„Ida”, czyli jak doprowadzić Pawiana do białej gorączki

ida_fr-2

To trzeba było zobaczyć. No trzeba. Bo, z jednej strony, krytyka się zachwyca, z drugiej zaś mowa jest o antysemickich stereotypach. Film dla Pawiana. No tak, ale o czym jest ten film? Gdybym była złośliwa, to stworzyłabym nadinterpretację, której centrum dotyczyłoby bezduszności katolickiego wychowania, które niszczy duszę i pozbawia człowieka indywidualności, jakichkolwiek emocji, zdolności przeżywania. Ale nie jestem złośliwa i nie znoszę nadinterpretacji.

Antysemickie stereotypy to najmniejszy problem tego filmu. Przepraszam, ale ja jestem z tymi stereotypami „za pan brat” i może dlatego już nie robią na mnie wrażenia. Wyłącznie nudzą i powodują zniecierpliwienie. Podpisuję się wszystkimi kopytkami pod przeczytanym ostatnio na żydowskim forum hasłem, że zamiast Żyda z pieniążkiem, jakże popularnego w polskich domach, oprawcie se własne zdjęcie z pieniążkiem w dupie i będzie git. Doskonale wiem, że filmowa żydokomuna prokuratorsko-sędziowska jest tak nudna, że aż piszczy, ale, w kontekście całego obrazu, ciotka (odtwarzana przez Agatę Kuleszę), to i tak najmocniejszy punkt tej produkcji.

Przyznam się, że głupio chichotałam przez całą drugą połowę filmu. Za sprawą jednej sceny. Agata Kulesza ogląda ocalałe zdjęcia rodzinne. Wśród przodków… Irena Sendlerowa. Serio, serio. Proszę zwrócić uwagę, na fotografię kobiety umieszczoną w kadrze przez Kuleszę po lewej stronie. Słynne zdjęcie Sendlerowej, to z koroną upiętą z warkocza. Sądzę, że Katarzyna Sobańska, odpowiedzialna za scenografię, wklepała se w Google „pictures” i „Jews” a potem wybrała te obrazki, które jej się najbardziej podobały. W tym Irenę Sendlerową. Brawo pani Katarzyno. Pani wiedza jest powalająca. A może chodziło o to, że chłop, który nie zabił Idy i zaniósł niemowlę do księdza był Ireną Sendlerową w przebraniu, Ups… Brakowało jeszcze, wśród tych fotografii, Martina Luthera Kinga, Mahatmy Gandiego i Matki Teresy z Kalkuty. Byłby komplet. Jak mogę oglądać film i być poważną, gdy jego twórcy nie są poważni? Nie szanuję mnie jako widza. W zasadzie, mają centralnie w dupie, moją wiedzę o Zagładzie. Dzięki. To naprawdę miłe, wiedzieć, że filmy kręci ktoś, kogo nie obchodzę. I nie obchodzi go też fakt, że robi coś złego. Obnaża swoją niewiedzę, a wraz z nią, swój stosunek do tego trudnego tematu. Po cholerę się brać za temat, na który się nic nie wie? Nie wie się nawet, kim była Sendlerowa. Bieruta tam trzeba było wsadzić, bo Gomułka na ścianie wisiał (w jednej scenie). A może Jezusa? Przynajmniej by pasował. Semita w końcu.

I niech mi nikt nie mówi, że to jest „oko” do inteligentnego widza. Takie porozumiewawcze, że nie tylko byli ci Polacy, którzy zabijali, ale też ci, którzy ratowali. Może, gdyby ta scena miała inną wymowę, to bym się nie czepiała. Ale się czepiam. Mówię po prostu, że użycie zdjęcia Sendlerowej dyskwalifikuje cały film. Przykro mi. Gdyby nie Agata Kulesza, która robi, co może, to bym wywaliła „Idę” do pieca kuchennego. I tyle.

Brak dbałości o szczegóły zabija cały film. Z mojej perspektywy zawodowej ciągle łapię, głownie scenarzystę i scenografkę, na takich dupsach, że aż piszczy. Nie będę Państwu wszystkich tu wywalać. Proszę obejrzeć, a nie sugerować się zdaniem śledzienniczki, której się nie spodobało.

Mamy w naszej literaturze masę takich jak „Ida” historii. Dobrze opowiedzianych, dramatycznych, ściskających za gardło, pozbawiających tchu, snu i dobrego samopoczucia. A za granicą będzie nas reprezentować historyjka pusta, nic nie warta, nudna. Szkoda, naprawdę szkoda. Bo już czas, żebyśmy wreszcie nadpisali miejsca puste w naszej historii. Opowiedzieli je sztuką. Ukazali nasz, już dojrzały, stosunek do przeszłości. Tak jak to było w przypadku „Rewersu”, „Pokłosia”, „Róży” czy „Różyczki”. W przypadku „Idy” się nie udało. A szkoda, bo ta osadzona na stereotypach historia ma potencjał. Tylko, że to jest jak w starym żydowskim dowcipie, którego pointa brzmi: „Ale, ale… ten dowcip, to trzeba umieć opowiadać”. Łączę wyrazy, różne wyrazy – zniesmaczony Pawian.

irenamloda

Published in: on 12/29/2014 at 19:39  7 komentarzy  

Coroczne opowieści świąteczne, czyli o tym, kto zjadł Jezuska

10805556_352058954972936_1827507952720055825_n

Co roku (jeśli piszę), to opowiadam coś świątecznego? Dlaczego? Nie mam pojęcia, naprawdę. Przecież nie przepadam za świętami, nie ogarnia mnie świąteczna gorączka, takież podniecenie, ani nic innego. Jednakże, utarło się, pewnie jest to jakaś świecka tradycja, że zawsze muszę nawinąć jakąś świąteczną historyjkę. Obiecuję, że dziś będzie bez morału.

Dawno, dawno temu, gdy w pawiańskim domu zadomowiło się pierwsze szczenię (które wyrosło na psa Baskerville’ów i Cerbera w jednej postaci), nazwane pieszczotliwie „Tusio”, a przypominało ono już zanim skończyło rok, Grubą Bertę skrzyżowaną z furmanką z węglem, jak zwykle, w Wigilię ustawiono choinkę. A pod nią, rzecz jasna, szopkę. Szopka była gipsowa i mocno zużyta, pochodziła chyba jeszcze z czasów wojennych. Prawie każdemu jej elementowi czegoś brakowało. Osiołkowi na ten przykład – nogi. Przedniej prawej, dlatego stawiało się go opartego o żłóbek. Żeby się nie przewracał. Anioł, w różowej sukience miał w dziurawych plecach zapałkę. Do zapałki przywiązywało się kokardkę, zaś przy jej pomocy anioł z szarfą „Gloria in excelsis Deo” mógł zawisnąć nad całą szopką. Anioł w ogóle był jakiś taki… Miał różową kiecusię, gołe nogi, dość nieprzystojnie majtające nad cudem betlejemskim, a na dodatek miał żółte włosy. Żółte, mówię wyraźnie. Takie jakby zgniłokurczakowe. Ponadto aniołowi notorycznie wypadała zapałka z pleców i lądował gdzieś między wołkiem, a pastuszkiem z gęślami. Józef też był felerny, bo z kolei miał głowę na zapałce. Głowa mu się trzęsła i przez to wyglądał na niesamowicie nieszczęśliwego. Taka dziadyga. Maryja miała ładne złocenie na szacie, ale też obity kawałek twarzy. Trzeba ją było ustawiać z lewej strony. Gdybym była cyniczna, rzekłabym, że pokazywała lepszy profil.

Przepraszam, że ten opis brzmi tak mocno turpistycznie, ale z mojej perspektywy ówczesnej, wcale tak nie było. Kładłam się pod choinką i kontemplowałam całą grupę, w której jeszcze było dwóch pastuszków, jeden całkiem szykowny, siedzący z dudami („Mój tata grał na dudach; pięknie grywał pjany,/Ale kiedy na trzeźwo, okropnie rzępolił”), a drugi, z owcą w ramionach – oczywiście – bez nogi, opierany o pieniek choinki. To on nie miał nogi. Ta owca akurat miała. Do tego był jeszcze leżący wołek, którego zawsze, zgodnie z sugestiami babci Marianny, ustawiało się w okolicach żłóbka, żeby Jezuskowi nogi oddechem ogrzewał. Koło wołka stawała też owieczka, z powodu uszkodzeń opierająca się o szeroki i budzący zaufanie grzbiet brązowego przeżuwacza. Był jeszcze jeden król, pozostała dwójka zagubiła się w pomroce dziejów. Na dodatek, król nie był oryginalnym wyposażeniem szopki. Reszta grupy, gipsowa, porządna, solidna, chociaż nieco sfatygowana, a ten niby z kuferkiem złota, ale lekki i pusty, jako cymbał brzmiący. Nie lubiłam drania, zawsze wstawiałam go gdzieś z tyłu. Rodzinie tłumaczyłam, że przyjdzie dopiero na Trzech Króli. W ogóle, to ja ciągle tę szopkę cięgle przestawiałam, ciągle dopracowywałam ustawienie grupy. Pisałam scenariusze, często odbiegające od biblijnych, ale nie jakoś tak gruntownie – powiedzmy, że była to opowieść apokryficzna, możliwa i na dodatek niezwykle interesująca. Z mówiącymi zwierzętami, ze śpiewającym aniołem. Dobra, tu się przyznaję, czasem śpiewał też Jezuskowi piosenkę o kaczuszkach. W sumie, dlaczego nie? A nie śpiewał? Proszę mi udowodnić, że nie śpiewał i nie mógł śpiewać. W tej kwestii do dziś jestem niesłychanie pryncypialna. A dlaczego śpiewał o kaczuszkach? Proszę Państwa, te wszystkie kolędy są niesamowicie pesymistyczne. Jezuskowi byłoby przykro i smutno, bo kto chciałby słuchać, że mu matula sukienki nie dała? Tego o pannie czystej nie rozumiałam, raczej wiązałam z myciem rąk. A to też nieprzyjemne było. Ciągle tylko „myj łapki” i „myj łapki”. A już tego o ciemnej nocy w jasnościach promienistych nigdy nie kupowałam. Pewnie już od dziecka byłam wyczulona na pretensjonalne metafory. I właśnie dlatego o kaczuszkach, no!

Myślę sobie, że te uszkodzenia postaci z szopki, to też moja wina. Jak się ich tak ciągle przestawiało, to mieli prawo odnieść obrażenia. W każdym razie stali wszyscy pod kolejnymi choinkami i dobrze było. Do czasu. Pewnego razu rano, gdy jak zawsze poszłam poleżeć pod choinką zobaczyłam, że nie ma owieczki. Odbyła się tam rzeź, rzecz jasna – jak to zwykle bywa – w całkowitym milczeniu. Po owieczce zostało tylko kilka okruszków białego gipsu. Została pożarta przez wielką bestię o krwiożerczych instynktach i niewinnym imieniu. Przez Bestię, którą wpełzała pod choinkę i tam sapała, zaś ciemną nocą wyszły z niej cechy drapieżnika. Któż miał zginąć? To jasne – owca. Wszyscy udaliśmy, że nic się nie stało i owcy nigdy nie było. Patrzyliśmy jednak na szczenię-giganta z pewnym wyrzutem. Do tej pory dzieci z szacunkiem podchodziły do rodzinnej szopki. A tu, nagle… pożarcie. I te okruszki.

Po kilku dniach z przerażeniem zobaczyliśmy, że w nocy ktoś wyżarł Jezuska. Żłóbek stoi, gipsowa słoma nawet się uchowała, zaś po dziecinie ani śladu. Tylko ten kontur wygryzienia taki oskarżycielski. O ile, bez owieczki, tak samo, jak i bez dwóch króli, szopka mogła jakoś funkcjonować, o tyle bez głównego bohatera całego zajścia, to już nie miało sensu. Sprofanowana przez psa szopka została gdzieś schowana, zaś matka, znając mój sentyment do postaci, kupiła bardzo podobną, tylko że brązową, ceramiczną. I są tam wszyscy. Trzej królowie, a jakże. Owiec jest chyba ze trzy. Pastuszków całe tabuny. Nic się nikomu nie odrywa, nic nikomu nie brakuje. Wołek leży. Osiołek stoi. Nikomu się głowa nie chwieje. Anioł dynda sobie bez żadnej zapałki. Z Józefa chłop jak dąb, a nie jakiś wymoczek z kiwającym się podbródkiem. Ale… to już nie jest to. Obrzydliwa jest ta nowa szopka. Obrzydliwa. A na dodatek Jezusek ma fatalny żłóbek. Nogi mu wiszą. Dobranoc Państwu.

Published in: on 12/15/2014 at 21:28  9 komentarzy  

Alternatywy 4 nieustannie, czyli absurdy z okopów

images

Czytam sobie artykuł na portalu „Deon”, a tam cytat: „Organizowane w całym kraju, w ostatni wieczór października Noce Świętych cieszą się coraz większą popularnością. Według duchownych, są nie tylko alternatywą dla Halloween…”. A dlaczego muszą być alternatywą, dlaczego znów trzeba się okopywać w twierdzy „Albo-albo”. Żeby było jasne, Za Halloween nie przepadam, szczególnie za tą częścią z dziećmi ganiającymi po blokowisku w poszukiwaniu cukierków. Czym innym jest dzielnica domków jednorodzinnych w USA, gdzie wszyscy się znają, gdzie rodzice latają wokół swych pociech, też przebrani, a czym innym wyprawa do zawsze pijanego sąsiada z czwartego piętra. W małych miasteczkach i wsiach, proszę sobie latać do północy. Wtedy to bym może nawet jakieś słodycze kupiła i rozdawała, niech się dzieciaki cieszą. A jak ludzie chcą, to niech mają „Noc świętych”. Też ładna inicjatywa. Mogłaby przypomnieć wszystkich tych świętych, którzy nieobecni, gdzieś tam zmarginalizowani przez pochód dziejów. Sama bym mogła opowiedzieć na pobliskim skwerku historię świętego Nauma Ochrydzkiego, albo świętej Petki, a że (nie chwaląc się) opowiadam całkiem składnie, myślę, że staruszki z mojej dzielnicy byłyby głęboko zbudowane taką fabułą.

Dlaczego musi być alternatywa? Nawet w kwestii świętowania? Oczywiście, zajmowanie przestrzeni symbolicznej jest ważne. Jednak, jeśli ktoś myśli, że w dzisiejszych czasach da się zapanować nad gromadą, niepodzielnie sprawować rząd dusz – to się myli. Jedyne, co się wydarzy, to kolejne okopy, w jednych będą stali ci z dyniami, w drugich – ci z atrybutami świętych. Nota bene, gdyby zacząć od samego początku, jedni i drudzy, tak samo śmieszni. Szukający, tak samo, jak ich jaskiniowi przodkowie sensu w śmierci, zabezpieczający się przed niepewną przyszłością. Halloween równie pochodzi od najeźdźców kulturowych, jak i ci święci. Mówienie o własnej tradycji, gdy się stoi w szatach biskupich np. takiego Cyryla z Aleksandrii, jest naprawdę śmieszne. A ponadto żałosne to jest. Trzeba stworzyć alternatywę dla Halloween? A po co? Bo ktoś czuje się zagrożony? Bo musi pokazać, że jego święto lepsze? Ludzie, zaraz mi się przypominają dwie procesje ze świętym Antonim (opisywane przez Axela Munthe), które kłóciły się, czyj święty Antoni jest lepszy i który z nich daje więcej łask lokalnym społecznościom. Co z kolei mnie prowadzi, do jakże modnych ostatnio kalendarzy adwentowych – pomysł stosunkowo świeży, pochodzi z XIX w. a wymyślili go niemieccy luteranie. I co teraz?

Stoimy na grobach naszych przodków. Nie posunę się do stwierdzenia, że jesteśmy karłami stojącymi na ramionach gigantów. Jednak stoimy, brodzimy po szyje w kościach. Jedne z nich należą do Słowian, inne do Ormian, Tatarów, Żydów, a wybierzcie sobie, co chcecie. Do wyboru, do koloru, do religii, do obyczaju. Gdzieś tam, na samym końcu tego pochodu wyłania się mój przodek padlinożerca, któremu pewnie pod czaszką też dymiło i kwiatki na kościach układał, bo go przerażał fakt śmierci, jej nieuchronność. Wierzył (kiepsko, bo mu się synapsy dopiero układały – pozwólcie Państwo na taki żarcik), że tak nie może przecież być. Że musi być coś więcej. A teraz alternatywa, święty Hieronim dobrze, dynia – źle. A święty Eustachy z dynią pod pachą? Przeminiemy, przeminiecie, a kiedyś, te rytuały religijne też będą równie martwe jak ta dynia. Umrą jak umarł Zeus, jak umarła Izyda. Pojawią się, w jakiejś wykoślawionej postaci, o której nie będziecie (nie będę) mieć pojęcia. Bo będę martwa jak papuga ze skeczu Monthy Pytona. Wy też będziecie martwi. Czasu jest mało. A teraz nie szkoda czasu i atłasu na popierdółki związane z tworzeniem alternatywy? Niech każdy świętuje wedle własnego uznania. Jest tyle tradycji do wyboru, tyle kultur, z których każda w jakiś sposób radziła sobie z własną śmiertelnością, z własnym strachem. Rozumiem, że tu i teraz jest ważne, że zdobycie rządu dusz jest priorytetem, ale… umrzecie jak Kenny McCormick w serialu „South Park”. Nieodwołalnie. To nas wszystkich łączy. Mnie tam szkoda czasu na tworzenie alternatywnych porządków. Bo umieram… Po prostu. Tak jak i ty.

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,20409,noc-swietych-alternatywa-dla-halloween.html

Published in: on 11/02/2014 at 11:41  15 komentarzy  

Moje czy twoje, czyli: kto za to zapłaci?

574896_DJI01062_4

W Sosnowcu spalił się dach katedry. Zniszczone zostały freski Włodzimierza Tetmajera i Henryka Uziembły. Okazuje się, że odbudowę sfinansuje województwo śląskie. No tak, w końcu zabytek uległ zniszczeniu, ale… jednak mam kilka pytań. Wszystkie są niewygodne.

Po pierwsze, nikt nie mówi o ubezpieczycielu tej budowli. Ja bym chciała wiedzieć, na ile i od czego katedra była ubezpieczona. A może nie była? Nie wiem, może była. Czy w takim razie hipotetyczny ubezpieczyciel uzna, że instalacja elektryczna była dobrze założona oraz kontrolowana i wypłaci? Czy były czujniki dymu na drewnianym dachu? To kilka pytań, które jakoś mi przychodzą od razu do głowy. Zanim dowiedzieliśmy się o tym, że budowla jest / nie jest ubezpieczona, województwo już deklaruje pieniądze. A może one w ogóle nie są potrzebne?

Drugie pytanie jest bardziej rozbudowane. Pozwólcie Państwo, że opowiem kilka historyjek. Chciałam wejść kiedyś do kolegiaty św. Marcina w Opatowie, żeby zobaczyć słynny „Lament opatowski”. Nie weszłam, bo świątynia była zamknięta. Spotkany kościelny rzekł, że zamknięta, bo „jacyś kradną mikrofony”. W czasie mszy zwiedzać, jak wiemy, nie wolno. I słusznie, bo nie mam ochoty niegrzecznie przeszkadzać ludziom w uczestnictwie w ich kulcie religijnym. To kiedy mogę wejść do kościoła? Jeśli nawet nie kradnę mikrofonów? Żeby zobaczyć konstruktywistyczne wnętrze kościoła św. Kazimierza w Katowicach musiałam iść na mszę i po niej, dość szybko, zwiedzić, bo już światła gasili i wszystko zamykali. No, dobrze, rozumiem, że kościoły nie są moje, nawet te zabytkowe. W porządku. Niech będzie, ale w takim razie, dlaczego z moich podatków ma iść cokolwiek na ich odnawianie, skoro mnie się tam nie wpuszcza?

Nauczona doświadczeniem, że mnie nie chcą w kościele, rżnęłam głupa w Strzelnie. Moja opowieść – tak, kłamałam, bo chciałam kolumny zobaczyć – o papieżu-Polaku tak wzruszyła kościelnego, że wpuścił nas do zakrystii, stamtąd do nieczynnego muzeum, a potem dał Łasicowi ustawiać piętnastowieczną Madonnę żeby ten mógł sobie ją ustawić w świetle padającym z okna (chodziło o fotografię). Ja nawijałam o upadku obyczajów i papieżu naszym (którego nota bene nie znoszę serdecznie), a Łasic fotografował, co chciał. Co tylko udowadnia, że wejdziesz, gdzie chcesz, Madonnę z okresu miękkiego dotkniesz brudną łapą, bylebyś tylko człowieku odpowiednie wartości wyznawał. Reszta kradnie mikrofony. Olać samą łapę, chciałam sprawdzić, co będzie mi wolno. Do dziś się z tym fatalnie czuję, że dotknęłam jej stopy. Bo jeśli przeniosłam jakieś bakterie? Ile osób jej dotyka? Mogłam ogień podłożyć, bo łaziłam tam, gdzie wolno nie było, ale byłam jedną ze swoich. Mikrofonów nie ukradłam, ale podpalić mogłam – tak się dba o zabytki religijne w Polsce.

Mojej matce pewna urocza norbertanka z Imbramowic się chwaliła, że mają obraz Madonna w girlandzie, którego autorem jest Jan Brueghel Starszy. Oczywiście zobaczyć nie można, bo tylko dla siostrzyczek. Fajnie? Ależ jasne, że fajnie, bo to ich, a nie moje, ani nie mojej matki. W sumie, jak to nie moje. Moi przodkowie byli chłopami pańszczyźnianymi, dziesięcinę płacili na Kościół. Nota bene, część mojej rodziny pochodzi z tzw. wsi klasztornych. Jak więc „nie moje”?

Oczkiem na obraz nie rzucisz, bo mają schowane. Czasem do muzeum udostępniają, wtedy człowieku możesz popatrzeć. Jeśli nie mogę zobaczyć, jeśli to nie moje, to dlaczego mam płacić? Nikt wam nie każe płacić za moją kolekcję mało znanych świętych z całego świata (trzymam w pudełku po butach: Armani, kolekcja dziecięca), to wy mi nie każcie płacić za wasze skarby, w waszych pudełkach po butach poupychane.

Następne moje pytanie brzmi więc tak: jeśli nie chcecie, żebym wchodziła do zabytkowych świątyń, to się odpieprzcie od mojej kasiory. Ja w takim razie chcę odrestaurowania starego dworca w Katowicach. Stamtąd przynajmniej nikt mnie nie wyrzuci, bo z Mariackiego w Krakowie już to zrobili. Siedziałam sobie grzecznie na ławeczce, myślałam o różnych rzeczach, aż tu nagle pojawiła się zakonnica, która zapytała czy zostaję na mszy. Gdy zaprzeczyłam, kazała wyjść. I to dość kategorycznie. No to wyszłam. Wygonili mnie jak psa, z jednej z moich świątyń narodowych. A moją kasę chcą? Pecunia non olet? Ustalmy w związku z tym zasady: wasze kościoły, moja kasiora. Ja decyduję, że wam jej nie chcę dać. Nie mogę oglądać zabytków sakralnych, to egoistycznie mówię, że nie chcę ich finansować. Ktoś powie, że to podłe? Że to dla przyszłych pokoleń? Jakich przyszłych pokoleń? Po pierwsze: tych wierzących. Po drugie: nie macie najczęściej pojęcia, co macie, bo wasz kościelny, za opowieści o pielgrzymkach i cudach papieskich pozwoli wam pewnie nawet zdrapać polichromię z rzeźby. Ale mikrofony całe. Nikt nie ukradnie.

Kolejne pytanie wiąże się z uwagą księdza Rydzyka o tym, że jego, jako katolika, nie obowiązuje prawo. Ano, skoro nie obowiązuje, to se sami dach odbudowujcie i freski Tetmajera odnawiajcie. Dlaczego Kościół, który ustami jednego ze swych luminarzy głosi, że prawo ma w dupie (a nie jest to jedyny przypadek, gdy nie tylko to głosi, ale i pokazuje, że właśnie tak jest) chce od państwa, którego prawa nie uznaje – kasy? Ej… bez relatywizmu proszę. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5:33-37). No, to ja tyle chciałam dziś powiedzieć.

Zdjęcie pochodzi z: http://katowice.gosc.pl/gal/pokaz/2223123.Spalona-katedra-zdjecia-z-drona-cz-1/4

Published in: on 10/30/2014 at 15:22  8 komentarzy  

Skurwysyństwo zwierząt, czyli bezwzględność pupili

zombie-cat

Jest 5.55. Dzwoni budzik. Jeśli nie jest poniedziałek (gdy idę do instytutu, ale też na ósmą), to wstaję – z kurwą na ustach – i lecę do korporacji papierniczej, ostatnio dostałam podwyżkę, czuję się więc jak koń Boxer i staram się jeszcze bardziej. Podejrzewam, bo znam swój organizm, jesteśmy razem już dość długo, że zaczynam się wiercić w łóżku około 5.53. Zakryta po uszy, zatulona w pierzynkę z kaczego puchu, kręcę się, bo czuję, że właśnie za chwilę… Wówczas uruchamia się Puc Klucha vel Kluska Pierożanka. Obudziłaś się? Kocham cię. Bogowie olimpijscy, jak ja cię kocham siłą swojego piętnastoletniego serduszka. Jesteś cudowna, wspaniała. Chodź, wstajemy. Taki dobry dzień, widzisz?

Należę do ludzi, którzy zawsze (rano) wiedzą, co jest grane. Potem, idzie mi znacznie gorzej. Jest 5.55 – żadnego mękolenia, żadnego rozmamłania, wstajemy – piżamka w dół (ewentualnie – koszulka w górę), gorący prysznic, pod prysznicem wewnętrzne omówienie porządku dnia, albo kilka refleksji interpretacyjnych lub związanych z ostatnią lekturą, kredens z ciuchami, wybór lakierów do paznokci, żel do włosów firmy „Joanna”, kolczyki. Schabowy i kapusta – wszystkie / wszyscy, którzy budzili się u mego boku wiedzą, że rano nie ma litości, masz osiągnąć sto procent po trzech sekundach. W międzyczasie pierwszy papieros. Puc towarzyszy. Rąbie kupsko, gdy biorę prysznic. Gdy palę, wsuwa śniadanie. Żeby nie było durnych tekstów, że kocha, bo chce żreć. Jestem zbyt leniwa, żeby kot miał kiedykolwiek pustą miskę. A ponadto, od roku, Puc je wyłącznie suchą karmę dla tych chorych na nerki.

No dobra, mamy już na sobie część garderoby. Różowe pudełeczko na śniadanie w pracy powoli się napełnia. A w tym momencie ten gnojek, ten koci gnojek, wyciąga ze zwałów mięciutkiego futerka zegarek na łańcuszku, taki srebrny – z napisem „Pucowi – wszyscy” i patrzy na mnie znacząco. Oznacza to: tak Pinky, idź do roboty, żwirek sam się nie kupi. Ty leć do instytutu ze starymi papierami, leć na ćwiczenia, wykłady, leć do korporacji papierniczej, a ja w tym czasie położę się pod twoją pierzynką z kaczego puchu, bo takie jest życie. A idźże ty kocia mendo, idźże w kibini mater.

I zaraz uruchamia mi się wspomnienie, gdy Tusio, ta psina, która ważyła 70 kilogramów i mnie wychowała na znośne ludzkie dziecko (wszystkie braki w wychowaniu są moją winą, a nie jego), rano patrzył, leżąc na pleckach, jak pakuję tornister, jak się męczę obowiązkiem szkolnym i… dawał do zrozumienia, że w pięć sekund po moim wyjściu będzie spał, wtulony w poduszki na moim tapczanie. Będzie leżał na swoich pleckach, wywalał to słodkie brzusio, rozwalał się na cały pokój: jedne łapy pod kaloryferem drugie – pod drzwiami. I wyrażał, tą bezczelną pozą, wyrażał to, że ma w dupie. Ma w dupie moją klasówkę z fizyki, ma w dupie  moje rozedrganie emocjonalne nastolatki. Ma w dupie wszystko, bo gdy zamknę drzwi – zaśnie. I obudzi się – gdy wrócę, a wówczas będzie się domagać spaceru, piłeczki, patyczka, czesania, głaskania. A ja w tym czasie – miałam przesrane, bo miałam np. niemiecki z panią, która mnie nienawidziła. A on spał, spał jak siedmiu braci śpiących. co ja gadam – oni przy nim , to kiepskie cieniasy.

Dziś jest to samo. Wychodzę, biegnę, zdobywam, walczę, wyzłośliwiam się, prowadzę wojny, zawieram traktaty pokojowe, ulegam w obliczu przeważających sił wroga. A mój kot śpi. Śpi z tym wrednym tekstem pod tymi mięciutkimi wąsikami: Pinky – ktoś musi działać, żeby spać mógł ktoś.

Zwierzęta to świnie, mówcie co chcecie.

Published in: on 10/22/2014 at 23:30  8 komentarzy  

Zostawcie Titanica, czyli falliczne facecje

titanic-bow-615

 

Zostawcie Titanica!

Nie wyciągajcie go!

Tam ciągle gra muzyka

I oni tańczą wciąż           

(Lady Pank)

Mój znakomity przyjaciel i bezpośredni szef stworzył kiedyś powiedzonko, które do dziś jest obowiązujące wśród południowopolskich literaturoznawców: „po czym poznać prawdziweg macho? Wyciąga fallusa i twierdzi”. Któż z nas nie słyszał tego gromkiego pobrzęku (można by rzec: chujowego pobrzęku) wśród rodzinnej czy służbowej porcelany niech pierwszy rzuci kamieniem. Czy Państwo zauważyli, że w tym wojowniczym potrząsaniu atrybutami męskości parę rzeczy i kwestii jest symptomatycznych? Na przykład to, że taki samiec alfa nigdy nie przeprosi. Nigdy, choćby wina była ewidentna. Tchórzliwie przerzuci odpowiedzialność na kogoś innego, zacznie bredzić, że żartował, obrazi interlokutora, jak będzie mógł to pobije, ale… nie przeprosi. To jakaś hańba by była, to jakaś ujma na honorze (pewnie z pięć milimetrów mniej), jego splamienie aż po siódme pokolenie, a to tylko jedno malutkie słowo: przepraszam.

Ziemkiewicz pojechał, pojechał jak Chinka po bandzie w Turynie, napisał, że normalne jest wykorzystanie seksualne nietrzeźwej kobiety („No cóż, kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej niech rzuci pierwszy kamień…”), potem próbował coś mówić o odpowiedzialności zbiorowej, że dużo facetów w jego pokoleniu ma za sobą takie doświadczenie. Potem twierdził, że żartował. Opowiadał też o jakimś kaszalocie, tego fragmentu akurat nie zrozumiałam za dobrze, chciał jakieś zwierzę o gwałt oskarżać, czy coś takiego – chyba Irasiad był tego dnia bardzo zdenerwowany, bo z logiką wypowiedzi za dobrze nie było. A może to jakaś trauma z młodości? Jego zgwałcili jak popił, to on gwałcił będzie z zemsty? Nie wiem. Zobaczyłam też, iż pisarz raczył ironizować, że używał języka biblijnego w jakimś celu, a nikt nie zauważył. Biedny Ziemkiewicz, takie społeczeństwo głupie. On złotousty, a wokół niego wieprze, przed które on rzuca perły swych słów. No cóż, mogę tylko – pełna współczucia i miłosierdzia – napisać, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. W sumie – wystarczy wyjechać. A jak te wszystkie wyznania Ziemkiewicza nie ostudziły lewackiej rozjuszonej hordy, to on sam ruszył do ataku („Teraz mamy dewoty nieheteronormatywne. Takie niedopchnięte dewoty, stare i młode feministki. ZMP-ówy, które nadymają się ‚co on powiedział’, ‚jak on mógł’, ‚to uprzedmiotawia kobietę’. Tak jakby urżnięcie się nie uprzedmiotawiało mężczyzny. Jeżeli ktoś ma odrobinę rozumu, to stwierdzi, że w każdym sensie miałem rację”).

Byłam już lewactwem, prawactwem, niedopchniętą (niedorżniętą) feministką, Żydówą, katolicką cipą, a nawet bywałam zwykłą kurwą, jak brakło innych argumentów, ale nie byłam jeszcze nieheteronormatywną dewotą. ZMP-ówą też nie byłam – w sumie, to jakby się nieco wyklucza, ale nie bądźmy upierdliwi. No, zapiszmy to do notesika, który otwieram w chwilach największej deprechy i rechoczę wówczas jak stare żabsko, a potem róbmy swoje. Babcia Marianna mawiała, że jak ktoś cię zaczyna obrażać, to po pierwsze pokazuje poziom wychowania jakie wyniósł z domu, a po drugie – pokazuje, że jest słaby. Babcia dodawała również, że w takich sytuacjach należy powiedzieć: „przepraszam, ale ja w takim tonie rozmawiać nie będę”. Co niniejszym czynię, bo już zamknęłam notesik z oblegami.

Zostawcie Titanica!

Nie wyciągajcie go!

Tam ciągle gra muzyka

A oni w tańcu śnią

Jak już zamknęłam notesik, to podzielę się z Państwem pewną refleksją, a nawet – przecież Państwo mnie znają – kilkoma. Otóż, po pierwsze zastanowiła mnie kwestia, iż pisarz i dziennikarz tak niewprawnie posługuje się językiem ojczystym. Bo, wedle mojego ukochanego słownika, słowo wykorzystywać oznacza:

  1. «użyć czegoś dla osiągnięcia jakiegoś celu, zysku»;
  2. «posłużyć się kimś, aby zrealizować własne cele»;
  3. «o mężczyźnie: uwieść kobietę».

O znaczeniu trzecim w tym momencie mówić nie można, bo seks z nietrzeźwą nic nie ma wspólnego z zachwytem, wzbudzaniem pożądania czy zwykłym mamieniu pochlebstwami (tu też kieruję się słownikiem). Jeśli mówimy o znaczeniu pierwszym, oznaczałoby to, że Ziemkiewicz traktuje kobiety jak „coś”. Pijana kobieta została użyta do zaspokojenia potrzeb seksualnych, tak jak na przykład skrobaczka do obierania ziemniaków. Jeśli mówimy o znaczeniu drugim – to posłużono się pijaną kobietą by zaspokoić własne potrzeby seksualne. Można posłużyć się w tym celu kobietą, można ręką – to drugie wyjście jakoś uczciwsze, nieprawdaż? Skoro już musimy się posługiwać… Mnie tam nigdy seks się nie wiązał z posługiwaniem kimkolwiek. W każdym razie, to wszystko na swym twitterze Ziemkiewicz nam objawił. Pisarz i dziennikarz dodał, że jego twitt był niewinny. I tu znów, ja wolę „Słownik języka polskiego”, a Ziemkiewicz jakieś tam miazmaty własnej wyobraźni. Ja jako niedpochnięta dewota, wolę tarzanie się w rozpuście, zaś Ziemkiewicz lubi posługiwać się kimś / czymś. Współczuję. Naprawdę współczuję. Teraz chyba stają się zrozumiałe te frustracje seksualne. Ta mściwość jakaś taka potworna, ta złość wobec kobiet, pogardzanie nimi… Gdybym była wredną ZMP-ówą, to bym powiedziała, że ludzie z nieudanym życiem seksualnym mają nagromadzone takie wielkie pokłady nienawiści do świata w sobie… Ale tak nie powiem, bo jestem damą.

Cała sprawa z niefortunną (tak, jestem złośliwa) wypowiedzią Ziemkiewicza, mogłaby się skończyć w ciągu jednego dnia, gdyby powiedział: przepraszam. Przepraszam – byłem zły, przepraszam – wymsknęło mi się, przepraszam – przesadziłem. Ale nie, facet leci dalej, rzuca obelgami – pewnie nie mam rozumu, ale nadal uważam, że nie dość, iż pisarz nie ma racji, to jeszcze się pogrąża, pokazując poziom dyskursu do jakiego z pewnością jest przyzwyczajony (skoro tak dobrze mu idzie z przymiotnikami, np. niedopchnięta) i obnaża mielizny oraz miałkość, o które do tej pory go nie podejrzewałam, pewnie nie tylko ja.

Zignorować nie wolno, bo to jest przyzwolenie społeczne. Jeśli zignorujemy wypowiedź Ziemkiewicza, to tym samym przyznamy mu prawo do takiego dyskursu. Dyskursu nienawiści i przemocy. Jednakże, z drugiej strony… Skarćmy, a następnie pomyślmy tak: niech śni swój piękny sen o prawdziwej męskości. Niech gada te falliczne facecje. Niech tłucze filiżanki swym twierdzeniem, bowiem: Cuilibet fatuo placet sua clava, co oznacza, że głupcowi podoba się jego pałka. I pozwólmy śnić pisarzowi jego sen, sen o wielkości.

Niezatapialnie śnią

Nieosiągalnie śnią

Nieosiągalny, niezatapialny sen

Zdjęcie ze strony: http://ngm.nationalgeographic.com/2012/04/titanic/sides-text

Published in: on 09/25/2014 at 04:38  12 komentarzy  

Gdzieś tam, czyli Zadra

Przepraszam, że tak długo, ale czasu nie miałam:

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/755-biel-jeszcze-bielsza

Published in: on 09/24/2014 at 04:59  Comments (1)  

Tekst sponsorowany, czyli płaszczyk cz. 2

Przechwytywanie

To moja dłoń

to linia życia

dobiega tu

tu się urywa

Nad łóżkiem wisiał święty obraz – jak to w porządnym polskim domu. Ale nie był to żaden, jakże popularny, wizerunek Chrystusa z gorejącym sercem, ale coś dziwnego. Żydówka wisiała, święta Żydówka, stereotypowa taka. Maryja była na tymże obrazie dość egzotyczną brunetką, zaś Jezusek – no wyobraźcie sobie – był rudy i miał kręcone włoski. Ewidentnie by nie przeżyli wojny – bo wyglądali tak, że każdy szmalcownik od razu wepchnąłby ich w bramę. Nie doszliby nawet do przystanku tramwajowego. Dziś już mnie to nie dziwi, nawet sobie myślę, że co miało wisieć w moim domu, jak nie to właśnie. W wieku czterech lat dostałam inny obrazek, z Maryją przydeptującą węża, stojącą na globie ziemskim. Niebieska sukienka, włoski blond, rączki rozłożone bezradnie, bladawa skóra z rumieńcami na policzkach. Nieprawdziwa taka, nie moja. Ta wisząca nad łóżkiem była taka zwyczajna. Płakała – tak samo jak moja mama. Myślałam sobie, że pewnie Jezusek znów choruje i ona dlatego płacze. Jezusek miał czerwone policzki – owszem – pewnie miał gorączkę. Maryja trzymała go za rączkę, łza spływała jej po śniadej twarzy, wypływała z kącika ciemnego oka, a prześcieradło mieli w paski, słoma spod niego wyłaziła. Tamtą drugą zamknęłam w książeczce do nabożeństwa i nie chciałam na nią patrzyć – bo nie miała żadnej ciekawej historii do opowiedzenia – stała i patrzyła, a stać i patrzeć to każdy głupi potrafi. Babcia chciała, żeby ten obraz ze ściany dostała, w razie „jakby co”, ciocia B. Tak się właśnie stało. Obraz wisi u cioci B., a ja sobie myślę, że w razie „jakby co”, to ma on wrócić do mnie. Po co? Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak właśnie ma być. Nie przywiązuje się do rzeczy, nie chomikuję, potrafię w pięć minut wynieść z domu, bo komuś bardziej potrzebne, bo mu się przyda, a ja sobie poradzę. Jednak ten obraz – jest mój. Niech ona płacze nad moim łóżkiem, niech on nad nim choruje. A gruba („złota”) rama też mi nie przeszkadza. Gdybym przełożyła w jakąś antyramę wszystko straciłoby sens.

na szyi mam

medalik z lontem

oglądam swoją dłoń

to linia frontu

Żeby nie było, jest jeszcze jeden obraz. Namalowany chyba w czasie wojny przez jakiegoś Niemca. Ewidentnie nie wyszedł mu daszek góralskiej chałupki, ale chłopina chyba wiedział, co to był impresjonizm. Choineczki, droga prowadząca a nicość, szczyt górski w chmurach. Raczej Tatry niż Alpy. Jelenia brak. Nawet niedźwiedzia nie ma – nie postarał się malarz, albo umiał namalować wyłącznie kotka z tyłu, zaś to do pejzażu górskiego ewidentnie nie pasowało. Siedziałam kiedyś w domu rodziców i próbowałam pisać książkę, a ona za cholerę się nie dawała napisać. Nagle zaczęłam chichotać, bo znad tego stołu patrzyła na mnie przeszłość. Kalendarz „National Geographic” oferował zmęczone i mądre spojrzenie goryla, a obok był ten niemiecki obraz. Wydało mi się to tak zabawne, że nie mogłam przestać się śmiać. Goryl i wojenny kicz. Złotko z ramy schodziło, ale nadal błyszczało, co miało robić. Goryl patrzy mi w oczy i pytał: kim jesteś, skąd przyszłaś, dokąd idziesz. Każdy dostaje takie „quo vadis”, na jakie zasługuje. Książkę napisałam, też pomogło mi dziedzictwo. Usiadłam na miedzy i bezradnie wpatrywałam się w zapadający mrok – a potem dotarło do mnie, że żaden mrok, łuna czerwona zaczęła się pojawiać. I wtedy wiedziałam, że muszę zacząć od Nowej Huty. Stukając w klawiaturę zdałam sobie sprawę, że za paznokciami mam pełno małopolskiej gliny. Obraz na ścianie przestał przeszkadzać, wszystko się ułożyło.

w piżamie mam

na małej kartce

tych kilka słów

gdy ktoś mnie znajdzie

Mam biały obrus. Z wyhaftowanymi inicjałami „EK”. Już pierwszy z nim kontakt był związany z niesamowitym dziecięcym zdziwieniem. Skąd to „K” – podejrzane „K” na adamaszkowym obrusie. Dlaczego nikt nie wypruł? Hmm… Obrus był, pewnie leżał w tym domu, do którego babcia się wprowadziła, ale wyprucie inicjałów byłoby chamstwem – jak ją znam, to tak właśnie myślała. Proszę sobie wyobrazić Edeltraud Knopf (musiałam ją jakoś nazwać), matkę czworga dzieci, która bezradnie pakuje różne rzeczy i zostawia ten obrus. Otwarte walichy, krzątanina paniczna, stłukła się karafka po babci Knopf, kieliszków nie bierzemy, słychać już z daleka organy Stalina. Ja mogłabym oddać ten obrus potomkom Edeltraud Knopf. Jest niezniszczony. I nie jest mój. Uważam, że tak byłoby w porządku. Nawet trochę jakby pali moją szufladę. Leży w niej i jakbym skubańca nie złożyła, wyłazi to „EK”. Edeltraud, przestań. Przestań się panoszyć w szufladzie z moimi obrusami. Na wszystkich mam monogramy – „MP”, „MC”, „MS”, wcześniejszych brak, być może ktoś ich używa, gdzieś tam… Te inicjały podkreślają linię żeńską, wskazują na gniazdo, na zasiedzenie, zacróczenie. A w tym wszystkim ta Edeltraud. No dobra, chichot historii, mam twój obrus, chociaż nie powinnam i chociaż z pewnością tego nie chciałaś. A bierz ten obrus, cholera jasna. Stawiaj na nim półmiski z kiełbasą i kapustą. Śpiewaj przy nim „Heilige Nacht”, dziel się opłatkiem, opłakuj zmarłych na stypie, nie wiem, co jeszcze można robić przy białym adamaszkowym obrusie. Weź go sobie, droga Edeltraud. Ja doskonale wiem, że ty już nie żyjesz. Naprawdę mi przykro, jeśli zostałaś zgwałcona, naprawdę mi przykro, jeśli w tej zawierusze straciłaś cały swój porządny i mieszczański dorobek życia. Dlatego mam właśnie ten jeden obrus, właśnie dlatego. Tę ironię losu, którą mogliby twoi potomkowie i potomkinie traktować, jako coś ważnego, jako własną przeszłość. Bierz ten obrus, po dobroci mówię.

No dobrze, nie weźmiesz go. Wiem, on ma mi przypominać różne rzeczy: jak szybko wychodzi się z domu, jak zabawna jest historia, jak parszywa jest historia. Jestem z Europy Wschodniej i mam płaszczyk z dziurawymi kieszonkami. A wszystko, co w nich jest i tak nie należy do mnie.

Może dlatego chcę mieć ten obraz z Maryją-Żydówką?

Published in: on 08/24/2014 at 14:30  19 komentarzy  

Smutne skutki picia drinków „tequila sunrise” z agentem nieruchomości, czyli talent i znajomości

tequila_sunrise

Dużo się obecnie mówi o roszczeniowej postawie młodzieży. Nie wiem, nie znam się, ale opowiem Państwu coś, co z pewnością nie jest jakimkolwiek dowodem. A było to tak… Mam przyjaciela, Filuś ma na imię, podobnie jak ja robi w starych papierach. Od czasu do czasu chadzamy z Filusiem na piwko i gadamy o starych papierach i o rzeczach innych.. I zawsze chcemy być grzeczni, ale nam nie wychodzi, jak na przykład wtedy, gdy piliśmy cytrynówkę i spotkaliśmy Japończyka z firmy budowlanej, z którym zmuszona byłam rozmawiać po niemiecku. Już Państwo wiedzą, że życie specjalistów od starych papierów jest pełne zasadzek i niespodziewanych zwrotów akcji.

Ostatnio poszliśmy na piwo, w „Małym Kredensie” wypiliśmy po dwa, a następnie, jako że jesteśmy oboje dość zapracowani, postanowiliśmy skończyć ten uroczy wieczór. Gdy się odprowadzaliśmy do domu, nagle… Zagrzmiało, błysnęło i zaczęło lać. A my, jakże niebacznie, wpadliśmy w pierwsze otwarte drzwi. Jak się Państwo domyślają, była to jaskinia rozpusty zwana pubem, a że deszcz padał i padał, zaś żadnej arki nie było, zaczęliśmy pić drink zwany „tequila sunrise”. Po kilku minutach usłyszeliśmy męski głos z boku:

– A pan to patrzy z taką miłością na Panią…

My: eeeeee… Zabrzmiało dość pospolicie, nieprawdaż? W związku z czym szybko się zreflektowaliśmy i szybko odrzekliśmy, że i owszem, już dwadzieścia lat właśnie tak jest. Chłopię w garniturze (przykrótkie spodnie i nie chcę być złośliwa, ale był to poliester), rozsiadło się obok  nas, i już pewne siebie, zaczęło perorować:

– To znaczy, że mają Państwo też udane życie seksualne?

My: My razem? Nie!

– Och – westchnęło, a następnie to doświadczone życiowo chłopię rzuciło, jakże błyskotliwą uwagę, że nie wierzy w przyjaźń damsko-męską, bo zawsze jedna ze stron czegoś chce, a następnie przywołało dość władczo swego kumpla.

Zgodziliśmy się, a jakże, wysuwając jako argument fakt, że Filuś chce moje pełne wydanie dzieł Wyspiańskiego, co niestety nie zostało przyjęte z pełnym zrozumieniem, ale nie drążyliśmy tematu dalej wiedząc, że autor „Nocy Listopadowej” jest kontrowersyjnym pisarzem.

Zarysowawszy Państwu sytuację dojdę do tego, co mnie naprawdę zainteresowało. Przez jakiś czas rozmawialiśmy o pracy, bo o czym mieliśmy rozmawiać, o Wyspiańskim się przecież nie udało. Jedno z chłopiąt stwierdziło, że wszędzie jest jedna banda, że życie jest niesprawiedliwe, dlatego pracy nie można dostać bez układów.

Wówczas zapytałam jaki układ wiąże go z firmą deweloperską (czy czymś tam), w której właśnie pracuje. Odrzekł, że żaden, bo dostał pracę składając CV, ale on chciał do radia i się nie dostał. Czy jeśli powiem Państwu, że on się lekko jąkał, to Państwo mi uwierzą? No ja wiem, wiem, ale właśnie tak było. Pełni franciszkańskich uczuć (znaczy ja i Filuś) namawialiśmy pana na wizytę u logopedy, albo psychologa, ale rzekł, że im nie wierzy. Cóż było robić? Filus poszedł zapalić, a ja zajęłam się edukacją. Gdy tłumaczyłam, że człowiek, który nie ma żadnego wykształcenia czy doświadczenia w danym fachu zawsze przegrywa z tymi, którzy coś już mają, to rzekł, że w taki sposób przegapia się talenty. Zapytałam go, kogo – jako pracodawca – by zatrudnił na stanowisko korektorki? Dziewczynę po polonistyce czy po architekturze krajobrazu. Rzekł, że to nie ma znaczenia, bo pierwsza może być tumanem, zaś druga – mieć talent językowy. Zgodziłam się z nim, wskazując na fakt, że rozmowa w sprawie pracy nie polega na przeglądaniu dyplomów, ale – przy dużej ilości kandydatów – trzeba przyjąć jakieś kryterium początkowe. Tu młodzian przerwał mi, a w zasadzie przerwał po raz kolejny, bo jakoś nikt go nie nauczył jak prowadzi się rozmowę, że właśnie w taki sposób traci się talenty.

Zapytałam go już dość bezczelnie: jaki procent ludzi uważa za wybitnie utalentowanych, a jaki procent wedle niego to ludzie, którzy ciężką pracą coś osiągnęli, odrzekł: praca… praca… bez znajomości jesteś przecież nikim. Po wygranym przez siebie sporze, młodzian powiedział, że skoro pracuję na uczelni, to nie powinnam ściemniać, tylko się przyznać, kto i jak mi pomógł w karierze.

A potem… a potem to już Państwu dalej nie opowiem, bo zaczyna się nieprzyzwoicie. W tle znalazły się słowa: „a ty przecież jesteś z budżetówki, pozwól więc, że postawię ci kolejnego drinka”, a potem nastąpiło dość protekcjonalne położenie jednej dłoni na drugiej (znaczy męskiej na małpią). No i wpadłam w furię, ale tym razem (co nieczęsto mi się zdarza) w furię kontrolowaną. W ciągu siedmiu minut wyjaśniłam co i jak – byłam niemiła, co chyba nikogo nie dziwi – a następnie zatuliłam się w sweterek, szal, wzięłam Filusia pod ramię i odpłynęliśmy w siną dal, desperując: „cholera, cholera, a miało być tak przyjemnie”.

Myślę sobie dość złośliwie, że jeśli młodzian będzie chciał w przyszłości postawić drinka starszej od siebie filolożce, to musi liczyć na układy i znajomości, bo talentu, zaiste, do tego nie ma.

Published in: on 08/21/2014 at 10:50  5 komentarzy  

Dzień świra, czyli wszyscy w majtkach

z7800847Q,Dzinsowe-szorty-Big-Star---kolekcja--wiosna-lato-2010-

 

Kiedyś napisałam, że nie działa na mnie leniwy urok prowincjonalnych miasteczek. Mogłabym jedynie dodać, że nie tylko nie działa, ale czasami wręcz przeraża. W wyniku nieoczekiwanych zajść znalazłam się gdzieś tam, między wariatami. A może to ja zwariowałam i każdy kontakt z ludzkością powoduje ciarki na mej skórze? Chwilami czuję, jakby ktoś gmerał mi szkłem w rdzeniu kręgowym, a chwilami jakbym obserwowała idące mrówki czy obcych na jakiejś dziwnej planecie.

Zaczęło się niewinnie, od mojego hobby wstrętnego, czyli podsłuchiwania innych. Ja naprawdę nie chcę tego robić, ale jak coś przykuje moją uwagę, to nie mogę się powstrzymać, naprawdę.

– Nie baw się jedzeniem, Łukaszku.

Zadałam natychmiast pytanie, dlaczego? Dlaczego nie wolno bawić się jedzeniem? Czy ryba, pieczołowicie ugnieciona na placuszek smakuje lepiej czy też gorzej? Jak się ma sześć lat, to taka czynność poznawcza może wydawać się istotna. Tenz nas, kto nie przechowywał kurczaka w policzku, niech pierwszy rzuci kamieniem.

– A teraz dwie frytki, ale te większe, w jedzeniu sałatki ci pomogę… Siedź prosto.

Ton odpowiedni. Z wyższością. Patrzcie państwo jak dobrze nasze stado wychowuje swoje młode, które już wkrótce stanie się zdyscyplinowanym członkiem społeczności. Proces wychowawczy przeprowadzamy „na pokaz” jak nasi przodkowie i przodkinie. Wyszliśmy na ludzi? No, wyszliśmy. Klaps jeszcze nikomu nie zaszkodził, tak samo jak bezwzględne upokarzanie dzieci, by wykazać się właściwą postawą stadną. Toczymy wzrokiem, może nie z wyższością, ale poszukując zrozumienia wśród pobratymców, że wychowujemy nasze młode dobrze, skutecznie i widowiskowo. Co sekundę jakaś uwaga wypluwana z ust dość beznamiętnie, z poczucia obowiązku: „weź więcej na widelec, popatrz na dziadka, tak je prawdziwy mężczyzna”. Zaraz się zerzygam. I co wtedy? Co powiedzą temu dziecku? Zobacz, Łukaszku, pani rzyga. A może inaczej: nie patrz tam, Łukaszku, bo pani rzyga. A może obrzucić dziadka, prawdziwego mężczyznę, rybą? Może wtłoczyć mu do tych ust wypluwających wszystkie te bezsensowne „mądrości” przeżutą papkę z frytek i sałatki z wrzaskiem: nażryj się, prawdziwy mężczyzno?

Na dodatek, rodzinka Dyscyplinujących sama zachowuje się jak stado neandertalczyków wysysających szpik z kości mamuta przy ognisku. Babcia, wyciąga łapą z gęby resztki i kładzie je w równym rządku na talerzyku. Pewnie przydadzą się te ości do zszywania skór zwierzęcych. Nic nie może się zmarnować. Mamusia, której spod bluzki widać hektary bielizny, przeżuwa tak głośno, że aż płoszy się pobliskie ptactwo. Zaś dziadek, ach – Proszę Państwa – nasz dziadek, który nosi skarpetki i sandały jednocześnie (ale to przecież w końcu żaden grzech główny, raczej powszedni) napycha jamę chłonącą do tego stopnia, że aż nie może przemielić i dlatego wówczas wlewa w siebie piwo i tym samym prowokuje najsensowniejsze pytanie w tamtej sytuacji: dziadku, a dlaczego trzymasz piwo w buzi zamiast je połknąć?

Pytanie zignorowane, niestety. Zignorowane zgodnie z zasadą Tuwima: „Jak odpowiadać dzieciom na niewygodne pytania”. Łukaszek nie doczekał się odpowiedzi, bo musiał załadować sobie w paszczę kolejny widelec sałatki. Zostanie prawdziwym mężczyzną jak nic. Jeszcze parę lat i da radę.

Na dodatek wszyscy łażą w majtkach. W majtkach, to znaczy w szortach, w gaciach, w spodenkach. Wszędzie, oczywiście poza kościołem. Ulica w dużym mieście, urząd, policja, sklep, muzeum, plaża – bez różnicy. Trzęsące się uda, wielkie kupry, małe kuperki, umięśnione łydki, owłosione, blade, ze śladami pogryzień komarów (drapanymi zawzięcie). Na stację benzynową, o czwartej nad ranem, wchodzi skulone dziewczę w batkach zasłaniających jedynie nieistniejące owłosienie łonowe. Ramionami bezradnie opatula swój brak przyodziewku powyżej pasa. Widoczne są tylko ramiączka stanika i cienki pasek materii, którą wahałabym się nazwać bluzką. Człowiek ma ochotę w przypływie franciszkańskiej miłości zapytać: dziecko kochane, a gdzie masz sweterek? Bandyci cię napadli? Ty w drodze, na stacji benzynowej, bez żadnego wyposażenia dodatkowego? Kto cię pakował? W sumie powinnaś sama, bo wyglądasz na pełnoletnią. Mam ochotę podzielić się z nią moim szalem, ale wiem, że nie przyjmie. Bo przecież chce być elegancka i nieskazitelna – jak zawsze. W klapkach. A nie opatulać się jakimś kocem w kratkę.

A na koniec, proszę mi jeszcze wytłumaczyć, dlaczego pod białą bluzkę bez rękawów (z odsłoniętymi plecami) zakładamy czarny stanik? Proszę o wytłumaczenie natychmiastowe, bo – jak widać – jestem niedoinformowana. Pół Polski tak chodzi, a ja, bidusia, gęś prowincjonalna, przekopuję szafę i zastanawiam się czy obowiązuje zasada kontrastu czy przypadku? Uprzejmie proszę o wskazówki: spod czego może wystawać biustonosz beżowy, a spod czego ciemnoszary z czerwoną koronką. Myślę, że jak poznam tę zależność z resztą sobie poradzę.

W prowincjonalnym miasteczku poznałam pewnego kota. Miał ponurą minę i nie pozwolił podejść do siebie na mniejszy niż cztery metry dystans. Chyba łaskawszy był świstak w Alpach, któremu można było robić zdjęcia z odległości dwóch metrów, a na dodatek ta włosko-autriacka bestia jeszcze kokietowała – wysuwając się z norki, chowając, pokazując wszystkie możliwe profile i łypiąc zalotnie chytrym oczkiem. Wniosek? Prowincjonalny kot z Polski ma ciężkie życie. Chroni się przed nadciągającym butem szybkością, znikaniem w mysiej dziurze. I proszę mi nie mówić o kociej naturze. O nieufności. Bo niedawno poznałam też pewnego kota pod San Remo, który, gdy tylko zobaczył skierowany w swą stronę obiektyw, ruszył raźnie w moją stronę, żeby się popieścić i poczulić. Wywalił brzusio na starych kamieniach pod średniowieczną katedrą, a potem łapką zachęcał do drapania i miziania. W pobliskim okienku piwnicznym leżał sweterek, na którym rozwalało się inne tłuściątko, które nie zniżyło się do poziomu anonimowej turystki, bo było zajęte kontemplowaniem plam światła. Tak, tak, wiem… W Rumunii są głodne i dzikie psy, w Grecji są snujące się na poboczach chude koty. To wszystko wiem – ale jednocześnie zadaję pytanie, dlaczego nie równać do lepszych tylko porównywać się z gorszymi?

I zostawiam Państwa z tymi moimi wakacyjnymi obserwacjami, jak się Państwo domyślają idę przejrzeć garderobę – jak dobrać wystawanie bielizny na dzisiejsze spotkanie (z mą przyjaciółką Moskalką). Do zaś…

Published in: on 08/10/2014 at 11:09  16 komentarzy