Coroczne opowieści świąteczne, czyli o tym, kto zjadł Jezuska

10805556_352058954972936_1827507952720055825_n

Co roku (jeśli piszę), to opowiadam coś świątecznego? Dlaczego? Nie mam pojęcia, naprawdę. Przecież nie przepadam za świętami, nie ogarnia mnie świąteczna gorączka, takież podniecenie, ani nic innego. Jednakże, utarło się, pewnie jest to jakaś świecka tradycja, że zawsze muszę nawinąć jakąś świąteczną historyjkę. Obiecuję, że dziś będzie bez morału.

Dawno, dawno temu, gdy w pawiańskim domu zadomowiło się pierwsze szczenię (które wyrosło na psa Baskerville’ów i Cerbera w jednej postaci), nazwane pieszczotliwie „Tusio”, a przypominało ono już zanim skończyło rok, Grubą Bertę skrzyżowaną z furmanką z węglem, jak zwykle, w Wigilię ustawiono choinkę. A pod nią, rzecz jasna, szopkę. Szopka była gipsowa i mocno zużyta, pochodziła chyba jeszcze z czasów wojennych. Prawie każdemu jej elementowi czegoś brakowało. Osiołkowi na ten przykład – nogi. Przedniej prawej, dlatego stawiało się go opartego o żłóbek. Żeby się nie przewracał. Anioł, w różowej sukience miał w dziurawych plecach zapałkę. Do zapałki przywiązywało się kokardkę, zaś przy jej pomocy anioł z szarfą „Gloria in excelsis Deo” mógł zawisnąć nad całą szopką. Anioł w ogóle był jakiś taki… Miał różową kiecusię, gołe nogi, dość nieprzystojnie majtające nad cudem betlejemskim, a na dodatek miał żółte włosy. Żółte, mówię wyraźnie. Takie jakby zgniłokurczakowe. Ponadto aniołowi notorycznie wypadała zapałka z pleców i lądował gdzieś między wołkiem, a pastuszkiem z gęślami. Józef też był felerny, bo z kolei miał głowę na zapałce. Głowa mu się trzęsła i przez to wyglądał na niesamowicie nieszczęśliwego. Taka dziadyga. Maryja miała ładne złocenie na szacie, ale też obity kawałek twarzy. Trzeba ją było ustawiać z lewej strony. Gdybym była cyniczna, rzekłabym, że pokazywała lepszy profil.

Przepraszam, że ten opis brzmi tak mocno turpistycznie, ale z mojej perspektywy ówczesnej, wcale tak nie było. Kładłam się pod choinką i kontemplowałam całą grupę, w której jeszcze było dwóch pastuszków, jeden całkiem szykowny, siedzący z dudami („Mój tata grał na dudach; pięknie grywał pjany,/Ale kiedy na trzeźwo, okropnie rzępolił”), a drugi, z owcą w ramionach – oczywiście – bez nogi, opierany o pieniek choinki. To on nie miał nogi. Ta owca akurat miała. Do tego był jeszcze leżący wołek, którego zawsze, zgodnie z sugestiami babci Marianny, ustawiało się w okolicach żłóbka, żeby Jezuskowi nogi oddechem ogrzewał. Koło wołka stawała też owieczka, z powodu uszkodzeń opierająca się o szeroki i budzący zaufanie grzbiet brązowego przeżuwacza. Był jeszcze jeden król, pozostała dwójka zagubiła się w pomroce dziejów. Na dodatek, król nie był oryginalnym wyposażeniem szopki. Reszta grupy, gipsowa, porządna, solidna, chociaż nieco sfatygowana, a ten niby z kuferkiem złota, ale lekki i pusty, jako cymbał brzmiący. Nie lubiłam drania, zawsze wstawiałam go gdzieś z tyłu. Rodzinie tłumaczyłam, że przyjdzie dopiero na Trzech Króli. W ogóle, to ja ciągle tę szopkę cięgle przestawiałam, ciągle dopracowywałam ustawienie grupy. Pisałam scenariusze, często odbiegające od biblijnych, ale nie jakoś tak gruntownie – powiedzmy, że była to opowieść apokryficzna, możliwa i na dodatek niezwykle interesująca. Z mówiącymi zwierzętami, ze śpiewającym aniołem. Dobra, tu się przyznaję, czasem śpiewał też Jezuskowi piosenkę o kaczuszkach. W sumie, dlaczego nie? A nie śpiewał? Proszę mi udowodnić, że nie śpiewał i nie mógł śpiewać. W tej kwestii do dziś jestem niesłychanie pryncypialna. A dlaczego śpiewał o kaczuszkach? Proszę Państwa, te wszystkie kolędy są niesamowicie pesymistyczne. Jezuskowi byłoby przykro i smutno, bo kto chciałby słuchać, że mu matula sukienki nie dała? Tego o pannie czystej nie rozumiałam, raczej wiązałam z myciem rąk. A to też nieprzyjemne było. Ciągle tylko „myj łapki” i „myj łapki”. A już tego o ciemnej nocy w jasnościach promienistych nigdy nie kupowałam. Pewnie już od dziecka byłam wyczulona na pretensjonalne metafory. I właśnie dlatego o kaczuszkach, no!

Myślę sobie, że te uszkodzenia postaci z szopki, to też moja wina. Jak się ich tak ciągle przestawiało, to mieli prawo odnieść obrażenia. W każdym razie stali wszyscy pod kolejnymi choinkami i dobrze było. Do czasu. Pewnego razu rano, gdy jak zawsze poszłam poleżeć pod choinką zobaczyłam, że nie ma owieczki. Odbyła się tam rzeź, rzecz jasna – jak to zwykle bywa – w całkowitym milczeniu. Po owieczce zostało tylko kilka okruszków białego gipsu. Została pożarta przez wielką bestię o krwiożerczych instynktach i niewinnym imieniu. Przez Bestię, którą wpełzała pod choinkę i tam sapała, zaś ciemną nocą wyszły z niej cechy drapieżnika. Któż miał zginąć? To jasne – owca. Wszyscy udaliśmy, że nic się nie stało i owcy nigdy nie było. Patrzyliśmy jednak na szczenię-giganta z pewnym wyrzutem. Do tej pory dzieci z szacunkiem podchodziły do rodzinnej szopki. A tu, nagle… pożarcie. I te okruszki.

Po kilku dniach z przerażeniem zobaczyliśmy, że w nocy ktoś wyżarł Jezuska. Żłóbek stoi, gipsowa słoma nawet się uchowała, zaś po dziecinie ani śladu. Tylko ten kontur wygryzienia taki oskarżycielski. O ile, bez owieczki, tak samo, jak i bez dwóch króli, szopka mogła jakoś funkcjonować, o tyle bez głównego bohatera całego zajścia, to już nie miało sensu. Sprofanowana przez psa szopka została gdzieś schowana, zaś matka, znając mój sentyment do postaci, kupiła bardzo podobną, tylko że brązową, ceramiczną. I są tam wszyscy. Trzej królowie, a jakże. Owiec jest chyba ze trzy. Pastuszków całe tabuny. Nic się nikomu nie odrywa, nic nikomu nie brakuje. Wołek leży. Osiołek stoi. Nikomu się głowa nie chwieje. Anioł dynda sobie bez żadnej zapałki. Z Józefa chłop jak dąb, a nie jakiś wymoczek z kiwającym się podbródkiem. Ale… to już nie jest to. Obrzydliwa jest ta nowa szopka. Obrzydliwa. A na dodatek Jezusek ma fatalny żłóbek. Nogi mu wiszą. Dobranoc Państwu.

Reklamy
Published in: on 12/15/2014 at 21:28  9 Komentarzy  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/12/15/coroczne-opowiesci-swiateczne-czyli-o-tym-kto-zjadl-jezuska/trackback/

RSS feed for comments on this post.

9 KomentarzyDodaj komentarz

  1. Jaki tam Tusio! To Lewiatan! Jaka szkoda, ze narodzenie raz w roku, bo przepyszne opowiesci podajesz Pawianie!

  2. Ale gips mu smakował?! Biedny piesek… 🙂

  3. Piesek miał wyczucie dramaturgii. Wiedział, że prawdziwy skandal wywoła tylko pożarcie głównego bohatera. Owcę zjadł na przystawkę. Jezuskowi nogi wiszą? Nie do przyjęcia! To najlepszy dowód, że świat zmierza ku zagładzie 😉

  4. Jak wiszą, to może sobie pomachać:)

  5. prześmiewcy 😀

  6. Dopiero teraz przyjrzałem się uważnie tej boczkowo-szynkowo-parówkowo-kiełbasiano-kapuścianej szopce i zastanawiam się czy nie obraża uczuć wegetariańsko-wegańskich.

  7. Przygotowuję się do obrazy uczuć geograficznych 🙂

  8. 🙂

  9. Królisiu, nie wiem dlaczego dopiero teraz to przeczytałam a nie w stosownym świątecznym momencie ale wyje pod biurkiem ledwo w klawisze trafiam. Dobrze, że klawiatura bezprzewodowa to mogę pod biurkiem. Bo na krześle się nie utrzymałam 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: