А я иду, шагаю по Москве czyli boginie są z Marsa, a Pawiany z Wenus

_DSC9580

Ostatnio marudziłam niepomiernie. Dlatego już przestaję, bo ileż można tkwić w tej całej martyrologii, a ponadto Państwo z pewnością mają swoje polskie kłopoty, jak na ten przykład… kanonizacja czy coś. W każdym razie siedzę w Rosyjskiej Akademii Nauk (dostałam przepustkę podpisaną pewnie przez samego Dyrektora Buszu, albo Prezesa Układu Słonecznego – jest na niej przynajmniej ze cztery pieczątki), co imponuje mi niesamowicie, a dlaczego, to już Państwo wiedzą. Chodzi o moją małostkową panią od rosyjskiego. Na dodatek, Achmatowa mówi mi: „słuchaj, Pawian, chodźmy do ekskluzywnej restauracji na szczycie budynku, zobaczysz sobie widok na Moskwę. Co prawda, ty i ja pasujemy do tego miejsca, jak świnie do siodła, ale zaciśnijmy zęby, bo widok jest przedni”.

Akurat dobrze się złożyło, że tego dnia miałam na sobie marynarkę, dziadowską, bo dziadowską, ale zawsze marynarkę. No, to lecim oglądać Moskwę z lotu ptaka. Wysiadamy na ostatnim piętrze – a tam już młodzieniec słusznej postury, z marsowym czołem się pyta: a po co, hę? Achmatowa odpowiada, że koleżance, cudzoziemskiej akademiczce, chciała pokazać piękny widok na Moskwę. Młodzieniec mruczy pod nosem, żeby w kącie stanąć i poczekać, bo hostessa zaraz się pojawi. Kelnerów i kelnerek wokół jak mrówków, knajpa pusta jak Patriarsze Prudy w „Mistrzu i Małgorzacie”, a my niewidzialne. Pewnie przez tę moją marynarkę z czarnego weluru, albo czarne dżinsy z podwiniętymi nogawkami. Na dodatek kupiłam sobie szmaciane buty za 500 rubli, z czego raduje się moja krakowska dusza, ale z pewnością wszyscy wiedzą, że jak na to ostatnie piętro wchodzi ktoś w takich tenisówkach, to choćby profesor – znaczy dziad. Pojawia się ona – hostessa, znaczy bogini. Wzrost słuszny, pierś łabędzia, policzki – krew z mlekiem, łydki – toczone, włosy – czarne jak skrzydło kruka i na dodatek opadają cudną falą za dupę, znaczy za biodra rozkoszne, niby u hurysy w egzotycznym karawanseraju. Dziewczyna, znaczy bogini, omiata nas wzrokiem i lekko unosi podbródek: aaa? Znów Achmatowa mówi, o co chodzi, a dziewoja nam oznajmia, że wszystkie stoliki mają rezerwację, ale – jeśli na krótko – to spocząć pozwala. Macha łapką delikatną, z paznokietkami jak migdały perłowe, żeby siadły znaczy, ale potem patrzy na to moje wdzianko i dopytuje czy rozebrać się nie zamierzam. A, dlaczego nie, owszem, zdejmę okrycie i wnet to czynię. Ona znów ręką macha, a wody morza się rozstępują i pojawia się jakieś inne zjawisko, które wiesza ten mój welur nieczysty na wieszaku i gustowny złoty numerek podaje. Bogini patrzy na mój aparat fotograficzny jakoś łaskawie, ale mówi, że przyjemność fotograficzna kosztuje 5000 rubli za godzinę. No, szkoda, że nie za kwadrans, za minutę, ba… za nanosekundę.

Siadamy – wnet kelner się pojawia, popielniczkę stawia, karty rozdaje, ale wie, że my na krótko, dlatego tylko napoje. Cóż było robić wzięłyśmy po piwku, tysiączek rubli pękł był, a co – jak szaleć, to szaleć, jedna galaretka, dwanaście łyżeczek. W tym momencie pojawia się kolejny młodzian i przynosi płócienne stołeczki, tak to wygląda nierozłożone. Myślę sobie: ależ cudownie, nogi zmęczone po wykładach wyciągnę, ależ wyrafinowanie, ależ frontem do klienta tu stoją. A on te stołeczki rozkłada, ależ to nie stołeczki, to stojaczki na torebki. Młodzian bierze moją filcową, ładną, szarą, z naszytą myszą i umieszcza na stojaczku. Kolejny młodzieniec nam popielniczkę zmienia co jakieś 4 minuty, wsadzając znienacka łapę w naszą (z Achmatową) konwersację, co jakieś takie dziwne jest, bo ja jej mówię: a pamiętasz, kochana… A tu męska łapa między nas się wpycha. Ona mi na to (po łyku piwka): Pawianku, a czytałaś ten wywiad z Awdiejewem… A tu znów ta męska łapa z popielniczką nakrytą różową papierową serwetką. Wypalić spokojnie nie dadzą, tylko człowieka denerwują.

Mówię do Achmatowej, że ja rozumiem, iż zdjęć tu robić nie pozwalają, bo wystrój taki mocno eklektyczny, miejscami wytworny, a miejscami – jak w bawarskim burdelu, gdzie nie byłam, ale wyobrazić sobie mogę, ze taka lampa (i tu oskarżycielsko palec wyciągam) mogłaby tam stać w recepcji. Wyjdźmy jednak na balkon, obejdźmy budynek, pooglądajmy świat szeroki. Pytamy jeszcze kolejnego młodzieńca, który chyba jest zatrudniony jako tatuator wielbłądów, gdyby tylko ktoś właśnie takiej usługi sobie zażyczył, czy z tego tarasu wolno zdjęcia robić. Wolno, owszem – odpowiada chłopczyna, który po dłuższych oględzinach wygląda na trubadura trzeciej kategorii – a dlaczegóż by wolno nie było. No to walę ujęcia z rzeką, z Łomonosowem, z peryferiami, gdy nagle… wchodzi ona. Bogini. Nawet nic nie mówi, tylko karcąco patrzy, z dezaprobatą, oskarżycielko wyciąga paluszek cudowny w stronę mojego aparatu. Nie mówi: „wy nikczemne”, ale w jej wzroku łacno to każdy wyczytać może. Tłumaczymy, że trubadur trzeciej kategorii nam wyjaśnił, że wolno. Ach, gdyby Państwo widzieli, to rozkoszne wzruszenie ramion, to wstrząśnięcie falą włosów, to zgorszenie we wzroku. Bogini wydęła kapryśnie usteczka i wycedziła: on? on nic nie wie. O rany, już jutro wezmą go na męki, upieką w oleju, powyrywają wszystkie członki. Obraził ją. Ją – boginię wszystkich hostess. Hostessę wszystkich bogiń.

Akurat znalazłyśmy się w szatni, gdzie dostrzegam mój sfatygowany pidżak. Już sięgam łapą, gdy pojawia się kolejny młodzian, który wstrzymuje mą dłoń, jak Bóg robaka zwykł zatrzymywać w locie. Spokojnie mówi, że mi poda co trzeba. Daję numerek i myślę, że gdybym miała etolę z norek, to lepiej bym wyglądała w chwili, gdy by mi ją na ramiona narzucał. Niestety – żadnego narzucania, ani zakładania nie będzie. Żakiet zostaje ściągnięty dość bezceremonialnie, ściśnięty wpół i wciśnięty mi do łapy. No… koniec. Spadaj.

Gdy kierujemy się do windy, kolejny cherubin uświadamia nam następny, popełniony przez nas nietakt. Nie ta winda. Tą – to się przyjeżdża, wy profanki prowincjonalne. Do zjeżdżania służy ta winda. Które piętro, wy… biedne stworzenia? Dwudzieste pierwsze. Zjeżdżamy jedno piętro. Tu czujemy się lepiej – chyba jesteśmy u siebie, w naszej przestrzeni. Oglądamy eksponaty w Katedrze Antropologii, a i zdjęcia można robić wszędzie. Ba, nawet papieroska zapalić na maleńkim balkonie. Och, boginie wszystkich najwyższych restauracyjnych pięter. Jak ja uwielbiam zapach bibliotecznego kurzu i pył kredy w salach wykładowych.

Reklamy
Published in: on 04/24/2014 at 15:21  3 komentarze  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/04/24/%d0%b0-%d1%8f-%d0%b8%d0%b4%d1%83-%d1%88%d0%b0%d0%b3%d0%b0%d1%8e-%d0%bf%d0%be-%d0%bc%d0%be%d1%81%d0%ba%d0%b2%d0%b5-czyli-boginie-sa-z-marsa-a-pawiany-z-wanus/trackback/

RSS feed for comments on this post.

3 komentarzeDodaj komentarz

  1. Ładne 🙂

  2. Tatuator wielbłądów!!!
    Jaki tam wozduch musiał być na wysokościach, że takie wizje Pawiana piękne! Dla takich to i nikczemnicą i wszetecznicą bym mogła zostać 🙂

  3. Pawianowi się ostatnio wszystko z tatuażem kojarzy, bo se walnął kolejny i mu skóra z cielska złazi


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: