O króliku, który przypadkiem został Rosjaninem, czyli historyjka chyba świąteczna, ale bez morału

images

Czasem człowiek ma lat pięć, czasem sześć i nic na to nie można poradzić. Tak właśnie powinna zaczynać się ta historia, ponieważ ma pewne znamiona tragedii greckiej, a dokładniej rzecz ujmując, chodzi o fatum. Fatum, które prowadzi do katastrofy, może nie jakiejś straszliwej, ale wywierającej długotrwałe skutki na dom i rodzinę. O, bogowie, jak żeście nielitościwi byli w tej chwili, gdy postawiliście na drodze pewnej dziewczynki… królika. Ale, nie uprzedzajmy wypadków, a może wskoczmy od razu w wir opowieści. Od czego zacząć? Na początku była szafa… Nie była to żadna wybitna szafa, żadna gdańska, ot PRL-owski mebel „na wysoki połysk”. Do Narni się nie przechodziło, z pewnością. Miała jedną zaletę. Gdy się ją otworzyło, można było oglądać kapelusze babci. Apaszki babci. A także rękawiczki i torebki. A wszystko to pachniało upojnie rosyjskimi perfumami „Carmen”. Dobra, dobra, bez chichotów, jasne? Przypominam: de gustibus non est disputandum. I nie drążmy już tematu, dobrze? Potraktujmy ten zapach jako metaforę dorosłości, jakiegoś świata poza opadającymi rajstopkami i zielonymi (jakże mało wytwornymi) bamboszkami z filcu. Świata kapeluszy i butów z klamerkami, ale nie dlatego, żeby je mieć, założyć i wyginać się przed lustrem jak jakiś gibbon bez zasad. Kapelusze były gwarantem świata narracji i możliwości. A właśnie to wszystko pachniało jak rosyjska „Carmen”, która tak pięknie śpiewała „L’amour est enfant de bohème /Il n’a jamais, jamais connu de loi /Si tu ne m’aimes pas, je t’aime /Si je t’aime, prends garde à toi”. Na rysunku umieszczonym na buteleczce, Carmen miała różę we włosach. A ja nie miałam pojęcia, o czym ona śpiewa, ale jedno z drugim się łączyło. Jakoś. Dlatego też dzień, w którym tata objawił, że jedzie do ZSRR był naprawdę piękny. Gdy zapytał, co chciałabym, żeby przywiózł, wiedziałam już na pewno: perfumy. Rosyjskie, piękne perfumy, którymi wszystko będzie pachnieć. Tata nie jest człowiekiem małostkowym, a – kiedy trzeba – nie jest też człowiekiem dociekliwym. Dostałam buteleczkę lawendowych perfum – moich własnych. Brakowało mi jeszcze tylko szafy z kapeluszami i byłabym gotowa na podbój świata. Na zdobywanie narracji.

Buteleczka stała na biurku, ciągle pełna, aczkolwiek co chwilę „podwąchiwana” i jawiła się jak wyrzut sumienia. Co pokropić? Co zaznaczyć, że to już? Że to ten moment, w którym świat musi dostrzec, iż rozpoczyna się moje życie. Mogło się zacząć od momentu, w którym otoczy mnie etola z lawendowego zapachu, który stanie się moim podpisem, wyrazistą sygnaturą. Oto stałabym się jednostką, która nie pachnie już, jak wszystkie inne jednostki, mydłem „Bambino” czy czymś równie prozaicznym. Ten – wcale nie słodki – zapach lawendy stałby się od tego momentu znakiem wypalonym na skórze. Na dodatek zauważyłam, że lawenda do mnie pasuje. Osiągnięto pełnię szczęścia. A może to było jednak za wiele?

W tym miejscu wkraczają bogowie, którzy, jak to zwykle oni, zaczynają mieszać. Mam dziwne wrażenie, że to była Hera – bo zawsze czułam, że łączy mnie z nią jakiś związek. Nie potrafiąc jednak znaleźć żadnego innego momentu, w którym jej wpływ byłby możliwy, sugeruję, że to właśnie wtedy.

Na tapczaniku leżał królik. Zabawka. Niewiadomego pochodzenia. Na dodatek, nie jakaś zabójczo ulubiona. Królik po prostu ładnie prezentował się między poduszkami, których pokrowce szyła i dziergała babcia. Leżał cały boży dzień, wgapiając się szklanymi oczkami w przestrzeń. Wieczorami był kładziony na stertę poduszek i zasypiał, śniąc zabawkowe sny o łące, marchwi i kopanej ziemi. O norach w sadzie, gdzieś tam, pod krzakami porzeczek, gdzie jest wolność i gdzie nie ma poduszek. Głupi królik. Chociaż może nie taki głupi, bo mam niejasne wrażenie, że wiązał się jakoś z powieścią Adamsa „Wodnikowe wzgórze”, ale to mi się nie składa, bo ta pozycja pojawiła się w serii „Współczesna proza światowa” w 1982 r. Proszę mi wybaczyć, ale to wszystko działo się naprawdę dawno temu. Rok w tę stronę, rok w inną, nie są istotne, nie tylko z pozycji uczestnika potopu szwedzkiego, ale też zmarłego na „hiszpankę”, któremu udało się przeżyć gazy pod Ypres. Czas, akurat w tej narracji, nie ma wielkiego znaczenia.

Królik leżał i się gapił. A ja siedziałam i się gapiłam na buteleczkę „o de koloń”. A potem chlupnęłam nieco na królika. Spodobało mu się. Mnie też. Następnie wylałam całą buteleczkę na królicze futerko. Od tamtej pory, w moim pokoju śmierdziało potwornie lawendą, a do królika nie dało się podejść bez maski gazowej. Otaczał go taki fetor, jakby szwadron kawalerzystów carskich całą noc spędził z baletem za kulisami teatru Bolszoj (po zastanowieniu się dochodzę do wniosku, że to nie jest trafne porównanie, ale spróbujmy sobie to wyobrazić w ten, a nie inny sposób). Nawet luster nie trzeba było tłuc. Nie było niczego, tylko zapach, a nawet nie zapach, a pospolity smród nie do wytrzymania. Królika nie dałam uprać, bo miał w sobie trociny i z pewnością by zgnił. Przestał więc biedaczek siedzieć między poduszkami, a zaczął wyglądać przez stale otwarte okno. I spędził tam kilka lat.

Dlaczego to zrobiłam? Nie mam pojęcia, w przeciwieństwie do wicehrabiego de Valmont, który widział co robi, mogłabym naprawdę, z pełną szczerością, powtarzać: „to nie moja wina”. Szykowało się na wydarzenie o charakterze inicjacyjnym, którego farsowy charakter, a może właśnie fatalistyczny, sfinalizowany został nieustającym na wiele lat odorem. Miłość do rosyjskich zapachów przeszła, jak nożem uciął, aczkolwiek wydarzenie to nie zostało w jakikolwiek powiązane z miłością do narracji (via szafa). Jedyne, co pozostało mi z tamtej chwili, to właśnie chęć zanurzenia się w tych płaszczach, kostiumach i sukienkach, w zapachu babci Marianny. Morału więc nie ma. Jest tylko, jak zawsze, obrzydliwy zwyczaj mieszania się bogów olimpijskich w sprawy maluczkich. Który przeżyłam… na własnym nosie. Może dlatego nie lubię Wielkanocy, bo gotowa jestem podejrzewać króliki o niecne zamiary? Przyznacie Państwo, że jestem usprawiedliwiona.

10669994_367164386782961_1198100597516891043_n

Reklamy
Published in: on 03/28/2016 at 21:20  2 Komentarze  

Coroczne opowieści świąteczne, czyli o tym, kto zjadł Jezuska

10805556_352058954972936_1827507952720055825_n

Co roku (jeśli piszę), to opowiadam coś świątecznego? Dlaczego? Nie mam pojęcia, naprawdę. Przecież nie przepadam za świętami, nie ogarnia mnie świąteczna gorączka, takież podniecenie, ani nic innego. Jednakże, utarło się, pewnie jest to jakaś świecka tradycja, że zawsze muszę nawinąć jakąś świąteczną historyjkę. Obiecuję, że dziś będzie bez morału.

Dawno, dawno temu, gdy w pawiańskim domu zadomowiło się pierwsze szczenię (które wyrosło na psa Baskerville’ów i Cerbera w jednej postaci), nazwane pieszczotliwie „Tusio”, a przypominało ono już zanim skończyło rok, Grubą Bertę skrzyżowaną z furmanką z węglem, jak zwykle, w Wigilię ustawiono choinkę. A pod nią, rzecz jasna, szopkę. Szopka była gipsowa i mocno zużyta, pochodziła chyba jeszcze z czasów wojennych. Prawie każdemu jej elementowi czegoś brakowało. Osiołkowi na ten przykład – nogi. Przedniej prawej, dlatego stawiało się go opartego o żłóbek. Żeby się nie przewracał. Anioł, w różowej sukience miał w dziurawych plecach zapałkę. Do zapałki przywiązywało się kokardkę, zaś przy jej pomocy anioł z szarfą „Gloria in excelsis Deo” mógł zawisnąć nad całą szopką. Anioł w ogóle był jakiś taki… Miał różową kiecusię, gołe nogi, dość nieprzystojnie majtające nad cudem betlejemskim, a na dodatek miał żółte włosy. Żółte, mówię wyraźnie. Takie jakby zgniłokurczakowe. Ponadto aniołowi notorycznie wypadała zapałka z pleców i lądował gdzieś między wołkiem, a pastuszkiem z gęślami. Józef też był felerny, bo z kolei miał głowę na zapałce. Głowa mu się trzęsła i przez to wyglądał na niesamowicie nieszczęśliwego. Taka dziadyga. Maryja miała ładne złocenie na szacie, ale też obity kawałek twarzy. Trzeba ją było ustawiać z lewej strony. Gdybym była cyniczna, rzekłabym, że pokazywała lepszy profil.

Przepraszam, że ten opis brzmi tak mocno turpistycznie, ale z mojej perspektywy ówczesnej, wcale tak nie było. Kładłam się pod choinką i kontemplowałam całą grupę, w której jeszcze było dwóch pastuszków, jeden całkiem szykowny, siedzący z dudami („Mój tata grał na dudach; pięknie grywał pjany,/Ale kiedy na trzeźwo, okropnie rzępolił”), a drugi, z owcą w ramionach – oczywiście – bez nogi, opierany o pieniek choinki. To on nie miał nogi. Ta owca akurat miała. Do tego był jeszcze leżący wołek, którego zawsze, zgodnie z sugestiami babci Marianny, ustawiało się w okolicach żłóbka, żeby Jezuskowi nogi oddechem ogrzewał. Koło wołka stawała też owieczka, z powodu uszkodzeń opierająca się o szeroki i budzący zaufanie grzbiet brązowego przeżuwacza. Był jeszcze jeden król, pozostała dwójka zagubiła się w pomroce dziejów. Na dodatek, król nie był oryginalnym wyposażeniem szopki. Reszta grupy, gipsowa, porządna, solidna, chociaż nieco sfatygowana, a ten niby z kuferkiem złota, ale lekki i pusty, jako cymbał brzmiący. Nie lubiłam drania, zawsze wstawiałam go gdzieś z tyłu. Rodzinie tłumaczyłam, że przyjdzie dopiero na Trzech Króli. W ogóle, to ja ciągle tę szopkę cięgle przestawiałam, ciągle dopracowywałam ustawienie grupy. Pisałam scenariusze, często odbiegające od biblijnych, ale nie jakoś tak gruntownie – powiedzmy, że była to opowieść apokryficzna, możliwa i na dodatek niezwykle interesująca. Z mówiącymi zwierzętami, ze śpiewającym aniołem. Dobra, tu się przyznaję, czasem śpiewał też Jezuskowi piosenkę o kaczuszkach. W sumie, dlaczego nie? A nie śpiewał? Proszę mi udowodnić, że nie śpiewał i nie mógł śpiewać. W tej kwestii do dziś jestem niesłychanie pryncypialna. A dlaczego śpiewał o kaczuszkach? Proszę Państwa, te wszystkie kolędy są niesamowicie pesymistyczne. Jezuskowi byłoby przykro i smutno, bo kto chciałby słuchać, że mu matula sukienki nie dała? Tego o pannie czystej nie rozumiałam, raczej wiązałam z myciem rąk. A to też nieprzyjemne było. Ciągle tylko „myj łapki” i „myj łapki”. A już tego o ciemnej nocy w jasnościach promienistych nigdy nie kupowałam. Pewnie już od dziecka byłam wyczulona na pretensjonalne metafory. I właśnie dlatego o kaczuszkach, no!

Myślę sobie, że te uszkodzenia postaci z szopki, to też moja wina. Jak się ich tak ciągle przestawiało, to mieli prawo odnieść obrażenia. W każdym razie stali wszyscy pod kolejnymi choinkami i dobrze było. Do czasu. Pewnego razu rano, gdy jak zawsze poszłam poleżeć pod choinką zobaczyłam, że nie ma owieczki. Odbyła się tam rzeź, rzecz jasna – jak to zwykle bywa – w całkowitym milczeniu. Po owieczce zostało tylko kilka okruszków białego gipsu. Została pożarta przez wielką bestię o krwiożerczych instynktach i niewinnym imieniu. Przez Bestię, którą wpełzała pod choinkę i tam sapała, zaś ciemną nocą wyszły z niej cechy drapieżnika. Któż miał zginąć? To jasne – owca. Wszyscy udaliśmy, że nic się nie stało i owcy nigdy nie było. Patrzyliśmy jednak na szczenię-giganta z pewnym wyrzutem. Do tej pory dzieci z szacunkiem podchodziły do rodzinnej szopki. A tu, nagle… pożarcie. I te okruszki.

Po kilku dniach z przerażeniem zobaczyliśmy, że w nocy ktoś wyżarł Jezuska. Żłóbek stoi, gipsowa słoma nawet się uchowała, zaś po dziecinie ani śladu. Tylko ten kontur wygryzienia taki oskarżycielski. O ile, bez owieczki, tak samo, jak i bez dwóch króli, szopka mogła jakoś funkcjonować, o tyle bez głównego bohatera całego zajścia, to już nie miało sensu. Sprofanowana przez psa szopka została gdzieś schowana, zaś matka, znając mój sentyment do postaci, kupiła bardzo podobną, tylko że brązową, ceramiczną. I są tam wszyscy. Trzej królowie, a jakże. Owiec jest chyba ze trzy. Pastuszków całe tabuny. Nic się nikomu nie odrywa, nic nikomu nie brakuje. Wołek leży. Osiołek stoi. Nikomu się głowa nie chwieje. Anioł dynda sobie bez żadnej zapałki. Z Józefa chłop jak dąb, a nie jakiś wymoczek z kiwającym się podbródkiem. Ale… to już nie jest to. Obrzydliwa jest ta nowa szopka. Obrzydliwa. A na dodatek Jezusek ma fatalny żłóbek. Nogi mu wiszą. Dobranoc Państwu.

Published in: on 12/15/2014 at 21:28  9 Komentarzy  

Tekst sponsorowany, czyli płaszczyk cz. 2

Przechwytywanie

To moja dłoń

to linia życia

dobiega tu

tu się urywa

Nad łóżkiem wisiał święty obraz – jak to w porządnym polskim domu. Ale nie był to żaden, jakże popularny, wizerunek Chrystusa z gorejącym sercem, ale coś dziwnego. Żydówka wisiała, święta Żydówka, stereotypowa taka. Maryja była na tymże obrazie dość egzotyczną brunetką, zaś Jezusek – no wyobraźcie sobie – był rudy i miał kręcone włoski. Ewidentnie by nie przeżyli wojny – bo wyglądali tak, że każdy szmalcownik od razu wepchnąłby ich w bramę. Nie doszliby nawet do przystanku tramwajowego. Dziś już mnie to nie dziwi, nawet sobie myślę, że co miało wisieć w moim domu, jak nie to właśnie. W wieku czterech lat dostałam inny obrazek, z Maryją przydeptującą węża, stojącą na globie ziemskim. Niebieska sukienka, włoski blond, rączki rozłożone bezradnie, bladawa skóra z rumieńcami na policzkach. Nieprawdziwa taka, nie moja. Ta wisząca nad łóżkiem była taka zwyczajna. Płakała – tak samo jak moja mama. Myślałam sobie, że pewnie Jezusek znów choruje i ona dlatego płacze. Jezusek miał czerwone policzki – owszem – pewnie miał gorączkę. Maryja trzymała go za rączkę, łza spływała jej po śniadej twarzy, wypływała z kącika ciemnego oka, a prześcieradło mieli w paski, słoma spod niego wyłaziła. Tamtą drugą zamknęłam w książeczce do nabożeństwa i nie chciałam na nią patrzyć – bo nie miała żadnej ciekawej historii do opowiedzenia – stała i patrzyła, a stać i patrzeć to każdy głupi potrafi. Babcia chciała, żeby ten obraz ze ściany dostała, w razie „jakby co”, ciocia B. Tak się właśnie stało. Obraz wisi u cioci B., a ja sobie myślę, że w razie „jakby co”, to ma on wrócić do mnie. Po co? Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak właśnie ma być. Nie przywiązuje się do rzeczy, nie chomikuję, potrafię w pięć minut wynieść z domu, bo komuś bardziej potrzebne, bo mu się przyda, a ja sobie poradzę. Jednak ten obraz – jest mój. Niech ona płacze nad moim łóżkiem, niech on nad nim choruje. A gruba („złota”) rama też mi nie przeszkadza. Gdybym przełożyła w jakąś antyramę wszystko straciłoby sens.

na szyi mam

medalik z lontem

oglądam swoją dłoń

to linia frontu

Żeby nie było, jest jeszcze jeden obraz. Namalowany chyba w czasie wojny przez jakiegoś Niemca. Ewidentnie nie wyszedł mu daszek góralskiej chałupki, ale chłopina chyba wiedział, co to był impresjonizm. Choineczki, droga prowadząca a nicość, szczyt górski w chmurach. Raczej Tatry niż Alpy. Jelenia brak. Nawet niedźwiedzia nie ma – nie postarał się malarz, albo umiał namalować wyłącznie kotka z tyłu, zaś to do pejzażu górskiego ewidentnie nie pasowało. Siedziałam kiedyś w domu rodziców i próbowałam pisać książkę, a ona za cholerę się nie dawała napisać. Nagle zaczęłam chichotać, bo znad tego stołu patrzyła na mnie przeszłość. Kalendarz „National Geographic” oferował zmęczone i mądre spojrzenie goryla, a obok był ten niemiecki obraz. Wydało mi się to tak zabawne, że nie mogłam przestać się śmiać. Goryl i wojenny kicz. Złotko z ramy schodziło, ale nadal błyszczało, co miało robić. Goryl patrzy mi w oczy i pytał: kim jesteś, skąd przyszłaś, dokąd idziesz. Każdy dostaje takie „quo vadis”, na jakie zasługuje. Książkę napisałam, też pomogło mi dziedzictwo. Usiadłam na miedzy i bezradnie wpatrywałam się w zapadający mrok – a potem dotarło do mnie, że żaden mrok, łuna czerwona zaczęła się pojawiać. I wtedy wiedziałam, że muszę zacząć od Nowej Huty. Stukając w klawiaturę zdałam sobie sprawę, że za paznokciami mam pełno małopolskiej gliny. Obraz na ścianie przestał przeszkadzać, wszystko się ułożyło.

w piżamie mam

na małej kartce

tych kilka słów

gdy ktoś mnie znajdzie

Mam biały obrus. Z wyhaftowanymi inicjałami „EK”. Już pierwszy z nim kontakt był związany z niesamowitym dziecięcym zdziwieniem. Skąd to „K” – podejrzane „K” na adamaszkowym obrusie. Dlaczego nikt nie wypruł? Hmm… Obrus był, pewnie leżał w tym domu, do którego babcia się wprowadziła, ale wyprucie inicjałów byłoby chamstwem – jak ją znam, to tak właśnie myślała. Proszę sobie wyobrazić Edeltraud Knopf (musiałam ją jakoś nazwać), matkę czworga dzieci, która bezradnie pakuje różne rzeczy i zostawia ten obrus. Otwarte walichy, krzątanina paniczna, stłukła się karafka po babci Knopf, kieliszków nie bierzemy, słychać już z daleka organy Stalina. Ja mogłabym oddać ten obrus potomkom Edeltraud Knopf. Jest niezniszczony. I nie jest mój. Uważam, że tak byłoby w porządku. Nawet trochę jakby pali moją szufladę. Leży w niej i jakbym skubańca nie złożyła, wyłazi to „EK”. Edeltraud, przestań. Przestań się panoszyć w szufladzie z moimi obrusami. Na wszystkich mam monogramy – „MP”, „MC”, „MS”, wcześniejszych brak, być może ktoś ich używa, gdzieś tam… Te inicjały podkreślają linię żeńską, wskazują na gniazdo, na zasiedzenie, zacróczenie. A w tym wszystkim ta Edeltraud. No dobra, chichot historii, mam twój obrus, chociaż nie powinnam i chociaż z pewnością tego nie chciałaś. A bierz ten obrus, cholera jasna. Stawiaj na nim półmiski z kiełbasą i kapustą. Śpiewaj przy nim „Heilige Nacht”, dziel się opłatkiem, opłakuj zmarłych na stypie, nie wiem, co jeszcze można robić przy białym adamaszkowym obrusie. Weź go sobie, droga Edeltraud. Ja doskonale wiem, że ty już nie żyjesz. Naprawdę mi przykro, jeśli zostałaś zgwałcona, naprawdę mi przykro, jeśli w tej zawierusze straciłaś cały swój porządny i mieszczański dorobek życia. Dlatego mam właśnie ten jeden obrus, właśnie dlatego. Tę ironię losu, którą mogliby twoi potomkowie i potomkinie traktować, jako coś ważnego, jako własną przeszłość. Bierz ten obrus, po dobroci mówię.

No dobrze, nie weźmiesz go. Wiem, on ma mi przypominać różne rzeczy: jak szybko wychodzi się z domu, jak zabawna jest historia, jak parszywa jest historia. Jestem z Europy Wschodniej i mam płaszczyk z dziurawymi kieszonkami. A wszystko, co w nich jest i tak nie należy do mnie.

Może dlatego chcę mieć ten obraz z Maryją-Żydówką?

Published in: on 08/24/2014 at 14:30  19 Komentarzy  

Tekst sponsorowany czyli płaszczyk

IMAG0187

 

Wyszedł żuczek na słoneczko

W zielonym płaszczyku.

– Nie bierzże mnie za skrzydełka,

Miły mój chłopczyku.

Nie bierzże mnie za skrzydełka,

Bo mam płaszczyk nowy;

Szyły mi go dwa chrabąszcze,

A krajały sowy.

(Maria Konopnicka)

Z dedykacją dla A.M. czyli Zgredka.

Tekst jest sponsorowany, pewnie dostanę za niego piwo, a może nic nie dostanę i też będzie dobrze. Zacznijmy od początku. Moja Umiłowana w Duchu Absurdu Sąsiadka (Językoznawczyni) życzy sobie opowieść o płaszczykach, bo okazało się, że w mojej narracji sąsiedzko-piwnej, która trwa już pierdyliard lat, czasem (ale z pewną regularnością, dlatego warte jest to zjawisko analizy) pojawiają się zdania: „a ja z tego miałam potem płaszczyk”, albo po prostu „miałam kiedyś taki płaszczyk”. I dlatego, sąsiadka mi fakt ten uświadomiła, a potem zaproponowała, ale Państwo rozumieją, dobitnie zaproponowała, tak całkowicie bezalternatywnie, że mam coś o płaszczykach napisać. I nic mi nie pomoże, muszę zarzucić z siebie płaszcz Konrada, zakasać rękawy i do roboty się zabrać. Ale od czego zacząć? Od tego, że są pawiany płaszczowe i teraz chyba wszystko się wyjaśniło? Mam wytwornego i obytego kumpla ze sfer naukowych, którego często ludzie pytają o to, czy urodził się w garniturze, a on, z właściwym sobie sarkazmem, odpowiada, że położnik go odział weń był, ale dopiero po odessaniu wydzielin z dróg oddechowych. Czy ze mną jest podobnie? Na początku był płaszczyk? Na dodatek zawsze myślę sobie, że uwielbiam kurtki, swetry, w ostateczności dziwaczno-dziadowskie marynareczki, ale płaszcze?

IMAG0587

Zaraz mi się przypomina scena z filmu „Ucieczka z kina >>Wolność<<”, w której Teresa Marczewska uczy Zbigniewa Zamachowskiego prawidłowej wymowy wyrazu „płaszcz”. Pamiętam, że byłam na tym filmie w kinie, ale teraz chwila, z kim byłam? Z mamą? Z tatą? I zaczynam się zastanawiać, co się stało z moją pamięcią sytuacyjną, że pamiętam doskonale obrazy, kadry zatrzymane w pamięci, zapisane na matrycy mózgu, a tu nagle… dupa, bulba i kiełbasa. Z siostrą? Z kim byłam wtedy w kinie? Nie mogę sobie przypomnieć. Zaczyna mnie wręcz boleć fizycznie ta moja niedoskonałość pamięci, którą tak się szczycę, ba, jestem wręcz niesamowicie próżna (tylko w tym miejscu, w tym aspekcie) i z dumą zawsze powtarzam, że mam pamięć jak słoń. A tu, potrafię sobie przypomnieć, że na „Cudzoziemce” byłam z mamą i miałam wówczas na sobie różowy żakiecik, który sama, dość nieudolnie (jak wszystko, co związane z czynnościami manualnymi), przerobiłam sobie z kostiumu rodzicielki. Pamiętam, jak byłam na „Korczaku” z tatą, a potem szliśmy nocnym miastem i nie mogliśmy przestać gadać o tym, że ogólnie to nie znosimy prześwietlonych zdjęć u Wajdy, dlatego niektóre sceny w obejrzanym obrazie wydawały nam się zbyt toporne, zbyt egzaltowane, zbyt dosłowne. No dobrze, ale te dygresje nie przybliżają nas do odpowiedzi na podstawowe dla tego momentu pytanie: z kim oglądałam Zamachowskiego i Gajosa? Najgorsze jest, że właśnie przyszło mi do głowy następne pytanie: kiedy przeczytałam po raz pierwszy „Płaszcz” Gogola? I znów leżę i kwiczę. Nie wiem, nie mam pojęcia, ponadto nie pamiętam też, kiedy czytałam ten utwór po rosyjsku. Nie jest ważny? Został wyrugowany z pamięci ten epizod inicjacyjny jako nieistotny, zupełnie zbędny?

Na twarzy jego malowała się rozkosz; niektóre litery były jego ulubienicami i gdy się dobierał do nich, był po prostu nieswój: i podśmiechiwał się, i mrugał porozumiewawczo, i pomagał sobie wargami, tak że na twarzy jego można było, zda się, odczytać każdą literę, którą na papierze wykreślało jego pióro. Gdyby stosownie do jego żarliwości dawano mu awanse, ujrzałby się ku swemu zdziwieniu, być może, nawet radcą stanu, lecz dochrapał się tylko, jak mawiali dowcipnisie, jego koledzy, guzika do pętelki i dorobił hemoroidów.

W związku z czym, od czego zacząć? Skoro uciekła bezpieczna jak zawsze literatura, wszystko to, co mam w zanadrzu, czym wspomagam się, gdy jestem zakłopotana, albo skonsternowana, literatura, która daje mi poczucie bezpieczeństwa, że zawsze, naprawdę zawsze, w każdej sytuacji, znajdę w głowie jakiś cytat, który doskonale pasuje do sytuacji i gdy nagle (choć to bardzo rzadko się zdarza), pozostaję bez słowa, to mogę skwitować wszystko i wszystkich jakąś literacką pointą, jakąś błyskotliwą nie-własną, ale własną jednak w jakiś sposób frazą, a tu jednak nie potrafię, pozostaję zawieszona w próżni, zaniepokojona faktem, że nie pamiętam. A czegóż jeszcze nie pamiętam? Może właśnie uciekły mi ważne słowa, ważne myśli nieżywych ludzi, co jaskrawie udowadnia mi fakt, że zapomniałam o czytaniu Gogola. Chryste Panie, Zeusie Olimpijski, Ozyrysie – jak mogłam zapomnieć okoliczności czytania Gogola! Ja rozumiem, że są ludzie, którzy pamiętają rzeczy istotne – daty urodzin, imienin, ślubów, pogrzebów, cen masła w latach sześćdziesiątych, ale ja mam tylko teksty literackie, nic więcej i nic mniej. Mój przyjaciel (Filuś) mawia, że mam tekst na każdą okazję, jak dobry wojak Szwejk, przy czym, ja mam na podorędziu opowiastki zarówno o psach na Pankracu (może bardziej, że na Nikiszu), jak i cudze teksty, wyłażące ze mnie, przez dziury w szwach, jak piórka gęsie ze starej podszewki. Zobaczcie Państwo, jak umykam, jak uciekam od tych płaszczyków własnych, bo znów nie mam pojęcia, od czego zacząć. Zdjęcie, jedno z pierwszych, ujawnia Pawiana w pozycji wyprostowanej, przeciwstawności kciuków nie będziemy się czepiać, który w zabawnym czepeczku i rozciągniętych śpiochach prezentuję światu… swój pierwszy płaszczyk. Ba, ale ja nawet nie pamiętam i oczywiście pamiętać nie mogę, kiedy i gdzie działo się to wydarzenie wiekopomne. Myślę, że był to zakład fotograficzny pana Stelmaszczyka, gdzie fotografowano Pawiana wielokrotnie. Na wspomnianym zdjęciu Pawian ma jeszcze minę przyjemną, bo nieświadom wszystkiego, co dzieje się wokół. gdy spojrzymy na zdjęcie numer dwa, to zaraz zobaczymy ironię malującą się na pawiańskiej fizys, marsowość brwi, zagniewanie, drwinę i sarkastyczne skrzywienie brwi. Ale czy ta pelerynka, to też płaszczyk? Założony okazjonalnie, do zdjęcia, dla zapewnienia płochej rozrywki rodzinie, która oglądała tę fotografię i próbowała, chociaż było trudno, się zachwycać? I pewnie zastanawiali się wszyscy, jak to zawsze bywa, kim będzie, gdy dorośnie? Projektowali swoje małopolskie wizje jak ciotka H., która powiedziała mi, że zostanę przedszkolanką, w chwili, gdy moim największym marzeniem była kariera bokserska.

Nocą siedzę przed sobą

ja w cylindrze ja boso

a tam przez wieś z wesela

z nożem w plecach mnie niosą

(Tadeusz Nowak)

Ha! Gdybymż to ja pisała poezję, to z pewnością napisałabym, że ja – w płaszczyku. A może w spódnicy z gumką, podciągniętej pod szyję, bo nie chciało mi się zakładać niczego więcej i tak przełaziłam całe wakacje? Bose miałam wówczas stopy, w dłoni upapraną ziemią marchew, czasem dłonie poparzone były gorącym bobem. Spódnica była jednostajnie brudna, bo w wieku trzynastu lat przeżywałam swój pierwszy epizod abnegacyjny, tylko jeszcze wtedy nie wiedziałam, że tak się to nazywa i przyjmowałam na wiarę to, co mówiły starsze ciocie, że nikt na mnie nigdy nie spojrzy (znaczy, w domyśle, przystojny i bogaty mężczyzna z hektarami – mój bosze, biedne ciocie, zryłam im mózg, co jedynie na dobre wyszło), bo dziewczynki tak nie wyglądają. Może dlatego właśnie dziś tatuuję ciało, żeby zacytować Tuwima: „całujcie wy mnie wszyscy w dupę”? Buntuję się nieustannie przeciwko mojemu skomplikowanemu dziedzictwu małopolskiemu, które codziennie przypomina mi, że wyżej nerek nie podskoczę? I dlatego właśnie mam przerobić te wszystkie płaszczyki, już wcześniej przerabiane z kostiumów matki, dopasowywane ze starszej siostry i ofiarowywane potem kolejnym pokoleniom kuzynek? Czyż ta wizja przeszywania, przerabiania i nicowania nie staje się swoistą figurą moich losów, gdy staram się wyciąć ze wszystkich losów moich przodków i przodkiń kawałki różnorakie i dopasować je do moich własnych losów? Wynikałoby z tego, że mój płaszczyk nie jest ciasny, zdecydowanie, ale mocno zetlały, gdzieniegdzie przeżarty przez mole, z łatkami, pocerowany, guziki ma za każdej parafii, nie pasuje w ramionach, trochę za długi, rękawy ma trąbiaste i kołnierz nie da się postawić? No wiem… ale to jest mój płaszczyk. Innego nie mam, nie będę miała nigdy. W kieszeniach mam Matkę Boską Ostrobramską, legitymację KPP i mezuzę zerwaną z framugi. Co jeszcze? pewnie trochę ziaren pszenicy i piórko z gęsi oraz kromkę żytniego chleba. Z pewnością jest też książka, tylko nie wiem jeszcze jaka.

Zapinam swój szynelik, który mam po przodkach, podszyty wiatrem, marzeniami i przeszłością. To chyba nie jest opowieść, której chciałaby moja sąsiadka. Przepraszam, ale innej chyba jeszcze nie mam. Może kiedyś.

lecz po kim mam podwójny podbródek

po jakim żarłoku gdy cała moja dusza

wzdycha do ascezy dlaczego oczy

osadzone tak blisko wszak to on nie ja

wypatrywał wśród chaszczy najazdu Wenedów

uszy zbyt odstające dwie muszle ze skóry

zapewne spadek po praszczurze który łowił echo

dudniącego pochodu mamutów przez stepy

(Zbigniew Herbert)

 

Published in: on 06/02/2014 at 21:37  Dodaj komentarz  

Chwalipięta czyli od szubienicy na uniwersytety

Moskwa2

– Bucholc nie żyje! pan wie?… Miał fabryki, miał miliony, był całym hrabią i nie żyje! A ja nie mam nic i jeszcze na jutro mam protestowane weksle, ale ja żyję! Pan Bóg jest dobry, Pan Bóg jest bardzo dobry!

Wielka, bezgraniczna wdzięczność zadrgała mu w głosie i smutna dotychczas twarz zajaśniała głębokim rozradowaniem, całą rozkoszą świadomą istnienia własnego.

(Władysław Stanisław Reymont)

Dawno, dawno temu, gdy pawian był małą małpą, chodził do szkoły. Nie uczył się pilnie przez całe ranki ze swej pawiańskiej pierwszej czytanki. Wręcz odwrotnie, bo od pierwszego dnia w placówce oświatowej, nasz bohater kontestował system. Po prostu mały pawian nie miał ochoty, po prostu nie współpracował i nigdy, jak na przykład mama Mikołajka, nie był pierwszą uczennicą. Olewał, leniuchował, obchodził, kręcił, kantował – jak tylko się dało. Nie był jakimś blokersem pakującym w piwnicy, bo już wówczas miał szczwany i dalekosiężny plan. Pawian zamierzał przez całe swe życie czytać, tylko to bowiem sprawiało mu przyjemność. Całą resztę wiedzy wpychanej mu innymi sposobami do głowy przyjmował mimochodem i ze sporą niechęcią. Jak się Państwo domyślają wynikały z tego kłopoty. Stąd wzięła się siwizna pawiańskiej mamusi, w sumie tatusia też, nie bądźmy już tacy skromni. Rodziciele nawet chcieli mnie do szkoły zakonnej wysłać, ale tatuś stwierdził, że nie wolno siostrzyczkom tak strasznej krzywdy robić, bo budynek zabytkowy, a uległby zniszczeniu, zaś na zgliszczach matka przełożona w oberwanym habicie szlugiem by się zaciągała. W związku z tym, nieśli przez jeszcze jakiś czas swój krzyż, bo cóż im robić wypadało. Z podobną godnością opiekują się tym ich małym psem, który jest karciarzem, babiarzem, złodziejem i oszustem. Oni są jak koń Boxer i wzdychają jedynie, że będą się starać jeszcze bardziej.

Nie można się dziwić, że nasz bohater, co jakiś czas wpadał w kłopoty. Na dodatek miał odrażającą fizys, na której non stop malowało się lekceważenie i obrzydzenie. Czasem też politowanie i niechęć. Wszystko to razem musiało skutkować złośliwostkami systemu. Dlatego też nie można się dziwić, że pewna pani, która uczyła pawiana, powiedziała kiedyś w desperacji, że skończy on na szubienicy. Jeszcze nie, ale co ma wisieć, nie utonie, szczególnie, że pawian trenował jeszcze do niedawna pływanie na średnich dystansach. Być może jakiś współczesny Albert Pierrepoint już poszedł kupić sznur, a Annuszka wylała już olej słonecznikowy. Któż to może wiedzieć? Wracając do nauczania, pani postawiła pawianowi kolejną dwóję i zaczęła wieszczyć: „na surowej skale stanie drzewo, na którym wisieć będziesz, a kruki obiorą twe ciało do kości”. No, może nie było aż tak, ale zabrzmiało poważnie. Minęło kilkanaście lat i pawian wszedł do sali uniwersyteckiej, gdzie miał prowadzić wykład ze sztuki przetrwania przy pomocy zadrukowanego papieru. Kolega profesor wyjechał był i poprosił, żeby pawian za niego poszedł. Pawian lubić ludzi, lubić im pomagać, a na dodatek pawian lubić uczyć. Zadowolony jak małpa w kąpieli stanął na katedrze, z wysokości swego nikczemnego wzrostu ogarnął salę spojrzeniem, gdy… Ożesz, do stu tysięcy fur beczek prochu! A któż tam siedzi w drugiej ławeczce? Pani od szubienicy, taż sama. Wówczas, pawian pierwszy raz w życiu, zaśpiewał w duszy używając Reymonta: „Pan Bóg jest dobry, Pan Bóg jest bardzo dobry”.

To była naprawdę piękna, aczkolwiek małostkowa chwila.

Była jeszcze jedna pani, o której dopiero teraz pawian sobie przypomniał. Owa nauczycielka pawiańska wielokrotnie opowiadała, że studiowała w Moskwie, a to wydarza się tylko w życiu najlepszych. Dawała tym samym do zrozumienia, że nam się to nie przytrafi. Tak się akurat złożyło, że pawian na egzaminie maturalnym otrzymał pytanie dotyczące stolicy Rosji. Nawijał, nawijał, a na koniec przyszło mu głupio do głowy, żeby powiedzieć, iż chciałby kiedyś pojechać na moskiewski uniwersytet. Pani parsknęła śmiechem, łaskawie wybaczyła nietakt i odesłała nasze głupie pawianisko do wszystkich diabłów. Uczyniła to subtelnie, aczkolwiek jednoznacznie.

Znów minęły dziesięciolecia, a może nawet stulecia. I nagle, dziś, gdy pawian szedł do korporacji papierniczej, stanął nagle na moście i wrzasnął, aczkolwiek, jak Państwo zobaczą, nie było to nieprzewidywalne i nieoczekiwane: „Pan Bóg jest dobry, Pan Bóg jest bardzo dobry”. Ha! Już za parę dni, za dni parę, będę na moskiewskich uniwersytetach. Ale jaja! Nie przychodziła mi do głowy ta maturalna historia, gdy wkraczałam na inne wszechnice, ale teraz? Objawił się przede mną cały absurd sytuacyjny.

To jest naprawdę piękna, aczkolwiek małostkowa chwila.

Trudno.

 

Zdjęcie ze strony: http://www.national-geographic.pl/artykuly/pokaz/moskwa-behemot-zaprasza/

Published in: on 04/10/2014 at 16:02  5 Komentarzy  

Wszystko płynie czyli wszystko wraca

1690545_279870128846342_845107635_n

Godzina z nocy na dzień.

Godzina z boku na bok.

Godzina dla trzydziestoletnich.

Godzina uprzątnięta pod kogutów pianie.

Godzina, kiedy ziemia zapiera nas.

Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd.

Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie.

Godzina pusta.

Głucha, czcza.

Dno wszystkich innych godzin.

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.

Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem

– pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta,

o ile mamy dalej żyć.

(Wisława Szymborska)

To ja Państwu opowiem jak się to wszystko zaczęło – ja przepraszam, ale właśnie mieliśmy jubileusz, na pawianie stuknęło nam wszystkim dwieście tekstów, a Państwo doskonale widzą, że to jest wierzchołek góry lodowej. Otóż, zaczęło się to, osz fuck, dziesięć lat temu, gdy Pawian był małą małpą, a w zasadzie nie wiedział, że małpą jest. Mało w ogóle wiedział, a już o sobie, to wiedział najmniej. I wówczas zachorował, ot tak, na wszystko, pewnie wyobraził sobie w duchu jakąś taką tragedię, może nawet młodopolską tragedię, a gruźlicy i syfilisu akurat w pobliżu nie było i dlatego postanowił był zachorować inaczej – tak może mniej spektakularnie, bez poświstywania sztuczną odmą jak w Czarodziejskiej górze, bez jęków Dąbrowskiego ze Śmierci, ale zrobił to po swojemu. Na dodatek pawian jak już coś robi, to już robi. Nie leci po łebkach, o czym mogą chociażby świadczyć jego książki, każda gruba, tłusta i napęczniała przypisami. No i pawian zaczął chorować. Leżał, kwiczał, pękał, popiskiwał, wycofywał się, namnażał coś (roztocza też pewnie namnażał, jak każdy), co można nazwać bytem wewnętrznym – no mówię Państwu czysty modernizm, jakaś taka powieść o wieku nerwowym, jakaś taka staroć obrzydliwa w duchu Hrabiego Augusta Mańkowskiego, albo co – i namnożył go w pewnej chwili tak, że przestał spać. Definitywnie i jednoznacznie, a nawet można rzec, że głupio i do dupy. Miał wówczas wrażenie, że cały świat stanął, że czas wlecze się niemiłosiernie, że dni nie mijają, a noce tym bardziej. Gdyby nie było to absolutnie niedopuszczalne stylistycznie i w duchu Paolo Coelho, to by pawian napisał, że znajdował się w bezczasie i bezprzestrzeni. Ale Państwo wiedzą, że tak napisać nie może, jeśli nie chce się znaleźć w przytułku dla grafomanów, związany łańcuchami i polewany wodą ze szlaucha przez gruboskórnych strażników i pielęgniarzy w skórzanych fartuchach, którzy czytają wyłącznie „Biuletyn Wynalazczości” z lat pięćdziesiątych.

Ten bezruch był całkowicie pozorny, bo jedynie zewnętrzny, a w środku było całkowicie inaczej, co pawian próbował na początku załatwiać walerianą, ale szybko mu przeszło, właśnie w momencie, gdy Puc Klucha został małym, aczkolwie puchatym narkomanem. No proszę Państwa, przecież nie można było dopuścić do sytuacji, gdy pawian się rozkłada na czynniki pierwsze, a Puc Klucha idzie na odwyk. Puc miał wówczas jakieś pięć lat i nie sądzę, by jakakolwiek instytucja opieki nad zwierzętami, taka w stylu RSPCA, była w stanie uzależnienie kota od waleriany wytłumaczyć, nie odbierając mi przy tym praw rodzicielskich. A tego to już by było za dużo.

Ciało Pawiana zostało doprowadzone do jakiegoś względnego porządku, ale okazało się wówczas, że stało się na odwrót niż w biblijnym przekazie o duchu mocnym i ciału mdłem. To znaczy, że wszystko było znacznie bardziej skomplikowane. Porównajmy całą sytuację do starego samochodu, który ma opony zdarte, rzężący gaźnik, wycieraczki nieruchome, ale na targ najbliższy dojechać potrafi. Jednakże czyni to tylko dlatego, że jest na ziemi jakiś porządek i ład, jak śpiewa Bułat Okudżawa. I gdy właśnie tego porządku i ładu zabrakło, Pawian stanął. Stanął i stał. A potem położył się na kozetce. I leżał tam przez rok. Wtedy dowiedział się czegoś o sobie i o świecie, a potem zaczął pisać. Serio, to było naprawdę takie proste. Wstał pewnego dnia i machnął tekścik na jakimś forum kobiecym. Mdłym i całkowicie nieważnym. Ale zaczął. Potem przeniósł się na socjopatyczną malkontentkę, a świat znów zaczął przyjemnie przyspieszać. I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej, I dudni, i stuka, łomoce i pędzi. Dlatego, że wszystko tak gna, wszystko płynie, to czasem pisanie niezawodowe musiało i musi być odłożone ad acta. Ale chyba już nigdy nie zostanie całkowicie zapomniane, zarzucone, niepotrzebne. Oczywiście, w związku z powyższym, że mam kilka żyć, nie mylić z tym, że mam kilka rzyci, piszę w różnych miejscach, będąc za każdym razem kimś innym, a może wcale nie? Ponadto, właśnie z tego powodu, nigdy nie będę blogerką z prawdziwego zdarzenia. Ot, skaczę sobie z gałęzi na gałąź. Po cichu i tylko dla Państwa oczu powiem, że ja nie wiem, kim jestem. Chcę wszystkiego co robię. Staram się. Chyba najbardziej jestem w akademii, ale też bez przesady, bo nie uczestniczę we wszystkich spiskach i pokazach punktowych. Mam je po prostu w czerwonej dupie. Nauka tak nie wygląda. Dlatego – wolałabym nie, jak Państwo wiedzą formuła Bartelby’ego jest mi niezwykle bliska, przy czym nie oznacza wycofania się, ale dobitne zaznaczenie stanowiska sprzeciwu wobec zastanej sytuacji.

Potem pojawił się Pawian, gdy po sporej przerwie, okazało się, że formuła socjopatycznej się już wyczerpała. Pawian od samego początku był mniej prywatny niż socjopatyczna, bardziej zdystansowany, bardziej ironiczny, chociaż także mniej naszpikowany literaturą, w przeciwieństwie do malkontentki, która czasem wyglądała tak jak schab nadziewany śliwkami i szpikowany słoninka oraz czosnkiem. Zawsze było feministycznie. I tak minęło nam 200 tekstów pawiańskich i nieznana ilość malkontenckich, a tak naprawdę minęło nam razem dziesięć lat. I wszystko wraca. Bo wszystko płynie. Ale ja sobie myślę, że płynie, tak po pawiańsku. Nie siedzę wcale nad brzegiem rzeki, tylko od czasu do czasu mieszam kijem w stawie. Raz do koła, raz do koła… Śmieci przypływają cyklicznie, stare liście też… o… jest i skórka od banana.

Jako, że wszystko płynie i wszystko wraca… No cóż, napiszę Państwu enigmatycznie: Bach nie żyje – mówi Janko Muzykant – Mozart też umarł, a i ja się też nie najlepiej czuję. Wszystko wraca. I wszystko płynie w tej trochę brudnej sadzawce, w której mieszam kijem. No mieszam. A co mam robić? Zaczęło się od dna wszystkich godzin. A proszę zobaczyć, jak nam ładnie szło przez te dziesięć lat. Duża część czytelniczek i czytelników to siedzi przy tej socjopatycznej drodze… że hohoho. Jak David Attenborough w kolejnych odcinkach nadawanych na kanale National Geographic. Stali się już specjalistami od naczelnych.

A czego ja sobie życzę? Po prostu… chcę. I tyle. Ale niczego nie mogę obiecać.

41337_polska_wroclaw_zoo

Published in: on 03/15/2014 at 14:35  13 Komentarzy  

Pischinger i kawunia czyli poranne lenistwo galicyjskie

IMAG0480To też jest Kraków – rzekła złośliwa małpa.

Po czym poznaje się Wenecjankę i Wenecjanina w vaporetto? Po tym, że czytają gazetę, a cały tramwaj wodny robi zdjęcia i mruczy z ukontentowaniem: mmmmm…. w każdej możliwej sekundzie, albo wydaje z siebie frenetyczne piski. Po czym poznać Pawiana w Krakowie? Ma zaciętą minę, przebiera nogasami omijając szlaki turystyczne i z lekkim zniecierpliwieniem, aczkolwiek bez ostentacji pozwala się zaczepiać turystom, by cykać im słitaśne foteczki z tego beautiful miasta i robi to tak, żeby było charming. Ostatnie kilka zdań zabrzmiało nieco ksenofobicznie, ale Pawian wcale taki nie jest, naprawdę. Bardzo się cieszy, że mamy Kraków, że możemy go pokazać, ale z właściwym sobie śląskim (nabytym przez lata i uznanym już nawet przez RAŚ) pragmatyzmem dodaje, że może więcej wody oraz mydła, a mniej swojskiego klimaciku. Otóż właśnie, chyba chodzi o ten klimacik, jakże szczodrze rozdawany w telewizji przez np. Mazana i Makłowicza. Takich, którzy natchnionym szeptem przypominają świetne, ach – prześwietne – czasy panowania NAJJAŚNIEJSZEGO PANA (Franciszka Józefa), od którego kupowali tytuły, a potem z dumą zwali się galicyjskimi hrabiami. Widoczny w oblizywanej przez kucharza M. łyżce i pakowanej z powrotem do gara: a sam se to żryj, ty flejo… Widoczny na Floriańskiej w postaci żołnierza w mundurze (okupacyjnej) armii austriackiej, który nagabuje przechodniów, żeby weszli do lokalu, jakże mocno związanego z CESARZEM. Pogięło ich? Pogięło? To tak, jakby po naszym Bytomiu (Beuthn) kelnerów wystylizować na chłopców z Freikorpsu. I jest się za co czepiać tego nieszczęsnego Twardocha? To jego bili Niemcy czy Rokitę i Protasiewicza? Kto przynosi wstyd naszej ziemi, tej ziemi… Ależ wylazła ze mnie zakamuflowana opcja, taka całą gębą.  

Pischinger i kawunia na plantach, wyprasowany przez oberkelnera „Czas” w dłoni, a co rano zarękawki w urzędzie oraz wiara w to, że mieszka się metropolii. W tym sielskim obrazie cudownych lat końca XIX w. brakuje jakoś chudych krów wypasanych na rowach przy drodze, gliny, wszechobecnej gliny zamarzającej w listopadzie i… prowincjonalnego myślenia. Zanik wszystkie krakusy rzucą we mnie orderem (od cesarza) przypominam, że ja też mam prawo do tego obszaru, do ziemi… tej ziemi. Bo to moje przodkinie i moi przodkowie sprzedawali wam ser i jajka na Kleparzu, dlatego, z całym szacunkiem, skoro was żywiłam, a czasem wyrzynałam w czasie rabacji galicyjskiej, to proszę uważać.

Co mi przypomina historię o prababci Z., która „za okupacji” poszła wykupić z urzędu syna zapisanego na roboty do Niemiec. Bimberek w bańkach wzięła i polami do Krakowa poszła. Niemiec bał się bimberku nawet poniuchać, w związku z czym prababci kazał z każdej banieczki, pełny napitku, garnuszek łyknąć. Wypiła dwa i zaczęła wracać, bo – jak się zdawało – bimber straciła, a nic nie zyskała. Gdzieś po drodze, gdy słoneczko zaczęło przypiekać, zaległa na miedzy. Gdy się obudziła, sytuacja była jakby kantowska. Niebo gwieździste nad nią, prawo moralne (bez wątpienia – znałam prababcię Z.) było w niej. Z opaloną połową twarzy tak, że aż skóra złaziła, zaszła na własne podwórko koło drugiej w nocy. A tam wszyscy biadolili, że co prawda syna hitlersyny puścili, ale matkę zamknęli. Nie będę tu tworzyć, żadnej pointy, ale sami Państwo rozumieją, że chociażby po tej historii, która ukazuje mój ścisły związek z tą gliną, polami, niebem i gwiazdami, mam tutaj jakieś prawa.

Jak Państwo zauważyli, ja się strasznie od lat męczę z tym moim krakowskim dziedzictwem, bo ciągle się nad nim zastanawiam, ciągle się mierzę. Czy to jest moja mała ojczyzna czy też jestem kundlem środkowoeuropejskim, który wcale nie odczuwa potrzeby posiadania konkretnej budy. Jeszcze pewnie wiele razy się powywnętrzam nad małopolskim brudkiem, nad tą mentalnością „oszczędzi złotówkę – wyda stówkę”, ale dziś próbuję się przynajmniej uporać z Krakowem, jako takim. Łażeniu ulicami, zasłanianiu metaforyczną gazetą tych wszystkich galicyjskich sentymentów zaborowych. Nie przeszkadza mi historia wyłażąca zza każdego kamienia, tak trochę mimochodem, czasem całkowicie nieoczekiwanie i wyobrażam sobie, że jak Rydel handlował jagodami po ślubie z Jadwisią, bo chciał się lepiej miewać, pod spód na się nic nie wdziewać i udawać takiego w sukmanie, chociaż binokle to do niej pasowały jak świnia do siodła, to może któraś z moich prababek też stała koło niego. Mniej śmieszna niż on – bo prawdziwa. A ja właśnie jak autor Zaczarowanego koła – deklaruję chłopskość, może nie chodzę w sukmanie, ale czyż nie zachowuję tak samo? Poszukuję siebie, gdzieś między światami: jednym tekstowym, drugim – pachnącym chlewikiem i wodą z miednicy dla kaczek wkopanej na podwórku, kolejnym, spod synagogi Izaaka i tym z kruchty kościoła franciszkanów.  

Konie wiszą kopytami nad ziemią,

One w brykach na postoju już drzemią.

Każda bryka malowana w trzy ogniste farbki,

I trzy końskie maści, i trzy końskie maści:

od sufitu, od dębu, od marchwi.

Kim jestem? Nie mam pojęcia i chociaż ciągle mówię, że nie czuję potrzeby identyfikacji, to kłamię. I nie lubię cię, Krakowie, nie lubię cię w tych kawałkach, w których wszyscy cię lubią, albo się nimi zachwycają. Lubię cię tam, gdzie sama chcę. Lubię cię w kocim ogonku, który musnął dziś moją łydkę na jednym z podwórek. Lubię cię, na ulicy Dietla, gdy czuję zapach naleśniczków gryczanych, na schodach synagogi Izaaka, w spojrzeniu kawki siedzącej na macewie, w polichromii w bratki u franciszkanów, lubiłam cię w pocałunkach na świętego Tomasza i pod kurią, ale już zapomniałam. I lubię cię koło „Jubilata”, gdy siedzę na kanapie, w małym pokoju wypełnionym książkami, gadam ze Sławką i Beatą. Lubię cię w Jagiellonce, w zapachu papieru, jak ucieka on ze mnie, gdy lecę przez Trzech Wieszczów, albo przeciwpołożnie w stronę pomnika przy Oleandrach. W różnych miejscach cię lubię, ale tylko tam, gdzie chcę. Inaczej nie będzie.

Published in: on 02/28/2014 at 10:57  17 Komentarzy  

„His” i „her”, czyli poplątane dzieje

zanim doliczysz do trzech

dawno zapomnisz i mnie

zanim doliczysz do trzech

nim napiszesz wiersz

pomyśl i zważ

jak dalece słuszny to krok

i czy naprawdę masz czas

żeby pisać wiersz

(Grzegorz Turnau)

Tak się złożyło, że obaj pawiańscy dziadkowie istnieją jako byty tekstowe. O jednym przeczytać można w opracowaniach historycznych dotyczących partyzantki małopolskiej. Drugiego zaś, jak się niedawno okazało, opisał w swych wspomnieniach wielotomowych, nota bene kiepski pisarz, pewien właściciel mająteczku ziemskiego. No i bardzo ładnie, ale co z tego? Jeśli o mnie chodzi, to kompletnie nic. Dlaczego?

Pierwszy dziadek, ten partyzant, zmarł jakiś czas po wojnie na gruźlicę, której nabawił się w więzieniu, bo jak wyszedł z lasu, to nie był w zbyt dobrej formie, a zgarnęli go w zimie i wsadzili do takiego pierdla, gdzie woda się lała po ścianach. Dużo o nim wiem, bo mama pawiańska mówi, że jestem do niego podobna, chociaż miał on prawie dwa metry wzrostu, a ja cóż, jak typowy krasnal ogrodowy, zza łubinu już mnie nie widać. Podobno mam po nim łydki, oczy, nos i to, że jestem obrzydliwie pryncypialna. Czy fakt, że jakiś naukowiec go opisuje, a także jego pseudonimy, przemieszczanie się oddziału, w którym był i działania tegoż, jakoś mnie zmienia? Czy więcej wiem o dziadku Marcysiu? Z tych opracowań historycznych niewiele się dowiaduję. Niewiele? Bądźmy uczciwi. Niczego się nie dowiaduję. Wiem tylko, że chyba nie był ranny, wiem jaki miał stopień, jakie dostał odznaczenia. Nie wiem natomiast jak pluł krwią, jak kochał moją mamę, jak umierał, co myślał o Dickensie, czy wolał żółwia, czy psa? A to interesuje mnie znacznie bardziej niż wszystkie jego ordery. Chyba dwa.

Dziadka Piotra znałam. Teraz myślę, że był przystojny. Marudził, że nie ma żadnego wsiadania na wóz, żadnego łażenia koło konia, a potem na wszystko pozwalał. Jechał na koźle i końcem bata, którego nie używał nigdy wskazywał ciekawe rzeczy i opowiadał o nich. Znałam go, ale go nie poznałam, bo zmarł, zanim skończyłam dziesięć lat. I też nie mam pojęcia, co czuł, gdy tata i wujek (wówczas dziewięcioletni bliźniacy z piekła rodem), wykopali dół pod domem, pod wpływem lektury Londona. Wilk miał się tam złapać, a złapał się dziadek, którego jeszcze przygniótł worek z niesioną z młyna mąką. Nie wiem też, jak uciekał po klęsce we wrześniu 1939 r., żeby się nie dostać do niewoli. Jak się czuł, jako ojciec dwóch par bliźniąt, a ogólnie szóstki dzieci? Dziś czytam o nim w książce i traktuję go jak by fikcyjny. Miło mi, że ktoś ciepło pisze o moim dziadku, ale ta postać jest wręcz papierowa. Nie mówi mi nic, czego byłabym ciekawa.

Z drugiej strony obaj dziadkowie mieli żony. O babci Brygidzie niewiele wiem, bo zmarła, jak jeszcze sypiałam w łóżeczku ze szczebelkami. Wiem tylko, że owo dziwne, jak na tamte czasy i okolice imię, dostała jako bękarciątko, które śmiało się urodzić przed ślubem własnych rodziców. Ot, taka pamiątka, jak wypalony znak na boku cielaka w stadzie, albo szkarłatna litera. Natomiast babcia Marianna… O, proszę Państwa, to jest po prostu herstory. Miała loczki jak Hugo Kołłątaj i umiała opowiadać. Haftowała, szyła, czytała, śpiewała, opowiadała bajki i historie prawdziwe, urodziła czwórkę dzieci, z czego zmarło troje. Umiała gotować tak, że Pawian do dziś się czasem oblizuje na przypomnienie tych frykasów. To ona zbierała w gębę i traciła zęby w czasie wojny, gdy gestapo szukało jej męża.

Teraz mam pytanie, jak zawsze niesłychanie naiwne. Moi dziadkowie nie byli ani Talleyrandem, ani Maratem, ani Presleyem, ani nawet prezenterem “Tańca z gwiazdami” (jest coś takiego, bo nadal nie ma telewizji?), a zostali zauważeni przez historię. Zanotowane zostały ich nazwiska, niby nic, a jednak nie zaginęli w pomroce dziejów, gdzie po omacku błądzi nieszczęsny ród ludzki, jakby to stwierdził Prus.

Przypomina mi się fragment Obietnicy poranka Romaina Gary, w którym jest fragment o pewnej “małej żydowskiej myszy”, czyli o krawcu wierzącym w to, że mały chłopczyk, który do niego przychodzi będzie kiedyś kimś sławnym. Ów mały chłopiec, późniejszy pisarz, miał mu obiecać, że gdy tylko będzie rozmawiał z politykami, książętami, czy królami, to powie o istnieniu nieważnego krawca z Małej Pohulanki. Romain Gary wspominał, że gdy los, “małej żydowskiej myszy” dopełnił się w jednym z pieców Oświęcimia, wówczas poczuł, że musi mówić, przypomnieć, zachować, ocalić od zapomnienia. Poczuł odpowiedzialność za tę jedną śmierć i nieważny, anonimowy prawie los. Krawiec został utrwalony w powieści i już będzie żył na wieki, do czasu, gdy książki nie rozpadną się w pył, a może i nawet dłużej.

Nie wiem, czy pragnienie, by jakoś zaistnieć w dziejach ludzkości jest w każdym z nas. Jednakże denerwuje mnie owa arbitralność historii, w związku z którą moi dziadkowie, moje małe małopolskie myszy istnieją, a moja babcia – nie. Nie chodzi mi o to, że dziadków wymazałabym z kart historii, ale o to, że babcia się na nich nie znalazła. Z prostego powodu, nie uczestniczyła w męskiej wizji historii. Gdybym nie była feministką, nie upomniałabym się o nią, o jej herstory, uznając za naturalny fakt, że “męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać”, czy jakoś tak.

Jakiś czas temu byłam na promocji Przewodniczki po Krakowie, książki poświęconej kobietom ważnym dla miasta, których życiorysów nie ma w dotychczasowych przewodnikach. Nie ma dla nich miejsca w history, to trzeba napisać herstory, żeby po prostu było sprawiedliwie. Moja babcia Marianna zasługuje na to, żeby Państwo o niej wiedzieli. Państwo zasługują na to, by wiedzieć o babci Mariannie. Proszę pamiętać, że miała loczki jak Hugo Kołłątaj, nosiła fioletowy płaszcz, nieco jaśniejsze kapelusze i torebki, była niewysoka – jak ja – i umiała pięknie opowiadać. Nie była nikim ważnym, ale zasługuje na swoją opowieść, na herstory, tak samo jak moi równie nieważni dziadkowie.

 

Published in: on 03/28/2010 at 21:52  34 Komentarze  
Tags: ,

Świąteczny fotoreportaż, czyli „było nas trzech”

Było nas trzech
W każdym z nas inna krew
Ale jeden przyświecał nam cel
Za kilka lat
Mieć u stóp cały świat
Wszystkiego w bród
Dla wielbicielek i wielbicieli rozlicznych talentów psów Pawiańskich rodziców.
1. Księciunia przedstawiać nie trzeba

 

 

 

dscf4903

 

2. Czarny szpic małopolski na niedźwiedzie, albo na kury (wiek 7 miesięcy) – Maur Otello zwany także Prezentem Bożonarodzeniowym

dscf5577

3. Dobrali się, jak w korcu maku…

dscf5582

4. Udaje niewiniątko, a nieustannie knuje (Powsinoga)

dscf5588

5. Małopolski wilczur kłapciastouchy

dscf5593

6. Zabawa pomarańczową piłeczką, fi donc, dobra dla galicyjskiego motłochu

dscf5603

Published in: on 04/13/2009 at 10:42  4 Komentarze  
Tags:

Pawian zostaje zawodowym zabójcą przedmiotów, albo wręcz odwrotnie

 

Pawian pomaga w przeprowadzce pewnej starszej i chorej osobie. W związku z czym szpikuje pudła różnymi rzeczami, niby schab słoninką, albo czosnkiem. Ręczniczek, sosjerka, ściereczka, talerzyk, książeczka, obrazek, serwetka, tacka… A jak przewieziemy kolekcję motyli? A gdzie jest makatka buczacka, która pradziadek przywiózł z wojny? A chcesz, Pawianusienieczku, te śliczne serwetki? A może to futro z jenotów? Znacie Państwo spojrzenie śmierci serwowane przez Michaela Corleone? No… to wszystko jasne.

Wojna trojańska to mały pikuś w obliczu piętrzących się zwałów gromadzonych przedmiotów. Achilles, który podnosił głazy zbyt ciężkie dla dwójki ludzi, siadłby na owym kamieniu i zapłakał (może ze śmiechu), widząc heroikomiczne wysiłki Pawiana, który poza olbrzymią siłą ducha niewiele ma do zaoferowania światu, w którym królują pudła i stosy talerzy. A zdjęcia? A portreciki? A obrazki? Pawian ma minę mafijnego zabójcy i spokojnie pakuje wszystko (najlepiej owijać ręcznikami, ale wszyscy to wiedzą). Co jakiś czas, zdecydowanie pochopnie i pokątnie, Pawian bierze jakiś przedmiot i wrzuca go w czeluść wora na śmieci. Doskonale wie, że odpokutuje swe niecne uczynki, ale zachowywanie dla potomności figurki kotka w kwiatuszki przerasta jego możliwości.

 

Nota bene Pawian nie znosi rzeczy zbędnych. Przywiązuje się jak wariat do rzeczy użytecznych i irytuje go na przykład fakt, że jego ukochany laptop zmarł, po zaledwie czterech latach użytkowania. Albo, że spodnie się potargały po dwóch latach noszenia. Pewnie Pawian najchętniej odziewałby się w rzeczy z betonu i drutu zbrojeniowego. I nie rozumie, jak ktoś może zmieniać zimowe buty częściej, niż raz na siedem lat. A poza tym, dlaczego co siedem? Te brązowe z Baty, wyglądają jeszcze bardzo porządnie i są wygodne. Pawian bywa pryncypialny, ale o tym Państwo doskonale wiedzą. Nie sądźmy jednak, że Pawian jest istotą nieczułą na podniety świata, ascetyczną. A skąd! Wystarczy obejrzeć pawiańską kolekcję kolczyków (ledwo uszyska przekłuł), bransoletek, szali i lakierów do paznokci. Wystarczy też zajrzeć do pawiańskiej torby na basen, by przekonać się, że to zwierzę hedonistyczne, a miejscami wręcz rozpustne. Szlafroczek, czepeczek, ręczniczek, okularki, klapeczki. Wymiękają gwiazdy z Seksu w wielkim mieście.

Jednocześnie Pawian widzący wazonik z Capri, figurkę z Koluszek, albo kotka imieninowego, zmienia się bestię. No w potwora! W zwierzę! W drapieżnika! Pawian zawsze miał zwyczaj pozbywania się domowych szkaradzieństw. Brał młoteczek (z szufladki – tam było kilka młoteczków, ale Pawian gustował w takim malutkim: 0,25 kg), kosz na śmieci i sprzątał. Tak, tak – wiem, Państwo widzą oczyma duszy Harvey’a Keitela w roli “Sprzątacza”, ale Państwo mają rację. Pawiańska mamusia wracała do domu, a Pawian z dumą prezentował stłuczony wazonik, popielniczkę, oprawkę do fotografii…

Pawian kolekcjonuje jedynie obrazki świętych i błogosławionych (nie wszystkich), które trzyma w pudełeczku po butach. Brązowe, solidne, tekturowe pudełko. Buty, które w nim wcześniej były już nie istnieją. Tak, pamiętam, ty prosiaku jeden, jak postawiłaś je przed namiotem i padał deszcz. Wiem, że nigdy nie lubiłaś ich oliwkowej solidności z nubuku, z konkretną, grubą podeszwą. Pawian nie jest pamiętliwy, ale w tym wypadku jest inaczej. Gdyby Państwo znali te buty, które schodziły pół Europy, zapłakaliby wraz z Pawianem. Armani – kolekcja dziecięca. Wspaniała cena (niecałe sześć dych), cudowne obuwie. Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi…

Łasic ma pewnie jeszcze gorzej, bo pakuje książki. Pawian na czas przeprowadzkowy, książek szczerze nienawidzi (albo tak mu się wydaje). Jak w takim czasie widzi nieśmiertelne dzieło Homera (także nieśmiertelnego), pakowanego do wora i tachanego na ramionach pawiańskich to mruczy: “ty paskudny gołodupcu, pismaku jeden, czterystustronicowy”. Z drugiej zaś strony, gdy widzi odkładane na kupkę poezje Asnyka, przeznaczone do sprzedaży antykwarycznej, czule przyciska je do serca z wrzaskiem: Ja do pracy wezmę! Przyda się!

Takim sposobem uratował dziś: Listy portugalskie, Zbrodnię i karę, wspomnianego wcześniej Asnyka, Tetmajera, Odprawę posłów greckich, słownik polsko-rosyjski i odwrotnie, antologię poezji greckiej, hiszpańskiej, Wehikuł czasu, Norwida, Wampira, Wujaszka Wanię i jeszcze dziesięć kilogramów innych, równie ważnych pozycji. Dodatkowym smaczkiem sytuacyjnym, czego rzecz jasna tłumaczyć nie trzeba, jest fakt, że Pawian takiego Asnyka to ma już w sześciu innych wydaniach. Co do całej tej reszty, Pawian wdycha, że owszem, też ma na półeczkach. No właśnie, ale w pracy nie ma. I musiałby nosić. Prawda, ze się przyda? No… niezbędne wręcz są te wszystkie lektury, mówię przecież.

No właśnie. Powinna być pointa. Nie będzie. Pawian w tym momencie zdał sobie sprawę, że jest mocno trzepnięty i niekonsekwentny. Pawian przydrożny mówi jedynie, ale nie ma pojęcia, czy to brzmi wiarygodnie: “Homo sum; humani nil a me alienum puto”, a potem weźmie młoteczek i wykończy jeszcze parę potworków.

Published in: on 11/05/2008 at 23:30  14 Komentarzy  
Tags: