Plastikowe ZOO czyli mucha pamięci

352x500

 

Czasem, cały świat mieści się między krajem poduszki a końcem prześcieradła. A ja nie mówię o niczym wyuzdanym, tylko o czymś takim, gdy jest jak u Gombrowicza: poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja… I nie mam w tym momencie na myśli mojego kolegi, który zawsze kieruje rozmowę na swoje przypadłości gastryczne, albo swoją nerwicę. Ostatnio pan dzielnicowy mi powiedział, że mam niezwykłą pamięć, a ja mu na to, że jestem historyczką literatury i wszystko widzę jak tekst. Staliśmy i paliliśmy pod komisariatem, a on zdziwiony był niesłychanie dodatkiem do tej wypowiedzi, gdy ją uzupełniłam: pana też widzę jako tekst. Zaciągnął się, wydmuchał dym i powiedział z uśmiechem: przydatna umiejętność, bardzo przydatna w moim fachu. Dzielnicowy jest wysoki, taki nordycki, łysy i ma ładne paznokcie, co odnotowuję z pewnym zdziwieniem, ale w sumie, dlaczego nie może mieć? Czy duży chłopak w mundurze, z którym rozmawiam, ze względu na moje rozrabiactwo i głupie zaangażowanie, znacznie częściej niż powinnam, nie może mieć ładnych paznokci? Ależ może… Ładny tekst do zapamiętania. I tyle.

W antologii najlepszych opowiadań s-f Dona Wollheima, za rok 1989 było jedno takie: „Muchy pamięci”. Wcale mi się nie podobało, inne opowiadania z tego tomu pamiętam znacznie lepiej. Jednak było w tym tekście coś, co do dziś mnie jakoś inspiruje. Obcy, przypominający muchy, wpatrują się w artefakty, żeby zapamiętać. Dalszy ciąg jest nieważny. Ten aspekt mnie interesuje, bo jestem muchą pamięci. Wytrenowaną, wytresowaną od czasu, gdy świat mieścił się między krajem poduszki, a końcem prześcieradła. Byłam wówczas solidną prenumeratorką czasopisma „Miś”, solidną straszliwie, bo w tamtych zamierzchłych czasach był to dwutygodnik, ach ile pożądliwości, ile oczekiwania, ile niecierpliwości, by babcia wreszcie poszła do kiosku i przyniosła to, co wyznaczało rytm – nie tyle dnia, ile właśnie samego oczekiwania. Z godziny na godzinę, z dnia na dzień. Pewnie dlatego, do dziś czytam tak szybko i zachłannie. Odpowiadam na każdy mail. Na każdą wiadomość. Robię to natychmiast, co obecnie, czyni ze mnie doskonałego urzędnika państwowego w korporacji papierniczej. Ach te odruchy wykształcone w dzieciństwie. Dorwanie się do „Misia” w czasach zamierzchłych skutkuje do dziś, być może nawet swoistą nerwica natręctw? Dorwać tekst, przeczytać, ustosunkować się – natychmiast. Pokolorować obrazki, rozwiązać rebusy, zamknąć czasopismo z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Ufff… Skoro potrafiłam czekać na „Misia” nie przeraża mnie teraz czekanie na decyzję Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów. Twardziele szkolą się już od małego.

Inne czekanie wiązało się ze zwierzątkami. Te przynosił tata. Plastikowe, gromadzone pracowicie, z zachwytem, żeby mogły grzecznie i w parach odwalać paradę na prześcieradle. „Szli parami – słoń z słonicą i szedł kangur z kangurzycą”. U mnie, nie było tak bogobojnie jak u Noego i nie było też heteroseksualnie. Ba, nawet powiem, że nagminnie bywało międzygatunkowo. Zebra chodziła z okapi. Lew z tygrysem. Zaś drugi lew, a raczej lwica – z hipopotamem. Dlaczego? Bo tak. Bo tak się lubili, bo tak wyszło. Miałam też białego słonia, który zawsze łaził z żyrafą, zamiast kumplować się ze słoniem szarym, który z kolei znacznie bardziej lubił bizona. Do tego wszystkiego było jeszcze stadko dzików – brązowy duży, szary średni i beżowy warchlak, z którego zlazły paski. A może to była niewymiarowa kapibara? W każdym razie, ten szary był bez nogi. I nie mógł stać. W związku z tym, zawsze bywał opierany o tego brązowego. Uważałam, że brak nogi nikogo z parady nie wyklucza. Trzeba iść.

Minęło wiele lat. A w wiklinowym koszyczku schowanym w szafie za apaszkami i szalami leży grzecznie moje ZOO. Jakie tam ZOO, nikogo nikt i nikogo nigdy, za głupie kraty nie wsadzał. Gdy to piszę wyobraziłam sobie indiański pochówek. Proszę sobie wyobrazić mnie zawiniętą w kocyk, zostawioną na jakiejś górze, siedzącą i opartą o kamień. A archeolog, błagam, niech będzie tak przystojny jak Indiana Jones, bo właśnie to będzie się należało moim doczesnym szczątkom, znajdzie na moich kolanach rozsypujący się wiklinowy koszyczek, w którym będzie się spodziewał obecności kosztowności, a znajdzie… plastikowe zwierzątka. I one właśnie znajdą się w muzeum – ten szary dzik bez nogi, też. 

Reklamy
Published in: on 03/16/2014 at 21:33  Comments (1)  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/03/16/plastikowe-zoo-czyli-mucha-pamieci/trackback/

RSS feed for comments on this post.

One CommentDodaj komentarz

  1. Słodkie 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: