Zwątpienie poznawcze czyli Rozalka w piecu

Przechwytywanie

Wieśniaczka klepie len? Poklep się w pusty czerep dziennikarzyno. To jest międlenie. MIĘDLENIE, kurwa mać!

(Pawian Przydrożny)

Na okładce „Polityki” młody człowiek w birecie szorujący gary (na zmywaku w Anglii? w MacDonaldzie?). A do tego dramatyczne pytanie: Czy warto się jeszcze uczyć? A także stwierdzenie, że Polacy  zaczynają wątpić w sens nauki. Zaczynają? A kiedykolwiek widzieli jej sens? Wystarczy przeczytać fora internetowe, żeby zobaczyć, co internauci myślą o nauce, o zdobywaniu wiedzy. Napisz komuś, że się myli, że bitwa pod Grunwaldem wcale nie dotyczyła Zulusa Czaki, albo, że kura nie pisze się przez „ó”, bo wymiana na „kogut” to raczej bzdura. Co się stanie? Zwyzywają, spostponują, użyją argumentum ad Hitlerum, a na koniec dopiszą, że nieważne jak się pisze, byle wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Na kolokwium ze starych papierów objeżdżanych pojazdami z napędem na cztery koła laska ściąga, że aż miło. Patrzę na nią z politowaniem i pytam czy sądzi, że jestem idiotką? Zadaję artykuł, który fificy powinni przeczytać, a oni podkreślają na zielono lub różowo to, co im się wydaje istotne. Na moje pytanie nie potrafią odpowiedzieć. To nie ich wina, to wina systemu szkolnego, który nie nauczył ich myśleć, tylko odtwarzać i zdawać testy, wstrzelić się w klucz. Ale, ale… zaraz – czy ja byłam kształcona w innym systemie? Czyż nie uczyłam się idiotyzmów w stylu, co zrobić, gdy wybuchnie bomba atomowa (trzeba wytrzepać ubranie)? Znam też budowę pieca wielkiego pieca, potrafię zrobić łopatkę z puszki po zielonym groszku, wypalać lutownicą niezwykle gustowne wzorki w drewnie, zrobić broszkę z topionego plastiku. Nie umiem wyciągać pierwiastków, ale tu odmówiłam współpracy i zaparłam się wszystkimi czterema kopytkami, że w życiu mi to do niczego potrzebne nie będzie – i chyba miałam rację. Uczyłam się takich samych rzeczy, może trochę inaczej, bo nie uczyłam się do testów, ale na przykład musiałam znać dane o światowym wydobyciu węgla kamiennego z roczników statystycznych. Brunatnego też. Po co mi to było? Nie mam pojęcia. Wówczas też nie wiedziałam i się tego nie uczyłam. Wolałam czytać. Robiłam to sama, bo szkoła raczej mi w tym przeszkadzała. Szczególnie podstawówka – gdy w bibliotece szkolnej wręczano mi broszurki o kotkach, a ja już byłam na etapie grubaśnych powieści bez obrazków. No to zrezygnowałam z tych głupich kotków. W bibliotece miejskiej było znacznie przyjemniej. Szczególnie, że dość szybko pozwolono mi grzebać w czym chciałam i gdzie chciałam. Moja mama uważała, że literatura krzywdy nikomu nie zrobi. A na dodatek, że jak chcę, to dwóję mogę dostać. I dostawałam. Niejedną. Stało się coś?

System szkolnictwa polskiego był do dupy, jest do dupy i będzie do dupy. Jasne? Nie ma co biadolić i ciągle tego odkrywać na nowo, bo wyważa się otwarte drzwi. Dlaczego będzie do dupy? Bo np. w szkole średniej jest jedna godzina historii i dwie godziny religii. Bo geografia w klasach sprofilowanych nie występuje powyżej klasy drugiej. Biologia chyba też. Bo nie uczy się historii sztuki. Bo chemia i fizyka dotyczą wzorów, a nie konkretów i życia – dlatego moja koleżanka w podstawówce (miała z fizyki czwórkę) podgrzewała wodę w wannie grzałką, a potem weszła do tej wanny. I nie żyje. Myślę, że nasza fizyczka z podstawówki powinna była wtedy popełnić samobójstwo. Honorowe. Ale nie popełniła i nadal miała dobre samopoczucie i kazała nam tworzyć krzyżówki z terminami fizycznymi, co miało podobno ukazać naszą wiedzę z danego działu.

Jednostki przebiją się przez system, ale muszą mieć wsparcie. Domowe wsparcie, które nie będzie polegało na zadawaniu po wywiadówce głupich pytań typu: dlaczego masz tróję z PO? Oraz stwierdzeń: jak nie będziesz mieć dobrej średniej to niczego w życiu nie osiągniesz. Ale jak ma być wsparcie, skoro rodzice, tak samo jak ich dzieci, nie potrafią selekcjonować informacji, nie potrafią zadawać pytań, nie buntują się, nie kontestują rzeczywistości. Dzieci, tak samo jak ich rodzice nie widzą sensu nauki, poszerzania wiedzy, bo sześciu na dziesięciu obywateli polskich jest analfabetami funkcjonalnymi i dobrze im z tym. Nie czytają, oglądają w telewizji jakiś „Taniec na rurze” i „K jak kiełbasa”. Czytali Państwo ostatnio o zagłodzonym dziecku, o znachorze spod Nowego Sącza? To są ludzie, którzy wątpią w sens nauki. To są ludzie, którzy wierzą we wszystkie duperelne teorie, bo nie myślą. Szkoda, że nie uśmiercają siebie samych, tylko własne potomstwo. Jak biedna matka Antka, która wsadziła Rozalkę na parę zdrowasiek do piekarnika. Tylko że ona NAPRAWDĘ nie mogła wiedzieć. A oni mogą, ale wątpią. No cóż, trudno. Ich wybór, ich więzienie. Za głupotę się płaci.

W sumie, zawsze tak było. Nie wszyscy musieli kończyć zarządzanie i marketing, albo coś równie urokliwego. Niektórzy zostawali szewcami, doskonałymi szewcami, albo ogrodnikami. Do dziś pamiętam pana Dudzińskiego, który pozwalał mi grzebać na swoich grządkach i opowiadał różne rzeczy. Nauczyłam się od niego więcej niż od mojego nauczyciela biologii w podstawówce, który podobno skończył studia. A najwięcej w dzieciństwie to nauczyła mnie babcia, która skończyła cztery klasy szkoły powszechnej, ale  całe życie czytała. Nawet w trakcie robienia najlepszych klusek śląskich. Jednego mnie tylko nie nauczyła: jak czytać w trakcie prac kuchennych, żeby nie mieć upierdolonych, jak stół u Durczoka, książek.

Wiedzę może zdobywać różnie, ale tego trzeba chcieć. Trzeba mieć pasję i tę magiczną iskrę, która nas prowadzi do obranego celu. Pretensjonalne? Może (jestem pozytywistką i czasem lecę taką frazą Orzeszkowej). Ale właśnie tak jest. Przeciętni i znudzeni niczego nie osiągną. Filolożątko, które na trzecim roku czyta pięćdziesiąt stron powieści na godzinę na zawsze pozostanie gdzieś w trzeciej lidze. Kandydat na filologa, który na trzecim roku po raz pierwszy czyta w całości „Lalkę”, a nie przeczytał „Anny Kareniny” i „Odysei” jest właśnie na okładce „Polityki”. Jest kiepski, przeciętny – wiedzy do głowy nie wtłacza się łopatą, trzeba chcieć. Chcieć ciągle więcej. Zadaję artykuł, chcę o nim porozmawiać. Tak się umówiliśmy – a raczej myślałam, że tak było. Moja grupa wolała streszczać, a i to z trudem. Słaby uniwersytet? A skąd! Po prostu przeciętniacy, którzy nie nauczyli się przez trzy lata, że trzeba nauczyć się czytać i kojarzyć fakty. Przyzwyczaili się do odtwarzania i dobrze im z tym. To nie ich wina, ale tylko do pewnego momentu – jak dokonali już wyboru, wyboru najważniejszego: czy zostanę prawnikiem czy filologiem, to trza zakasać rękawy i korzystać z tego, co mnie otacza. Wykorzystywać tych, którzy mogą mi coś dać, omijać tych, którzy mi szkodzą. I zanurzyć się w tym wszystkim, co jest moim życiem. Z uszkami i ogonkiem. Stać się najlepszym z najlepszych. Nie zadowalać się małym. Chociaż, jak się chce iść na dziennikarza, to można być słabiutkim. Tu nie wiem, jak się odnosi sukces, ale widać, że niewiele trzeba, żeby publikować, zadawać pytania, rozmawiać z innymi. Może chodzi po prostu o to, że jaki poziom społeczeństwa, takie gazety? To się publikuje, czego to społeczeństwo oczekuje? Tak mi się jakoś skojarzyło po ostatnim sporze sporothrix z Gazetą Wyborczą. I ma nas dziwić, że Polacy wątpią w sens wykształcenia? Jak najbardziej opiniotwórczy dziennik w dziale naukowym pisze jakieś dyrdymały? A czytelnicy łykają to jak gęsi kluski? No, więc jest jakieś wyjście – przeciętni i słabi zostaną dziennikarzami. Albo nauczycielami informatyki w szkołach – tak, jestem złośliwa. Taki Paweł Walewski z „Polityki” to najpierw skończył medycynę, a potem został dziennikarzem. Bogdan Tomaszewski uczęszczał do Szkoły Głównej Handlowej, Janina Paradowska –  skończyła polonistykę. A teraz? Młodzi pisać nie umieją, czytać nie bardzo, bo kończą studia zawodowe, a nie odróżniają gotyku od szprotki w oleju.

Wiedzy się nie dostaje, ją się zdobywa – jeśli ktoś myśli inaczej, to skończy na zmywaku. I nawet nie będzie dobrym pomywaczem. Będzie tylko frustratem, któremu się w życiu nie udało i to na własne życzenie. Bo myślał, że coś dostanie na tacy. Że nagle obudzi się rano i będzie wiedzieć. Otóż – nie będzie. Po pierwsze dlatego, że wątpi w sens nauki i wykształcenia, a po drugie dlatego, że zamiast się uczyć, desperował, że nie dostał szansy. A teraz możecie mnie Państwo ukrzyżować, ale zdania nie zmienię. Wiedzę zdobywa się samemu. To pot, krew i łzy. A jak się komuś nie podoba, może spróbować inaczej. Proszę bardzo – jak się znajdzie taki sposób, to chętnie posłucham, ale robić będę po swojemu. Stara już jestem, a starzy są uparci.

Wpadłam w patetyczny ton, ano wpadłam. Nie umiem znaleźć innego języka, przynajmniej dziś. Pamiętam, jak moja koleżanka z roku zadała mi pytanie: z czego się uczysz do egzaminu z powszechnej? Nie zrozumiałam pytania, bo po prostu czytałam, a ona chciała znaleźć jakieś kompendium, które jej pomoże ogarnąć coś, czego nie rozumiała i była wobec tego bezradna. W fachu nie pracuje – i dobrze.

A na koniec jeszcze historyjka. Właśnie dzwoni do mnie Delfinek Ochrydzki. W zeszłym roku prowadziłyśmy razem przedmiot – ogólna teoria niczego po polsku dla cudzoziemców. Było zaliczenie – wymyśliłyśmy sobie zabawny, dla nas i dla studentów, sposób zakończenia przedmiotu. Przygotowałyśmy materiały. Ja swoje wyrzuciłam po zrealizowaniu, bo „nic dwa razy się nie zdarza”, a nagle okazało się, że dwie osoby, które prowadzą to w tym roku, chcą ten nasz autorski pomysł. Bo im się nie chce przygotowywać własnego. I szlag mnie trafił. Nawet, gdybym nie wyrzuciła, to bym nie dała. A zrób se. Nie dlatego, że jestem wredna, tylko dlatego, że jesteś młoda i musisz się nauczyć, jak to trzeba robić. A ty chcesz, żeby ci spadło z nieba? Mogę ci powiedzieć, jak trzeba to zrobić, mogę cię nauczyć, bo mam pierdyliardy lat doświadczenia. Ale nic ci nie dam. Bo się przyzwyczaisz, że wszystko można zdobyć bez wysiłku. A jak się przyzwyczaisz do tej myśli, to przestaniesz szanować. I tu jest Hund begraben. Coś co się dostaje za friko (nie chodzi o kasę) nie jest przedmiotem pożądania. A teraz można wątpić sobie w sens wykształcenia. Albo przeczytać coś miłego, zabawnego, mądrego.

I proszę nie pisać do gazet dramatycznych listów, jaki wykładowca jest świnia, bo chciał bibliografii. Jakbyś czytał, jeden z drugim, to byś wiedział. Biedactwa niedouczone. Idźcie se len poklepać, albo własną dupę lub pusty łeb.

19962_s

Reklamy
Published in: on 05/18/2014 at 11:07  12 komentarzy  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/05/18/zwatpienie-poznawcze-czyli-rozalka-w-piecu/trackback/

RSS feed for comments on this post.

12 komentarzyDodaj komentarz

  1. Na okładce „Polityki” młody człowiek w birecie szorujący gary (na zmywaku w Anglii? w MacDonaldzie?). A do tego dramatyczne pytanie: Czy warto się jeszcze uczyć?

    Ale czytałaś ten artykuł? Czy tylko okładkę widziałaś?

    Bo on wcale nie jest o sensie nauki jako takiej, tylko studiowania na Wyższych Szkołach Czegoś i Czegoś w Pcimiu Dolnym. I z tego co pamiętam (czytałem dość pobieżnie), to bardziej prezentuje stanowisko zbliżone do Twojego niż jest w kontrze.

  2. Jasny gwint, ja też nie odróżniam gotyku od szprotki w oleju. Czy szprotka ma jedną nóżkę bardziej?

    A poza tym racja oczywiście. Niestety.

  3. MMM: czytałam, ale to pytanie mnie sprowokowało. Dlatego nie odnosiłam się do samego artykułu, tylko do frazy, która mnie wkurzyła. A po drugie przeczytałam jeszcze to: http://rymszewicz.natemat.pl/102661,po-stronie-zascianka i mi sie złozyło do kupy. Bo, jak zawsze, po maturach zaczyna się rwanie włosów z głowy.
    Sporothrix: Szprotka jest jak wróbelek. Ja wiem, że to Sprattus sprattus – i w sumie, że szprot. Ale potocznie, mogę? Mogę? Zawsze tak mówiłam. Może to gwarowe?

  4. Zauważam tu dwie niekonsekwencje:

    1. „Stać się najlepszym z najlepszych.” – Nie da się, żeby wszyscy byli najlepsi z najlepszych.

    2.”Korzystać z tego, co mnie otacza. Wykorzystywać tych, którzy mogą mi coś dać.”
    vs.
    „Dwie osoby, które prowadzą to w tym roku, chcą ten nasz autorski pomysł. Bo im się nie chce przygotowywać własnego. I szlag mnie trafił. Nawet, gdybym nie wyrzuciła, to bym nie dała. A zrób se.”

  5. @pawian
    Rozumiem. Ale fala niuejdżowej reakcji antyrozumowej przetacza się właściwie przez cały cywilizowany świat i nie wydaje mi się, by akurat polski system edukacyjny był tu winny. To jest globalny trend.

    Przyczyny moim zdaniem tkwią w tym, że specjalistyczna nauka na dzisiejszym poziomie kompletnie odkleiła się od poziomu zrozumienia przeciętnego człowieka i staje się dla niego nieodróżnialna od magii. Stąd te wszystkie zwroty typu „chemia to zło” albo „zawiniła genetyka”. Technologicznie jesteśmy w stanie manipulować genami, mentalnie jako społeczeństwo tkwimy w myśleniu magicznym albo w najlepszym razie mechanistycznym. I to jest wyzwanie naszych czasów dla naukowców — wytłumaczyć to wszystko ludziom a nie zamykać się w wieży ze słoniowej kości.

    Upadek humanistyki mnie przy tym wszystkim martwi najmniej 😛 To zawsze była i będzie rzecz elitarna. I taką powinna zostać. Nie potrzebujemy filologów, którzy nie potrafią przebrnąć przez pewien kanon. Więc ich nie kształćmy. Nie kontynuujmy tej fikcji w której 80% ludzi idzie na jakiekolwiek studia, żeby tylko mieć mgr. Tu się chyba zgadzamy?

  6. Anuszka: 2. Napisałam, że nauczę oraz pomogę, ale nie dam. Czasownik „dać” w tych dwóch zdaniach występuje w nieco innym znaczeniu. Nie ma niekonsekwencji. 1. Ale trzeba się starać – skąd wiemy, że możemy być najlepsi, jesli nie spróbujemy? Skończyłam szkołę muzyczną, nie byłam najlepsza, ale to nie znaczy, że nie próbowałam. Nie ma niekonsekwencji. Każdy w czymś jest najlepszy, musi tylko to znaleźć. Po co coś robić przeciętnie, będąc osobą znudzoną i sfrustrowaną, czasu jest mało.
    MMM: jak najbardziej, za dużo uczelni, za dużo walki o studenta, a mamy niż. A polski system edukacji? Był do dupy, jest do dupy, będzie do dupy. A jak jest na świecie? Wiem tylko jak jest w Macedonii, Kazachstanie, Czechach, na Słowacji, w Rosji itd., czyli w tych krajach, w których uczyłam.

  7. Odnośnie obrazka – przedstawia faktycznie międlenie, ale babole mamy i dalej; głównym, pożądanym produktem międlenia są dłuższe włókna, a nie pakuły.
    Owszem, pakuły tez sa jednym z produktów i kiedyś wykorzystywano je po dalszej obróbce do tkania zgrzebnych tkanin, ale to nie one są najcenniejsze.
    Ponadto – po międleniu włókna nijak nie sa gotowe do tkania, po drodze się je wyczesuje żeby usunąć paździerze i „ułożyć” włókna, a następnie przędzie z włókien nić.
    Dopiero nici wykorzystuje się do celów tkackich.

  8. Mnie wystarczyło to klepanie, potem krew czerwona zalała mi oczy…

  9. „Wiem tylko jak jest w Macedonii, Kazachstanie, Czechach, na Słowacji, w Rosji itd., czyli w tych krajach, w których uczyłam.” – i jak tam jest?

  10. Mam pytanie: ile stron trzeba czytać na godzinę, żeby się załapać do pierwszej, albo chociaż drugiej ligi? Nie pretenduję, Broń Boże i nawet nie wiem jaki mam wynik, bo czytam dla przyjemności, nie na czas, ale pytam z ciekawości.

  11. Ariel: Filolodzy są poza ligami – po prostu powinni być zawodowcami. To coś takiego, jak rąbanie drzew – zawodowy drwal kanadyjski rąbie, bez kozery powiem „pińcet”, a pracownik PGR zatrudniony przy wyrębie lasu – z pewnością nie. Ponadto – zależy co czytasz, Harrego Pottera znacznie szybciej niż np. Tołstoja, a Hegla to jeszcze wolniej.

  12. Kobieta w kryzysie – różnie jest. Ale wszędzie narzekają 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: