Rozważania z ulicy Ligonia czyli coś mi zakwitło pod kopułą

MODE-MINI JUPE-1966

 

Miliony Polaków, którzy nie zawsze mogą wylegitymować się regularną metryką ślubu, chodzą w gaciach po mieszkaniach, w których to mieszkaniach, powtarzam, czasem wisi popiersie Szopena, oraz młodzież.

(Konstanty Ildefons Gałczyński)

Coś mi przyszło do głowy, nie wiem czy mam rację, nie wiem czy ta koncepcja się składa, bo trzeba nad nią myśleć i dodawać argumenty, ale wydaje mi się na tyle inspirująca, że natychmiast się nią dzielę. Ja różne rzeczy wymyślam w drodze „do” i „z” pracy. Jak idę do siebie, to mam siedem minut, jak idę do korporacji papierniczej – mam dwadzieścia. Dlatego kiedyś wpadnę pod tramwaj, ale w sumie, nie o tym chciałam…

Wszystkie linki, do których się odwołuję są w odpowiedniej kolejności pod tekstem.

Wczoraj przeczytałam „Dziennik feministy” – opowieść o tym, jak trudno jest, a w zasadzie nie można zwalczyć stereotypów i uprzedzeń. Mężczyzna próbował przekonać, wytłumaczyć grupie innych mężczyzn, takim mieszkającym na wsi, że nie wolno posługiwać się sformułowaniami seksistowskimi, bo one powodują uprzedmiotowienie kobiety. Dodam, że ten tekst mi się podoba, ale… No, właśnie, zawsze jest „ale”. Ludzie z małych, konserwatywnych społeczności nie słuchają obcych. Tacy „obcy” – nie niosą ze sobą żadnego przekazu pozytywnego. W takich społecznościach nie można mówić o „inności” czy o występowaniu różnicy. Tam, wszystko co nie jest normą – jest obce, a tym samym złe. Dlatego właśnie ci młodzi mężczyźni nie będą, nie tylko słuchać, ale nawet słyszeć mieszczucha, który opowiada im coś, co jest obce dla ich doświadczenia, dla ich myślenia, dla ich sposobu postrzegania świata. Żeby ich zmienić trzeba czegoś więcej niż zwykła rozmowa, niż próba przekonania, przedstawienie (nawet bardzo atrakcyjne w formie) własnych poglądów, których nie są w stanie uznać za swoje. Przedstawioną sytuację można „zastosować” jako sposób interpretacji postępowania sporej części społeczeństwa polskiego, o czym świadczyć może sytuacja z Conchitą Wurst. Zawrzało. Kiczowaty festiwal, który zazwyczaj nie interesuje psa z kulawą nogą stał się na tydzień (a może i dłużej) najgorętszym tematem w naszym kraju. Chłop w sukience, baba z brodą.

Nikt zdaje się nie pamiętać filmu „Pół żartem, pół serio”, albo teledysku grupy „Queen”, w którym Freddie Mercury, ze swym obfitym zarostem, popylał w różowej obcisłej bluzeczce, miniówce i tapirowanej peruce. Conchita nie jest Mercurym, ale nikt tego chyba się nie spodziewał. A jeśli się spodziewał, to napiszę tylko: na Eurowizji? W Polsce w ogóle nie pojawiły się sformułowania typu: kreacja sceniczna, przedstawienie, rola, show, tylko od razu z grubej rury, bo się właśnie tego dżęderowego przebierańca zobaczyło.

Zostawmy Conchitę jednak w spokoju, bo chodzi mi o zupełnie coś innego – o Marsz Szmat. A w zasadzie o to, dlaczego uważam, że nie jest to dobry pomysł. Może się mylę, może coś dobrego się z tej inicjatywy urodzi, ale na razie mnie ona nie przekonuje. Jeśli ta inicjatywa przyniesie jakiś skutek, to wlezę pod stół i odszczekiwać będę. Ponadto, zrobię to z wielką rozkoszą i ochotą, bo tak naprawdę bardzo mi zależy na tym przekazie, który obecnie (z mojego punktu widzenia) przybrał niekorzystną dla tegoż przekazu formę. Pozwólcie Państwo, że teraz będzie trochę skrótów myślowych, ale mam nadzieję, że mi to zostanie wybaczone, bo nie piszę ani „Księgi Piasku”, ani też mój felieton nie ma być Encyklopedią Orgelbrandta.

Nikogo chyba nie zdziwi to, że wizja kobiecości w Europie ukształtowała się na podstawie tekstów np. świętego Augustyna czy Tomasza z Akwinu i innych podobnych im gości. Już w jednej opowieści apokryficznej pojawiło się coś takiego, że gdy Chrystus rozmawiał z uczennicą o imieniu Salome, powiedział, że dopiero gdy kobiety przestaną rodzić (bo są nosicielkami grzechu pierworodnego) i przestaną go przenosić, dopiero wówczas człowiek zwycięży śmierć i będzie mógł powrócić do stanu, który został utracony, gdy pramatka Ewa skusiła węża. Ta właśnie wizja została wzmocniona w XIX w., z którego nasze myślenie czerpie pełnymi garściami, czasem świadomie, czasem wręcz odwrotnie – uważamy, że to, co wówczas się narodziło czy wzmocniło jest „naturalne” i „normalne”. Czasem są to nasze wyobrażenia, na przykład to, gdy się mówi o „naturalnej” wizji rodziny tradycyjnej i wskazuje się właśnie na dziewiętnaste stulecie, jako na ostoję takiego modelu.

Kobieta więc – jakby na nią nie spojrzeć – jest źródłem grzechu, bezrozumnym pożądaniem, jest naturą i przeciwstawia się ją mężczyźnie – kulturze i rozumowi. Dlatego się ją izolowało, nie dopuszczało do życia społecznego, bo powodowały nią miazmaty, żółć, seksualność – w tym na przykład będąca jej objawem histeria, a także wybuchy hormonalne. O takim myśleniu nawet dziś świadczyć może wypowiedź Hanny Wujkowskiej, która samą siebie postrzega, jako istotę z permanentnym obrzękiem mózgu („Dlaczego kobieta nie mogłaby być papieżem? Z powodów fizjologicznych. Tuż przed miesiączką dochodzi do swoistego obrzęku mózgu. Kobiety są tak przepełnione płynami fizjologicznymi, że ciężko im zachować zdrowy rozsądek. A co dopiero zarządzać czymś tak ogromnym, jak Kościół katolicki”).

Tu pojawia się kolejny problem, dlaczego mężczyźni, którzy są rozumem, rozsądkiem i kulturą – czasem ulegają gwałtownym popędom i gwałcą. Sprawa jest prosta – jak mi się zdaje – bo są kusicielki. Ich wina, za kuso, za duży dekolt, za puszyste włosy. W islamie sprawę rozwiązano dość prosto – założono babom hidżaby, żeby splotami nie kusiły, żeby biustem nie majtały. Okazuje się, że nic to nie dało, bo gwałty też tam są. Kogo należy za gwałt ukarać? No… ją, a kogo? Z pewnością się sprośnie spojrzała, albo jej kostka spod worka się wymsknęła. Oczywiście tłumaczenie w naszych warunkach, że nie chodzi o mini, ale o władzę, bo czasem gwałcone są osiemdziesięcioletnie staruszki, zbywa się wzruszeniem ramion i drwiącym prychnięciem. Ja przepraszam, że ja tak skracam, ale przede mną jeszcze kilometry wywodu, a nie chcę zanudzić Państwa na śmierć.

Skoro kobieta jest „podludziem” – bo taki poseł Górski (a to w końcu przecież wykształcony człowiek, elita) mówił, że kazałby swojej żonie rodzić dziecko pochodzące z gwałtu, a niejaki Oksiuta mu wtóruje: „Mamy tak mały przyrost naturalny spowodowany przez kulturę feminizmu, że każde dziecko, nawet z gwałtu, jest na wagę złota. Jeśli mamy 200 gwałtów dziennie to nie oznacza, że tyle kobiet zostało zapłodnionych. Zostały zgwałcone często w wyniku własnej też głupoty, a czasem na własne życzenie” oraz dodaje, że trzeba zabronić używania środków antykoncepcyjnych i wprowadzić przymusowe zapłodnienia – to przecież nie może dziwić, że na wsi, gdzie zawitał wspomniany na początku tego tekstu feminista, myśli się i mówi tak samo.

Kolejną sprawą jest to, że już za komuny mieliśmy wtłoczoną przez propagandę nienawiść do cielesności, którą kojarzono ze zgniłym zachodem, gdy przedstawiano jego „wynaturzenia” np. na berlińskiej Love Parade. Każdy przemarsz rozebranych ludzi (nienormatywnie ubranych), którzy demonstrują w najbardziej słusznej sprawie, spowoduje opinie, że to wszystko jakieś przedstawienie, które nas, zdrowych Polaków (bo przecież nie Polek) nie dotyczy. Wystarczy przeczytać nienawistne komentarze internautów pod tekstem o tym, że francuscy uczniowie, protestując przeciwko seksizmowi, przyszli do szkoły w spódniczkach. A po co tak przyszli, zboczuchy jedne? Właśnie, to ten potwór, ideologia dżęder, już w przedszkolach ich przenicowali, już przerobili – trzeba się bronić naturalnością, pokazać wartości prawdziwej rodziny, Janem Pawłem błysnąć po oczach, a także mazurkiem szopenowskim. Albo czymkolwiek, byle miało polskie geny, flagę biało-czerwoną, orła (rzecz jasna w koronie) i miało gdzieś jeszcze – najlepiej z przodu – napis „tradycja”. Wersalikami ma to być, przynajmniej stupunktowymi. Żeby świat zobaczył, żeśmy wcale nie jacy-tacy.

Oczywiście można w tym momencie stwierdzić, że skoro jest tak źle, to potrzebne są drastyczne środki, albo, że każdy sposób jest dobry, żeby taki beton rozwalić. A ja właśnie nie jestem pewna. Marsz Szmat jest odpowiedzią na słowa Michaela Sanguinettiego, oficera policji z Toronto, który powiedział, że „kobiety powinny unikać ubierania się jak puszczalskie”. Kanadyjczycy, Niemcy, Francuzi, Belgowie – nie są nami. I nie chodzi tu o jakąś wyjątkowość czy hermetyczność naszej obyczajowości, My po prostu jesteśmy na innym etapie. Mamy opóźnienia – od początku XIX wieku ominęła nas cała masa rzeczy, które dokonały się w innych społeczeństwach. Jesteśmy jakimś takim mentalnym trzecim światem, dlatego kopiowanie wzorców, których społeczeństwo nie jest w stanie zrozumieć, jest kagankiem oświaty, który zamiast świecić, to śmierdzi i kopci. Marsz Szmat w Polsce – zamiast zwrócić uwagę na to, że nie ubiór kobiety, ale gwałciciel ponosi winę za swój przestępczy czyn, utrwala wizerunek rozpasanego lewactwa, które zajmuje się głównie pokazywaniem cycków lub dup. Na dodatek – nazwa: Marsz Szmat – jest deprecjonująca i pozwala na uwagi, że właśnie „oto maszerują szmaty”, które wyglądają jak szmaty. Marsz Szmat, jako inicjatywa jest słuszna, ba… najsłuszniejsza, ale jej forma – głupio i elitarnie miejska. To tak jak z tym feministą na wsi – drwale nie będą traktować serio kogoś, kto nie zachowuje się jak oni, kto nie wywodzi się z tej samej przestrzeni, kto nie używa tego samego języka co oni.

Może się mylę i z Marszem Szmat stanie się jak z manifami. Będą gadać, gadać, a w końcu się przyzwyczają, ale czy to to chodzi – o wpisanie wydarzenia w kalendarz warszawskich imprez ulicznych? Gra toczy się o znacznie większą stawkę – o zmianę mentalności społeczeństwa. Takiego procesu nie załatwia się manifestacją uliczną w stolicy. Naprawdę. To będzie trwało, jeśli nie kilkadziesiąt, to przynajmniej kilkanaście lat. Trzeba przygotować strategię i się jej trzymać. Wprowadzać w życie z żelazną konsekwencją. Nie dawać do łapy argumentów żartownisiom, potencjalnym gwałcicielom, damskim bokserom i całej tej masie, która wie swoje, że „chłop potęgą jest i basta” (w tym wypadku nie chodzi o włościanina). Marsz Szmat w Polsce nie został i nie zostanie zrozumiany – szkoda marnować siłę i energię na coś, co do większości społeczeństwa nie ma szans dotrzeć. Z powodu tego wszystkiego, co w skrócie wymieniłam od początku tekstu. Z pustego w próżne, na prowincji, to i Salomon nie naleje. Taki mam wstępny pomysł – ale, naprawdę, to początek, to trzeba dopracować, bo to hipoteza robocza, a temat za ważny, żeby go tak zostawić w pieluchach. Dziękuję za uwagę, do zaś…

1964847_658000417619790_4386446580147163394_n

 

http://wojcicki.codziennikfeministyczny.pl/2014/05/18/dziennik-feministy-reportaz-z-zycia-czesc-i/

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15989034,100_francuskich_chlopcow_przyszlo_do_szkoly_w_spodnicach_.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta

Reklamy
Published in: on 05/19/2014 at 20:03  14 komentarzy  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/05/19/rozwazania-z-ulicy-ligonia-czyli-cos-mi-zakwitlo-pod-kopula/trackback/

RSS feed for comments on this post.

14 komentarzyDodaj komentarz

  1. Z całym wpisem się zgadzam jak najbardziej, ale z wnioskiem chyba nie 🙂 Moim zdaniem Marsz nie zaszkodzi, naprawdę gorzej już nie będzie 🙂 Albo inaczej – idąc tym tokiem myślenia nie należy „prowokować” najlepiej ubrać wszystkie kobiety w habity i niech zawodzą pieśni kościelne w TV 🙂
    Może kwestie równościowe mają na prowincji marne szanse, ale jeśli chodzi o stosunek do cielesności, to nie wydaje mi się jednak tak pogardliwy i pełen uprzedzeń jak wymienionych ojców kościoła… Zetknęłam się z entuzjastcznym odbiorem piosenki „My Słowianie” i widzę w tym jednak afirmację kobiecej cielesności, a nie uprzedmiotowienie. Dlaczego? Intuicja 🙂
    Zresztą na wsi jest masę sołtysek – co daje do myślenia…
    Na marginesie – nie podoba mi się określenie „szczucie cycem” bo właśnie z pogardą dla kobiecej cielesności mi się kojarzy…

  2. Kolejną sprawą jest to, że już za komuny mieliśmy wtłoczoną przez propagandę nienawiść do cielesności, którą kojarzono ze zgniłym zachodem, gdy przedstawiano jego „wynaturzenia” np. na berlińskiej Love Parade.

    Gwoli ścisłości — za „komuny” nie mogli pokazywać wynaturzeń Zachodu na przykładzie berlińskiej Love Parade, bo ta odbyła się pierwszy raz w lipcu 1989, miesiąc po wyborach czerwcowych.

  3. Chyba chodziło Ci o http://en.wikipedia.org/wiki/Christopher_Street_Day

  4. Coś było „u nas sieksa niet” 🙂

  5. Nie zgadzam się z afirmacją cielesności. I nie chodzi mi o prowokowanie czy też jego brak. Tylko o język – musi być jakoś wspólny. To „szczucie cycem” też mi się nie bardzo podoba, ale jest dosadne, oddaje istotę rzeczy.

  6. MMM: dzięki, właśnie o to chodziło. Pisałam z głowy – czyli z niczego.

  7. Kobieta w kryzysie :)))

  8. Bo ja sobie tak myślę (może się mylę 🙂 że seksizm jest oparty na różnicy w pozycji społecznej – na zasadzie – my jesteśmy ważni (męscy) mamy władzę a wy jesteście nieważne, cielesne, jesteście naszymi d…. A kiedy ona prezentuje „cyc” a on biceps to tej nierówności jakoś nie widzę…
    „język – jakoś wspólny”? Chyba nie rozumiem. To zależy choćby od wykształcenia (poszczególne kalsy społeczne mówią różnymi językami).

    Przeczytałam ten artykuł feministy. Ja u tych drwali nie widzę wyższości i pogardy – raczej bezradność i poczucie obcości, może nawet strach… (chcieliby jakoś sie zbliżyć do tych kobiet ale nie umieją to grzeją w chałupie 🙂

  9. Jeszcze o „szczuciu cycem” – ja wiem o co chodzi (naga kobieta reklamująca blachodachówkę, uprzedmiotowienie itp.), ale oburzenie w tej kwestii dobrze się wpisuje w silną w naszym społeczeństwie (a nawet rosnącą w siłę z konserwatyzmem) purytańską niechęć do ciała w ogóle, do seksu i do kobiecości (jednak z tymi rzeczami słusznie czy nie utożsamianej)… Mnie się to kojarzy z historyczną walką feministek z pornografią…

  10. Wiesz, ja znam tych drwali, a jeśli nie tych, to innych. Serio.

  11. W przypadku Donovana ja mam wrażenie, że całość wydarzenia jest właśnie blachodachówką 😉

  12. Dla mnie to są „Majteczki w kropeczki” – czy to to samo? 🙂

    Przypomniał mi się pewien sondaż – ludzie na prowincji byli zaskakująco często zwolennikami parytetów (wtedy mi się też to skojarzyło z sołtyskami)…

  13. To interesujące, nie wiedziałam o tym – musze doczytać.

  14. Myślałam, że to Ty o tym pisałaś, ale może to był blog „alebalagan” (obecnie nie działa)?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: