Lajki Ukrainie czyli Internety

1924645_10152074639021840_182474364_n

 

Cytaty pochodzą z filmu „Rejs”

Internet albo kocha, albo nienawidzi. Nie zna innych uczuć: wyśmiewa, popiera, ironizuje, kpi, wielbi, antagonizuje okopane na sztywno dwie strony i sprowadza wszystkie argumenty ad Hitlerum. Z pewnością wszyscy Państwo pamiętają cykl zdjęć na fejsbuce, gdzie na początku był lajk, a na końcu dziecko w Afryce pijące czystą wodę z kranu. Niektórzy do dziś wierzą, że za lajk pieski dostaną karmę, a dzieciątko bez ucha wyjedzie na obiecaną operację do Niemiec.

Czy w związku z tym Ukraina potrzebuje naszych lajków? Czy potrzebuje naszych wirtualnych wyrazów solidarności, ukazywania, jak bardzo się przejmujemy? A może się nie przejmujemy, tylko klikamy, bo wypada, a my jesteśmy na tyle słabi, iż nie mamy sił na powiedzenie wprost: mam w dupie Ukrainę, bardziej interesuje mnie to czy będzie przecena na te brązowe buty, albo czy wystarczy mi na jutro szamponu do włosów? Internet też wymusza pewne stadne zachowania, jak ktoś umieści wyrazisty i chwytliwy znak, to ten zaraz się przyjmuje, zaraz zaczyna żyć zwielokrotniony, w ciągu kilku sekund od Chicago do Tobolska – albo to użytkownicy Internetu nim żyją… przez trzy minuty.

„Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę”.

A może źle oceniam? Może na stolikach w polskich pubach leżą mapy Ukrainy i młodzi ludzie analizują nazwy miast i miasteczek, których jeszcze w zeszłym tygodniu nie znali? Może część lajków w Internecie wiąże się z bezsilnością, że ludzie nic innego zrobić nie mogą? Pamiętam, jak w czasie stanu wojennego bardzo radowały mnie znaki sympatii dla Polski pojawiające się w świecie. Nawet jakieś świeczki w oknach, nawet jakieś małe demonstracje pod ambasadami, o których mały człowiek (którym byłam) dowiadywał się wieczorami i było mu jakoś raźniej, że ktoś to wszystko widzi, że ktoś o tym małym człowieku myśli. Że w tym całym wielkim świecie, jakaś świeczka pali się właśnie dla mnie.

Nie wiem czy Państwo widzieli kiedyś komentarze pod jakąś akcją dotyczącą zwierząt, która ma swój początek w Internecie – zawsze znajdzie się jakiś malkontent, który zauważy, że dzieci głodują, a tu się jacyś pofyrtańcy rozczulają nad zwierzątkami. Nie wiem czy mogę myśleć o wszystkich, o wszystkim. Myślę o tym, co jest blisko mnie, co jakoś mnie dotyczy. Ukraina dotyczy mnie osobiście, mam tam sporo znajomych, nawet dzieci i przyjaciół. W związku z tym piszę, lajkuję, myślę i pokazuję im, że to co robią, ma sens. Nie tylko dla nich – że jest ktoś, kto widzi, obserwuje, analizuje, zastanawia się i martwi. To mój osobisty znak dla nich. Może pusty, może bezsensowny, ale w tym momencie jest wszystkim, co mam. Trzeba będzie konkretów? Też się zrobi, też się załatwi, chociaż – przyznam się – że nie znoszę robienia na łapu-capu. Nie jestem zbieraczką kartonów z mlekiem w proszku i pieluch. Ponadto, odkąd zbierałam w moim środowisku książki dla pewnej instytucji już wiem, że nie mam charyzmy związanej z otwieraniem ludzkich serc na cudze potrzeby. Jestem raczej zimną suką, która mówi: dajesz – super, nie dajesz – trudno, ale nie dawaj mi gówna, którego chcesz się pozbyć, bo mi ono nie jest potrzebne. To, że żebrzę dla kogoś nie znaczy, że możesz mi dawać odpadki, filantropie z morskiej pianki.

Czy się teraz tłumaczę? A skądże! Raczej się zastanawiam nad tym, że po chwilowej egzaltacji internetowej (w sprawie Ukrainy) teraz zaczęło się ironiczne kopanie emocji, które jeszcze wczoraj były naszym udziałem. Może się wstydzimy tego, że przez chwilę pokazaliśmy miękki brzusio? Że nas zabolało? Że nam ta Ukraina coś przypomniała? Coś własnego? A może rzeczywiście, jest coś niestosownego w lajkowaniu kolejnych karykatur Putina, zmienianiu własnych awatarów na ukraińskie flagi? Coś pustego – jedyny protest i wybór, którego dokonujemy nie wiąże się z żadnym wysiłkiem, nawet intelektualnym, bo i tak robimy to, co inni. Jak stadko działające instynktownie. Nie przemyślimy, a klikamy.

A może jest jeszcze inaczej? Że wymagamy od Internetu, żeby był czymś więcej niż Cloaca Maxima, w której znacznie częściej znaleźć można było wzdętą świnię, aniżeli złoty pierścionek? Przypomina mi się scena z trylogii husyckiej Sapkowskiego, gdy Gutenberg pokazuje możliwości drukowania kart pornograficznych. A potem, jak wiemy, rąbie Biblię. A tych kart nie drukował, naprawdę? Rozwój ludzkości zawdzięczamy Psałterzowi Mogunckiemu? Sama uczę studentów i studentki o edytorskiej działalności Jana Kochanowskiego i jego wpływie na rozwój polskiego drukarstwa zamiast czytać im wiersze Morsztyna o gołych cyckach, albo o zmarłej kurwie. Ale wierzę, że Nowy karakter polski ma znacznie mniejsze znaczenie dla nas wszystkich niż napis na chlywikach: kocham Hankę. No dobra, nie wierzę… ale dla tego, który pisał sprayem na chlywikach, Kochanowski nie ma znaczenia, a Hanka – jak najbardziej. I statystycznie – wychodzi na to, że o Hance więcej ludzi się dziś dowie niż o działalności edytorskiej mistrza z Czarnolasu. A jak ktoś jeszcze cyknie fotę tym chlywikom… łoooo… to już się znacznie. Dlatego nie krytykuję żadnego lajka. A po co? Czy jestem osobą, która albo Internet kocha, albo nienawidzi? Nie… jestem obserwatorką, filolożką. Dobranoc Państwu.

„– Nam chodzi o odgłos wydany paszczą.

– Patataj… Patataj… Patataj…”

Reklamy
Published in: on 03/09/2014 at 16:27  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/03/09/lajki-ukrainie-czyli-internety/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: