Sam, sam, ja zawsze jestem sam, czyli Woland z westernu

zajezdzimy-kobyle-historii-wyznania-poobijanego-jezdzca

Są filmy i są filmy Zanussiego. Ogląda człowiek i się zastanawia, skąd ten nieznośny patos, skąd ten wysoki ton, dlaczego ten najwyższy z możliwych diapazon, a przy tym nuda. Nuda tak wielka, że widz byłby w stanie strzelać kulkami z papieru do obecnych much, że byłby w stanie kontemplować wzorek na tapecie przez trzysta lat, mógłby też usiąść przed pralką i wirujący bęben wprawiłby go w ekstazę i z pewnością byłoby to bardziej interesujące od filmu. Jednak, jak rzekłby Tewje Mleczarz, z drugiej strony, nie znać filmów Zanussiego, to jednak wstyd. Ja wiem, że Obce ciało czy Z dalekiego kraju, to potworna żenada, ale z kolei Struktura kryształu, Iluminacja, Życie rodzinne czy – rzecz jasna – Barwy ochronne, to jest kawał polskiego kina, obejrzeć trzeba. Trudno. Zanudzi, to zanudzi, ale nie ma zmiłuj się.

I tak samo jest z książką Karola Modzelewskiego: Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca. Tu też jest druga strona. Doskonale przecież wiemy, że legenda „Solidarności” jest zbrukana i zbezczeszczona od dawna. Nie ma mitu założycielskiego po 1989 roku. Jedni zostali nazwani zdrajcami, drudzy zwariowali, dezawuując tym samym swe szczytne osiągnięcia. Dlatego też książka Modzelewskiego jest ważna. Uhonorowana prestiżową nagrodą – może być czytana nawet z ciekawości, a to też ma sens. Sama miałam nadzieję, przyznaję, że złudną, iż na jej kartach odnajdę coś, co pamiętam przez mgłę. Jakieś uczucie dumy, dostojeństwa i wspólnoty. No, proszę się nie śmiać, ja właśnie tak pamiętam ten sierpień. A potem następny grudzień, gdy coś mi zabrano, z czegoś mnie odarto. Chciałam odświeżyć swe dziecięce wspomnienia, czy to źle?

W każdej kulturze są opowiadacze i opowiadaczki. W ich ustach, pod ich palcami, każda, nawet najbardziej banalna historyjka nabiera blasku, staje się żywa. Stary człowiek siadał na arabskim suku, za jego plecami siedział wielbłąd, który żuł i popluwał, a opowiadacz kładł na kolanach garść daktyli, zaś przed oczami otaczającej go dzieciarni wyrastały białe, wysokie do nieba minarety i cudowne pałace, piękne kobiety odziane w lekkie szaty i przyozdobione klejnotami tańczyły w marmurowych salach, zaś mędrcy w bibliotekach spisywali dzieje podróżników i zapładniali wyobraźnię kolejnych pokoleń opowiadaczy. Opowiadacze też snuli historyjki o małych chłopcach, którzy stawali się sułtanami, a czasami, pozostawali po prostu chłopcami, ale przeżywali fascynujące przygody. Bardzo mi przykro, profesorze Modzelewski, ale pan nie jest opowiadaczem (może jest pan opowiadaczem bezpośrednim, że żywy kontakt z panem daje to „coś”, ale tego nie wiem). Pan przeżył fascynującą przygodę, nie tylko pan ją widział, ale też kształtował jej fabułę. A opowiada pan tak, niestety, że aż zęby bolą. Strasznie mi przykro, ja naprawdę chciałabym posłuchać PRAWDZIWEJ historii, ale opowiedzianej tak, żebym spać nie mogła, chociaż jestem starą, zmanierowaną filolożką. Żebym znów poczuła tamto…

Najgorsza jest u Modzelewskiego ta potrzeba ciągłej analizy, a raczej autoanalizy. Tak, tak, wiem… Bez analizy faktów naukowiec to frajer- pompka. Ale, na litość bogów Olimpu, nie można warsztatu naukowego stosować w opowieści, bo słuchacze / czytelnicy, będą się czuli jak w trakcie projekcji filmu Zanussiego. Świetna historyjka (a wedle mnie historyjki składają się na historię, na opowieść) o tym hotelu obstawionym przez ZOMO. Wiadomo, że zaraz wszystkich aresztują. Modzelewski idzie do pokoju Mazowieckiego, wszyscy są świadomi tego, że za chwilę wyjdą skuci, a profesor historii spokojnie pyta: który z panów chciałby wziąć prysznic? Nikt? To ja się idę kąpać. O rany, cóż za historia. To jest naprawdę wielkie. I po prostu piękne. A Modzelewski niszczy piękno tego cudownego epizodu autoanalizą: czy na pewno postąpił słusznie, że nie powiedział o tym, o czym sam wiedział, że w więzieniu następna kąpiel będzie dopiero za tydzień, zaś wszyscy zgromadzeni w pokoju mają za sobą cały dzień obrad i są spoceni jak myszy w połogu. A większość z obecnych w tym pokoju nie ma doświadczenia więziennego, zaś Modzelewski na koniec się usprawiedliwia, że w końcu, jako recydywista, ma większe przywileje od gromady żołtodziobów. Ta autoanaliza własnego postępku niszczy całą scenę. To tak, jakby Henry Fonda w Dwunastu gniewnych ludziach, po każdej turze głosowania, na stronie, dzielił się z widzami swoimi przemyśleniami, swoim systemem etycznym i wnioskami dotyczącymi pozostałych przysięgłych. Każda piękna opowiastka Modzelewskiego, a tych jest bez liku, zostaje zniszczona żmudną i nudną autoanalizą w stylu „czy dobrze zrobiłem”. Po szóstym takim wyczynie chciałoby się powiedzieć: nie mam pojęcia, facet, czy dobrze zrobiłeś, ale nie nudź, błagam! Ja rozumiem, że to autobiografia, ale na każdej stronie początek Dzienników Gombrowicza: poniedziałek – ja, wtorek – ja… Inni – a przecież o niektórych już nic się nie dowiemy, bo umarli, potraktowani są zdawkowo. Cienką, aczkolwiek niezbyt staranną kreską. Niedosyt i smuteczek.

Chociaż, były takie dwa momenty, że wypadłam z butów. Pierwszy, niesamowicie dla mnie przydatny. Tak bardzo przydatny, że aż zrobiłam zdjęcie temu fragmentowi tekstu i będę używać go na wykładach  oraz ćwiczeniach. Chodzi o sedno antysemityzmu przedstawione na przykładzie nazwisk: Blumsztajn, Staniszkis i Szeremietiew. Chapeau bas, profesorze. Gracko pan to wyłuszczył. I to sama esencja w jednym akapicie. No, jaka zwięzłość, jaka precyzja. Aj waj, cymes prawdziwy. Drugi fragment, który mnie poruszył do głębi, do gęsiej skórki, to ten ze strony 348 – ten o bohaterstwie. Sedno. Znów precyzyjnie, w kilku zdaniach, a pociągnięte po nerwach, po ścięgnach. Zostaje w człowieku. I tak sobie myślę – więcej luzu, profesorze. Nie tak, jak powinno to wyglądać. Nie tak, że na wysokich koturnach, w których trudno chodzić. Tak –  z serca, tak – z wątroby i z nerek. Tak, jakby pan stał pod prysznicem i se „dupił fleki” do sikającej żony. To nie wykład, to biografia, to jest opowieść.

A tak przy okazji… żona. Jako feministka, nie mogę tu przemilczeć tej wielkiej, męskiej samotności, gdzie jedynie na marginesach pojawia się pierwsza żona, druga żona, która umie robić szkice wykopów i doskonale gotować, trzecia żona – dziennikarka i cierpliwa opiekunka domowego ogniska. Człowieku, obudź się! Żebyś ty mógł być rewolucjonistą i naukowcem, to ktoś musiał zapierdalać. Prać, sprzątać, gotować, wychowywać dziecko. Tak, tak, wiem… a ty w więzieniu. No dobra, trudno – taki los i pewne wybory. Nie chodzi mi o celebryckie zwierzenia. Chodzi o szacunek, chodzi o to, że jak ja jestem naukowcem czy „moja żona jest z zawodu dyrektorem”, to ktoś gotuje, a także pierze majtki i skarpetki. Ja mogę wyjeżdżać na kilka tygodni do Macedonii, wykładać i się bawić, ale w tym czasie, ktoś tam zmienia mojemu kotu żwirek. Ja nie chcę wiedzieć czy pana córka chodziła do przedszkola, czy była w domu, ale chcę wiedzieć, że pan doskonale czuje, a raczej WIE, komu pan zawdzięcza swoją uprzywilejowaną pozycję. Tak, uprzywilejowaną. Naukowcy mogą robić swoje, jeździć na konferencje, jeździć za granicę z wykładami, WŁAŚNIE dlatego, że ktoś po nich na lotnisko wyjedzie, że ktoś im koszulę wyprasuje. A pan, samotny jak szeryf z westernu… Sam, sam, ja zawsze jestem sam –  jak Woland. Szczerze powiedziawszy – gówno nie Woland, niewdzięcznik i tyle. Trzy kobiety na pana tyrały, a każda z nich dostała dwa zdania. Gdybym nie była damą, to bym powiedziała… A, nie powiem. Ale tylko dlatego, że jest pan mniej więcej w wieku mojego taty. I tata nie byłby zadowolony, gdybym w felietonie wyrazów używała. Aleś mnie pan wkurzył. Oszust więzienny dostał własną opowieść na półtorej strony (oczywiście z autoanalizą: a co ja zrobiłem jako senator), a żony… Aleś pan próżny! Aleś pan zadufany w sobie! Fuj!

Natomiast bardzo podoba mi się pryncypializm Modzelewskiego. Pisał czasem coś, co wręcz gorszyło środowisko, ale mówił wyraźnie: „takie są moje obyczaje” i robił swoje. Za to szacun. Serio, bo samam obrzydliwie pryncypialna. I rozumiem, że wartości, że środowisko, ale nie można inaczej, że nie wolno. Czasem człowiek się wygłupi, czasem wyjdzie na Katona. Ale ktoś musi. Taka robota, taki fach. Takie Katonki krótkodystansowe – bez drwiny – w końcu lata były potrzebne dla zburzenia Kartaginy, są potrzebne, bo niszczą dobre samopoczucie. Ktoś się nadyma, pieje, wznosi się na Parnas słowotwórczy, a ktoś taki jak Modzelewski patrzy, czasem zdejmuje sadystycznie kapeć i… pac. Tak trzeba. Musi być wentyl bezpieczeństwa, bo inaczej niektórzy mogliby odpłynąć. Rola niewdzięczna, ale konieczna. I tu też chapeau bas.

Uważam, że Nike się Modzelewskiemu należała. Tak samo jak Literacka Nagroda Nobla Churchillowi. Nie, nie kpię. Naprawdę. Są chwile, gdy trzeba poświęcić literaturę dla honoru. Trudno. Ale czytać się tego nie da.

Reklamy
Published in: on 07/28/2015 at 22:41  6 Komentarzy  

Recenzja, czyli pięćdziesiąt ziewnięć

piecdziesiat-twarzy-greya-b-iext9947775

Nie dałabym rady, naprawdę, ziewałam jak jeż przed hibernacją, chociaż starałam się ze wszystkich sił, nawet znalazłam kopię z rosyjskimi napisami. Potraktowałam to „dzieło” w sposób naukowy, chciałam poszerzyć sobie leksykę, ale… dupa, bulba i kiełbasa, ponieważ dialogi były na poziomie serialu „Chebzie Pyntla 90 210” (przepraszam za dość hermetyczny dowcip, w zasadzie zrozumiały wyłącznie dla mieszkańców Górnego Śląska). Abstrahując od faktu, że film „Pięćdziesiąt twarzy Greya” jest zbiorem patriarchalnych fantazmatów, co chyba nie jest dla nikogo żadną nowością, chciałabym zwrócić uwagę na niezwykłe połączenie kina dla nastolatków z filmem pornograficznym.

Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów z cyklu „Zapiski na pudełku od zapałek” stworzył definicję filmu pornograficznego, którą uważam za niezwykle przydaną. Otóż, włoski powieściopisarz uważa, że z filmem pornograficznym mamy do czynienia wówczas, gdy nie zostają widzowi oszczędzone żadne zbędne szczegóły. Gdy Giulio jedzie na wieczorne figo-fago do Giulietty, to widz ma szansę zobaczyć każdą zmianę świateł w całym Rzymie. W „Pięćdziesięciu…” jest dokładnie to samo. Cała masa zbędnych szczegółów, jak na przykład mieszanie ciasta naleśnikowego czy ciągłe schodzenie po schodach głównej bohaterki, abyśmy dokładnie mogli zapamiętać jej wszystkie kreacje (w tym także falbankowo-fontaziowe, łososiowe też i jeszczcze na dodatek mieszczańskie paskudztwo).

A tak w ogóle, jeśli chodzi o te naleśniki, które bohaterka przygotowuje po upojnej nocy, to ja musiałam skonsultować się z ekspertami. Jeden, czyli Borsuk Wrocławski, mawia, że nie znosi jak mu się dziewczyna po kuchni panoszy. On zaprasza – on szykuje. A nie, że ona zaraz po figlaskach łóżkowych będzie naleśniczki robiła. Bo to jest przerażające. Oznacza, że dziewczyna wije sobie gniazdko, już jej szyją suknię z welonem, w związku z czym uciekać należy. I to szybko. Drugi ekspert powiedział, że nie wie, bo jest feministą, ale wydaje mu się, że w patriarchalnym świecie, to faceci lubią być obsługiwani. Napracował się taki biedaczek w nocy, to by coś wrzucił na ruszt. I dobrze mu z tym, że po kuchni krząta się, na dodatek w jego koszuli (tak, teraz kpię sobie w sposób jawny) kobieta.

A co do tego zaspokojenia, to nie wiem, czy Państwo zauważyli (jeśli, oczywiście, oglądali), że główna bohaterka wije się w każdej scenie łóżkowej, jak jakaś żmija, albo wij stunogi. Pierwszej nocy facet ją raz ciumknął w bark, potem dwa razy pocałował okolice bikini (a następnie dokonał szybkiego zdobycia twierdzy, która do tej pory nie była zainteresowana łóżkowymi zmaganiami), a ona się wije w spazmach. Serio? Serio? To są właśnie te patriarchalne fantazmaty. Ona zawsze się wije, sapie i jęczy. A on ciągle przerywa zębami opakowanie prezerwatyw. Panie, panie… zatrzymaj się pan. A jak pan gumkę przegryziesz, to nieszczęście z tego może być, jakieś weneryczne, albo ciężarne. Ponadto, teraz wszystkie męskie nastolatki będą twierdzić, że prawdziwy samiec i macho, to zawsze zębami te prezerwatywy atakuje. Zaś gra wstępna nie trwa dłużej niż dwa pocałunki w okolicach stringów. Bo na filmie działało. Ludzie, ludzie… Zaraz mi się przypomina pierwszy odcinek „Californication”, gdy Hank, dość dosłownie, pokazywał pewnemu kolesiowi, jak uprawia się seks oralny – to niech młodzież ogląda. I niech się uczy! „Califirnication” też nie lubię”, ale to już inna historia.

Na dodatek miało być, wedle zapewnień głównego bohatera (który, to znów oczywiste, drogi Watsonie, ma specyficzne gusta seksualne, bo miał kłopoty z mamusią, co wyznaje z jakże przewidywalnym smutkiem oraz właśnie w chwili, gdy bohaterka potrzebuje dowodów na to, że mu zależy) BDSM, a jest – bardzo mi przykro to powiedzieć – sado-maso z wyobrażeń kury domowej. Wiązanie pasami i krawatem, pejczyki, czerwony pokój, kostka lodu w pępku, krawacik na nadgarstkach oraz znów wiązanie, ale tym razem sznurkiem. A także klapsiki w pupę. O rany… niech powieściopisarka poczyta markiza de Sade, albo pójdzie na spektakl katowickiej grupy Suka Off, to może się czegoś o seksualności dowie. Brakowało na tym filmie tylko płomienia świecy i tekstu: ufasz mi? Bo, rzecz jasna, pióro pawie było. No, serio. Na łydce było. Banał goni banał. Niestety, nic lepszego być nie może, bo mamy do czynienia z romansidłem dla nastolatek (takim z cyklu Harlequin, albo powieści o hrabinach, w których niedościgłym wzorem jest Danielle Steel). Dziewczyna, jakże zwykła i przeciętna, poznaje JEGO. Bogaty, przystojny, szarmancki, tylko chce lać po pupie paskiem. A jakby mieszkał w przyczepie campingowej i śmierdział oparami z fabryki nawozów, w której pracuje już czwarte pokolenie jego rodziny, to też byłoby fajnie? Gdyby nosił flanelową koszulę w kratkę i był komputerowcem (przepraszam, jadę stereotypem)? Ten krawacik, który bohater wybiera, z jakimż pietyzmem, w pierwszej scenie, zapewnia mu, stale go otaczający nimb tajemniczości i wyrafinowania. Dodaj do tego prywatny helikopter, samochodów w trzy dupy oraz apartament w Seattle, taki, że nawet ma własne schody, a także fakt, że gość gra smutne kawałki na Steinwayu (albo Bechsteinie) i masz wówczas fantazmat nastolatek. On – trudny, skomplikowany, z przeszłością, z którą nie może sobie poradzić, ale którą rekompensują jego uroda i bogactwo. No i to, że CHYBA się zmienia pod wpływem tej jedynej. Zwyczajnej, ale niezwykłej. I ty możesz nią być. Gdy go poznasz, odkryjesz w sobie pokłady niezwykłości. A tak na marginesie, jak facet, który ma być symbolem seksu, może mieć urodę frontmana z boysbandu? Otóż… może, bo mamy do czynienia z kinem dla nastolatek. I kształtujemy ich gust wedle nudnych schematów. A nie mógłby to być Heidegger? W beretce? Arendt poleciała na beretkę, no dobra, przesadzam, chodziło o Byt. Ale, da się? Trochę wyobraźni proszę, no…

W każdym razie, zwykła dziewczyna poznaje niezwykłego. O tak… już pierwsze spotkanie ukazuje jej, że wkroczyła do innego świata (kreacje sekretarek i asystentek w kontraście z jej butami za kostkę). Ona się zmienia. Też zaczyna nosić obcisłe sukienki z suwakiem z tyłu, nawet jej majtki ulegają ewolucji – najpierw nosi, jakże sympatyczną bawełnę, by pod koniec filmu zastąpić ją tandetnymi seledynowymi koronkami. Ona się zmienia. Z prostej i naiwnej absolwentki studiów literatury angielskiej, rzygającej w dżinsowej kurteczce pod pubem, zmienia się w świadomą kobietę. Tak właśnie, wedle patriarchalnych schematów, wygląda dojrzewanie kobiety. Parę klapsów w dupę i trochę sukienek z lepszych sklepów. Pierwsze wydanie powieści Hardy’ego odeszło jak wspomnienie po błonie dziewiczej. I na cholerę jej te studia, skoro jej wiedza o życiu, o stosunkach międzyludzkich są tak naiwne jak myśli czterolatki po lekturze „Franka” Konopnickiej?

Na dodatek ona jest dziewicą, a on – oczywiście – rzuca tekstem: gdzie byłaś do tej pory? Przepraszam, że tego nie skomentuję, albo nie… A co mi tam! Za ten tekst, to należy się powieściopisarce lanie. Ale nie jakieś fiku-miku z pejczykiem, ale solidne razy kablem od żelazka. Nie popieram przemocy, ale w tym wypadku lałabym bez litości. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo tak! Bo nie znoszę fantazmatów, bo nie znoszę patriarchatu.

Kiedyś, na moim profilu facebookowym, pojechałam ironią komentując popularność tej książki i filmu. Jeden z komentarzy pod tym postem był o zaufaniu, uczuciu i przekraczaniu granic. To właśnie robi z kobiet patriarchat. Właśnie to! Że wierzą w te wszystkie brednie o pejczu na dupie powiązanym z uczuciem. Może nie jestem dobrą widzką tego filmu, bo nie przepadam za bólem: moja dentystka powiedziała, że nie mogłabym w czasie okupacji należeć do żadnej organizacji podziemnej, bo wyśpiewałabym wszystko to, co wiem i czego nie wiem, wystarczy, że pokazaliby mi strzykawkę. Ale to chyba nie ma nic do rzeczy. Ten film wzbudza we mnie obrzydzenie, takie estetyczne – poczynając od kiepskiej fabuły (jak wspomniałam wcześniej – pornograficznej), a kończąc na fantazmatach czyniących szkodę zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Na dodatek to jest taka powiastka z cyklu: jak mały Jasio wyobraża sobie BDSM. Nie znoszę braku wyobraźni. Jej brak obraża moje uczucia filologiczno-estetyczne. Te feministyczne (w tym konkretnym przypadku) też. Pomieszanie męskich (patriarchalnych) stereotypów, z wyobrażeniami nastolatek o wielkiej, fascynującej i porywającej, pochłaniającej miłości są rzygawiczne. Mogłabym zarzygać tym wszystko, tak samo, jak główna bohaterka zarzygała drogie buty Greya, swoje ciuchy i pół ulicy (ten fragment akurat mi się podobał: drogie nastolatki nie pijcie alkoholu, bo to się właśnie tak kończy).

Teraz czas się zmierzyć ze „Zmierzchem”. Tym razem idę na całość. Zamierzam oglądać z macedońskimi napisami, albo lektorem, bo – jak znam życie – to inaczej nie dam rady. Wytrzymałam, co prawda, trzydzieści odcinków tureckiej telenoweli z macedońskim lektorem, o przystojnym Onurze z branży obuwniczej (nie wiem, czy tam pracował, ale wiele scen rozgrywało się w sklepie z butami) oraz piękniej Siekierezadzie, ale nie wiem czy dam radę w przypadku amerykańskiego drewna aktorskiego. Trzymajcie za mnie kciuki.

Published in: on 05/01/2015 at 21:58  21 Komentarzy  

Jak myć sałatę lodową, czyli: twoje życie już nigdy nie będzie takie samo…

salata_lodowa

„Czy i jak myć kapustę pekińską? Mam dylemat” – po takich słowach usłyszanych w internetowym filmiku robi się poważnie. Przecież „dylemat” według Słownika języka polskiego to:

  1. «problem, którego rozwiązanie polega na trudnym wyborze między dwiema tak samo ważnymi racjami»;
  2. «wnioskowanie, w którym oprócz dwóch zdań warunkowych jako trzecia przesłanka występuje zdanie alternatywne».

Myć albo nie myć? „oto jest pytanie:

Czy szlachetniejszym jest znosić świadomie

Losu wściekłego pociski i strzały,

Czy za broń porwać przeciw morzu zgryzot” – czy myć sałatę lodową, porwawszy się na bój wielki, na miarę epopei, czy też olać sprawę i żreć brudną, ze ślimakami i wszelakim paskudztwem. Czy zanurzyć się w abnegacji, niechlujstwie i bakteriolubstwie? Czy przepasawszy swe lędźwie odegnać w kąt brudne myśli i szorować, szorować, aż do utraty tchu? Jeśli dylemat dotyczy mycia lodowej sałaty, to jakież problemy muszą się piętrzyć przy kąpieli wodnej truskawek, sparzaniu szpinaku, płukaniu ziemniaków i chlapaniu pietruszki? Wyjdźmy jednak z kuchni, bo jeśli tam, w przestrzeni swojskiej i bezpiecznej czają się dylematy na miarę Hamleta, to co dzieje się w innych sytuacjach? Jak przejść przez ulicę? Jaką odmianę ziemniaków kupić na obiad? Jakie skarpetki dziś założyć? Tequila czy czysta wyborowa? Fikuśny biustonosz typu „bardotka” czy mocno zabudowany, z szerokimi ramiączkami i przaśnie beżowy?

A co będzie, gdy dotrzemy na krawędź świata postawiwszy wiekopomne pytanie: cappuccino czy latte? Zgroza ogarniać zaczyna, bo już za rogiem czai się następne: czerwone czy białe wino do obiadu? Państwo myślą, że to może coś łatwego? A jeśli na obiad są nóżki gęsie? A co, jeśli placki ziemniaczane, albo też kaszanka otoczona wianuszkiem spieczonej cebulki? Odpowiedzcie, cwaniaki!

Okazuje się jednak, że moje kpinki trafiają kulą w płot, bo prowadząca program internetowy uznaje ów „dylemat” za ważny i zasadny, bo następnie, przez siedem minut, wyjaśnia dokładnie, z pietyzmem, że mycie kapusty pekińskiej jest złożoną i ważną czynnością. Jakże teraz mi wstyd, że nigdy nie potraktowałam tych warzyw z należytym szacunkiem, nie oddałam bogu, co boskie, a jarzynom tego, co zaiste jarzynowe.

Wujaszka Wani już nie będziemy pytać jak żyć, ale raczej: „jak myć” – co prowadzi nas dość prostą (wreszcie coś łatwego, niezłożonego) drogą do stwierdzenia, że o ile w dziewiętnastym wieku istota bytu była jeszcze porywającą, o tyle, w pierwszym piętnastoleciu wieku dwudziestego pierwszego wracamy do prostych czynności, by je, no właśnie: uwznioślić, doprowadzić do perfekcji czy może przez nie, albo dzięki nim raczej dojść tam, gdzie jeszcze nie dotarł żaden człowiek.

Gdy Wiesław Myśliwski zadaje nam pytania o istotę przeszłości w Traktacie o łupaniu fasoli:

jak silnie związani jesteśmy z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślonej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a co jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia, a wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą. Przeszłość drogi panie nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi

to jest w jakimś innym miejscu, niż ci, których sensem życia jest jakość mycia kapusty pekińskiej? Może ich też ta czynność zaprowadzi w rejony odległe, nie tylko pozwoli przywołać wspomnienia, ale też sprowokuje do odczytania ich ukrytej natury? Czy można tak łatwo odrzucić internetowy poradnik dotyczący mycia i suszenia sałaty lodowej? I tej kapusty pekińskiej? A ja już biegnę wyobraźnią w stronę modrej kapusty, roszponki, rukoli… Czy umiejętności nabyte w trakcie oglądania internetowego filmiku przełożą się jakoś na inne kapustowate, kozłkowate czy astrowate? A może temu poświęcony będzie kolejny filmik? Cedzenie makaronu – następny. Kolejne będą o czyszczeniu butów, wiązaniu sznurowadeł i odczytywaniu położenia wskazówek zegarowych.

Ostatnio dowiedziałam się od studentów, że istnieje program, w którym ludzie znani z tego, że są znani skaczą do wody. Abstrahując od faktu, że to dość niebezpieczny sport dla początkujących, może tak lepiej zabraliby się za wyścigi w workach (ale na miękkiej trawie), to ja mam głupie pytanie: kto to ogląda? Jak będę chciała skoczyć, albo zobaczyć jak wyglądają skaczące do wody np. Króliś, albo Dżejdżej, to zaproszę je na basen i powiem: chybajcie z tej wieży, cholery, bo chcę się pośmiać. Załóżmy. Po co mam oglądać jakąś serialową gwiazdkę jak skacze do wody? Po co? A może dobrze, że skaczą? Może to się jakoś złoży w finał przypadający w Dniu Darwina i łączący się z wręczaniem nagrody imienia tego uczonego? To miałoby sens.

Jednak nadal nie rozumiem: dlaczego mam oglądać program, w którym ludzie skaczą do basenu? Tak samo, jak nie widzę sensu oglądania programu, w którym dowiem się, jak myć sałatę lodową. Bo zamiast oglądać mogę ją po porostu umyć. A jeśli liście będą wilgotne, to mam w domu ściereczki lniane i płócienne (dodam, że nie mam suszarki do sałaty, chociaż wiem, że takie coś istnieje). Może szukam logiki tam, gdzie jej nie ma? Może chodzi po prostu o skakanie do wody? Ssaki żyją dzięki bodźcom. Czym lepsze moje bodźcie np. lekturowe, albo podróżnicze? Kto powiedział, że Biskupin jest ciekawszy od skakania do wody? Dlaczego Europejski Szlak Gotyku Ceglanego, a nie skoki do kisielu? Dlaczego fotografowanie drzew, a nie selfie? I to jeszcze z dzióbkiem! Może rzeczywiście mycie sałaty tworzy dylematy? Jeśli jej perfekcyjne przygotowanie staje się celem? Zaraz przypomina mi się Nowy wspaniały świat i tekst: „Fizyczne niezaspokojenie może spowodować rozrost aktywności umysłowej” – i już mamy rozwiązaną tajemnicę celebryckich skoków i prysiudów. A jak sobie przypomnę: „Uwielbiam nowe ubranka. A stare ubranka są brzydkie. Zawsze wyrzucamy stare ubranka. Lepszy nowy wzór niż łatanie dziur. Dużo łat nędzny świat” – to zaraz lepiej rozumiem te wszystkie dylematy związane z myciem kapusty. Pamiętam jak czytałam po raz pierwszy Huxleya, wówczas myślałam, żyjąc w PRL-u, że ta powieść dotyczy mnie. Tam i wówczas. A teraz myślę sobie, że czas przeczytać ją jeszcze raz. Tu i teraz, żeby jeszcze raz poczuć dreszcz przy słowach: „Wszelkie warunkowanie zmierza do jednej rzeczy: do sprawienia, by ludzie polubili swe nieuniknione przeznaczenie społeczne”. A więc na zawsze pozostanę w kręgu antyutopii Huxleya? Codziennie się budzę, niezależnie od ustroju i widzę, że znów się w niej znalazłam? Bez względu na to czy stoję w kolejce po papier toaletowy czy też znajduję w Internecie film o myciu kapusty.

„Wolność jest nieefektywna i przykra. Wolność to okrągły kołek w kwadratowej dziurze” – no właśnie. Zastanawiam się czy w pojemniku na warzywa mam coś do umycia. Znajduję tam zwykłą sałatę i resztkę kapusty pekińskiej. Mam dylemat. Co umyć?

Published in: on 04/07/2015 at 06:25  2 Komentarze  

„Ida”, czyli jak doprowadzić Pawiana do białej gorączki

ida_fr-2

To trzeba było zobaczyć. No trzeba. Bo, z jednej strony, krytyka się zachwyca, z drugiej zaś mowa jest o antysemickich stereotypach. Film dla Pawiana. No tak, ale o czym jest ten film? Gdybym była złośliwa, to stworzyłabym nadinterpretację, której centrum dotyczyłoby bezduszności katolickiego wychowania, które niszczy duszę i pozbawia człowieka indywidualności, jakichkolwiek emocji, zdolności przeżywania. Ale nie jestem złośliwa i nie znoszę nadinterpretacji.

Antysemickie stereotypy to najmniejszy problem tego filmu. Przepraszam, ale ja jestem z tymi stereotypami „za pan brat” i może dlatego już nie robią na mnie wrażenia. Wyłącznie nudzą i powodują zniecierpliwienie. Podpisuję się wszystkimi kopytkami pod przeczytanym ostatnio na żydowskim forum hasłem, że zamiast Żyda z pieniążkiem, jakże popularnego w polskich domach, oprawcie se własne zdjęcie z pieniążkiem w dupie i będzie git. Doskonale wiem, że filmowa żydokomuna prokuratorsko-sędziowska jest tak nudna, że aż piszczy, ale, w kontekście całego obrazu, ciotka (odtwarzana przez Agatę Kuleszę), to i tak najmocniejszy punkt tej produkcji.

Przyznam się, że głupio chichotałam przez całą drugą połowę filmu. Za sprawą jednej sceny. Agata Kulesza ogląda ocalałe zdjęcia rodzinne. Wśród przodków… Irena Sendlerowa. Serio, serio. Proszę zwrócić uwagę, na fotografię kobiety umieszczoną w kadrze przez Kuleszę po lewej stronie. Słynne zdjęcie Sendlerowej, to z koroną upiętą z warkocza. Sądzę, że Katarzyna Sobańska, odpowiedzialna za scenografię, wklepała se w Google „pictures” i „Jews” a potem wybrała te obrazki, które jej się najbardziej podobały. W tym Irenę Sendlerową. Brawo pani Katarzyno. Pani wiedza jest powalająca. A może chodziło o to, że chłop, który nie zabił Idy i zaniósł niemowlę do księdza był Ireną Sendlerową w przebraniu, Ups… Brakowało jeszcze, wśród tych fotografii, Martina Luthera Kinga, Mahatmy Gandiego i Matki Teresy z Kalkuty. Byłby komplet. Jak mogę oglądać film i być poważną, gdy jego twórcy nie są poważni? Nie szanuję mnie jako widza. W zasadzie, mają centralnie w dupie, moją wiedzę o Zagładzie. Dzięki. To naprawdę miłe, wiedzieć, że filmy kręci ktoś, kogo nie obchodzę. I nie obchodzi go też fakt, że robi coś złego. Obnaża swoją niewiedzę, a wraz z nią, swój stosunek do tego trudnego tematu. Po cholerę się brać za temat, na który się nic nie wie? Nie wie się nawet, kim była Sendlerowa. Bieruta tam trzeba było wsadzić, bo Gomułka na ścianie wisiał (w jednej scenie). A może Jezusa? Przynajmniej by pasował. Semita w końcu.

I niech mi nikt nie mówi, że to jest „oko” do inteligentnego widza. Takie porozumiewawcze, że nie tylko byli ci Polacy, którzy zabijali, ale też ci, którzy ratowali. Może, gdyby ta scena miała inną wymowę, to bym się nie czepiała. Ale się czepiam. Mówię po prostu, że użycie zdjęcia Sendlerowej dyskwalifikuje cały film. Przykro mi. Gdyby nie Agata Kulesza, która robi, co może, to bym wywaliła „Idę” do pieca kuchennego. I tyle.

Brak dbałości o szczegóły zabija cały film. Z mojej perspektywy zawodowej ciągle łapię, głownie scenarzystę i scenografkę, na takich dupsach, że aż piszczy. Nie będę Państwu wszystkich tu wywalać. Proszę obejrzeć, a nie sugerować się zdaniem śledzienniczki, której się nie spodobało.

Mamy w naszej literaturze masę takich jak „Ida” historii. Dobrze opowiedzianych, dramatycznych, ściskających za gardło, pozbawiających tchu, snu i dobrego samopoczucia. A za granicą będzie nas reprezentować historyjka pusta, nic nie warta, nudna. Szkoda, naprawdę szkoda. Bo już czas, żebyśmy wreszcie nadpisali miejsca puste w naszej historii. Opowiedzieli je sztuką. Ukazali nasz, już dojrzały, stosunek do przeszłości. Tak jak to było w przypadku „Rewersu”, „Pokłosia”, „Róży” czy „Różyczki”. W przypadku „Idy” się nie udało. A szkoda, bo ta osadzona na stereotypach historia ma potencjał. Tylko, że to jest jak w starym żydowskim dowcipie, którego pointa brzmi: „Ale, ale… ten dowcip, to trzeba umieć opowiadać”. Łączę wyrazy, różne wyrazy – zniesmaczony Pawian.

irenamloda

Published in: on 12/29/2014 at 19:39  7 Komentarzy  

Alternatywy 4 nieustannie, czyli absurdy z okopów

images

Czytam sobie artykuł na portalu „Deon”, a tam cytat: „Organizowane w całym kraju, w ostatni wieczór października Noce Świętych cieszą się coraz większą popularnością. Według duchownych, są nie tylko alternatywą dla Halloween…”. A dlaczego muszą być alternatywą, dlaczego znów trzeba się okopywać w twierdzy „Albo-albo”. Żeby było jasne, Za Halloween nie przepadam, szczególnie za tą częścią z dziećmi ganiającymi po blokowisku w poszukiwaniu cukierków. Czym innym jest dzielnica domków jednorodzinnych w USA, gdzie wszyscy się znają, gdzie rodzice latają wokół swych pociech, też przebrani, a czym innym wyprawa do zawsze pijanego sąsiada z czwartego piętra. W małych miasteczkach i wsiach, proszę sobie latać do północy. Wtedy to bym może nawet jakieś słodycze kupiła i rozdawała, niech się dzieciaki cieszą. A jak ludzie chcą, to niech mają „Noc świętych”. Też ładna inicjatywa. Mogłaby przypomnieć wszystkich tych świętych, którzy nieobecni, gdzieś tam zmarginalizowani przez pochód dziejów. Sama bym mogła opowiedzieć na pobliskim skwerku historię świętego Nauma Ochrydzkiego, albo świętej Petki, a że (nie chwaląc się) opowiadam całkiem składnie, myślę, że staruszki z mojej dzielnicy byłyby głęboko zbudowane taką fabułą.

Dlaczego musi być alternatywa? Nawet w kwestii świętowania? Oczywiście, zajmowanie przestrzeni symbolicznej jest ważne. Jednak, jeśli ktoś myśli, że w dzisiejszych czasach da się zapanować nad gromadą, niepodzielnie sprawować rząd dusz – to się myli. Jedyne, co się wydarzy, to kolejne okopy, w jednych będą stali ci z dyniami, w drugich – ci z atrybutami świętych. Nota bene, gdyby zacząć od samego początku, jedni i drudzy, tak samo śmieszni. Szukający, tak samo, jak ich jaskiniowi przodkowie sensu w śmierci, zabezpieczający się przed niepewną przyszłością. Halloween równie pochodzi od najeźdźców kulturowych, jak i ci święci. Mówienie o własnej tradycji, gdy się stoi w szatach biskupich np. takiego Cyryla z Aleksandrii, jest naprawdę śmieszne. A ponadto żałosne to jest. Trzeba stworzyć alternatywę dla Halloween? A po co? Bo ktoś czuje się zagrożony? Bo musi pokazać, że jego święto lepsze? Ludzie, zaraz mi się przypominają dwie procesje ze świętym Antonim (opisywane przez Axela Munthe), które kłóciły się, czyj święty Antoni jest lepszy i który z nich daje więcej łask lokalnym społecznościom. Co z kolei mnie prowadzi, do jakże modnych ostatnio kalendarzy adwentowych – pomysł stosunkowo świeży, pochodzi z XIX w. a wymyślili go niemieccy luteranie. I co teraz?

Stoimy na grobach naszych przodków. Nie posunę się do stwierdzenia, że jesteśmy karłami stojącymi na ramionach gigantów. Jednak stoimy, brodzimy po szyje w kościach. Jedne z nich należą do Słowian, inne do Ormian, Tatarów, Żydów, a wybierzcie sobie, co chcecie. Do wyboru, do koloru, do religii, do obyczaju. Gdzieś tam, na samym końcu tego pochodu wyłania się mój przodek padlinożerca, któremu pewnie pod czaszką też dymiło i kwiatki na kościach układał, bo go przerażał fakt śmierci, jej nieuchronność. Wierzył (kiepsko, bo mu się synapsy dopiero układały – pozwólcie Państwo na taki żarcik), że tak nie może przecież być. Że musi być coś więcej. A teraz alternatywa, święty Hieronim dobrze, dynia – źle. A święty Eustachy z dynią pod pachą? Przeminiemy, przeminiecie, a kiedyś, te rytuały religijne też będą równie martwe jak ta dynia. Umrą jak umarł Zeus, jak umarła Izyda. Pojawią się, w jakiejś wykoślawionej postaci, o której nie będziecie (nie będę) mieć pojęcia. Bo będę martwa jak papuga ze skeczu Monthy Pytona. Wy też będziecie martwi. Czasu jest mało. A teraz nie szkoda czasu i atłasu na popierdółki związane z tworzeniem alternatywy? Niech każdy świętuje wedle własnego uznania. Jest tyle tradycji do wyboru, tyle kultur, z których każda w jakiś sposób radziła sobie z własną śmiertelnością, z własnym strachem. Rozumiem, że tu i teraz jest ważne, że zdobycie rządu dusz jest priorytetem, ale… umrzecie jak Kenny McCormick w serialu „South Park”. Nieodwołalnie. To nas wszystkich łączy. Mnie tam szkoda czasu na tworzenie alternatywnych porządków. Bo umieram… Po prostu. Tak jak i ty.

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,20409,noc-swietych-alternatywa-dla-halloween.html

Published in: on 11/02/2014 at 11:41  15 Komentarzy  

Zostawcie Titanica, czyli falliczne facecje

titanic-bow-615

 

Zostawcie Titanica!

Nie wyciągajcie go!

Tam ciągle gra muzyka

I oni tańczą wciąż           

(Lady Pank)

Mój znakomity przyjaciel i bezpośredni szef stworzył kiedyś powiedzonko, które do dziś jest obowiązujące wśród południowopolskich literaturoznawców: „po czym poznać prawdziweg macho? Wyciąga fallusa i twierdzi”. Któż z nas nie słyszał tego gromkiego pobrzęku (można by rzec: chujowego pobrzęku) wśród rodzinnej czy służbowej porcelany niech pierwszy rzuci kamieniem. Czy Państwo zauważyli, że w tym wojowniczym potrząsaniu atrybutami męskości parę rzeczy i kwestii jest symptomatycznych? Na przykład to, że taki samiec alfa nigdy nie przeprosi. Nigdy, choćby wina była ewidentna. Tchórzliwie przerzuci odpowiedzialność na kogoś innego, zacznie bredzić, że żartował, obrazi interlokutora, jak będzie mógł to pobije, ale… nie przeprosi. To jakaś hańba by była, to jakaś ujma na honorze (pewnie z pięć milimetrów mniej), jego splamienie aż po siódme pokolenie, a to tylko jedno malutkie słowo: przepraszam.

Ziemkiewicz pojechał, pojechał jak Chinka po bandzie w Turynie, napisał, że normalne jest wykorzystanie seksualne nietrzeźwej kobiety („No cóż, kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej niech rzuci pierwszy kamień…”), potem próbował coś mówić o odpowiedzialności zbiorowej, że dużo facetów w jego pokoleniu ma za sobą takie doświadczenie. Potem twierdził, że żartował. Opowiadał też o jakimś kaszalocie, tego fragmentu akurat nie zrozumiałam za dobrze, chciał jakieś zwierzę o gwałt oskarżać, czy coś takiego – chyba Irasiad był tego dnia bardzo zdenerwowany, bo z logiką wypowiedzi za dobrze nie było. A może to jakaś trauma z młodości? Jego zgwałcili jak popił, to on gwałcił będzie z zemsty? Nie wiem. Zobaczyłam też, iż pisarz raczył ironizować, że używał języka biblijnego w jakimś celu, a nikt nie zauważył. Biedny Ziemkiewicz, takie społeczeństwo głupie. On złotousty, a wokół niego wieprze, przed które on rzuca perły swych słów. No cóż, mogę tylko – pełna współczucia i miłosierdzia – napisać, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. W sumie – wystarczy wyjechać. A jak te wszystkie wyznania Ziemkiewicza nie ostudziły lewackiej rozjuszonej hordy, to on sam ruszył do ataku („Teraz mamy dewoty nieheteronormatywne. Takie niedopchnięte dewoty, stare i młode feministki. ZMP-ówy, które nadymają się ‚co on powiedział’, ‚jak on mógł’, ‚to uprzedmiotawia kobietę’. Tak jakby urżnięcie się nie uprzedmiotawiało mężczyzny. Jeżeli ktoś ma odrobinę rozumu, to stwierdzi, że w każdym sensie miałem rację”).

Byłam już lewactwem, prawactwem, niedopchniętą (niedorżniętą) feministką, Żydówą, katolicką cipą, a nawet bywałam zwykłą kurwą, jak brakło innych argumentów, ale nie byłam jeszcze nieheteronormatywną dewotą. ZMP-ówą też nie byłam – w sumie, to jakby się nieco wyklucza, ale nie bądźmy upierdliwi. No, zapiszmy to do notesika, który otwieram w chwilach największej deprechy i rechoczę wówczas jak stare żabsko, a potem róbmy swoje. Babcia Marianna mawiała, że jak ktoś cię zaczyna obrażać, to po pierwsze pokazuje poziom wychowania jakie wyniósł z domu, a po drugie – pokazuje, że jest słaby. Babcia dodawała również, że w takich sytuacjach należy powiedzieć: „przepraszam, ale ja w takim tonie rozmawiać nie będę”. Co niniejszym czynię, bo już zamknęłam notesik z oblegami.

Zostawcie Titanica!

Nie wyciągajcie go!

Tam ciągle gra muzyka

A oni w tańcu śnią

Jak już zamknęłam notesik, to podzielę się z Państwem pewną refleksją, a nawet – przecież Państwo mnie znają – kilkoma. Otóż, po pierwsze zastanowiła mnie kwestia, iż pisarz i dziennikarz tak niewprawnie posługuje się językiem ojczystym. Bo, wedle mojego ukochanego słownika, słowo wykorzystywać oznacza:

  1. «użyć czegoś dla osiągnięcia jakiegoś celu, zysku»;
  2. «posłużyć się kimś, aby zrealizować własne cele»;
  3. «o mężczyźnie: uwieść kobietę».

O znaczeniu trzecim w tym momencie mówić nie można, bo seks z nietrzeźwą nic nie ma wspólnego z zachwytem, wzbudzaniem pożądania czy zwykłym mamieniu pochlebstwami (tu też kieruję się słownikiem). Jeśli mówimy o znaczeniu pierwszym, oznaczałoby to, że Ziemkiewicz traktuje kobiety jak „coś”. Pijana kobieta została użyta do zaspokojenia potrzeb seksualnych, tak jak na przykład skrobaczka do obierania ziemniaków. Jeśli mówimy o znaczeniu drugim – to posłużono się pijaną kobietą by zaspokoić własne potrzeby seksualne. Można posłużyć się w tym celu kobietą, można ręką – to drugie wyjście jakoś uczciwsze, nieprawdaż? Skoro już musimy się posługiwać… Mnie tam nigdy seks się nie wiązał z posługiwaniem kimkolwiek. W każdym razie, to wszystko na swym twitterze Ziemkiewicz nam objawił. Pisarz i dziennikarz dodał, że jego twitt był niewinny. I tu znów, ja wolę „Słownik języka polskiego”, a Ziemkiewicz jakieś tam miazmaty własnej wyobraźni. Ja jako niedpochnięta dewota, wolę tarzanie się w rozpuście, zaś Ziemkiewicz lubi posługiwać się kimś / czymś. Współczuję. Naprawdę współczuję. Teraz chyba stają się zrozumiałe te frustracje seksualne. Ta mściwość jakaś taka potworna, ta złość wobec kobiet, pogardzanie nimi… Gdybym była wredną ZMP-ówą, to bym powiedziała, że ludzie z nieudanym życiem seksualnym mają nagromadzone takie wielkie pokłady nienawiści do świata w sobie… Ale tak nie powiem, bo jestem damą.

Cała sprawa z niefortunną (tak, jestem złośliwa) wypowiedzią Ziemkiewicza, mogłaby się skończyć w ciągu jednego dnia, gdyby powiedział: przepraszam. Przepraszam – byłem zły, przepraszam – wymsknęło mi się, przepraszam – przesadziłem. Ale nie, facet leci dalej, rzuca obelgami – pewnie nie mam rozumu, ale nadal uważam, że nie dość, iż pisarz nie ma racji, to jeszcze się pogrąża, pokazując poziom dyskursu do jakiego z pewnością jest przyzwyczajony (skoro tak dobrze mu idzie z przymiotnikami, np. niedopchnięta) i obnaża mielizny oraz miałkość, o które do tej pory go nie podejrzewałam, pewnie nie tylko ja.

Zignorować nie wolno, bo to jest przyzwolenie społeczne. Jeśli zignorujemy wypowiedź Ziemkiewicza, to tym samym przyznamy mu prawo do takiego dyskursu. Dyskursu nienawiści i przemocy. Jednakże, z drugiej strony… Skarćmy, a następnie pomyślmy tak: niech śni swój piękny sen o prawdziwej męskości. Niech gada te falliczne facecje. Niech tłucze filiżanki swym twierdzeniem, bowiem: Cuilibet fatuo placet sua clava, co oznacza, że głupcowi podoba się jego pałka. I pozwólmy śnić pisarzowi jego sen, sen o wielkości.

Niezatapialnie śnią

Nieosiągalnie śnią

Nieosiągalny, niezatapialny sen

Zdjęcie ze strony: http://ngm.nationalgeographic.com/2012/04/titanic/sides-text

Published in: on 09/25/2014 at 04:38  12 Komentarzy  

Cura te ipsum czyli kuro lecz się sama… rosołem

egzorcysta

 

A jeśli Jezus chce, żebym umarła? A jeśli Jezus chce, żebym przeniosła się do lepszego świata, podążała ku zbawieniu? Abstrahując od faktu, że ja CHCĘ eutanazji, deklaruję – że jakby co – to ja nie tylko uprzejmie proszę, ale wręcz żądam i wszystkim, którzy mają inne zdanie, kij w oko. Tylko nie rozumiem, co komu do tego, czego ja chcę? Moje ciało, a nie Boga, moja decyzja, a nie bytu wymyślonego. I jak będę w wielkiej potrzebie, takiej największej, to niech bogowie olimpijscy mają mnie w opiece, błagam, żebym nie trafiła na katolickiego popaprańca, który lubi patrzeć, zboczuch jeden, na ludzkie cierpienie. I niech mi nikt nie wyjeżdża z tekstem, że nie wiem, co mówię. Doskonale wiem, proszę mnie nie traktować jak dziecka, jak kogoś, kto nie może podejmować decyzji. Właśnie tę jedną decyzję, nie tylko mogę, ale mam niezbywalne prawo, żeby podjąć, I tego chcę, bo wiem, czego oczekuję.

Na przełomie marca i kwietnia 2005 r., w odstępie kilku dni zmarły dwie osoby. Jedną z nich była Terri Schiavo, drugą Jan Paweł II. W przypadku papieża, który odmówił leczenia, mówiono o godnej śmierci, przytaczano ze wzruszeniem i szacunkiem jego ostatnie słowa („Pozwólcie mi iść do domu Ojca”), będące, być może, prośbą skierowaną do lekarzy. W przypadku śmierci Terri dość często padały oskarżenia o morderstwo dokonane w świetle prawa. Dwa lata po jej śmierci, nawet już po ogłoszeniu wyników sekcji zwłok, które powinny chyba pomóc w zakończeniu całej dyskusji, w specjalistycznym polskim serwisie internetowym („Medycyna Praktyczna” 2007/1) ukazał się tekst dr. Andrzeja Musiała, który kończył się następująco:

Nie można jednoznacznie stwierdzić, że stan wegetatywny Terri Schiavo był całkowicie nieodwracalny; zdarzały się bowiem wybudzenia z takiego stanu, opisane w medycynie przynajmniej w kilku przypadkach. Powyższe wnioski powinny być uwzględnione w dalszej dyskusji nad ewentualną kwestią zalegalizowania eutanazji w Polsce. Z przeprowadzonej analizy casusu Terri Schiavo widać, że wiele argumentów, które przytacza się szczególnie w prasie i telewizji, a które miałyby usprawiedliwić eutanazję jako <<godną i dobrą>> śmierć, nie ma uzasadnienia w rzeczywistości, ale jedynie służy do przeforsowania subiektywnych zamierzeń i przekonań.

Nie mam pojęcia, jak Terri miała się wybudzić, skoro jej mózg nie pracował (sekcja ujawniła, że ważył jedynie połowę średniej masy tego narządu, jednakże nie to w wypowiedzi lekarza jest najważniejsze. Znacznie istotniejsze jest autorytatywne stwierdzenie, co należy uważać za właściwe, dobre i etyczne. Gdy przyjrzymy się dokładniej okolicznościom śmierci Amerykanki i Polaka dość szybko zauważymy, że współczesna dyskusja o eutanazji często opiera się właśnie na autorytatywnych stwierdzeniach , których podstawą jest dyskurs stricte religijny. Oczywiście trudno porównywać dwa przypadki śmierci, bo w jednym przypadku mieliśmy do czynienia z bezspornym wyrażeniem woli, w drugim zaś tylko z zapewnieniami męża o woli samej Terri, jednak nasuwa się pytanie: dlaczego w jednym przypadku mówimy o godności, wyborze i poddaniu się woli boskiej, w drugim zaś – o zanegowaniu tejże woli, o nadużywaniu prawa itp. Oczywiście, w tym miejscu katoliczka, czy katolik powiedzieliby mi, cytując chociażby wypowiedź prof. PAT dr hab. Tadeusza Biesagi SDB, wykładowcy w Katedrze Bioetyki Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, że („Medycyna Praktyczna” 2005/11):

O ile to możliwe, należy wyraźnie odróżniać uśmiercanie z litości (czyli eutanazję) od rezygnacji z uporczywej terapii. Przeciwstawienie się eutanazji nie jest zatem opowiedzeniem się za stosowaniem nadzwyczajnych, nieproporcjonalnych środków terapeutycznych, za podjęciem uporczywej, bezowocnej terapii.

Czuję swąd relatywizmu, tak ochoczo potępianego przez katolickich hierarchów. Jeśli dobrze rozumiem różnicę w świetle etyki chrześcijańskiej, to w przypadku śmiertelnej choroby Karola Wojtyły mieliśmy do czynienia z rezygnacją z uporczywej terapii, zaś w przypadku Terri – odłączenie sztucznego odżywiania było eutanazją. Papież nie dostał kolejnej kroplówki – jednocześnie wszyscy z jego otoczenia, zebrani wokół łóżka, nie przeżywali żadnego konfliktu teologicznego i etycznego – zaś rozhisteryzowani dziennikarze mogli ze łzami w oczach mówić o jego godności i człowieczeństwie. Terri, która nie mogła się wypowiedzieć sama, umierała przez wiele lat, odłączana i podłączana na powrót do aparatury (trzykrotnie), a świat wokół niej dyskutował, czy to jest godne, słuszne i sprawiedliwe, bo życie jest święte, bo zabijać nie wolno, bo cierpienie uszlachetnia…

Większość komentatorek i komentatorów lojalki zwanej „Deklaracją wiary w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej” odnosi się do rozrodczości, ale to już i tak mamy załatwione (że się tak wyrażę: „na amen”)  ustawą antyaborcyjną, w związku z czym… nie dziwi nic, ale ja mam ochotę pokopać dalej i zastanowić się, co będzie, gdyby słowa z deklaracji brać serio i dosłownie. No, bo co zrobić, gdy czytamy coś takiego, mnie ogarnia bojaźń i drżenie:

„UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne: – ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca, – moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga” oraz „ UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim – aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji”.

Ciało jest nietykalne? A jak religijny potrzepaniec zrozumie to dosłownie? I na przykład stwierdzi, że nie może usunąć mi wyrostka, bo ciało jest nietykalne, a on podpisał deklarację? A jeśli uzna, że Jezus chce, żeby mnie bolało, bo mam nieść swój krzyż, a cierpienie uszlachetnia? A co jeśli stwierdzi, że Twój Pan wzywa Cię, dziecko, zaś świat jest taki okrutny, zły i skażony cywilizacją śmierci, że czas, abyś dołączyła do grona aniołków? A jeśli ktoś uzna, że nie jestem chora, a opętana? Skoro prawo boskie jest nad prawem ludzkim, to można wcisnąć dowolny kit i próbować ze mnie demony wyganiać, a ze mną będzie łatwo, ponieważ niejeden i niejedna słyszeli, jak mój wicedyrektor instytutu mówił nieraz (w zasadzie zawsze to powtarza), że we mnie siedzi LEGIJON szatanów? A poza tym, jakie prawo boskie? To ze Starego Testamentu? Mam przytoczyć co lepsze kawałki? Te najbardziej okrutne i te najbardziej wyuzdane? Będzie jakaś katastrofa, a żaden lekarz nie pojedzie, bo uzna, że Bóg spuścił karę na grzeszników, jak niegdyś na Sodomę? Państwo powiedzą teraz, że przesadzam? Może, ale jak wiemy są dwie rzeczy nieskończone: wszechświat i głupota ludzka. A tak na marginesie, to zdanie udowadnia istnienie strasznej, wszechogarniającej głupoty, bo wszechświat chyba jest skończony, nieprawdaż?

Ponadto, chyba powinniśmy od dziś wiedzieć, komu fundujemy z naszych podatków studia medyczne, bo chyba nie chcemy kształcić szamanów? Proszę sobie wyobrazić, że teraz, po tej deklaracji każdy może zacząć bredzić, że sumienie mu zabrania. Na filologiach nie będziemy czytać Witkacego, albo Bataille’a, na niektórych kierunkach zaczniemy wykładać kreacjonizm, strażak wierzący w świętość ognia będzie podlewał płonący dom benzyną i podkładał papierki, jak w opowiadaniach pożarowych Grabińskiego, wegetariański sprzedawca w mięsnym odmówi obsługiwania klientów, aż na mięsie zalęgną mu się muchy… No, wiemy przecież, że tak nie będzie. Strażaka odda się do wariatkowa, sprzedawcę się wywali, filologów się upomni, a co z lekarzami? Kto im powie, że nie wolno? W zaciszu gabinetów zrobić mogą wszystko co zechcą. Amen i tak im dopomóż Bóg.

http://pismozadra.pl/felietony/dziesiaty/740-lekarze-w-koscielnych-okopach

zdjęcie ze strony: http://www.nautilus.org.pl/?p=artykul&id=2205

Published in: on 05/29/2014 at 19:41  17 Komentarzy  

Pawian w drodze czyli wybory

Myślałam, że nie będę o tym pisać, ale się nie udało. Poniosło…

http://pismozadra.pl/felietony/magdalena-piekara/739-wyobraznia-wyborcow-klauna

Przepraszam, ale wczesniej coś nie działało, teraz powinno działać.

Published in: on 05/27/2014 at 09:52  7 Komentarzy  

Rozważania z ulicy Ligonia czyli coś mi zakwitło pod kopułą

MODE-MINI JUPE-1966

 

Miliony Polaków, którzy nie zawsze mogą wylegitymować się regularną metryką ślubu, chodzą w gaciach po mieszkaniach, w których to mieszkaniach, powtarzam, czasem wisi popiersie Szopena, oraz młodzież.

(Konstanty Ildefons Gałczyński)

Coś mi przyszło do głowy, nie wiem czy mam rację, nie wiem czy ta koncepcja się składa, bo trzeba nad nią myśleć i dodawać argumenty, ale wydaje mi się na tyle inspirująca, że natychmiast się nią dzielę. Ja różne rzeczy wymyślam w drodze „do” i „z” pracy. Jak idę do siebie, to mam siedem minut, jak idę do korporacji papierniczej – mam dwadzieścia. Dlatego kiedyś wpadnę pod tramwaj, ale w sumie, nie o tym chciałam…

Wszystkie linki, do których się odwołuję są w odpowiedniej kolejności pod tekstem.

Wczoraj przeczytałam „Dziennik feministy” – opowieść o tym, jak trudno jest, a w zasadzie nie można zwalczyć stereotypów i uprzedzeń. Mężczyzna próbował przekonać, wytłumaczyć grupie innych mężczyzn, takim mieszkającym na wsi, że nie wolno posługiwać się sformułowaniami seksistowskimi, bo one powodują uprzedmiotowienie kobiety. Dodam, że ten tekst mi się podoba, ale… No, właśnie, zawsze jest „ale”. Ludzie z małych, konserwatywnych społeczności nie słuchają obcych. Tacy „obcy” – nie niosą ze sobą żadnego przekazu pozytywnego. W takich społecznościach nie można mówić o „inności” czy o występowaniu różnicy. Tam, wszystko co nie jest normą – jest obce, a tym samym złe. Dlatego właśnie ci młodzi mężczyźni nie będą, nie tylko słuchać, ale nawet słyszeć mieszczucha, który opowiada im coś, co jest obce dla ich doświadczenia, dla ich myślenia, dla ich sposobu postrzegania świata. Żeby ich zmienić trzeba czegoś więcej niż zwykła rozmowa, niż próba przekonania, przedstawienie (nawet bardzo atrakcyjne w formie) własnych poglądów, których nie są w stanie uznać za swoje. Przedstawioną sytuację można „zastosować” jako sposób interpretacji postępowania sporej części społeczeństwa polskiego, o czym świadczyć może sytuacja z Conchitą Wurst. Zawrzało. Kiczowaty festiwal, który zazwyczaj nie interesuje psa z kulawą nogą stał się na tydzień (a może i dłużej) najgorętszym tematem w naszym kraju. Chłop w sukience, baba z brodą.

Nikt zdaje się nie pamiętać filmu „Pół żartem, pół serio”, albo teledysku grupy „Queen”, w którym Freddie Mercury, ze swym obfitym zarostem, popylał w różowej obcisłej bluzeczce, miniówce i tapirowanej peruce. Conchita nie jest Mercurym, ale nikt tego chyba się nie spodziewał. A jeśli się spodziewał, to napiszę tylko: na Eurowizji? W Polsce w ogóle nie pojawiły się sformułowania typu: kreacja sceniczna, przedstawienie, rola, show, tylko od razu z grubej rury, bo się właśnie tego dżęderowego przebierańca zobaczyło.

Zostawmy Conchitę jednak w spokoju, bo chodzi mi o zupełnie coś innego – o Marsz Szmat. A w zasadzie o to, dlaczego uważam, że nie jest to dobry pomysł. Może się mylę, może coś dobrego się z tej inicjatywy urodzi, ale na razie mnie ona nie przekonuje. Jeśli ta inicjatywa przyniesie jakiś skutek, to wlezę pod stół i odszczekiwać będę. Ponadto, zrobię to z wielką rozkoszą i ochotą, bo tak naprawdę bardzo mi zależy na tym przekazie, który obecnie (z mojego punktu widzenia) przybrał niekorzystną dla tegoż przekazu formę. Pozwólcie Państwo, że teraz będzie trochę skrótów myślowych, ale mam nadzieję, że mi to zostanie wybaczone, bo nie piszę ani „Księgi Piasku”, ani też mój felieton nie ma być Encyklopedią Orgelbrandta.

Nikogo chyba nie zdziwi to, że wizja kobiecości w Europie ukształtowała się na podstawie tekstów np. świętego Augustyna czy Tomasza z Akwinu i innych podobnych im gości. Już w jednej opowieści apokryficznej pojawiło się coś takiego, że gdy Chrystus rozmawiał z uczennicą o imieniu Salome, powiedział, że dopiero gdy kobiety przestaną rodzić (bo są nosicielkami grzechu pierworodnego) i przestaną go przenosić, dopiero wówczas człowiek zwycięży śmierć i będzie mógł powrócić do stanu, który został utracony, gdy pramatka Ewa skusiła węża. Ta właśnie wizja została wzmocniona w XIX w., z którego nasze myślenie czerpie pełnymi garściami, czasem świadomie, czasem wręcz odwrotnie – uważamy, że to, co wówczas się narodziło czy wzmocniło jest „naturalne” i „normalne”. Czasem są to nasze wyobrażenia, na przykład to, gdy się mówi o „naturalnej” wizji rodziny tradycyjnej i wskazuje się właśnie na dziewiętnaste stulecie, jako na ostoję takiego modelu.

Kobieta więc – jakby na nią nie spojrzeć – jest źródłem grzechu, bezrozumnym pożądaniem, jest naturą i przeciwstawia się ją mężczyźnie – kulturze i rozumowi. Dlatego się ją izolowało, nie dopuszczało do życia społecznego, bo powodowały nią miazmaty, żółć, seksualność – w tym na przykład będąca jej objawem histeria, a także wybuchy hormonalne. O takim myśleniu nawet dziś świadczyć może wypowiedź Hanny Wujkowskiej, która samą siebie postrzega, jako istotę z permanentnym obrzękiem mózgu („Dlaczego kobieta nie mogłaby być papieżem? Z powodów fizjologicznych. Tuż przed miesiączką dochodzi do swoistego obrzęku mózgu. Kobiety są tak przepełnione płynami fizjologicznymi, że ciężko im zachować zdrowy rozsądek. A co dopiero zarządzać czymś tak ogromnym, jak Kościół katolicki”).

Tu pojawia się kolejny problem, dlaczego mężczyźni, którzy są rozumem, rozsądkiem i kulturą – czasem ulegają gwałtownym popędom i gwałcą. Sprawa jest prosta – jak mi się zdaje – bo są kusicielki. Ich wina, za kuso, za duży dekolt, za puszyste włosy. W islamie sprawę rozwiązano dość prosto – założono babom hidżaby, żeby splotami nie kusiły, żeby biustem nie majtały. Okazuje się, że nic to nie dało, bo gwałty też tam są. Kogo należy za gwałt ukarać? No… ją, a kogo? Z pewnością się sprośnie spojrzała, albo jej kostka spod worka się wymsknęła. Oczywiście tłumaczenie w naszych warunkach, że nie chodzi o mini, ale o władzę, bo czasem gwałcone są osiemdziesięcioletnie staruszki, zbywa się wzruszeniem ramion i drwiącym prychnięciem. Ja przepraszam, że ja tak skracam, ale przede mną jeszcze kilometry wywodu, a nie chcę zanudzić Państwa na śmierć.

Skoro kobieta jest „podludziem” – bo taki poseł Górski (a to w końcu przecież wykształcony człowiek, elita) mówił, że kazałby swojej żonie rodzić dziecko pochodzące z gwałtu, a niejaki Oksiuta mu wtóruje: „Mamy tak mały przyrost naturalny spowodowany przez kulturę feminizmu, że każde dziecko, nawet z gwałtu, jest na wagę złota. Jeśli mamy 200 gwałtów dziennie to nie oznacza, że tyle kobiet zostało zapłodnionych. Zostały zgwałcone często w wyniku własnej też głupoty, a czasem na własne życzenie” oraz dodaje, że trzeba zabronić używania środków antykoncepcyjnych i wprowadzić przymusowe zapłodnienia – to przecież nie może dziwić, że na wsi, gdzie zawitał wspomniany na początku tego tekstu feminista, myśli się i mówi tak samo.

Kolejną sprawą jest to, że już za komuny mieliśmy wtłoczoną przez propagandę nienawiść do cielesności, którą kojarzono ze zgniłym zachodem, gdy przedstawiano jego „wynaturzenia” np. na berlińskiej Love Parade. Każdy przemarsz rozebranych ludzi (nienormatywnie ubranych), którzy demonstrują w najbardziej słusznej sprawie, spowoduje opinie, że to wszystko jakieś przedstawienie, które nas, zdrowych Polaków (bo przecież nie Polek) nie dotyczy. Wystarczy przeczytać nienawistne komentarze internautów pod tekstem o tym, że francuscy uczniowie, protestując przeciwko seksizmowi, przyszli do szkoły w spódniczkach. A po co tak przyszli, zboczuchy jedne? Właśnie, to ten potwór, ideologia dżęder, już w przedszkolach ich przenicowali, już przerobili – trzeba się bronić naturalnością, pokazać wartości prawdziwej rodziny, Janem Pawłem błysnąć po oczach, a także mazurkiem szopenowskim. Albo czymkolwiek, byle miało polskie geny, flagę biało-czerwoną, orła (rzecz jasna w koronie) i miało gdzieś jeszcze – najlepiej z przodu – napis „tradycja”. Wersalikami ma to być, przynajmniej stupunktowymi. Żeby świat zobaczył, żeśmy wcale nie jacy-tacy.

Oczywiście można w tym momencie stwierdzić, że skoro jest tak źle, to potrzebne są drastyczne środki, albo, że każdy sposób jest dobry, żeby taki beton rozwalić. A ja właśnie nie jestem pewna. Marsz Szmat jest odpowiedzią na słowa Michaela Sanguinettiego, oficera policji z Toronto, który powiedział, że „kobiety powinny unikać ubierania się jak puszczalskie”. Kanadyjczycy, Niemcy, Francuzi, Belgowie – nie są nami. I nie chodzi tu o jakąś wyjątkowość czy hermetyczność naszej obyczajowości, My po prostu jesteśmy na innym etapie. Mamy opóźnienia – od początku XIX wieku ominęła nas cała masa rzeczy, które dokonały się w innych społeczeństwach. Jesteśmy jakimś takim mentalnym trzecim światem, dlatego kopiowanie wzorców, których społeczeństwo nie jest w stanie zrozumieć, jest kagankiem oświaty, który zamiast świecić, to śmierdzi i kopci. Marsz Szmat w Polsce – zamiast zwrócić uwagę na to, że nie ubiór kobiety, ale gwałciciel ponosi winę za swój przestępczy czyn, utrwala wizerunek rozpasanego lewactwa, które zajmuje się głównie pokazywaniem cycków lub dup. Na dodatek – nazwa: Marsz Szmat – jest deprecjonująca i pozwala na uwagi, że właśnie „oto maszerują szmaty”, które wyglądają jak szmaty. Marsz Szmat, jako inicjatywa jest słuszna, ba… najsłuszniejsza, ale jej forma – głupio i elitarnie miejska. To tak jak z tym feministą na wsi – drwale nie będą traktować serio kogoś, kto nie zachowuje się jak oni, kto nie wywodzi się z tej samej przestrzeni, kto nie używa tego samego języka co oni.

Może się mylę i z Marszem Szmat stanie się jak z manifami. Będą gadać, gadać, a w końcu się przyzwyczają, ale czy to to chodzi – o wpisanie wydarzenia w kalendarz warszawskich imprez ulicznych? Gra toczy się o znacznie większą stawkę – o zmianę mentalności społeczeństwa. Takiego procesu nie załatwia się manifestacją uliczną w stolicy. Naprawdę. To będzie trwało, jeśli nie kilkadziesiąt, to przynajmniej kilkanaście lat. Trzeba przygotować strategię i się jej trzymać. Wprowadzać w życie z żelazną konsekwencją. Nie dawać do łapy argumentów żartownisiom, potencjalnym gwałcicielom, damskim bokserom i całej tej masie, która wie swoje, że „chłop potęgą jest i basta” (w tym wypadku nie chodzi o włościanina). Marsz Szmat w Polsce nie został i nie zostanie zrozumiany – szkoda marnować siłę i energię na coś, co do większości społeczeństwa nie ma szans dotrzeć. Z powodu tego wszystkiego, co w skrócie wymieniłam od początku tekstu. Z pustego w próżne, na prowincji, to i Salomon nie naleje. Taki mam wstępny pomysł – ale, naprawdę, to początek, to trzeba dopracować, bo to hipoteza robocza, a temat za ważny, żeby go tak zostawić w pieluchach. Dziękuję za uwagę, do zaś…

1964847_658000417619790_4386446580147163394_n

 

http://wojcicki.codziennikfeministyczny.pl/2014/05/18/dziennik-feministy-reportaz-z-zycia-czesc-i/

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15989034,100_francuskich_chlopcow_przyszlo_do_szkoly_w_spodnicach_.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta

Published in: on 05/19/2014 at 20:03  14 Komentarzy  

Kiełbasa vs. maselnica czyli „świat pięknych motyli prawie zaniknął”

Zrzut-ekranu-2014-05-08-o-23.48.57

Otóż ten świat pięknych motyli prawie zaniknął, ponieważ zdecydowana większość dziewcząt i kobiet nosi dziś spodnie! Taka jest moda, ale dla wielu z nich jest to kobiece samobójstwo, jeśli nie mają takiej figury, żeby nosić spodnie (z wyjątkiem szczupłych nastolatek). W każdym zaś wypadku nie ma już pięknego motyla. Niestety, większość kobiet zupełnie sobie nie zdaje sprawy z tego, jakie są konsekwencje noszenia spodni, właśnie dla ich kobiecości […] Dlatego dziś ta męskość kierowana wielkim respektem dla pań zwraca się z prośbą, a nawet apelem: śliczne panie, porzućcie genderową modę (Piotr Jaroszyński, „Nasz Dziennik”)

Zdarza mi się jeździć busem z Katowic do Olkusza. Tanio i szybko, ale nieprzyjemnie, bo większość kierowców katuje (no właśnie, to jest ciekawa kwestia – czy na pewno katuje) podróżnych weselną muzyczką. Jak słyszę „czerwone i bure, chodź ze mną na górę”, mam ochotę gryźć i ciąć żyletką. Ostatnio mam kumpla prawnika, który wyczulił mnie na kwestię gróźb karalnych oraz procesów o napaść z użyciem narzędzi czy jak się to nazywa, dlatego na trasę do Olkusza biorę słuchawki i próbuję się odizolować od rzeczywistości czymś mocno grzmiącym: Händel, niektóre utwory Beethovena, meksykańscy gitarzyści albo ukraińsko-amerykański punk-rock. Nie muszę, po prostu nie muszę słuchać tego, co puszcza kierowca busa. Innym odpowiada – super. Mazel tow i namasté. Dlatego, z niesamowitym zdziwieniem obserwuję to, co się dzieje wokół festiwalu Eurowizji. Mam wrażenie, że duża część moich znajomych zajęła się interpretacją tego wydarzenia… ekhem… kulturalnego. Ludzie, przepraszam, ale wy naprawdę tego słuchacie? Nie, nie… nie mam nic przeciwko temu, bawcie się wspaniale. Mam nadzieję, że każdego dnia od rana słuchacie Aleksandra Rybakowa, Domenico Modungo i innych zwycięzców tego festiwalu. Wasz gust – wasza sprawa. Lubicie ten rodzaj muzyki, to super, ale proszę mnie nie zapraszać na imprezy, bo będę marudna, upierdliwa, sarkastyczna i ironiczna, a nawet zostanę zmuszona (przez taką niekomfortową muzycznie sytuację) do upicia się na smutno lub „na groźnie”. A przecież tego nie chcemy, nieprawdaż? Przecież wszyscy lubicie mnie, ba, wręcz kochacie, wesolutką i rozkoszną jak prosię w deszcz. No… I tego będziemy się trzymać.

Kilka miesięcy temu usłyszałam piosenkę „My Słowianie”. Obejrzałam teledysk. Nie mogłam zgodzić się z interpretacją promotora zespołu, iż jest to twórcze zmierzenie się ze stereotypami. Dlaczego? Otóż dlatego, że piosenka reprezentuje niesamowicie niski poziom, a ponadto jest seksistowskim „szczuciem cycem”. Komuś się podoba? Super, niech ją nieustannie nuci pod nosem przy wypróżnianiu kociej kuwety i szorowaniu klozetu. Dużo słów do zapamiętania nie ma. Linia melodyczna też mi się zdaje prostą jako konstrukcja cepa. Memy nawiązujące do tego utworu, a mające na celu wyśmiewanie urody prawicowych liderek, uważam za równie toporne i siermiężne jak i samo wątpliwej jakości dzieło Donatana.

Czy jest w ogóle o czym rozmawiać? Nie, bo kultura jarmarczna zawsze posługiwała się skojarzeniami z „dupą Maryni” – nie nobilitujmy pioseneczki z kręgu weselnego naszym oburzeniem i analizą poziomu seksizmu. Przeminie ona jak sen świni wspartej ryjem o koryto. A wielbiciele tego gatunku muzycznego nie zauważą ani przedmiotowej roli kobiety, ani seksizmu, bez względu na to ile tekstów napiszemy, ile komentarzy pojawi się na profilu „Codziennika Feministycznego”. Myślę, że – nawet przekornie – duża część słuchaczy i oglądaczy tego klipu będzie go nobilitować, bo ma dość naszych argumentów, argumentów, których nie rozumie, które są im obce, a nawet absolutnie nie do pojęcia.

Ja nie słucham, a skoro nie słucham i nudzi mnie to, po co mam tracić czas na analizę czegoś, co jest proste, wręcz prostackie. Tycjana nie wynajmuje się do pomalowania szopy w ogródku.

Jedyne, co rąbnęło mnie w całej sprawie, to komentarz (niegramatyczny) zamieszczony w „Wyborczej”. Niestety, Internet jest wieczny, tak samo jak diamenty: „Polska w finale Eurowizji. Mamy gdzieś, czy był seksistowski” (pisownia oryginalna). Och, jakież zabawne, że gazeta o największym w naszym kraju nakładzie ma gdzieś seksizm. Możecie to usunąć, ale, niestety, ja już przeczytałam. I już wiem, że macie w dupie to, jak mnie jakiś facet poklepuje protekcjonalnie. Macie w dupie to, że ktoś mi powie, że mam PMS i dlatego jestem wściekła. Macie w dupie, że zarabiam mniej od tych z fallusami. I macie w dupie całą masę innych rzeczy. Też mam was w dupie. Kupować nie będę. Wycofuję się z wszelkich płatności dla was. Pewnie nie zbiedniejecie, ale pamiętajcie, że jeden zadowolony klient, to przyciągnięcie kilku innych. Jeden niezadowolony klient, to odciągnięcie kilkunastu. A wy właśnie znaleźliście się na poziomie jakiegoś bubla, żeby nie powiedzieć Bubla… Fajnie, co? Pomyślcie, że wywalenie tegoż dziennikarzyny nic nie da, bo macie takich więcej. Codziennie się to widzi. Dbajcie nadal tak o poziom. Skoro tego właśnie chcecie… Mazel tow i  namasté.

Ale jedźmy dalej. Conchita Wurst. Och, to już jest zabawa. Thomas Neuwirth stworzył sobie koncepcję sceniczną w osobie Conchity, a świat podzielił się na jego / jej zwolenników i przeciwników, którzy, gdyby mogli, a nie siedzieli przed monitorami komputerów, obrzucaliby się precelkami i oblewali wrzącym latte. Wysłuchałam piosenki – nie moje klimaty, za bardzo przypomina te do „Bonda”, ale nimi nie jest. Komuś się podoba? Super. Komuś się nie podoba – niech nie słucha. To tylko piosenka.

Jednak sprawa z Conchitą nasunęła mi na myśl coś innego – coś, o znacznie szerszym zakresie. Coś, co może niepokoić, a nawet przerażać. Zacznijmy jednak od początku – jakiś czas temu przeczytałam o małym chłopcu z niemieckiego miasteczka, który nie lubi spodenek i chodzi w spódnicach. Jego tata, uznając, że szczęście własnego dziecka jest najważniejsze, też zakłada spódnice. Żeby dziecko nie czuło się wyalienowane i napiętnowane. Żebyście Państwo zobaczyli te komentarze – od zwykłego rzucania błotem „zboczeniec”, aż do postulatów o zabranie dziecka od takich zwyrodnialców i przekazanie go do „normalnej” rodziny. Bo, jak napisał w „Naszym Dzienniku” Piotr Jaroszyński, chociaż wypowiadał się w innej sprawie: „Chłopiec to chłopiec, więc ma być ubrany jak chłopiec, czyli ma nosić spodnie”. No serio? Musi? Nawet w Malezji? W Szkocji? Bo z naszej, europocentrycznej perspektywy, bardzo ograniczonej, wydaje nam się, że noszenie spodni jest oznaką męskości? Panie kochany, jeszcze niecałe sto lat temu dzieciaki latały wszystkie w kieckach (zdjęcia rodziny św. Jana Pawła II na dole) – bo tak było wygodniej, a nikt nie przejmował się ustaleniami, jakże rygorystycznymi, dotyczącymi kolorów: różowego i niebieskiego. Pamiętam też portret Władysława IV (miał pewnie ze trzy lata i nie był urodziwym dzieckiem), na którym przyszły król przedstawiony był w mocno zdobionej sukienusi. O jejku… ależ gender.  Ubranka dla dzieci jeszcze trzy dziesięciolecia temu były w przyjemnym kapciowym kolorze, bo brudu widać nie było. Na początku XX wieku nikt się nie przejmował dziecięcymi ciuchami, bo: a. dzieci umierały często i szybko, a pragmatyzm i oszczędność w tamtych czasach były równe naszemu konsumpcjonizmowi i rozpasaniu; b. wszyscy mieli w dupie to, w czym chodzi dzieciak, który równie dobrze mógł obsikiwać sukienkę po starszej siostrze, kaszmirowy kocyk, płócienną szmatę albo ziemię, jeśli chodził z gołym tyłkiem.

Wspomniany wcześniej Piotr Jaroszyński wydaje się zniesmaczony kobietami chodzącymi w spodniach. Jako arbiter elegentiarum wypowiada się autorytatywnie jaki rodzaj damskiej pupy ładnie się prezentuje w nogawicach. Nie chcę być wredna, ale koleś, widziałeś swoje wąsy? Widziałeś? I ty uważasz, że masz prawo pisać o tym, kto może w czym chodzić? Zabawne.

Jak się wszystko zbierze do kupy, to wyłazi polska prowincja. Ustalanie, co jest właściwe, a co nie. Jak należy wyglądać. Jakie są normy dotyczące męskości i kobiecości (pewnie spodnie vs. opiekuńczość). I dlatego właśnie Conchita wzbudza tyle kontrowersji. Jesteśmy (w Polsce) jak w małym miasteczku w latach pięćdziesiątych. Zajmuje nas to, w czym wyszła właścicielka sklepu, że nie ma obiadu u burmistrza, bo pani burmistrzowa plotkuje w kawiarni na rynku, że ktoś nie ma dzieci, że ktoś przytył, że kotś kupił sobie wzorzysty materiał na suknię, a grubas. Stwarzamy jedyną obowiązującą wizję „normalności” i przed lustrem wmawiamy sobie, że to właśnie my jesteśmy zdrową tkanką. A każdy inny niż my: Żyd, Cygan, pedał, kobieta z brodą, chłopczyk z kokardką, lesba i ten, który nie gotuje rosołu w niedzielę, musi zostać wyrównany, przywołany do porządku, oskubany ze swej inności, albo przynajmniej z absurdalnej chęci afiszowania się nią. A tak na marginesie. Wiosną, latem i jesienią chętnie noszę spódnice, bo ładnie się wówczas prezentują moje tatuaże na nogach. Uważam, że są bardzo kobiece. A w zasadzie, to wcale tak nie uważam. Uważam jedynie, że mi się podobają, a jak ktoś uważa inaczej – niech nie patrzy. I już. Ja jakoś powstrzymuję się od uwag na temat sarmackich wąsów niektórych profesorów z „Naszego Dziennika”. No dobra, nie powstrzymałam się, ale zostałam sprowokowana. Noś se je, koleś, ale skoro przyznajesz sobie prawo do tego, to pozwól mi chodzić w spodniach, albo się tatuować. A jak będę chciała, to brodę też se zapuszczę. Nie podoba się? Trudno. Żyj długo i szczęśliwie. Mazel tow i namasté.

http://www.naszdziennik.pl/wp/76520,gender-i-moda.html

1

KAROL WOJTYLA

1024px-Emilia_and_Karol_Wojtyla_with_Edmund

Published in: on 05/11/2014 at 10:42  4 Komentarze