gotów do sprintu)

T.: (wraca i się rozlicza, bierze za mało)

P.: (jest z Małopolski, ale swój honor ma – wylicza wszystko skrupulatnie, co do denara)

T.: Chcesz, odwiozę cię do domu? Pod sam dom.

P.: (z miną „aleosochodzi”): Nie, nie. Pójdę do sklepu. Dziękuję bardzo. Cześć (oddala się dość nerwowym świńskim truchtem).

Pawian przeleciał przez sklep jak małe i żółte tornado. Udał się w stronę swego ulubionego śmietnika, by uspokoić rozklekotane nerwy przy karmieniu stadka psów.

P.: (do psów, pełen emocji) No proszę, proszę. Tu jest kolacja. No wiecie, kochani, czy ja wyglądam na pedofilkę? Jakiś zbok to był, moi kochani, no perwers prawdziwy…

Psy: (merdają ze zrozumieniem ogonami, a w ich oczach widać pełną zgodę na to, że Pawian pedofilką nie jest)

KURTYNA 

Vo Makedonia, czyli dodatek nienadzwyczajny

 

No! Pawian zaczął krzyczeć. Studenci młodsi zbledli, wytrzeszczyli oczka, zatrzęsły im się rączki. Potem zapytali starszych kolegów, a ci zdradzili im brutalną naturę prawdy: “Profesorka Pawian krzyczy! O! Jak ona głośno krzyczy, a potem się śmieje. I nic się nie dzieje”. No właśnie, natura pawiańska jest prosta. Wszyscy o tym wiedzą. Wszyscy, którzy widzieli Pawiana “na żywca”, wiedzą, że jak tylko się pokaże (w całej niepozornej okazałości), to w sumie nie pozostaje nic innego, jak tylko zacząć się śmiać. Szczególnie, gdy Pawian opowiada na fachowo-fificznym wykładzie o warkoczu, co się wplątał w kserokopiarkę, o kochance Mickiewicza, która sypiała na Krymie z wieszczem, z mężem i jeszcze jednym rosyjskim generałem. Na dodatek Pawian mówi to wszystko z poważną miną i dodaje, że pisanie wierszy jest fajne, ale seks też, a wieszcz musi dokładnie znać życie. A potem mówi: aaaaa… jeszcze muszę powiedzieć o narkotykach, bo rola opium w poezji dziewiętnastego wieku, Proszę Państwa…

Studentów chyba najbardziej śmieszy jak Pawian cytuje. Robi natchnioną minę, jedzie z koksem, a nagle w środku takiej deklamacji mówi: a potem jest coś tam, coś tam… I skończyło się źle, bo jak Państwo wiedzą, dobrze skończyć się nie mogło, bo bajroniczny bohater musi skończyć tragicznie. Wszyscy umarli. No nie… Żona ocalała, ale w klasztorze, co to za życie…

Na dodatek Pawian jest z północy. I mu gorąco. Notorycznie. Wszyscy tutaj chodzą w kurteczkach, szaliczkach, kamizelkach, nawet dziś widziałam jednego typa w CZAPCE i RĘAWICZKACH, a ja w tym samym czasie uważam, że ażurowy sweterek i bawełniana bluzka są w sam raz. A na zajęciach jest potwornie gorąco, bo Pawian się ekscytuje. I jak zawsze kaszle z powodu pyłu kredowego zalegającego w płucach. Tak sobie Pawian myśli: kreda – dinozaury – Pawian. Paralela chyba uprawniona.

Na dodatek Pawian poczuł się mocno osadzony na Bałkanach. Skoro już ma nawet tutejszą komórkę, konto w banku, to może robić to samo, co w domu, czyli… Pawian kupuje żarcie dla zwierząt. W marcu dokarmiał wróble, teraz zajmuje się kotami, psami i kuchennymi mrówkami faraona. Wraca z proszonej kolacji (ta, co ma oczy jak gwiazdy, gotuje bosko), a w kieszeniach niesie chrupki, które sprawiedliwie rozdziela między przedstawicieli psiego stada, napominając: “Ależ… proszę się nie pchać. Każdy coś dostanie. No, ty rudy, nie zabieraj łaciatemu. Dla każdego wystarczy”. Delfin Ochrydzki świadkiem, nawijamy przez telefon, a ja nagle mówię: muszę kończyć, mam psy do nakarmienia. Ajde ciao…

Na dodatek Pawian ma potrzebę języka. Niestety, nie ma co liczyć, że zrozumie np. teksty o poezji Blaze Koneskiego. Pawian musi mieć tekst powoli podany i najlepiej powtórzony kilka razy i to najlepiej drukowanymi literami. No to wymyślił. Wkręciła go turecka telenowela z macedońskim dubbingiem. Nazywa się to dzieło: “Tysiąc i jedna noc”. Piękna Szeherezada sekretarka i Omur (jak można mieć na imię Omur i być amantem?) prezes. Obejrzałam jeden odcinek, a wszystkim opowiadam: a ona ma dziecko, ale tu jest problem, bo on mieszka z inną – dał jej łańcuszek, a ma z tą (o tą!) trzy córki. O! A ten ją kocha. A ona powiedziała, że nie chce karmić dziecka. A jej syn nie lubi prezesa. Fascynujące. Na dodatek gra aktorska przypomina dynamikę nóg stołowych, ale wszystko powtarzają po trzy razy, to Pawian się nie gubi. Jeszcze przyjedzie parę razy na Bałkany i będzie Szekspira oglądał. Jasne! Pawian jednak nie wszystko zniesie. Dziś jakiś kolo zapychał na butelkach piosenkę Makedonskie devojcze to Pawian, pryncypialny esteta, mściwie zmienił kanał. Oglądam tylko stację A1 (coś jakby TVN) i AlSat, ale albański mnie przerasta.

Na dodatek Pawian się nie przejmuje. Gada ze wszystkimi. Dziś gadał z bezdomnym pod supermarketem, bo karmił psy. I jakoś tak wyszło. Bezdomny też miał psa. Potem Pawian wkroczył dziarskim krokiem do sklepu, który właśnie był zamykany. Zaczął pukać, aż pojawił się cieć. Pawian pokazał przez szybę gest palenia papierosa. Dozorca otworzył i już miał zamiar obsobaczyć naszego bohatera, gdy ten dygnął i rzekł: Jestem cudzoziemcem. Przepraszam. Potrzebuję paczkę papierosów. A potem już był standard: a skąd jesteś, a co tu robisz, jak długo tu jesteś… Pawian wszystko zeznał, a potem wypowiedział to, czego się właśnie nauczył był – takiej formy BARDZO grzecznej: przepraszam panią (gospodja – to było do kasjerki) i kupił paczkę West Light. A potem, nieco zakłopotany, mrugnął oczkami w stronę managera pod krawatem, że chciałby też pokarm dla psów. Manager kurzgalopkiem przyniósł co trzeba. Na koniec marketowy dozorca i Pawian uśmiechnęli się szeroko oraz serdecznie życzyli sobie dobrej nocy. Niech ktoś mi powie, że uprzejmość nie popłaca, a mu przywalę trepkiem.

Na dodatek mrówki faraona mają się dobrze. Chodzą po blacie w kuchni i zjadają zostawione dla nich zapasy. Mają też tor przeszkód z widelca, noża i łyżeczki. Jutro zrobię im huśtawkę i karuzelę.

Na dodatek – jutro też jest dzień. Kolejny dzień babuna makedonskiego. Fajnie, no nie?

A to mój sąsiad

DSCF6671

 

Published in: on 10/29/2009 at 12:45  10 Komentarzy  
Tags: ,

Życia codziennego na przedmurzu obrotowym ciąg dalszy, czyli było smaszno, a jaszmije smukwijne…

Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
Płomiennooki Dżabbersmok
Zagrzmudnił pośród srożnych skał,
Sapgulcząc poprzez mrok!
Raz-dwa! Raz-dwa! I ciach! I ciach!
Miecz migbłystalny świstotnie!
Łeb uciął mu, wziął i co tchu
Galumfująco mknie.
(przekład Macieja Słomczyńskiego)

Kiedyś już pisałam o dziecku, które miało zdecydowanie słowiański charakter. Oznaczało to ni mniej, ni więcej to, że albo darło się jak opętane, albo śmiało do rozpuku, w przerwach spało jak zabite. Niech będzie, jednakże jestem znacznie bardziej ciekawa, jaki charakter mają dzieci z przedmurza? To mi przypomina kilka zdań usłyszanych w dzieciństwie od jakiejś starszej cioci, która po moich cholerycznych wrzaskach, jak wiadomo byłam dzieckiem niesłychanie pryncypialnym, rzekła z namaszczeniem (diagnoza jakby w stylu odwróconej macicy Boryny): „ona to musi mieć źle poukładane wątpia, trze się tam wszystko w brzuchu jedno o drugie i dlatego ona taka nerwowa”. A potem dodała z niejakim roztargnieniem, że dawniej to dzieci były spokojniejsze, bo oprysków pól nie było…
Ta diagnoza niesłychanie trafna, zauważcie Państwo jej holistyczny charakter, podejście zarówno indywidualne, jak i globalne, przypomniała mi się dziś w rano, no dobra, w południe (zaraz po przebudzeniu), jak tylko zasiadłam do przeglądu prasy. Proszę wyobrazić sobie całkowicie abstrakcyjny temat – gdzieś tam, w innym kraju, w innym mieście, zamierzają wybudować wysoki wieżowiec. Na razie nas ta informacja ani grzeje, ani ziębi. Nie budują za nasze, widoku nam to zasłaniało nie będzie, mieszkać nam tam nie każą, nosić cegieł nie musimy. Możemy ewentualnie popatrzeć na projekt i całkowicie niezobowiązująco rzec, że dana budowla nam się podoba, albo wręcz przeciwnie, że nie jest w naszym guście. Na razie proste jak konstrukcja dzidy bojowej, prawda? Owszem, chyba że znajdziemy się na przedmurzu obrotowym. Tu każda, najmniej istotna, informacja staje się pretekstem do wielopiętrowych inwektyw, osobistych wyznań, kategorycznie brzmiących apriorycznych sądów, a nade wszystko, całkowitego odejścia od meritum. Jakby dźgnięci włócznią w słabiznę, ci z przedmurza, wytoczą ciężkie działa, natychmiast będą kruszyć kopie i ruszą do boju z krakuską na głowie, z kosą osadzoną na sztorc… O co tym razem? O projekt budynku w Londynie.

http://bryla.gazetadom.pl/bryla/1,85302,6988402,Renzo_Piano_pograzy_w_cieniu_korniszona.html
ale proszę przeczytać komentarze – niektóre z nich sa cytowane w niniejszym tekście – gdzie ujawnia się złożoność natury jednostek z przedmurza obrotowego). Dżabbersmoka ciach-ciach. Niech jeszcze jeden łeb spadnie i posoką broczy, niech skłębione jego jelita wypadną po subtelnym cięciu retorycznym: „nie posrajcie sie globtroterzy”. Odciąć nogę potworowi, w wysublimowany spoósb zauważając poziom interlokutorów: „ale pierdolona dyskusja dyletantów….”, albo dostrzec złożoną naturę problemu, wręcz odsłonic prawdę przez dosadne, bezkompromisowe ujęcie: „Cóż to za debilne ambicje. Mało mają miejsca na parterowe domki? To jest prostacka próżność i pycha”. Oczywiście można w tym miejscu powiedzieć, że przykładanie wielkiej wagi do anonimowych wypowiedzi internautów jest także pewnego rodzaju reakcją typową dla przedmurza, jednakże przyznają Państwo, że coś w tym jest. Taki przykład nerwowego zachowania się przedmurza, zauważalny codziennie. Czyż ta dyskusja nie jest symptomatyczna? Nota bene, nawet jeśli wszystko zaczyna się na najwyższym z możliwych diapazonie, to po kilku dniach – gówno wszystkich obchodzi. Wystarczy przypomnieć ostrą dyskusję po słowach pewnego generała, który powiedział coś nie teges o wyposażeniu polskiego wojska na misjach zagranicznych. Zaczęło się od strzałów z Aurory, przeszło w plucie pestkami, następnie w rzuty kulkami z papieru i po cichu zakończyło się bez jakichkolwiek rozstrzygnięć, poza zdymisjonowaniem generała, który zapomniał, że mieszka na przedmurzu.
Rozumiem filipiki, emocjonalne reakcje, wściekłość i wrzask w dyskusjach politycznych, te bowiem od zarania dziejów zawsze powodowały wzrost ciśnienia krwi, a co bardziej nerwowa istota sięgała po toporek, albo coś równie argumentotwórczego. Jednakże jeśli zaczynamy od ścinania głów, to nie zapominajmy, że wedle Alfreda Hitchcocka „film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”, bo inaczej, to wychodzi szmira. Jeśli budynek w Londynie wyzwala w nas taką erupcję emocji, to cóż się stanie, jeśli polscy piłkarze nożni wreszcie wygrają jakikolwiek mecz?
Jako że sama jestem z przedmurza nie będzie żadnych wniosków i żadnych rozstrzygnięć. Jestem taka sama. Śledziennicza natura. Pożołądkować się, popienić, huknąć z hakownicy, zburzyć dwie cegły z granicznego muru i uznać, że Cześnik to mój największy wróg, załatwić Dżabbersmoka na cacy, a potem spokojnie wrócić do herbatki i leniwego rozwiązywania kolejnej płaszczyzny sudoku. Jelita mamy skłębione, albo to przez opryski pól.

PS. Tak na marginesie zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób udaje się Krzysztofowi Nawratkowi na blogu (http://krzysztofnawratek.blox.pl/html) nazwanym Przestrzenie i ciała rozmawiać o urbanistyce w sposób cywilizowany. Bo jeśli jeden niewybudowany wieżowiec budzi takie emocje, to co się dzieje gdy mówimy o dzielnicy Tokio? Albo o całym Toronto? O placu zabaw w Madrycie? Niebezpieczny to temat dla tych z przedmurza, oj niebezpieczny, pewnie… jak każdy inny.

Doktor Sigismunda Filifionka przedstawia, czyli życie na przedmurzu obrotowym

 Ten martyrologiczny rytm naszych dziejów — w każdym pokoleniu nieudane powstanie, w prawie każdym przegrana de facto wojna — fatalny dla naszego życia umysłowego, wyrobił […] w całym społeczeństwie, historyczny fatalizm. Tak jak efektem tego fatalizmu na szarej płaszczyźnie społecznej jest przekonanie wzmacniane przez typ naszej kultury, że Polska może być tylko “przedmurzem”, obrotowym, bo obrotowym, ale zawsze “przedmurzem”.

(Stanisław Stabro, “Dekada Literacka” 1991, nr 15)

Wydaje mi się, że Umberto Eco pisał o Niemcach wtulonych w kierownicę i jadących z zawrotną prędkością 30 km/h w czasie wakacji we Włoszech i sugerował, że jest to odreagowanie szybkości, powiedzmy, codziennej. Niby tak, ale kompletnie się nie mogę zgodzić z ową hipotezą znakomitego semiotyka. Tu chodzi o coś innego.
Jeśli w Austrii, albo w Niemczech jest znak drogowy, że jedziemy 30, to tak jest i koniec. Nie chcę przez to powiedzieć, że w tych krajach nie ma problemów z niedozwoloną prędkością, bo chociażby mamy wypadek Heidera, albo pamiętną noc na autostradzie pod Grazem, gdy nasza badaczka widziała brawurowy pościg policji za piratem drogowym. Proszę jednak pozwolić kontynuować mi pewną myśl i nie wrzeszczeć, że to stereotypy. To metafora pewnej postawy życiowej i tyle…
W każdym razie – przeciętny Europejczyk z tzw. części północnej (czyli znów bawimy się w podział na szkołę otwocką i falenicką) widzi znaki drogowe i wie, że należy ich przestrzegać. Z kolei rodak profesora Eco (czyli reprezentant południa), gdy widzi znak z napisem 30, jedzie około 60 km/h. Po prostu się trochę dokłada (ma moje oko, zawsze +30). I dlatego autor „Imienia róży” kompletnie nie rozumie stylu jeżdżenia nikogo ze szkoły północnej. Jasne? Sam, z pewnością, gdy widzi cyfrę 50, to jedzie 80, a widząc znak „zakaz zatrzymywania się” spokojnie stanie i pogada z kuzynem Fredo, albo z innym profesorem, z kwiaciarzem, a nawet z policjantem, który nie da mu mandatu, bo rozumie ideę systemu, jest jego częścią i doskonale w nim funkcjonuje.
Jeśli tylko zrozumieć samą ideę tych dwóch układów okaże się, że zarówno szkoła północna, jak i południowa są uporządkowane, chyba że następuje opisana sytuacja – Niemiec na włoskiej drodze, czyli przeniknięcie elementu do innego zbioru, które charakteryzuje się szeroko otwartymi oczkami ze zdziwienia i ciągłym pytaniem, a raczej bełkotem na wpół otwartej szczęki: aleosochodzi…
Podobnie jest, gdy rozmawiamy z urzędnikiem lub rzemieślnikiem. Szkołę północną charakteryzuje precyzja. Gdy umawiamy się, że hulajnoga będzie naprawiona pojutrze o 11, to właśnie tak jest. Zaś hasłem naczelnym szkoły południowej jest słowo „jutro”, czyli brak precyzji, do czego należy się przyzwyczaić. Oczywiście może to denerwować, ale jedynie tych spoza systemu. Ci, którzy go znają wiedzą jak należy interpretować wszystkie odcienie owego „jutra”, jak nie dać się zwieść uśmiechom, jak nie pozwolić przysypać się listowiem słów etc.
Polska jako obrotowe przedmurze nie należy niestety, ani do szkoły północnej, ani do południowej. Jeśli przeprowadzić obserwacje na drogach, to okazuje się, że zamiast znaków drogowych, które nota bene są wystawiane wedle zasady chybił-trafił (raz w systemie północnym, a raz południowym), mogłyby znajdować się wypchane kangury, bowiem obywatele z przedmurza obrotowego zazwyczaj jadą po prostu 80 km/h. Zarówno w terenie zabudowanym, pod szkołą, jak i na drodze ekspresowej. Zawsze 80, bez względu na kąt zakrętu, na śnieg, czy dzieci biegnące poboczem, albo brakiem widoczności w mieście. Oczywiście owo 80 skutkuje np. wyprzedzaniem na „trzeciego”, bo na przedmurzu jeździmy ze stałą prędkością. Przyznam się Państwu, że jeżdżąc po Włoszech, nawet na najbardziej dzikim południu, w najbardziej zapchanych miastach, nie boję się tak, jak w mieście, w którym mieszkam i jego okolicach. A już droga do Warszawy czy Kielc powoduje drżenie nóg, szczękanie zębami oraz napady drgawek. Może wydawać się, że owo 80, to nic złego w porównaniu z szybkością np. Otylii Jedrzejczak (nie myślę o basenie) albo redaktora Zielińskiego. Może i tak, jednakże ja jestem przerażona. Na marginesie trzeba dodać, że nie chodzi mi o notoryczne 30 – ale jazda 80 po podkrakowskich wsiach w sobotni wieczór, to nie jest chyba najlepszy pomysł. Ktoś powie, że to także system, skoro nasza badaczka mogła przystosować się do niemieckiego stylu jazdy, a także do włoskiego i wielu innych (nie załapała jedynie jeszcze systemu francuskiego na autostradach, a także całokształtu greckiego), to niech znacznie jeździć w Polsce te 80 i będzie po sprawie. Jednakże, gdy taki argument się pojawi, to będzie wiadomo, że mówi ktoś z przedmurza, ktoś, kto zawsze jeździ 80. To tak wchodzi w krew, że nawet jest widoczne na np. austriackich autostradach.
Podobnie jest z obrotowym przedmurzem jeśli chodzi o terminy. Nie ma reguł, żadnych. Jedni dostają hulajnogę do naprawy, mówią, że pojutrze i kwota będzie wynosić 60 złotych, drudzy zaś – stosują święte słowo „jutro”, a na koniec doliczają za śrubkę w kole 120 zeta.
Funkcja obrotowego przedmurza, która pełnimy od wieków namieszała nam w głowach. Jak na karuzeli. Czasem zachowujemy się jak z układu północnego, czasem jak z południowego. Wszystko przez ten nieustanny ruch przedmurza, niemożność zdecydowania się, mamy więc wewnętrzne rozchwianie i anarchię.
Od zeszłego poniedziałku czekam na kilka rzeczy. Wydałam polecenia, dyspozycje i… nie zapominam, że znajduję się na obrotowym przedmurzu. Połowa została załatwiona natychmiast. Jedna czwarta w piątek, a na resztę czekam nadal. Nota bene, nie jestem święta, jestem z przedmurza i sama tak robię. Czasem rzucam się w wir historii, w bieg wypadków i działam, by szybko, sprawnie i terminowo zakończyć działanie, a czasem – w sposób mistrzowski, rzekłabym nawet, że z wirtuozerią, zapominam. W żaden sposób moja postawa nie jest związana z ważnością finansową, czy emocjonalną. Ja po prostu jestem z przedmurza…

Pawian versus rekinek finansjery cz. II, czyli nigdy nie zaczynaj z pryncypialną małpą

baseball

 Wezwanie do zapłaty, wolne żarty… Czyż nie lepsze są stare sposoby, które znamy od czasów Vita Corleone? Na przykład taka ucięta końska głowa włożona do łóżka? Żadnych gróźb, żadnych krzyków, Pawian stara się być damą – czasem mu to wychodzi lepiej, czasem gorzej, ale… nie uprzedzajmy wypadków.

Tu musze uchylić rąbka tajemnicy. Od czego się zaczęło? Od poproszenia Pawiana o napisanie recenzji, dokonanie oceny Czasopisma Bardzo Kulturalnego, którego redaktorem naczelnym jest pan prezes. Pawian, jako istota niesłychanie pryncypialna zrobił ową recenzję, ale chyba nie była ona po myśli owego prezesa. Była negatywna, bowiem Pawian nie lubi, gdy w piśmie kulturalnym pojawiają się błędy ortograficzne, logiczne, gramatyczne i wybierz sobie drogi czytelniku, jakie tylko chcesz, a potem pomnóż przez np. szesnaście, albo dwadzieścia dwa. Prezes uciekał, aż go Pawian naszedł. Znienacka i zza węgła. Pan prezes zaczął krzyczeć, a Pawian siedział, uśmiechał się, mrugał rzęsami, a także spokojnie argumentował. Po kilkuminutowej wymianie zdań, Pawian domyślił się, że Pan Prezes zamierza uznać recenzję za nieważną i niebyłą, jak niezgłoszona w ONZ rzeź Ormian przez Turków. Prezes po prostu zamierzał zamieść ścierwo w postaci recenzji pod dywan i nie przejmować się smrodem, jaki zaczął się rozprzestrzeniać. Gdy Pawian ów fakt zrozumiał, zmieniły się w sposób znaczący okoliczności. Pieprzyć forsę, szepnęło coś w pawiańskiej głowie, ale tu chodzi o nieuczciwość. O, w rozumieniu Pawiana, przestępstwo. Grzecznie więc wstał i rzekł, że wstępuje na drogę prawną. Prezes sapnął: a wstępuj sobie pani… jakże niebaczne to były słowa.

FF1045-Baseball-BugsJakże błogosławiony jest Internet, bowiem w nim znaleźć można prawie wszystko, w tym źródła finansowania Czasopisma Bardzo Kulturalnego. Urzędy miast, urząd Marszałka Województwa i inne organy samorządowe. A następnie, można zawiadomić owe instytucje o niewłaściwym wykorzystywaniu środków pozyskanych drogą konkursową. Można, jako podatnik, spotkać się z urzędnikami wydziałów kultury kilku miast i naświetlić sprawę, którą wszyscy są bardzo zainteresowani i proszą o pisma w tej sprawie, które Pawian z radością im dostarcza, za każdym razem biorąc potwierdzenia. Tym samym, Pawian-obywatel, otrzymuje prawo do oczekiwania na odpowiedzi wyżej wzmiankowanych instytucji. Pawian-legalista, następnie zadzwonił do kilku dziennikarzy i poinformował ich o machlojkach i wykorzystywaniu pieniędzy obywateli. Kiedy już to zrobił, do wiceprezesa napisał pismo, bo z prezesem rozmawiać już nie ma o czym, w którym poinformował o przedsięwziętych krokach. Żadnych wrzasków, żadnych krzyków, żadnego straszenia sądem… Odcięta głowa konia leży na jedwabnej pościeli.

Pawian zazwyczaj jest pierdołowaty, a na dodatek naiwny jak dziecko. Najczęściej się na coś piekli, nerwy szarpie, a potem mu przechodzi. Macha ręką i mówi, że to w końcu nie jest aż tak ważna. Dwie rzeczy jedynie  wyprowadzają Pawiana-idealistę z równowagi – brak szacunku dla prawa i brak zasad moralnych. Pawian wybaczy głupotę, złośliwość, niewiedzę, a nawet lenistwo. Natomiast nigdy nie wybacza nieuczciwości. A kradzież publicznych pieniędzy karałby spaleniem na stosie. Czy pan prezes naiwnie sądził, że nadal będzie spokojnie wydawał takie pismo, że nie wprowadzi zmian, po których błędy wytknięte przez Pawiana nie mogłyby się powtórzyć? Że nadal będzie wykorzystywał pieniądze przeznaczane z budżetów miast na, kurwa mać, kulturę? Pawian jeszcze w tej sprawie nie powiedział ostatniego słowa. Jeśli nawet Pawianowi ktoś kiedyś zapłaci za ową sprawę, to i tak nasz bohater przekaże całą sumę na najbliższe schronisko dla zwierząt. Pawian czuje głębokie obrzydzenie do ludzi takich, jak pan prezes. A sięganie do publicznej kieszeni i zasłanianie się słowem “kultura” jedynie dopełniają całego obrazu – zdecydowanie niesmacznego, podszytego chamstwem i cwaniactwem. Z widoczną słomą wystająca z butów, z brakiem honoru i jakichkolwiek zasad. Pawian zdaje sobie sprawę, że to co napisał brzmi trochę górnolotnie. Niestety, o pryncypiach nie potrafi pisać ani mówić lekko. Może Pawian to dziwak? Może za bardzo się przejmuje? Bywa. O dalszym przebiegu sprawy poinformuję, gdy będzie mi znany jej finał. A teraz idę napisać jeszcze jedno pisemko, do marszałka województwa już było, teraz będzie do prezydenta pewnego miasta. W końcu niech wie, na co dał w tym roku prawie dziesięć tysięcy… No nie?

Przypisy:http://4.bp.blogspot.com/_yJmw-QYPG1A/Rx5IPw6AJYI/AAAAAAAABlM/_JCn6eNIjXs/s400/FF1045-Baseball-Bugs.jpg

http://www.santafe.edu/~albers/personal/baseball/baseball.jpg

http://forums.mycotopia.net/attachments/lifestyles/86615d1210353711-rabbit-talk-bugs-bunny-blue-full-web.jpg

bugs-bunny-blue-full-web

Akcja „szczurek”, czyli działalność spółki „Rescue Cokolwiek”

szczur

Początki spółki „Rescue Cokolwiek” sięgają przynajmniej kilku lat wstecz, gdy Pawian i Łasic przenosili przez ulice ślimaki, jeże, żaby, a także greckie żółwie. Ukrywali salamandrę pod spódnicą Pawiana, żeby rodzinka z dwójką dzieci, która wychyliła się zza zakrętu, czasem jej nie dorwała. Może zbyt mało wierzymy w ludzkość, ale mamy ku temu pewne podstawy. Nasi bohaterowie zajmowali się także reedukacją społeczną pewnego wróbla wyciągniętego z psiej paszczy. Czasem w owej pasji ratowania wszystkiego wychodzą na dyplomowanych głupków. Bywa.
Jakiś rok temu, do pustego, zniszczonego domu na następnym podwórku – widocznym z kuchennego balkonu – wprowadziła się Matylda. Została dostrzeżona pewnej zimowej nocy, gdy spacerowała po dachu. Łasic mruknął wówczas: „zobacz, Pawianku, kot łazi po dachu”. A Pawian kwiknął: „przynieś obiektyw, to nie kot, trzeba powiększyć”. I objawiała się ona: kuna (chyba domowa). Rozpanoszyła się w pustostanie (w centrum dużego miasta) i natychmiast wprowadziła popłoch oraz zmniejszenie populacji wśród gołębi. Pawian niehumanitarnie się przyzna, że się cieszy, bowiem równowaga w przyrodzie być musi. Matylda dostała imię, jako zawodowy zabójca skojarzyła nam się z filmem „Leon zawodowiec”. I tak zostało. Matylda czasem zostawia na śniegu ślady łapek, czasem zapuka nocą w okienko sypialni Sąsiadów, ogólnie jest cichym, aczkolwiek bardzo pożądanym znajomym. Z rudym, dzikim kotem mieszkającym także w pustej kamienicy jakoś nie wchodzą sobie w drogę. On rozkłada się w ciągu ciepłych dni na parapetach, ona przemyka nocą po dachu. Jak się dobrze przyjrzeć, to czasem widać ją także jak biegnie po schodach. Z Umiłowanymi w Duchu Absurdu Sąsiadami jedynie opowiadamy sobie o tym, że jest, że była, albo, że będzie.
Całkiem niedawno Pawian wrócił do domu późnym wieczorem, otworzył drzwi na balkon i usłyszał przeraźliwy wrzask. Wrzask zwierzęcia złapanego w pułapkę, wrzask zwierzęcia, któremu krzywda się dzieje, wrzask śmiertelnie przerażonego zwierzęcia. Pawian długo nie myślał, złapał za telefon i też zaczął wrzeszczeć: „Łasic do domu, słoniocy, pomocy, straszliwy pom”. Łasic nie pytał o nic więcej, piwo na stoliku zostawił, po trzech minutach wpadł do domu, rozeznał się w sytuacji i wybiegliśmy w mrok z okrzykiem: „Rescue Cokolwiek”. Dostanie się do rozwalającego się domu nie było łatwe. Jak o 23.12 dzwonić domofonem do obcych ludzi i prosić o wpuszczenie na podwórko? Pawian być bezczelny, dzwonił. Za każdym razem słyszał: „Tak, tak, też to słyszę, proszę, niech pani wejdzie i coś z tym zrobi”. Na balkonach i w otwartych oknach pełno publiczności pomagającej w dochodzeniu: „o tam, tam, niech pan weźmie ze sobą jakiś kij, może to wściekły pies?”.
Albo: „Ma pani latarkę? Latarkę trzeba było przynieść”. Lub: „Może lepiej niech pan tam nie wchodzi. To może być niebezpieczne”. Po pięciu minutach bezproduktywnej bieganiny i równie bezproduktywnych komentarzy okazało się, że na opuszczoną posesję nie da się wejść w sposób legalny. W końcu Łasic przesadził płot (szkoda, że Państwo tego nie widzieli), skoczył w krzaki i świecąc sobie telefonem komórkowym rozpoczął poszukiwania. Za chwilę zaczął szeptać:
– Pawian, Pawian, tu szczur wpadł do studzienki kanalizacyjnej, pływa, ale nie może się wydostać. A Matylda go osacza, teraz się wkurzyła lekko na mnie, że przyszedłem po jej kolację…
– Łasic, trzeba szczura stamtąd wyciągnąć, bo jak Matylda za nim skoczy do studzienki, to też się nie wydostanie. Mam plan…
Pawian zostawił Łasica z szarżującą kuną i pobiegł do piwnicy po deskę. Deska została wrzucona do studzienki, stając się pojawiającym się (niejako deus ex machina z punktu widzenia szczura) ocaleniem. Szczur zwiał, a Matylda ruszyła za nim. Nie mam pojęcia, co tego dnia jadła na kolację, ale nie był to Łasic, który świńskim truchtem umykał z terytorium drapieżnika. Spojrzenia znajomych po całej akcji – bezcenne. No tak, ale gdyby to była Matylda? Skąd miałam wiedzieć, że wchrzaniam się między wódkę, a zakąskę? A dokładniej rzecz ujmując, do talerza kuny? Proszę się nie śmiać, spółka „Rescue Cokolwiek” jest i tak lekko skonfundowana. Chociaż, z drugiej strony, wcale nie…
Jedyne, co teraz nas martwi, to fakt, że jeże łatwiej przenosić przez ulicę, niż pomagać w przygotowaniu kolacji rozsierdzonej kunie w krzakach. Co, oczywiście, nie zniechęci nas do dalszych działań. Wręcz odwrotnie, lubimy wyzwania.
A tak na marginesie, gdy jechaliśmy ostatnio nocą z Łasicem przez miasto zobaczyliśmy inną kunę jak czekała na tramwaj. Ciekawiśmy wielce, czy ma bilet miesięczny, czy też jeździ „na gapę”. A może jest społecznym kontrolerem? A Łasica najbardziej rozbawiła idąca sobie chodnikiem łasica. Wyglądała jak lekko zawiany jegomość, który wraca nad ranem do domu.
Mamy co ratować. Nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Jak nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji, tak nikt nie spodziewa się spółki „Rescue Cokolwiek”. I Ty możesz zostać uratowany!
PS. Pawian chciał się dowiedzieć, czy nasza drapieżna sąsiadka jest kuną domową, czy tez leśną, dlatego zapytał o to Łasica, który widział ją dobrze. Odpowiedź nie była cenzuralna.

kuna_1

 

 

 

 

Przypisy:

http://www.szymkowka.pl/images/galeria/kuna_1.jpg

http://fastprotektor.com/pliki/photo/big/szczur.jpg

Published in: on 08/24/2009 at 14:17  12 Komentarzy  
Tags: , ,