Polityczne sny Pawiana, czyli każdy ma taką Pytię…

fb217e97ddcf00d6cd8d57465b7f3ea1

Jeśli chcesz wytłumaczenia,

Czemu śpiąc odbywa drogę,

I to snadnie rzec ci mogę.

Gdyby jutro, nie daj Boże,

Ujrzał znów więzienne łoże,

Znając się, kim jest: zaiste

Usposobienie ogniste,

Które ma, w głębi rozpaczy

Pogrążyłoby mu duszę.

Kiedy w wieży się zobaczy,

Dowie się w bólu i skrusze,

Że to tylko sen zwodniczy…

I nie zmyli się tak wiele: Życie snem

Wszakże snem są ludzkie cele,

Snem ludzkiego serca bicie,

Snem człowieka ziemskie życie.

(Pedro Calderón de la Barca: Życie snem, tłum. Józef Szujski)

Pawian ma sny bardzo fabularne. Na dodatek je doskonale pamięta. Często w tych snach uczestniczą aktorzy, postacie literackie, filmowe i teatralne. Można powiedzieć, że cud, miód i orzeszki. No, ja nie wiem, bo Pawian miewa także polityczne sny prorocze. Bardzo proszę Państwa o dyskrecję, bo jeszcze jutro z rana mi się przed drzwiami kolejka utworzy, zakłóci mir kamienicy, a każdy ze stojących będzie chciał, żebym mu śniła sny o potędze. Każdy marzyciel, widzący się jako Danton, albo przynajmniej Stefan Niesiołowski, będzie chciał, żebym mu wyśniła przyszłość. Zawsze przecież wyrocznie były traktowane jako siła wzmacniająca władzę państwową, a ja sobie nie życzę. W związku z tym: cicho sza!

Na dodatek, moje sny się sprawdzają, szczególnie, jak się je właściwie zinterpretuje oraz się nie zwraca uwagi na upływ czasu, bo na rozstrzygnięcie niektórych trzeba czekać i czekać, to jednak – śni się i sprawa jasna. Dodam, że waga moich snów politycznych jest wysoce poważnie traktowana w mojej walniętej rodzinie. Na przykład taka matka pawiańska, to nie wierzy w żaden OBOP czy w analizy specjalistów, tylko przed wyborami ciągle pyta: śniło ci się już coś?

A wszystko zaczęło się przed pamiętnymi wyborami, zaraz Państwo będą wiedzieć, o które chodzi, bo śniło mi się, że jechałam tramwajem numer piętnaście, a na rękach miałam dwa malusieńkie lwy. Takie rozkoszne i rozbrykane. Aż tu nagle, do tramwaju wsiada Tadeusz Mazowiecki i się pcha. Ja mu na to: panie premierze, no jak tak można, niechże się pan nie pcha, bo lwy mi pospadają. A ten pcha się dalej. No to się wkurzyłam i wypchnęłam go z tramwaju. Sen opowiedziałam, a po wyborach stało się jasne, co uczyniłam. Matka, to wtedy nie rozmawiała ze mną miesiąc. A ojciec, to patrzył jedynie, ale tak wymownie… Do dziś mu się zdarza sarknąć: a nie trzeba było premiera z tramwaju wypychać. Lwiątka ci się chciało hołubić, no to masz!

Wszystkich snów Państwu opowiadać nie mam zamiaru, ale śnił mi się Balcerowicz, z którym się kłóciłam w szkole ślusarskiej. Do kozy mnie za to wsadzili. No i zrobili tę reformę szkolnictwa. Z Leszkiem Millerem w czasie snu wynajmowałam jeden domek campingowy. Tak, ja wiem, jak to brzmi – ale mogę się jedynie wytłumaczyć, że to był taki podwójny domek, mający wspólną łazienkę. No i dlatego Leszek Miller mógł mi czerwone skarpetki frotowe podprowadzić. Czy Państwa dziwi, że wówczas SLD miało własny rząd? Jak się człowiek głębiej zastanowi, to moje sny dotyczą wielkiej nieufności do polityków wszelkich opcji, o czym może świadczyć sen z udziałem Bronisława Komorowskiego, który mi ukradł wszystkie złote pierścionki. A jak się oburzyłam na taki brak klasy, to powiedział, że jest moim ojcem (Luke, I’m your father – tego nie powiedział, przynajmniej nie był już tak bezczelnie oczywisty). Ten ostatni sen nigdy nie został wyjaśniony, bo zbyt wiele wydarzeń może stanowić jego wieszczą podstawę. Dodać należy do tego, że podszywanie się pod pawiańskiego ojca ma w tej sytuacji wymowę głębszą, ponieważ właśnie to tata kupił mi wszystkie złote pierścionki jakie mam. Zaś ojciec narodu, który uważa, że mu się coś należy… No, sami Państwo rozumieją. Tego snu wyłożyć się nie da, chociaż jest prawdziwy, nieprawdaż? Może, gdybyśmy mieszkali w takiej Szwajcarii, w której od czasów Wilhelma Tella ludzie nic, tylko dziedziczą, zaś politycy są nudni jak flaki z olejem, to sprawa byłaby łatwiejsza. Zaś w warunkach polskich interpretacja tego snu jest jako świński ogonek – zakręcona.

I tak Państwu opowiadam, bo zmierzam – zarysowując tło – do snu dzisiejszego. Otóż śniła mi się Beata Szydło, która zabrała mnie na zakupy. W tym miejscu muszę z całego serca przeprosić Pat, z którą jestem umówiona już dwa lata na kupowanie rajstop. Też mi się to wyśniło, a jak się to stało, no cóż… Pytia ma swoje prawa. Pat się już zgodziła, tylko jest pewien mały problem, bo myśmy te rajstopy kupowały po rosyjsku. A zanim wyrobimy sobie wizy i pojedziemy do Moskwy (no, bo gdzie kupić eleganckie rajstopy, jak nie tam właśnie), to ja najpierw z Beatą Szydło poszłam, może jeszcze do jakiejś galerii. Najgorsze w tym śnie było to, że premier kupowała mi sukienkę. I wybrała: po pierwsze… amarantową. No, naprawdę. Ja w amarantowej sukience, to będę wyglądać jak kurduplowaty biskup, albo hiszpańska inkwizycja dla ubogich. Naprawdę, Państwo mogą mi wierzyć – amarantowy kolor nie jest dla Pawiana. Fiołkowy, fioletowy, ciemnoróżowy, jasnoróżowy, świnkowaty, to jak najbardziej. Ale amarantowy? Ludzie, co za brak gustu i brak wyczucia pawiaństwa. Po drugie, wybrana przez Beatę Szydło sukienka miała bufki i duży, sztywny kołnierzyk. No i ja jej mówię: pani premier, mali ludzie nie mogą chodzić w kieckach z bufkami i kołnierzykiem, bo wyglądają jak kalarepka na grządce. A ta mi na to twardo: jak się nie zgodzisz na tę sukienkę, to powiem twojej sekretarce instytutowej, żeby ci żadnej delegacji nie wypisała. Ja doskonale wiem, że sekretarki z instytutów i z dziekanatu, to jest siła, ale żeby aż tak? Gorąca linia z gabinetem premiera? I konsekwencje? Żadnej delegacji? I teraz myślę, o co chodzi z tym snem. Amarantowa sukienka kupowana przez polską premier, konszachty z sekretariatem instytutu, kalarepka, delegacja. Z drugiej strony wiem, że prędzej czy później się wyjaśni. A teraz sobie jeszcze myślę: co takiego dziś się śniło Beacie Szydło? Sukienka? Pawian?

Idę spać, dobranoc. A na marginesie dodam, że wedle sennika, jak się śni komuś pawian, to ma przegwizdane, bo: „Symbol ten zwykle zapowiada choroby. Widzieć go: uważaj, bo może ci grozić niebezpieczeństwo; uciekający: z łatwością pokonasz przeciwności losu; uciekać przed nim: strzeż się pewnych osób, które tylko z pozoru wydają się być życzliwe; przyjazny: fałszywy przyjaciel”.

Ha!

Published in: on 11/22/2015 at 21:02  6 komentarzy  

Pocztówki znad krawędzi, czyli krótkopisanie

Od lat te stempelki w użyciu są i

Ten system i później się przyda

Bo mądrym dziś mówią – ech, durni żesz wy

A głupich, jak zwykle, nie widać

(Bułat Okudżawa)

Nic mnie nie zdziwi. Ja już to wszystko czytałam. O tych obcych, którzy chcą zniszczyć naszą kulturę, którzy współpracując z zaborcą niszczą naszą i naszych dziatek ojczyznę wolną, którą racz nam wrócić Panie. Czytałam pożółkłe strony czasopism, na których już to wszystko było – było (bo tak głownie czytałam) od powstania styczniowego do drugiej wojny światowej, która potem wybuchła była. A kto ją rozpętał? Ci, których opisywali w gazetach czy ktoś inny? Proszę nie myśleć, że wietrzę teraz teutoński najazd, ale myślę sobie, że te wszystkie ataki paniki w historii ludzkości, to pic na wodę i elektromontaż. Zagrożenie przychodzi zawsze z tego miejsca, z którego niekoniecznie się go spodziewamy.

***

Idę do bankomatu ulicą, która jest pokryta warstwą suszonego psiego gówna do wysokości okien pierwszego piętra. Hula wiatr roznoszący papiery, dostaję w ryj starą torebką z McDonalds. Potykam się o pustą butelkę po piwie „Harnaś”. Na rogu jakiś obcy mówi do drugiego, równie obcego mi kulturowo: a, Kazik, kurwa, mu na to, kurwa, mówię ci…

***

Co to jest kultura europejska? No co? Co ja mam wspólnego z gospodynią domową z Portugalii? Może, tak jak ja, czytała w liceum „Makbeta”. I może, tak jak ja, nie znosi Erosa Ramazottiego? Tak na marginesie, ja nie ma pojęcia, kto to jest Eros Ramazotti, ale szukam jakiejkolwiek wspólnoty. Wujek Google pomógł. Już wiem, nie znoszę Erosa Ramazottiego. Ona też. A poza tym? Co nas łączy? Jaką mamy wspólnotę? Wspólnotę dziedzictwa Wercyngetoryksa? Poczucie łączności prowincji cesarstwa rzymskiego? No, co? Ja nawet fado nie słucham.

***

[czytać akcentem z Nalewek]

Jeśli ta kultura (dobra, jakaś tam wymyślona wspólnota europejska) ma upaść z powodu uchodźców, to co to jest za kultura? To, co to jest za interes? Tak nagle, łubudu i się zawali? Mieszkam wśród stada chełmskich mędrców, którzy nagle odkryli, że to w czym żyją jest gówno warte – i strasznie się boją, żeby świat się o tym nie dowiedział. O rany, co za dziwny kraj. Od rana do wieczora „patriotyzm” deklinują i „polskość” też, a tak naprawdę się boją, że ktoś przyjdzie i co? Znikniecie? Roztopicie się? Tak nisko cenicie schabowego z kapustą, liryki lozańskie Mickiewicza oraz mazurki Chopina? I choinkę? Zaraz. Zaraz, przepraszam, wycofuję. Liryki pisane przez emigranta, mazurki pisane przez potomka żabojadów i ta bożonarodzeniowa piąta kolumną z Niemiec, która wyparła naszą polską podłaźniczkę? Jeszcze chwila, a okaże się, że nasz schabowe skręcają dzieci w Tajlandii i dostają za to dolary. Do schronów, rodacy. Ochrońmy nasze rodzime ołtarze Niji. A może to były żółwie ninja?

***

Uchodźcy się nie zasymilują. A ile znasz typów asymilacji, przygłupie jeden z drugim? A tak dokładnie, o co ci chodzi? Z jednej strony chcesz, żeby wietnamskie dziecko w Polsce miało na imię Agnieszka, bo, kurwa, w Polsce mieszka, a z drugiej się wściekasz, bo twoja wnuczka mieszkająca w Londynie nie zna „Lokomotywy” Tuwima, albo „Dzika” Brzechwy. W sumie, dobrze, że nie zna, bo to Żydzi, a ci, jak wiadomo rządzą światem. To jak ma wyglądać ta asymilacja? Jeśli dobrze rozumiem, to Polacy rozsiani po świecie mają propagować własne wartości, zaś każdy obcy ma w Polsce latać w ludowym stroju krakowskim.

***

Dawno, dawno temu rozmawiałam z kolegą. Było to w czasach, gdy Puc Klucha był małym kotkiem i nie znał jeszcze pojęcia „własność intelektualna”. I mówię koledze, że jak se rozłożę te wszystkie fiszki na podłodze, to tej właściwej nie mogę znaleźć, bo mój kot…

On: właśnie ci to potargał…

Ja: nie… właśnie na tym usiadł.

On: dobrze, że ci nie narobił.

Ja: Jak to, narobił?

On: W końcu to zwierzę jest.

Ja: Wiesz, zwierzęta tak nie srają, gdzie popadnie…

On: Kotom się zawsze zdarza gdzieś narobić.

Ja: A twoje dzieci to też srają na dywan?

On: No, nie porównuj.

Ja: Kot, w pewnych kwestiach jest mniej więcej na poziomie trzyletniego dziecka. To, co? Srają na ten dywan?

On: Miałaś kiedyś dzieci?

Ja: Miałeś kiedyś kota?

On: Nie, ale wiem, jak one się zachowują.

***

Załóżmy, przez chwilę załóżmy, że to jest najazd. I co? Myślicie, że jak ich nie wpuścicie, to sobie pójdą gdzieś indziej? No, pójdą. Załóżmy, że pójdą do Danii. Najadą, złupią, zgwałcą, zarżną i co dalej? Zostawią was w spokoju? Oj głupiątka…

***

1456762_704241882927375_610502295_n

Published in: on 09/10/2015 at 19:53  8 komentarzy  

… zachowaj się jak porządny człowiek, czyli: nie żałuj porcelany

10421220_10205167956664066_2236802270923644263_n

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka

Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,

Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby

Nie było przykro podnieść się i odejść;

Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,

Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,

Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć

gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki

na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy

lub świat

(Stanisław Barańczak)

 

Papa, doktor Słonimski, podobno powiedział kiedyś synowi, Antosiowi, że jak nie wiesz jak się zachować, zachowaj się jak porządny człowiek. Ostatnio miałam wykład, oczywiście o Żydach, ale gdzieś mi w jego trakcie wszedł temat tego miejsca, gdzie się znajdujemy i jedyne, co wówczas przyszło mi do głowy, to właśnie wiersz Barańczaka, że jeśli porcelana, to wyłącznie taka, której nie żal. Jeśli ściereczki, to wyłącznie takie, które mogą służyć zarówno jako węzełek, jak i bandaż. Jestem z Europy centralno-wschodniej. Tu nie wolno się przyzwyczajać. Tu nie wolno dziedziczyć. Tu nie trzeba posiadać, bo i po co? Prędzej czy później, to się zawali, to zniknie, ktoś przyjdzie i potłucze moją filiżankę z truskawkami. Babcia Marianna urodziła się przed pierwszą wojną, potem przeżyła tę polsko-bolszewicką, potem była druga, a potem komunizm. I nigdy, najpewniej nigdy, nie napiła się dobrej herbaty. Najpierw dlatego, że była za biedna, a potem dobrej herbaty po prostu nie było. Zmarła w 1988 r. i nie doczekała tego momentu, gdy zaczniemy kupować mieszczańskie filiżanki i parzyć napój, którego podstawy nie wymieciono z ładowni statków. Jak ojciec babci Marianny wrócił z wojny japońsko-rosyjskiej, to miał na sobie rozpadające się ubranie i wszy. Takie wszy ogólnoeuropejskie i azjatyckie. Takie wszy ponadnarodowe, nie elitarystyczne, nie takie, co wybrzydzają. A jak była druga wojna światowa, to babcia Marianna musiała zostawić moją mamę, Miziunię, pod stołem, bo przyszło gestapo. Miziunia miała pewnie ze trzy miesiące i leżała pod stołem w koszyku. A babcia siedziała w pierdlu i traciła zęby, które jej wybijali. Dziadek Marian, jak wrócił z partyzantki, to ważył niecałe sześćdziesiąt kilo. A miał prawie dwa metry. Potem miał gruźlicę, to chyba jasne, że umarł niedługo po Stalinie, dlatego go nie poznałam, a bardzo był chciała napić się z nim dobrej herbaty. A wam, przynajmniej niektórym, to się, kurwa, w dupach poprzewracało!

Żyjecie w Europie centralno-wschodniej. Od ćwierćwiecza dziedziczycie, ale – nie bądźcie idiotami – to wiecznie nie potrwa. Wy też jesteście uchodźcami. Chyba, że przez przypadek, wasze drzewo genealogiczne można utworzyć od czasów piastowskich, ale w takim razie, gdzie macie te kamienne posągi Swarożyca? A gdzie wasza ziemia, gdzie pasieki, łąki, krowy oraz stada koni? A gdzie wasze posiadłości? Gdzie wasze domy, serwisy i kołdry puchowe? Gdzie medaliony z włosami po jakiejś praszczurce, opuszczonej przez zabitego w powstaniu narzeczonego? A choćby… gdzie wasze beczki po kapuście? Pojedyncze przedmioty, które hołubicie, jakaś buczacka makatka, jakaś filiżanka z saskiej porcelany, są żałosnym dowodem waszego pragnienia stałości, waszej chęci osadzenia się. A tu… psińco! Europa centralno-wschodnia. Dziś wojna, jutro powstanie, pojutrze – okupacja. Wczoraj jeszcze byłeś porządnym obywatelem, a dziś jesteś zesłańcem na Sybir. Mieszkałeś we Lwowie, a dziś siedzisz we Wrocławiu, bez pierzyn z obleczeniem adamaszkowym, którym jacyś barbarzyńcy wycierają sobie właśnie buty. A twoje kryształowe szklanki potłukły się już na pierwszym postoju, gdy trzeba było biec do pociągu. Potłukły się. I chuj!

A na dodatek myślisz, że jesteś słowiańsko czysty rasowo? Polak, Polka, którzy od urodzenia mieszczą się między pazurami szponów opiekuńczego orła białego. Masz w domu czterotomowe dzieła Mickiewicza. I „Rotę” też znasz? Ty Żydzie! Syjoniści do Syjonu, a może syjoniści na Syjam? Wszystko jedno! Jak nazwą cię obcym, jak przyczepią ci łatkę, to trzeba będzie się pakować. Z paszportem w jedną stronę. Nie wiesz tego? Nikt ci tego nie powiedział? W sumie, nawet nie jest mi przykro, bo to znaczy, że się nie nauczyłeś historii swego kraju. Nie słuchałeś na moich zajęciach, nie uważałeś, uznałeś, że ci się coś należy.

Co masz? Kredyt mieszkaniowy we frankach. Tak bardzo chcesz to mieszkanie zapisać swoim dzieciom, nieprawdaż? O tak, na osiedlu z wielkiej płyty, gdzie zawsze będą mieszkać tacy sami jak ty „Kowalscy”. Równie czyści rasowo, jak ty. Wierzący, ale niepraktykujący. W niedzielę zawsze w Tesco. Psioczący na polityków, ale wyłącznie przy kawie, wyłącznie w internecie. Przy półlitrówce, na imieninach cioci Zdzisi. Ekscytujący się tym, że „chyba” dwa piętra nad tobą zamieszkali jacyś geje. Najważniejsze, że nie urządzają imprez. Gdybyś czytał „Generała Barcza”, a nie czytałeś, to też wiem, to byś sobie przypomniał rozmowę o bolszewikach, którzy żony mają wspólne. I zrozumiałbyś, że jesteś tak samo żałosny, jak tamci, fikcyjni, straszni mieszczanie. I niby wszystko w porządku, jesteś postępowy, czytasz „Politykę” oraz nabijasz się z moherów, a tu nagle zza węgła, dziecko przyprowadza ci na obiad czarnucha i mówi, że się kochają. On, ten czarnuch znaczy się, piękny jak Sindey Poitier, ty sama elegancka ja Katharine Hepburn, a twój heteroseksualny mąż, poczciwy jak Spencer Tracy, ale to nie pomaga. On jest czarny! On jest muzułmaninem! On jest gejem! Ona jest lesbijką! A ty tak dbałaś o tę porcelanę. I dywany wełniane zawsze czyściłaś ryżową szczoteczką. A twoją kochaną córeczkę, której zdjęcie od komunii masz w portfelu, chociaż jesteś niepraktykująca, rżnie jakiś czarnuch. Albo, co gorsza, rusek! Co mi przypominało historię, jak pewna pani, na lotnisko w Warszawie, gdy przyjechał zięć, przyniosła czapkę-uszankę. Bo pejsy miał. I nie chciała, żeby sąsiedzi widzieli. I żeby się nie domyślili, że jej wnuk, taki śliczniusi, tłuściutki blondynek…. jest obrzezany.

Udajemy, naprawdę udajemy, że jesteśmy w Szwajcarii i dziedziczymy od czasów Wilhelma Tella. Nagle, nie wiadomo dlaczego, przeszkadza nam inny, chociaż sami, przedwczoraj, zgubiliśmy mezuzę w trakcie przesiedlenia. Spłonął samowar po babci Rosjance, a zdjęcia dziadka z Wehrmachtu wstydliwie trzymamy w tapczanie. Uwierzyliśmy w naszą polskość, w orła, w Grunwald, w księcia Poniatowskiego, w Wandę, co nie dała Niemcom, w złoty pociąg, w przodka w legionach. I nucimy te legionowe piosenki, chociaż mamy śniadą cerę pod naskórkiem i codziennie widzimy:

przed lustrem twarz odziedziczoną

worek gdzie fermentują dawne mięsa

żądze i grzechy średniowieczne

paleolityczny głód i strach

(Zbigniew Herbert)

10420191_10205168172189454_3932940982953162567_n

Published in: on 09/09/2015 at 21:15  Dodaj komentarz  

Jak myć sałatę lodową, czyli: twoje życie już nigdy nie będzie takie samo…

salata_lodowa

„Czy i jak myć kapustę pekińską? Mam dylemat” – po takich słowach usłyszanych w internetowym filmiku robi się poważnie. Przecież „dylemat” według Słownika języka polskiego to:

  1. «problem, którego rozwiązanie polega na trudnym wyborze między dwiema tak samo ważnymi racjami»;
  2. «wnioskowanie, w którym oprócz dwóch zdań warunkowych jako trzecia przesłanka występuje zdanie alternatywne».

Myć albo nie myć? „oto jest pytanie:

Czy szlachetniejszym jest znosić świadomie

Losu wściekłego pociski i strzały,

Czy za broń porwać przeciw morzu zgryzot” – czy myć sałatę lodową, porwawszy się na bój wielki, na miarę epopei, czy też olać sprawę i żreć brudną, ze ślimakami i wszelakim paskudztwem. Czy zanurzyć się w abnegacji, niechlujstwie i bakteriolubstwie? Czy przepasawszy swe lędźwie odegnać w kąt brudne myśli i szorować, szorować, aż do utraty tchu? Jeśli dylemat dotyczy mycia lodowej sałaty, to jakież problemy muszą się piętrzyć przy kąpieli wodnej truskawek, sparzaniu szpinaku, płukaniu ziemniaków i chlapaniu pietruszki? Wyjdźmy jednak z kuchni, bo jeśli tam, w przestrzeni swojskiej i bezpiecznej czają się dylematy na miarę Hamleta, to co dzieje się w innych sytuacjach? Jak przejść przez ulicę? Jaką odmianę ziemniaków kupić na obiad? Jakie skarpetki dziś założyć? Tequila czy czysta wyborowa? Fikuśny biustonosz typu „bardotka” czy mocno zabudowany, z szerokimi ramiączkami i przaśnie beżowy?

A co będzie, gdy dotrzemy na krawędź świata postawiwszy wiekopomne pytanie: cappuccino czy latte? Zgroza ogarniać zaczyna, bo już za rogiem czai się następne: czerwone czy białe wino do obiadu? Państwo myślą, że to może coś łatwego? A jeśli na obiad są nóżki gęsie? A co, jeśli placki ziemniaczane, albo też kaszanka otoczona wianuszkiem spieczonej cebulki? Odpowiedzcie, cwaniaki!

Okazuje się jednak, że moje kpinki trafiają kulą w płot, bo prowadząca program internetowy uznaje ów „dylemat” za ważny i zasadny, bo następnie, przez siedem minut, wyjaśnia dokładnie, z pietyzmem, że mycie kapusty pekińskiej jest złożoną i ważną czynnością. Jakże teraz mi wstyd, że nigdy nie potraktowałam tych warzyw z należytym szacunkiem, nie oddałam bogu, co boskie, a jarzynom tego, co zaiste jarzynowe.

Wujaszka Wani już nie będziemy pytać jak żyć, ale raczej: „jak myć” – co prowadzi nas dość prostą (wreszcie coś łatwego, niezłożonego) drogą do stwierdzenia, że o ile w dziewiętnastym wieku istota bytu była jeszcze porywającą, o tyle, w pierwszym piętnastoleciu wieku dwudziestego pierwszego wracamy do prostych czynności, by je, no właśnie: uwznioślić, doprowadzić do perfekcji czy może przez nie, albo dzięki nim raczej dojść tam, gdzie jeszcze nie dotarł żaden człowiek.

Gdy Wiesław Myśliwski zadaje nam pytania o istotę przeszłości w Traktacie o łupaniu fasoli:

jak silnie związani jesteśmy z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślonej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a co jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia, a wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą. Przeszłość drogi panie nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi

to jest w jakimś innym miejscu, niż ci, których sensem życia jest jakość mycia kapusty pekińskiej? Może ich też ta czynność zaprowadzi w rejony odległe, nie tylko pozwoli przywołać wspomnienia, ale też sprowokuje do odczytania ich ukrytej natury? Czy można tak łatwo odrzucić internetowy poradnik dotyczący mycia i suszenia sałaty lodowej? I tej kapusty pekińskiej? A ja już biegnę wyobraźnią w stronę modrej kapusty, roszponki, rukoli… Czy umiejętności nabyte w trakcie oglądania internetowego filmiku przełożą się jakoś na inne kapustowate, kozłkowate czy astrowate? A może temu poświęcony będzie kolejny filmik? Cedzenie makaronu – następny. Kolejne będą o czyszczeniu butów, wiązaniu sznurowadeł i odczytywaniu położenia wskazówek zegarowych.

Ostatnio dowiedziałam się od studentów, że istnieje program, w którym ludzie znani z tego, że są znani skaczą do wody. Abstrahując od faktu, że to dość niebezpieczny sport dla początkujących, może tak lepiej zabraliby się za wyścigi w workach (ale na miękkiej trawie), to ja mam głupie pytanie: kto to ogląda? Jak będę chciała skoczyć, albo zobaczyć jak wyglądają skaczące do wody np. Króliś, albo Dżejdżej, to zaproszę je na basen i powiem: chybajcie z tej wieży, cholery, bo chcę się pośmiać. Załóżmy. Po co mam oglądać jakąś serialową gwiazdkę jak skacze do wody? Po co? A może dobrze, że skaczą? Może to się jakoś złoży w finał przypadający w Dniu Darwina i łączący się z wręczaniem nagrody imienia tego uczonego? To miałoby sens.

Jednak nadal nie rozumiem: dlaczego mam oglądać program, w którym ludzie skaczą do basenu? Tak samo, jak nie widzę sensu oglądania programu, w którym dowiem się, jak myć sałatę lodową. Bo zamiast oglądać mogę ją po porostu umyć. A jeśli liście będą wilgotne, to mam w domu ściereczki lniane i płócienne (dodam, że nie mam suszarki do sałaty, chociaż wiem, że takie coś istnieje). Może szukam logiki tam, gdzie jej nie ma? Może chodzi po prostu o skakanie do wody? Ssaki żyją dzięki bodźcom. Czym lepsze moje bodźcie np. lekturowe, albo podróżnicze? Kto powiedział, że Biskupin jest ciekawszy od skakania do wody? Dlaczego Europejski Szlak Gotyku Ceglanego, a nie skoki do kisielu? Dlaczego fotografowanie drzew, a nie selfie? I to jeszcze z dzióbkiem! Może rzeczywiście mycie sałaty tworzy dylematy? Jeśli jej perfekcyjne przygotowanie staje się celem? Zaraz przypomina mi się Nowy wspaniały świat i tekst: „Fizyczne niezaspokojenie może spowodować rozrost aktywności umysłowej” – i już mamy rozwiązaną tajemnicę celebryckich skoków i prysiudów. A jak sobie przypomnę: „Uwielbiam nowe ubranka. A stare ubranka są brzydkie. Zawsze wyrzucamy stare ubranka. Lepszy nowy wzór niż łatanie dziur. Dużo łat nędzny świat” – to zaraz lepiej rozumiem te wszystkie dylematy związane z myciem kapusty. Pamiętam jak czytałam po raz pierwszy Huxleya, wówczas myślałam, żyjąc w PRL-u, że ta powieść dotyczy mnie. Tam i wówczas. A teraz myślę sobie, że czas przeczytać ją jeszcze raz. Tu i teraz, żeby jeszcze raz poczuć dreszcz przy słowach: „Wszelkie warunkowanie zmierza do jednej rzeczy: do sprawienia, by ludzie polubili swe nieuniknione przeznaczenie społeczne”. A więc na zawsze pozostanę w kręgu antyutopii Huxleya? Codziennie się budzę, niezależnie od ustroju i widzę, że znów się w niej znalazłam? Bez względu na to czy stoję w kolejce po papier toaletowy czy też znajduję w Internecie film o myciu kapusty.

„Wolność jest nieefektywna i przykra. Wolność to okrągły kołek w kwadratowej dziurze” – no właśnie. Zastanawiam się czy w pojemniku na warzywa mam coś do umycia. Znajduję tam zwykłą sałatę i resztkę kapusty pekińskiej. Mam dylemat. Co umyć?

Published in: on 04/07/2015 at 06:25  2 komentarze  

Drżące ciała męskich korposzczurków, czyli kobiety mają lepiej

images

Dopadło mnie choróbsko. W związku z powyższym, wzięłam bety z kozety i powiedziałam, że wychodzę z korporacji papierniczej. Idę, a gdzie tam idę – wlokę się noga za nogą przez całe miasto, bo nawet w stanie przedzawałowym nie uznaję komunikacji miejskiej. Ogólnie, wicher duje jak za cara Mikołaja, najgorszy typ pogody: wiatr, mała ilość śniegu, ciemno i mróz, który niby niewielki, ale dokuczliwy. Lezę jak ostatnia łazęga, łachmyta pospolita: buciska – paskudne uggi, czapka czołgisty azteckiego, nieheteronormatywny sweterek w niebieskie jelonki, żółta puchówka. Wyglądam jak szóste dziecko stróża, na dodatek to z nieprawego łoża. Ale mi ciepło. I nagle do głowy włazi mi rysunek, który widziałam jako dziecię. Autorem rysunku był chyba Lengren. Jest zima. Stoi pani i pan. Mają na sobie stroje z lat sześćdziesiątych. Ona marzy o jego kalesonach, a on o jej czapce. Myślę sobie w tym momencie, że kalesonki nie są złe. Sama nie noszę, ale popieram. Zapalam papierosa (tak, wiem, to brzydko palić na ulicy), a mogę palić bezkarnie nawet w największy mróz, bo dostałam od siostry takie cudne rękawiczki z odpinaną górką. Jak chcesz, to masz jednopalczaki, a jak guziczek odepniesz, to masz mitenki. Sprytne, nieprawdaż? Żeby ludzkość wkładała więcej energii w takie wynalazki, to wszystkim żyłoby się lepiej i dostatniej. Jak zapalałam, to kątem oka zauważyłam dwa nieszczęsne męskie korposzczurki. Drżące ciałka. Jesionki mieli brązowe. Ach, jesionki! Któż jeszcze używa tego słowa? Pewnie wyłącznie filolożki w wieku późnobalzakowskim. Z drugiej strony, to były jesionki. W lutym, w Polsce. Jakiś quasi-włoski design, szyty gdzieś pod Myszkowem. Odpowiedni do korporacji. I odpowiedni dla korporacji. Wyobrażam sobie takich gości w Mediolanie, nawet o tej samej porze roku. Pasowaliby, ale nie w Polsce. Ludzie, zlitujcie się – oni mieli półbuty. Naprawdę, półbuty. Nota bene – czarne. Ale to akurat nic do naszej historii nie wnosi. Te korposzczurki męskie stoją pod bankiem, niedaleko mostu nad rzeką, która nie istnieje i drżą. Jeden nawet powiedział: „ale, kurwa, piździ”. Spodenki mają obcisłe i jeszcze przykrótkie, żadne kalesony, nawet takie z wytwornej wigoniowej wełenki czy kaszmiru z Kaszmiru się nie zmieszczą.

Jakem feministka, dostrzegłam opresję. Te bidniusie chłopaczyny, prekariat potencjalny, albo rzeczywisty, zatrudniony na jakichś śmieciowych warunkach, odziany w absurdalne klimatycznie wdzianka, chociaż brak rękawiczek wyglądał mi raczej na lenistwo lub fanaberię pospolitą. A gdzie jakieś ogacenia? Gdzie snopki słomiane owijające stopy? Gdzie kożuch do pięt? Gdzie walonki? Pewnie chłopaki wierzą, że od szlachty się wywodzą, a nawet jeśli nie wierzą, to jakąś absurdalną teorię pewnie ma ich szef, albo szef ich szefa. A może wierzą w to, że jak cię widzą, tak cię piszą? A może inaczej być nie może?

Ich koleżanki, kobiece korposzczurki, mają ciepłe rajstopy, wełniane spódnice, kurtki puchowe i czapeczki wdzięczne – mogą być nawet ze sztucznego futerka. A tym chłopakom wiatr lutowy plerezy rozwiewa, nawet nie w sposób artystyczny, ale taki żałośnie biedny. Ja już nie mówię o takich abnegatach i anarchistach jak ja, takich, którym nikt niczego nie może nakazać i zakazać. I całe życie będą chodzić w sweterku w jelonki z miną: „pocałujcie mnie wszyscy tam, gdzie pan może pana majstra w dupę pocałować”, ale jakimś wstrętem i współczuciem jednoczesnym napawają mnie te jesionki, półbuty i gołe głowy, gdy w tym samym czasie korpokobiety mogą bezkarnie nosić grube majciory do kolan i szaliki wełniane. A te chłopaczny mają jedynie jakieś takie rozkoszne fontazie, które w żadne sposób nie przesłonią im krawacika, wyłaniającego się na cherlawej piersi spomiędzy klap marynareczki, bo płaszczyk musowo rozpięty jest. Zatulony, ale rozpięty. Taka fantazja, taki sznyt czy taki mus?

Widziałam dziś jedną, naprawdę JEDNĄ, kobietę w przezroczystych rajstopach, która wyglądała tak, jakby zgubiła sporą część garderoby. Jakąś nieszczęśnicę bez mózgu, która nie dba o nerki i jajniki. Ale naprawdę, jedna kobieta na całe miasto. Państwo mi powiedzą: „co to za miasto, raptem niewiele ponad 300 tysięcy mieszkańców”. Może i tak, pewnie takich wyrozbieranych do bielizny, to w stolicy bym znalazła znacznie więcej. U nas, na prowincji, liczą się barchany, czyste okna i takież sumienie. Barchany owszem, ale jedynie żeńskie, zaś biedne korposzczurki nigdy się rozmnażać nie będą – z powodu zamarzniętych plemników, a po uchwalonej dziś konwencji, to nie tylko już koniec cywilizacji białego człowieka oraz polskości i orła białego, ale też permanentna rozpacz i trwoga. Na dodatek zimno.

Wiecie co, drodzy Państwo? Chyba się starzeję. Jednak nie doczekacie się frazy, że za moich czasów było inaczej, bo za moich czasów wszyscy chodziliśmy wyrozbierami równo. A czapek to nigdy nikt nie nosił, tyko starcy w moim wieku opowiadali nam, że jak już osiągniemy wiek męski, wtedy z rozkoszą będziemy uszanki zakładać na łapetyny. W sumie, rację mieli. Królestwo za uszankę i grube majty.

Dobranoc, idę chorować. Pod pierzynę! A co…

Published in: on 02/06/2015 at 23:41  6 komentarzy  

Coroczne opowieści świąteczne, czyli o tym, kto zjadł Jezuska

10805556_352058954972936_1827507952720055825_n

Co roku (jeśli piszę), to opowiadam coś świątecznego? Dlaczego? Nie mam pojęcia, naprawdę. Przecież nie przepadam za świętami, nie ogarnia mnie świąteczna gorączka, takież podniecenie, ani nic innego. Jednakże, utarło się, pewnie jest to jakaś świecka tradycja, że zawsze muszę nawinąć jakąś świąteczną historyjkę. Obiecuję, że dziś będzie bez morału.

Dawno, dawno temu, gdy w pawiańskim domu zadomowiło się pierwsze szczenię (które wyrosło na psa Baskerville’ów i Cerbera w jednej postaci), nazwane pieszczotliwie „Tusio”, a przypominało ono już zanim skończyło rok, Grubą Bertę skrzyżowaną z furmanką z węglem, jak zwykle, w Wigilię ustawiono choinkę. A pod nią, rzecz jasna, szopkę. Szopka była gipsowa i mocno zużyta, pochodziła chyba jeszcze z czasów wojennych. Prawie każdemu jej elementowi czegoś brakowało. Osiołkowi na ten przykład – nogi. Przedniej prawej, dlatego stawiało się go opartego o żłóbek. Żeby się nie przewracał. Anioł, w różowej sukience miał w dziurawych plecach zapałkę. Do zapałki przywiązywało się kokardkę, zaś przy jej pomocy anioł z szarfą „Gloria in excelsis Deo” mógł zawisnąć nad całą szopką. Anioł w ogóle był jakiś taki… Miał różową kiecusię, gołe nogi, dość nieprzystojnie majtające nad cudem betlejemskim, a na dodatek miał żółte włosy. Żółte, mówię wyraźnie. Takie jakby zgniłokurczakowe. Ponadto aniołowi notorycznie wypadała zapałka z pleców i lądował gdzieś między wołkiem, a pastuszkiem z gęślami. Józef też był felerny, bo z kolei miał głowę na zapałce. Głowa mu się trzęsła i przez to wyglądał na niesamowicie nieszczęśliwego. Taka dziadyga. Maryja miała ładne złocenie na szacie, ale też obity kawałek twarzy. Trzeba ją było ustawiać z lewej strony. Gdybym była cyniczna, rzekłabym, że pokazywała lepszy profil.

Przepraszam, że ten opis brzmi tak mocno turpistycznie, ale z mojej perspektywy ówczesnej, wcale tak nie było. Kładłam się pod choinką i kontemplowałam całą grupę, w której jeszcze było dwóch pastuszków, jeden całkiem szykowny, siedzący z dudami („Mój tata grał na dudach; pięknie grywał pjany,/Ale kiedy na trzeźwo, okropnie rzępolił”), a drugi, z owcą w ramionach – oczywiście – bez nogi, opierany o pieniek choinki. To on nie miał nogi. Ta owca akurat miała. Do tego był jeszcze leżący wołek, którego zawsze, zgodnie z sugestiami babci Marianny, ustawiało się w okolicach żłóbka, żeby Jezuskowi nogi oddechem ogrzewał. Koło wołka stawała też owieczka, z powodu uszkodzeń opierająca się o szeroki i budzący zaufanie grzbiet brązowego przeżuwacza. Był jeszcze jeden król, pozostała dwójka zagubiła się w pomroce dziejów. Na dodatek, król nie był oryginalnym wyposażeniem szopki. Reszta grupy, gipsowa, porządna, solidna, chociaż nieco sfatygowana, a ten niby z kuferkiem złota, ale lekki i pusty, jako cymbał brzmiący. Nie lubiłam drania, zawsze wstawiałam go gdzieś z tyłu. Rodzinie tłumaczyłam, że przyjdzie dopiero na Trzech Króli. W ogóle, to ja ciągle tę szopkę cięgle przestawiałam, ciągle dopracowywałam ustawienie grupy. Pisałam scenariusze, często odbiegające od biblijnych, ale nie jakoś tak gruntownie – powiedzmy, że była to opowieść apokryficzna, możliwa i na dodatek niezwykle interesująca. Z mówiącymi zwierzętami, ze śpiewającym aniołem. Dobra, tu się przyznaję, czasem śpiewał też Jezuskowi piosenkę o kaczuszkach. W sumie, dlaczego nie? A nie śpiewał? Proszę mi udowodnić, że nie śpiewał i nie mógł śpiewać. W tej kwestii do dziś jestem niesłychanie pryncypialna. A dlaczego śpiewał o kaczuszkach? Proszę Państwa, te wszystkie kolędy są niesamowicie pesymistyczne. Jezuskowi byłoby przykro i smutno, bo kto chciałby słuchać, że mu matula sukienki nie dała? Tego o pannie czystej nie rozumiałam, raczej wiązałam z myciem rąk. A to też nieprzyjemne było. Ciągle tylko „myj łapki” i „myj łapki”. A już tego o ciemnej nocy w jasnościach promienistych nigdy nie kupowałam. Pewnie już od dziecka byłam wyczulona na pretensjonalne metafory. I właśnie dlatego o kaczuszkach, no!

Myślę sobie, że te uszkodzenia postaci z szopki, to też moja wina. Jak się ich tak ciągle przestawiało, to mieli prawo odnieść obrażenia. W każdym razie stali wszyscy pod kolejnymi choinkami i dobrze było. Do czasu. Pewnego razu rano, gdy jak zawsze poszłam poleżeć pod choinką zobaczyłam, że nie ma owieczki. Odbyła się tam rzeź, rzecz jasna – jak to zwykle bywa – w całkowitym milczeniu. Po owieczce zostało tylko kilka okruszków białego gipsu. Została pożarta przez wielką bestię o krwiożerczych instynktach i niewinnym imieniu. Przez Bestię, którą wpełzała pod choinkę i tam sapała, zaś ciemną nocą wyszły z niej cechy drapieżnika. Któż miał zginąć? To jasne – owca. Wszyscy udaliśmy, że nic się nie stało i owcy nigdy nie było. Patrzyliśmy jednak na szczenię-giganta z pewnym wyrzutem. Do tej pory dzieci z szacunkiem podchodziły do rodzinnej szopki. A tu, nagle… pożarcie. I te okruszki.

Po kilku dniach z przerażeniem zobaczyliśmy, że w nocy ktoś wyżarł Jezuska. Żłóbek stoi, gipsowa słoma nawet się uchowała, zaś po dziecinie ani śladu. Tylko ten kontur wygryzienia taki oskarżycielski. O ile, bez owieczki, tak samo, jak i bez dwóch króli, szopka mogła jakoś funkcjonować, o tyle bez głównego bohatera całego zajścia, to już nie miało sensu. Sprofanowana przez psa szopka została gdzieś schowana, zaś matka, znając mój sentyment do postaci, kupiła bardzo podobną, tylko że brązową, ceramiczną. I są tam wszyscy. Trzej królowie, a jakże. Owiec jest chyba ze trzy. Pastuszków całe tabuny. Nic się nikomu nie odrywa, nic nikomu nie brakuje. Wołek leży. Osiołek stoi. Nikomu się głowa nie chwieje. Anioł dynda sobie bez żadnej zapałki. Z Józefa chłop jak dąb, a nie jakiś wymoczek z kiwającym się podbródkiem. Ale… to już nie jest to. Obrzydliwa jest ta nowa szopka. Obrzydliwa. A na dodatek Jezusek ma fatalny żłóbek. Nogi mu wiszą. Dobranoc Państwu.

Published in: on 12/15/2014 at 21:28  9 komentarzy  

Alternatywy 4 nieustannie, czyli absurdy z okopów

images

Czytam sobie artykuł na portalu „Deon”, a tam cytat: „Organizowane w całym kraju, w ostatni wieczór października Noce Świętych cieszą się coraz większą popularnością. Według duchownych, są nie tylko alternatywą dla Halloween…”. A dlaczego muszą być alternatywą, dlaczego znów trzeba się okopywać w twierdzy „Albo-albo”. Żeby było jasne, Za Halloween nie przepadam, szczególnie za tą częścią z dziećmi ganiającymi po blokowisku w poszukiwaniu cukierków. Czym innym jest dzielnica domków jednorodzinnych w USA, gdzie wszyscy się znają, gdzie rodzice latają wokół swych pociech, też przebrani, a czym innym wyprawa do zawsze pijanego sąsiada z czwartego piętra. W małych miasteczkach i wsiach, proszę sobie latać do północy. Wtedy to bym może nawet jakieś słodycze kupiła i rozdawała, niech się dzieciaki cieszą. A jak ludzie chcą, to niech mają „Noc świętych”. Też ładna inicjatywa. Mogłaby przypomnieć wszystkich tych świętych, którzy nieobecni, gdzieś tam zmarginalizowani przez pochód dziejów. Sama bym mogła opowiedzieć na pobliskim skwerku historię świętego Nauma Ochrydzkiego, albo świętej Petki, a że (nie chwaląc się) opowiadam całkiem składnie, myślę, że staruszki z mojej dzielnicy byłyby głęboko zbudowane taką fabułą.

Dlaczego musi być alternatywa? Nawet w kwestii świętowania? Oczywiście, zajmowanie przestrzeni symbolicznej jest ważne. Jednak, jeśli ktoś myśli, że w dzisiejszych czasach da się zapanować nad gromadą, niepodzielnie sprawować rząd dusz – to się myli. Jedyne, co się wydarzy, to kolejne okopy, w jednych będą stali ci z dyniami, w drugich – ci z atrybutami świętych. Nota bene, gdyby zacząć od samego początku, jedni i drudzy, tak samo śmieszni. Szukający, tak samo, jak ich jaskiniowi przodkowie sensu w śmierci, zabezpieczający się przed niepewną przyszłością. Halloween równie pochodzi od najeźdźców kulturowych, jak i ci święci. Mówienie o własnej tradycji, gdy się stoi w szatach biskupich np. takiego Cyryla z Aleksandrii, jest naprawdę śmieszne. A ponadto żałosne to jest. Trzeba stworzyć alternatywę dla Halloween? A po co? Bo ktoś czuje się zagrożony? Bo musi pokazać, że jego święto lepsze? Ludzie, zaraz mi się przypominają dwie procesje ze świętym Antonim (opisywane przez Axela Munthe), które kłóciły się, czyj święty Antoni jest lepszy i który z nich daje więcej łask lokalnym społecznościom. Co z kolei mnie prowadzi, do jakże modnych ostatnio kalendarzy adwentowych – pomysł stosunkowo świeży, pochodzi z XIX w. a wymyślili go niemieccy luteranie. I co teraz?

Stoimy na grobach naszych przodków. Nie posunę się do stwierdzenia, że jesteśmy karłami stojącymi na ramionach gigantów. Jednak stoimy, brodzimy po szyje w kościach. Jedne z nich należą do Słowian, inne do Ormian, Tatarów, Żydów, a wybierzcie sobie, co chcecie. Do wyboru, do koloru, do religii, do obyczaju. Gdzieś tam, na samym końcu tego pochodu wyłania się mój przodek padlinożerca, któremu pewnie pod czaszką też dymiło i kwiatki na kościach układał, bo go przerażał fakt śmierci, jej nieuchronność. Wierzył (kiepsko, bo mu się synapsy dopiero układały – pozwólcie Państwo na taki żarcik), że tak nie może przecież być. Że musi być coś więcej. A teraz alternatywa, święty Hieronim dobrze, dynia – źle. A święty Eustachy z dynią pod pachą? Przeminiemy, przeminiecie, a kiedyś, te rytuały religijne też będą równie martwe jak ta dynia. Umrą jak umarł Zeus, jak umarła Izyda. Pojawią się, w jakiejś wykoślawionej postaci, o której nie będziecie (nie będę) mieć pojęcia. Bo będę martwa jak papuga ze skeczu Monthy Pytona. Wy też będziecie martwi. Czasu jest mało. A teraz nie szkoda czasu i atłasu na popierdółki związane z tworzeniem alternatywy? Niech każdy świętuje wedle własnego uznania. Jest tyle tradycji do wyboru, tyle kultur, z których każda w jakiś sposób radziła sobie z własną śmiertelnością, z własnym strachem. Rozumiem, że tu i teraz jest ważne, że zdobycie rządu dusz jest priorytetem, ale… umrzecie jak Kenny McCormick w serialu „South Park”. Nieodwołalnie. To nas wszystkich łączy. Mnie tam szkoda czasu na tworzenie alternatywnych porządków. Bo umieram… Po prostu. Tak jak i ty.

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,20409,noc-swietych-alternatywa-dla-halloween.html

Published in: on 11/02/2014 at 11:41  15 komentarzy  

Moje czy twoje, czyli: kto za to zapłaci?

574896_DJI01062_4

W Sosnowcu spalił się dach katedry. Zniszczone zostały freski Włodzimierza Tetmajera i Henryka Uziembły. Okazuje się, że odbudowę sfinansuje województwo śląskie. No tak, w końcu zabytek uległ zniszczeniu, ale… jednak mam kilka pytań. Wszystkie są niewygodne.

Po pierwsze, nikt nie mówi o ubezpieczycielu tej budowli. Ja bym chciała wiedzieć, na ile i od czego katedra była ubezpieczona. A może nie była? Nie wiem, może była. Czy w takim razie hipotetyczny ubezpieczyciel uzna, że instalacja elektryczna była dobrze założona oraz kontrolowana i wypłaci? Czy były czujniki dymu na drewnianym dachu? To kilka pytań, które jakoś mi przychodzą od razu do głowy. Zanim dowiedzieliśmy się o tym, że budowla jest / nie jest ubezpieczona, województwo już deklaruje pieniądze. A może one w ogóle nie są potrzebne?

Drugie pytanie jest bardziej rozbudowane. Pozwólcie Państwo, że opowiem kilka historyjek. Chciałam wejść kiedyś do kolegiaty św. Marcina w Opatowie, żeby zobaczyć słynny „Lament opatowski”. Nie weszłam, bo świątynia była zamknięta. Spotkany kościelny rzekł, że zamknięta, bo „jacyś kradną mikrofony”. W czasie mszy zwiedzać, jak wiemy, nie wolno. I słusznie, bo nie mam ochoty niegrzecznie przeszkadzać ludziom w uczestnictwie w ich kulcie religijnym. To kiedy mogę wejść do kościoła? Jeśli nawet nie kradnę mikrofonów? Żeby zobaczyć konstruktywistyczne wnętrze kościoła św. Kazimierza w Katowicach musiałam iść na mszę i po niej, dość szybko, zwiedzić, bo już światła gasili i wszystko zamykali. No, dobrze, rozumiem, że kościoły nie są moje, nawet te zabytkowe. W porządku. Niech będzie, ale w takim razie, dlaczego z moich podatków ma iść cokolwiek na ich odnawianie, skoro mnie się tam nie wpuszcza?

Nauczona doświadczeniem, że mnie nie chcą w kościele, rżnęłam głupa w Strzelnie. Moja opowieść – tak, kłamałam, bo chciałam kolumny zobaczyć – o papieżu-Polaku tak wzruszyła kościelnego, że wpuścił nas do zakrystii, stamtąd do nieczynnego muzeum, a potem dał Łasicowi ustawiać piętnastowieczną Madonnę żeby ten mógł sobie ją ustawić w świetle padającym z okna (chodziło o fotografię). Ja nawijałam o upadku obyczajów i papieżu naszym (którego nota bene nie znoszę serdecznie), a Łasic fotografował, co chciał. Co tylko udowadnia, że wejdziesz, gdzie chcesz, Madonnę z okresu miękkiego dotkniesz brudną łapą, bylebyś tylko człowieku odpowiednie wartości wyznawał. Reszta kradnie mikrofony. Olać samą łapę, chciałam sprawdzić, co będzie mi wolno. Do dziś się z tym fatalnie czuję, że dotknęłam jej stopy. Bo jeśli przeniosłam jakieś bakterie? Ile osób jej dotyka? Mogłam ogień podłożyć, bo łaziłam tam, gdzie wolno nie było, ale byłam jedną ze swoich. Mikrofonów nie ukradłam, ale podpalić mogłam – tak się dba o zabytki religijne w Polsce.

Mojej matce pewna urocza norbertanka z Imbramowic się chwaliła, że mają obraz Madonna w girlandzie, którego autorem jest Jan Brueghel Starszy. Oczywiście zobaczyć nie można, bo tylko dla siostrzyczek. Fajnie? Ależ jasne, że fajnie, bo to ich, a nie moje, ani nie mojej matki. W sumie, jak to nie moje. Moi przodkowie byli chłopami pańszczyźnianymi, dziesięcinę płacili na Kościół. Nota bene, część mojej rodziny pochodzi z tzw. wsi klasztornych. Jak więc „nie moje”?

Oczkiem na obraz nie rzucisz, bo mają schowane. Czasem do muzeum udostępniają, wtedy człowieku możesz popatrzeć. Jeśli nie mogę zobaczyć, jeśli to nie moje, to dlaczego mam płacić? Nikt wam nie każe płacić za moją kolekcję mało znanych świętych z całego świata (trzymam w pudełku po butach: Armani, kolekcja dziecięca), to wy mi nie każcie płacić za wasze skarby, w waszych pudełkach po butach poupychane.

Następne moje pytanie brzmi więc tak: jeśli nie chcecie, żebym wchodziła do zabytkowych świątyń, to się odpieprzcie od mojej kasiory. Ja w takim razie chcę odrestaurowania starego dworca w Katowicach. Stamtąd przynajmniej nikt mnie nie wyrzuci, bo z Mariackiego w Krakowie już to zrobili. Siedziałam sobie grzecznie na ławeczce, myślałam o różnych rzeczach, aż tu nagle pojawiła się zakonnica, która zapytała czy zostaję na mszy. Gdy zaprzeczyłam, kazała wyjść. I to dość kategorycznie. No to wyszłam. Wygonili mnie jak psa, z jednej z moich świątyń narodowych. A moją kasę chcą? Pecunia non olet? Ustalmy w związku z tym zasady: wasze kościoły, moja kasiora. Ja decyduję, że wam jej nie chcę dać. Nie mogę oglądać zabytków sakralnych, to egoistycznie mówię, że nie chcę ich finansować. Ktoś powie, że to podłe? Że to dla przyszłych pokoleń? Jakich przyszłych pokoleń? Po pierwsze: tych wierzących. Po drugie: nie macie najczęściej pojęcia, co macie, bo wasz kościelny, za opowieści o pielgrzymkach i cudach papieskich pozwoli wam pewnie nawet zdrapać polichromię z rzeźby. Ale mikrofony całe. Nikt nie ukradnie.

Kolejne pytanie wiąże się z uwagą księdza Rydzyka o tym, że jego, jako katolika, nie obowiązuje prawo. Ano, skoro nie obowiązuje, to se sami dach odbudowujcie i freski Tetmajera odnawiajcie. Dlaczego Kościół, który ustami jednego ze swych luminarzy głosi, że prawo ma w dupie (a nie jest to jedyny przypadek, gdy nie tylko to głosi, ale i pokazuje, że właśnie tak jest) chce od państwa, którego prawa nie uznaje – kasy? Ej… bez relatywizmu proszę. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5:33-37). No, to ja tyle chciałam dziś powiedzieć.

Zdjęcie pochodzi z: http://katowice.gosc.pl/gal/pokaz/2223123.Spalona-katedra-zdjecia-z-drona-cz-1/4

Published in: on 10/30/2014 at 15:22  8 komentarzy  

Skurwysyństwo zwierząt, czyli bezwzględność pupili

zombie-cat

Jest 5.55. Dzwoni budzik. Jeśli nie jest poniedziałek (gdy idę do instytutu, ale też na ósmą), to wstaję – z kurwą na ustach – i lecę do korporacji papierniczej, ostatnio dostałam podwyżkę, czuję się więc jak koń Boxer i staram się jeszcze bardziej. Podejrzewam, bo znam swój organizm, jesteśmy razem już dość długo, że zaczynam się wiercić w łóżku około 5.53. Zakryta po uszy, zatulona w pierzynkę z kaczego puchu, kręcę się, bo czuję, że właśnie za chwilę… Wówczas uruchamia się Puc Klucha vel Kluska Pierożanka. Obudziłaś się? Kocham cię. Bogowie olimpijscy, jak ja cię kocham siłą swojego piętnastoletniego serduszka. Jesteś cudowna, wspaniała. Chodź, wstajemy. Taki dobry dzień, widzisz?

Należę do ludzi, którzy zawsze (rano) wiedzą, co jest grane. Potem, idzie mi znacznie gorzej. Jest 5.55 – żadnego mękolenia, żadnego rozmamłania, wstajemy – piżamka w dół (ewentualnie – koszulka w górę), gorący prysznic, pod prysznicem wewnętrzne omówienie porządku dnia, albo kilka refleksji interpretacyjnych lub związanych z ostatnią lekturą, kredens z ciuchami, wybór lakierów do paznokci, żel do włosów firmy „Joanna”, kolczyki. Schabowy i kapusta – wszystkie / wszyscy, którzy budzili się u mego boku wiedzą, że rano nie ma litości, masz osiągnąć sto procent po trzech sekundach. W międzyczasie pierwszy papieros. Puc towarzyszy. Rąbie kupsko, gdy biorę prysznic. Gdy palę, wsuwa śniadanie. Żeby nie było durnych tekstów, że kocha, bo chce żreć. Jestem zbyt leniwa, żeby kot miał kiedykolwiek pustą miskę. A ponadto, od roku, Puc je wyłącznie suchą karmę dla tych chorych na nerki.

No dobra, mamy już na sobie część garderoby. Różowe pudełeczko na śniadanie w pracy powoli się napełnia. A w tym momencie ten gnojek, ten koci gnojek, wyciąga ze zwałów mięciutkiego futerka zegarek na łańcuszku, taki srebrny – z napisem „Pucowi – wszyscy” i patrzy na mnie znacząco. Oznacza to: tak Pinky, idź do roboty, żwirek sam się nie kupi. Ty leć do instytutu ze starymi papierami, leć na ćwiczenia, wykłady, leć do korporacji papierniczej, a ja w tym czasie położę się pod twoją pierzynką z kaczego puchu, bo takie jest życie. A idźże ty kocia mendo, idźże w kibini mater.

I zaraz uruchamia mi się wspomnienie, gdy Tusio, ta psina, która ważyła 70 kilogramów i mnie wychowała na znośne ludzkie dziecko (wszystkie braki w wychowaniu są moją winą, a nie jego), rano patrzył, leżąc na pleckach, jak pakuję tornister, jak się męczę obowiązkiem szkolnym i… dawał do zrozumienia, że w pięć sekund po moim wyjściu będzie spał, wtulony w poduszki na moim tapczanie. Będzie leżał na swoich pleckach, wywalał to słodkie brzusio, rozwalał się na cały pokój: jedne łapy pod kaloryferem drugie – pod drzwiami. I wyrażał, tą bezczelną pozą, wyrażał to, że ma w dupie. Ma w dupie moją klasówkę z fizyki, ma w dupie  moje rozedrganie emocjonalne nastolatki. Ma w dupie wszystko, bo gdy zamknę drzwi – zaśnie. I obudzi się – gdy wrócę, a wówczas będzie się domagać spaceru, piłeczki, patyczka, czesania, głaskania. A ja w tym czasie – miałam przesrane, bo miałam np. niemiecki z panią, która mnie nienawidziła. A on spał, spał jak siedmiu braci śpiących. co ja gadam – oni przy nim , to kiepskie cieniasy.

Dziś jest to samo. Wychodzę, biegnę, zdobywam, walczę, wyzłośliwiam się, prowadzę wojny, zawieram traktaty pokojowe, ulegam w obliczu przeważających sił wroga. A mój kot śpi. Śpi z tym wrednym tekstem pod tymi mięciutkimi wąsikami: Pinky – ktoś musi działać, żeby spać mógł ktoś.

Zwierzęta to świnie, mówcie co chcecie.

Published in: on 10/22/2014 at 23:30  8 komentarzy  

Tekst sponsorowany, czyli płaszczyk cz. 2

Przechwytywanie

To moja dłoń

to linia życia

dobiega tu

tu się urywa

Nad łóżkiem wisiał święty obraz – jak to w porządnym polskim domu. Ale nie był to żaden, jakże popularny, wizerunek Chrystusa z gorejącym sercem, ale coś dziwnego. Żydówka wisiała, święta Żydówka, stereotypowa taka. Maryja była na tymże obrazie dość egzotyczną brunetką, zaś Jezusek – no wyobraźcie sobie – był rudy i miał kręcone włoski. Ewidentnie by nie przeżyli wojny – bo wyglądali tak, że każdy szmalcownik od razu wepchnąłby ich w bramę. Nie doszliby nawet do przystanku tramwajowego. Dziś już mnie to nie dziwi, nawet sobie myślę, że co miało wisieć w moim domu, jak nie to właśnie. W wieku czterech lat dostałam inny obrazek, z Maryją przydeptującą węża, stojącą na globie ziemskim. Niebieska sukienka, włoski blond, rączki rozłożone bezradnie, bladawa skóra z rumieńcami na policzkach. Nieprawdziwa taka, nie moja. Ta wisząca nad łóżkiem była taka zwyczajna. Płakała – tak samo jak moja mama. Myślałam sobie, że pewnie Jezusek znów choruje i ona dlatego płacze. Jezusek miał czerwone policzki – owszem – pewnie miał gorączkę. Maryja trzymała go za rączkę, łza spływała jej po śniadej twarzy, wypływała z kącika ciemnego oka, a prześcieradło mieli w paski, słoma spod niego wyłaziła. Tamtą drugą zamknęłam w książeczce do nabożeństwa i nie chciałam na nią patrzyć – bo nie miała żadnej ciekawej historii do opowiedzenia – stała i patrzyła, a stać i patrzeć to każdy głupi potrafi. Babcia chciała, żeby ten obraz ze ściany dostała, w razie „jakby co”, ciocia B. Tak się właśnie stało. Obraz wisi u cioci B., a ja sobie myślę, że w razie „jakby co”, to ma on wrócić do mnie. Po co? Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak właśnie ma być. Nie przywiązuje się do rzeczy, nie chomikuję, potrafię w pięć minut wynieść z domu, bo komuś bardziej potrzebne, bo mu się przyda, a ja sobie poradzę. Jednak ten obraz – jest mój. Niech ona płacze nad moim łóżkiem, niech on nad nim choruje. A gruba („złota”) rama też mi nie przeszkadza. Gdybym przełożyła w jakąś antyramę wszystko straciłoby sens.

na szyi mam

medalik z lontem

oglądam swoją dłoń

to linia frontu

Żeby nie było, jest jeszcze jeden obraz. Namalowany chyba w czasie wojny przez jakiegoś Niemca. Ewidentnie nie wyszedł mu daszek góralskiej chałupki, ale chłopina chyba wiedział, co to był impresjonizm. Choineczki, droga prowadząca a nicość, szczyt górski w chmurach. Raczej Tatry niż Alpy. Jelenia brak. Nawet niedźwiedzia nie ma – nie postarał się malarz, albo umiał namalować wyłącznie kotka z tyłu, zaś to do pejzażu górskiego ewidentnie nie pasowało. Siedziałam kiedyś w domu rodziców i próbowałam pisać książkę, a ona za cholerę się nie dawała napisać. Nagle zaczęłam chichotać, bo znad tego stołu patrzyła na mnie przeszłość. Kalendarz „National Geographic” oferował zmęczone i mądre spojrzenie goryla, a obok był ten niemiecki obraz. Wydało mi się to tak zabawne, że nie mogłam przestać się śmiać. Goryl i wojenny kicz. Złotko z ramy schodziło, ale nadal błyszczało, co miało robić. Goryl patrzy mi w oczy i pytał: kim jesteś, skąd przyszłaś, dokąd idziesz. Każdy dostaje takie „quo vadis”, na jakie zasługuje. Książkę napisałam, też pomogło mi dziedzictwo. Usiadłam na miedzy i bezradnie wpatrywałam się w zapadający mrok – a potem dotarło do mnie, że żaden mrok, łuna czerwona zaczęła się pojawiać. I wtedy wiedziałam, że muszę zacząć od Nowej Huty. Stukając w klawiaturę zdałam sobie sprawę, że za paznokciami mam pełno małopolskiej gliny. Obraz na ścianie przestał przeszkadzać, wszystko się ułożyło.

w piżamie mam

na małej kartce

tych kilka słów

gdy ktoś mnie znajdzie

Mam biały obrus. Z wyhaftowanymi inicjałami „EK”. Już pierwszy z nim kontakt był związany z niesamowitym dziecięcym zdziwieniem. Skąd to „K” – podejrzane „K” na adamaszkowym obrusie. Dlaczego nikt nie wypruł? Hmm… Obrus był, pewnie leżał w tym domu, do którego babcia się wprowadziła, ale wyprucie inicjałów byłoby chamstwem – jak ją znam, to tak właśnie myślała. Proszę sobie wyobrazić Edeltraud Knopf (musiałam ją jakoś nazwać), matkę czworga dzieci, która bezradnie pakuje różne rzeczy i zostawia ten obrus. Otwarte walichy, krzątanina paniczna, stłukła się karafka po babci Knopf, kieliszków nie bierzemy, słychać już z daleka organy Stalina. Ja mogłabym oddać ten obrus potomkom Edeltraud Knopf. Jest niezniszczony. I nie jest mój. Uważam, że tak byłoby w porządku. Nawet trochę jakby pali moją szufladę. Leży w niej i jakbym skubańca nie złożyła, wyłazi to „EK”. Edeltraud, przestań. Przestań się panoszyć w szufladzie z moimi obrusami. Na wszystkich mam monogramy – „MP”, „MC”, „MS”, wcześniejszych brak, być może ktoś ich używa, gdzieś tam… Te inicjały podkreślają linię żeńską, wskazują na gniazdo, na zasiedzenie, zacróczenie. A w tym wszystkim ta Edeltraud. No dobra, chichot historii, mam twój obrus, chociaż nie powinnam i chociaż z pewnością tego nie chciałaś. A bierz ten obrus, cholera jasna. Stawiaj na nim półmiski z kiełbasą i kapustą. Śpiewaj przy nim „Heilige Nacht”, dziel się opłatkiem, opłakuj zmarłych na stypie, nie wiem, co jeszcze można robić przy białym adamaszkowym obrusie. Weź go sobie, droga Edeltraud. Ja doskonale wiem, że ty już nie żyjesz. Naprawdę mi przykro, jeśli zostałaś zgwałcona, naprawdę mi przykro, jeśli w tej zawierusze straciłaś cały swój porządny i mieszczański dorobek życia. Dlatego mam właśnie ten jeden obrus, właśnie dlatego. Tę ironię losu, którą mogliby twoi potomkowie i potomkinie traktować, jako coś ważnego, jako własną przeszłość. Bierz ten obrus, po dobroci mówię.

No dobrze, nie weźmiesz go. Wiem, on ma mi przypominać różne rzeczy: jak szybko wychodzi się z domu, jak zabawna jest historia, jak parszywa jest historia. Jestem z Europy Wschodniej i mam płaszczyk z dziurawymi kieszonkami. A wszystko, co w nich jest i tak nie należy do mnie.

Może dlatego chcę mieć ten obraz z Maryją-Żydówką?

Published in: on 08/24/2014 at 14:30  19 komentarzy