Tekst sponsorowany czyli płaszczyk

IMAG0187

 

Wyszedł żuczek na słoneczko

W zielonym płaszczyku.

– Nie bierzże mnie za skrzydełka,

Miły mój chłopczyku.

Nie bierzże mnie za skrzydełka,

Bo mam płaszczyk nowy;

Szyły mi go dwa chrabąszcze,

A krajały sowy.

(Maria Konopnicka)

Z dedykacją dla A.M. czyli Zgredka.

Tekst jest sponsorowany, pewnie dostanę za niego piwo, a może nic nie dostanę i też będzie dobrze. Zacznijmy od początku. Moja Umiłowana w Duchu Absurdu Sąsiadka (Językoznawczyni) życzy sobie opowieść o płaszczykach, bo okazało się, że w mojej narracji sąsiedzko-piwnej, która trwa już pierdyliard lat, czasem (ale z pewną regularnością, dlatego warte jest to zjawisko analizy) pojawiają się zdania: „a ja z tego miałam potem płaszczyk”, albo po prostu „miałam kiedyś taki płaszczyk”. I dlatego, sąsiadka mi fakt ten uświadomiła, a potem zaproponowała, ale Państwo rozumieją, dobitnie zaproponowała, tak całkowicie bezalternatywnie, że mam coś o płaszczykach napisać. I nic mi nie pomoże, muszę zarzucić z siebie płaszcz Konrada, zakasać rękawy i do roboty się zabrać. Ale od czego zacząć? Od tego, że są pawiany płaszczowe i teraz chyba wszystko się wyjaśniło? Mam wytwornego i obytego kumpla ze sfer naukowych, którego często ludzie pytają o to, czy urodził się w garniturze, a on, z właściwym sobie sarkazmem, odpowiada, że położnik go odział weń był, ale dopiero po odessaniu wydzielin z dróg oddechowych. Czy ze mną jest podobnie? Na początku był płaszczyk? Na dodatek zawsze myślę sobie, że uwielbiam kurtki, swetry, w ostateczności dziwaczno-dziadowskie marynareczki, ale płaszcze?

IMAG0587

Zaraz mi się przypomina scena z filmu „Ucieczka z kina >>Wolność<<”, w której Teresa Marczewska uczy Zbigniewa Zamachowskiego prawidłowej wymowy wyrazu „płaszcz”. Pamiętam, że byłam na tym filmie w kinie, ale teraz chwila, z kim byłam? Z mamą? Z tatą? I zaczynam się zastanawiać, co się stało z moją pamięcią sytuacyjną, że pamiętam doskonale obrazy, kadry zatrzymane w pamięci, zapisane na matrycy mózgu, a tu nagle… dupa, bulba i kiełbasa. Z siostrą? Z kim byłam wtedy w kinie? Nie mogę sobie przypomnieć. Zaczyna mnie wręcz boleć fizycznie ta moja niedoskonałość pamięci, którą tak się szczycę, ba, jestem wręcz niesamowicie próżna (tylko w tym miejscu, w tym aspekcie) i z dumą zawsze powtarzam, że mam pamięć jak słoń. A tu, potrafię sobie przypomnieć, że na „Cudzoziemce” byłam z mamą i miałam wówczas na sobie różowy żakiecik, który sama, dość nieudolnie (jak wszystko, co związane z czynnościami manualnymi), przerobiłam sobie z kostiumu rodzicielki. Pamiętam, jak byłam na „Korczaku” z tatą, a potem szliśmy nocnym miastem i nie mogliśmy przestać gadać o tym, że ogólnie to nie znosimy prześwietlonych zdjęć u Wajdy, dlatego niektóre sceny w obejrzanym obrazie wydawały nam się zbyt toporne, zbyt egzaltowane, zbyt dosłowne. No dobrze, ale te dygresje nie przybliżają nas do odpowiedzi na podstawowe dla tego momentu pytanie: z kim oglądałam Zamachowskiego i Gajosa? Najgorsze jest, że właśnie przyszło mi do głowy następne pytanie: kiedy przeczytałam po raz pierwszy „Płaszcz” Gogola? I znów leżę i kwiczę. Nie wiem, nie mam pojęcia, ponadto nie pamiętam też, kiedy czytałam ten utwór po rosyjsku. Nie jest ważny? Został wyrugowany z pamięci ten epizod inicjacyjny jako nieistotny, zupełnie zbędny?

Na twarzy jego malowała się rozkosz; niektóre litery były jego ulubienicami i gdy się dobierał do nich, był po prostu nieswój: i podśmiechiwał się, i mrugał porozumiewawczo, i pomagał sobie wargami, tak że na twarzy jego można było, zda się, odczytać każdą literę, którą na papierze wykreślało jego pióro. Gdyby stosownie do jego żarliwości dawano mu awanse, ujrzałby się ku swemu zdziwieniu, być może, nawet radcą stanu, lecz dochrapał się tylko, jak mawiali dowcipnisie, jego koledzy, guzika do pętelki i dorobił hemoroidów.

W związku z czym, od czego zacząć? Skoro uciekła bezpieczna jak zawsze literatura, wszystko to, co mam w zanadrzu, czym wspomagam się, gdy jestem zakłopotana, albo skonsternowana, literatura, która daje mi poczucie bezpieczeństwa, że zawsze, naprawdę zawsze, w każdej sytuacji, znajdę w głowie jakiś cytat, który doskonale pasuje do sytuacji i gdy nagle (choć to bardzo rzadko się zdarza), pozostaję bez słowa, to mogę skwitować wszystko i wszystkich jakąś literacką pointą, jakąś błyskotliwą nie-własną, ale własną jednak w jakiś sposób frazą, a tu jednak nie potrafię, pozostaję zawieszona w próżni, zaniepokojona faktem, że nie pamiętam. A czegóż jeszcze nie pamiętam? Może właśnie uciekły mi ważne słowa, ważne myśli nieżywych ludzi, co jaskrawie udowadnia mi fakt, że zapomniałam o czytaniu Gogola. Chryste Panie, Zeusie Olimpijski, Ozyrysie – jak mogłam zapomnieć okoliczności czytania Gogola! Ja rozumiem, że są ludzie, którzy pamiętają rzeczy istotne – daty urodzin, imienin, ślubów, pogrzebów, cen masła w latach sześćdziesiątych, ale ja mam tylko teksty literackie, nic więcej i nic mniej. Mój przyjaciel (Filuś) mawia, że mam tekst na każdą okazję, jak dobry wojak Szwejk, przy czym, ja mam na podorędziu opowiastki zarówno o psach na Pankracu (może bardziej, że na Nikiszu), jak i cudze teksty, wyłażące ze mnie, przez dziury w szwach, jak piórka gęsie ze starej podszewki. Zobaczcie Państwo, jak umykam, jak uciekam od tych płaszczyków własnych, bo znów nie mam pojęcia, od czego zacząć. Zdjęcie, jedno z pierwszych, ujawnia Pawiana w pozycji wyprostowanej, przeciwstawności kciuków nie będziemy się czepiać, który w zabawnym czepeczku i rozciągniętych śpiochach prezentuję światu… swój pierwszy płaszczyk. Ba, ale ja nawet nie pamiętam i oczywiście pamiętać nie mogę, kiedy i gdzie działo się to wydarzenie wiekopomne. Myślę, że był to zakład fotograficzny pana Stelmaszczyka, gdzie fotografowano Pawiana wielokrotnie. Na wspomnianym zdjęciu Pawian ma jeszcze minę przyjemną, bo nieświadom wszystkiego, co dzieje się wokół. gdy spojrzymy na zdjęcie numer dwa, to zaraz zobaczymy ironię malującą się na pawiańskiej fizys, marsowość brwi, zagniewanie, drwinę i sarkastyczne skrzywienie brwi. Ale czy ta pelerynka, to też płaszczyk? Założony okazjonalnie, do zdjęcia, dla zapewnienia płochej rozrywki rodzinie, która oglądała tę fotografię i próbowała, chociaż było trudno, się zachwycać? I pewnie zastanawiali się wszyscy, jak to zawsze bywa, kim będzie, gdy dorośnie? Projektowali swoje małopolskie wizje jak ciotka H., która powiedziała mi, że zostanę przedszkolanką, w chwili, gdy moim największym marzeniem była kariera bokserska.

Nocą siedzę przed sobą

ja w cylindrze ja boso

a tam przez wieś z wesela

z nożem w plecach mnie niosą

(Tadeusz Nowak)

Ha! Gdybymż to ja pisała poezję, to z pewnością napisałabym, że ja – w płaszczyku. A może w spódnicy z gumką, podciągniętej pod szyję, bo nie chciało mi się zakładać niczego więcej i tak przełaziłam całe wakacje? Bose miałam wówczas stopy, w dłoni upapraną ziemią marchew, czasem dłonie poparzone były gorącym bobem. Spódnica była jednostajnie brudna, bo w wieku trzynastu lat przeżywałam swój pierwszy epizod abnegacyjny, tylko jeszcze wtedy nie wiedziałam, że tak się to nazywa i przyjmowałam na wiarę to, co mówiły starsze ciocie, że nikt na mnie nigdy nie spojrzy (znaczy, w domyśle, przystojny i bogaty mężczyzna z hektarami – mój bosze, biedne ciocie, zryłam im mózg, co jedynie na dobre wyszło), bo dziewczynki tak nie wyglądają. Może dlatego właśnie dziś tatuuję ciało, żeby zacytować Tuwima: „całujcie wy mnie wszyscy w dupę”? Buntuję się nieustannie przeciwko mojemu skomplikowanemu dziedzictwu małopolskiemu, które codziennie przypomina mi, że wyżej nerek nie podskoczę? I dlatego właśnie mam przerobić te wszystkie płaszczyki, już wcześniej przerabiane z kostiumów matki, dopasowywane ze starszej siostry i ofiarowywane potem kolejnym pokoleniom kuzynek? Czyż ta wizja przeszywania, przerabiania i nicowania nie staje się swoistą figurą moich losów, gdy staram się wyciąć ze wszystkich losów moich przodków i przodkiń kawałki różnorakie i dopasować je do moich własnych losów? Wynikałoby z tego, że mój płaszczyk nie jest ciasny, zdecydowanie, ale mocno zetlały, gdzieniegdzie przeżarty przez mole, z łatkami, pocerowany, guziki ma za każdej parafii, nie pasuje w ramionach, trochę za długi, rękawy ma trąbiaste i kołnierz nie da się postawić? No wiem… ale to jest mój płaszczyk. Innego nie mam, nie będę miała nigdy. W kieszeniach mam Matkę Boską Ostrobramską, legitymację KPP i mezuzę zerwaną z framugi. Co jeszcze? pewnie trochę ziaren pszenicy i piórko z gęsi oraz kromkę żytniego chleba. Z pewnością jest też książka, tylko nie wiem jeszcze jaka.

Zapinam swój szynelik, który mam po przodkach, podszyty wiatrem, marzeniami i przeszłością. To chyba nie jest opowieść, której chciałaby moja sąsiadka. Przepraszam, ale innej chyba jeszcze nie mam. Może kiedyś.

lecz po kim mam podwójny podbródek

po jakim żarłoku gdy cała moja dusza

wzdycha do ascezy dlaczego oczy

osadzone tak blisko wszak to on nie ja

wypatrywał wśród chaszczy najazdu Wenedów

uszy zbyt odstające dwie muszle ze skóry

zapewne spadek po praszczurze który łowił echo

dudniącego pochodu mamutów przez stepy

(Zbigniew Herbert)

 

Reklamy
Published in: on 06/02/2014 at 21:37  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/06/02/tekst-sponsorowany-czyli-plaszczyk/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: