Pischinger i kawunia czyli poranne lenistwo galicyjskie

IMAG0480To też jest Kraków – rzekła złośliwa małpa.

Po czym poznaje się Wenecjankę i Wenecjanina w vaporetto? Po tym, że czytają gazetę, a cały tramwaj wodny robi zdjęcia i mruczy z ukontentowaniem: mmmmm…. w każdej możliwej sekundzie, albo wydaje z siebie frenetyczne piski. Po czym poznać Pawiana w Krakowie? Ma zaciętą minę, przebiera nogasami omijając szlaki turystyczne i z lekkim zniecierpliwieniem, aczkolwiek bez ostentacji pozwala się zaczepiać turystom, by cykać im słitaśne foteczki z tego beautiful miasta i robi to tak, żeby było charming. Ostatnie kilka zdań zabrzmiało nieco ksenofobicznie, ale Pawian wcale taki nie jest, naprawdę. Bardzo się cieszy, że mamy Kraków, że możemy go pokazać, ale z właściwym sobie śląskim (nabytym przez lata i uznanym już nawet przez RAŚ) pragmatyzmem dodaje, że może więcej wody oraz mydła, a mniej swojskiego klimaciku. Otóż właśnie, chyba chodzi o ten klimacik, jakże szczodrze rozdawany w telewizji przez np. Mazana i Makłowicza. Takich, którzy natchnionym szeptem przypominają świetne, ach – prześwietne – czasy panowania NAJJAŚNIEJSZEGO PANA (Franciszka Józefa), od którego kupowali tytuły, a potem z dumą zwali się galicyjskimi hrabiami. Widoczny w oblizywanej przez kucharza M. łyżce i pakowanej z powrotem do gara: a sam se to żryj, ty flejo… Widoczny na Floriańskiej w postaci żołnierza w mundurze (okupacyjnej) armii austriackiej, który nagabuje przechodniów, żeby weszli do lokalu, jakże mocno związanego z CESARZEM. Pogięło ich? Pogięło? To tak, jakby po naszym Bytomiu (Beuthn) kelnerów wystylizować na chłopców z Freikorpsu. I jest się za co czepiać tego nieszczęsnego Twardocha? To jego bili Niemcy czy Rokitę i Protasiewicza? Kto przynosi wstyd naszej ziemi, tej ziemi… Ależ wylazła ze mnie zakamuflowana opcja, taka całą gębą.  

Pischinger i kawunia na plantach, wyprasowany przez oberkelnera „Czas” w dłoni, a co rano zarękawki w urzędzie oraz wiara w to, że mieszka się metropolii. W tym sielskim obrazie cudownych lat końca XIX w. brakuje jakoś chudych krów wypasanych na rowach przy drodze, gliny, wszechobecnej gliny zamarzającej w listopadzie i… prowincjonalnego myślenia. Zanik wszystkie krakusy rzucą we mnie orderem (od cesarza) przypominam, że ja też mam prawo do tego obszaru, do ziemi… tej ziemi. Bo to moje przodkinie i moi przodkowie sprzedawali wam ser i jajka na Kleparzu, dlatego, z całym szacunkiem, skoro was żywiłam, a czasem wyrzynałam w czasie rabacji galicyjskiej, to proszę uważać.

Co mi przypomina historię o prababci Z., która „za okupacji” poszła wykupić z urzędu syna zapisanego na roboty do Niemiec. Bimberek w bańkach wzięła i polami do Krakowa poszła. Niemiec bał się bimberku nawet poniuchać, w związku z czym prababci kazał z każdej banieczki, pełny napitku, garnuszek łyknąć. Wypiła dwa i zaczęła wracać, bo – jak się zdawało – bimber straciła, a nic nie zyskała. Gdzieś po drodze, gdy słoneczko zaczęło przypiekać, zaległa na miedzy. Gdy się obudziła, sytuacja była jakby kantowska. Niebo gwieździste nad nią, prawo moralne (bez wątpienia – znałam prababcię Z.) było w niej. Z opaloną połową twarzy tak, że aż skóra złaziła, zaszła na własne podwórko koło drugiej w nocy. A tam wszyscy biadolili, że co prawda syna hitlersyny puścili, ale matkę zamknęli. Nie będę tu tworzyć, żadnej pointy, ale sami Państwo rozumieją, że chociażby po tej historii, która ukazuje mój ścisły związek z tą gliną, polami, niebem i gwiazdami, mam tutaj jakieś prawa.

Jak Państwo zauważyli, ja się strasznie od lat męczę z tym moim krakowskim dziedzictwem, bo ciągle się nad nim zastanawiam, ciągle się mierzę. Czy to jest moja mała ojczyzna czy też jestem kundlem środkowoeuropejskim, który wcale nie odczuwa potrzeby posiadania konkretnej budy. Jeszcze pewnie wiele razy się powywnętrzam nad małopolskim brudkiem, nad tą mentalnością „oszczędzi złotówkę – wyda stówkę”, ale dziś próbuję się przynajmniej uporać z Krakowem, jako takim. Łażeniu ulicami, zasłanianiu metaforyczną gazetą tych wszystkich galicyjskich sentymentów zaborowych. Nie przeszkadza mi historia wyłażąca zza każdego kamienia, tak trochę mimochodem, czasem całkowicie nieoczekiwanie i wyobrażam sobie, że jak Rydel handlował jagodami po ślubie z Jadwisią, bo chciał się lepiej miewać, pod spód na się nic nie wdziewać i udawać takiego w sukmanie, chociaż binokle to do niej pasowały jak świnia do siodła, to może któraś z moich prababek też stała koło niego. Mniej śmieszna niż on – bo prawdziwa. A ja właśnie jak autor Zaczarowanego koła – deklaruję chłopskość, może nie chodzę w sukmanie, ale czyż nie zachowuję tak samo? Poszukuję siebie, gdzieś między światami: jednym tekstowym, drugim – pachnącym chlewikiem i wodą z miednicy dla kaczek wkopanej na podwórku, kolejnym, spod synagogi Izaaka i tym z kruchty kościoła franciszkanów.  

Konie wiszą kopytami nad ziemią,

One w brykach na postoju już drzemią.

Każda bryka malowana w trzy ogniste farbki,

I trzy końskie maści, i trzy końskie maści:

od sufitu, od dębu, od marchwi.

Kim jestem? Nie mam pojęcia i chociaż ciągle mówię, że nie czuję potrzeby identyfikacji, to kłamię. I nie lubię cię, Krakowie, nie lubię cię w tych kawałkach, w których wszyscy cię lubią, albo się nimi zachwycają. Lubię cię tam, gdzie sama chcę. Lubię cię w kocim ogonku, który musnął dziś moją łydkę na jednym z podwórek. Lubię cię, na ulicy Dietla, gdy czuję zapach naleśniczków gryczanych, na schodach synagogi Izaaka, w spojrzeniu kawki siedzącej na macewie, w polichromii w bratki u franciszkanów, lubiłam cię w pocałunkach na świętego Tomasza i pod kurią, ale już zapomniałam. I lubię cię koło „Jubilata”, gdy siedzę na kanapie, w małym pokoju wypełnionym książkami, gadam ze Sławką i Beatą. Lubię cię w Jagiellonce, w zapachu papieru, jak ucieka on ze mnie, gdy lecę przez Trzech Wieszczów, albo przeciwpołożnie w stronę pomnika przy Oleandrach. W różnych miejscach cię lubię, ale tylko tam, gdzie chcę. Inaczej nie będzie.

Reklamy
Published in: on 02/28/2014 at 10:57  17 Komentarzy  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/02/28/pischinger-i-kawunia-czyli-poranne-lenistwo-galicyjskie/trackback/

RSS feed for comments on this post.

17 KomentarzyDodaj komentarz

  1. Heh. Też mam hassliebe do Krakowa. 2 fajne lata, mnóstwo ciekawych ludzi, pierwsze wspólne mieszkanie z dziewczyną. A potem jeszcze inny związek a w zasadzie wielka zawiedziona miłość. Co dzielnica to jakieś wspomnienia… Lubię tam wpadać na weekend i sobie powspominać, ale chyba nie chciałbym znów mieszkać.

    Poza tym od kiedy Piękny Pies przeniósł się na Kazimierz, to już nie jest to samo 😉

  2. „Tych wszystkich galicyjskich sentymentów zaborowych.”

    Potomkowie uczestników rabacji galicyjskiej powinni mieć tym bardziej sentyment do zaborcy, przecież to on popierał rabację, żeby podkopać polski szlachecki establishment.

  3. poiwem tylko, bsrdzo perwersyjnie: miau…

  4. o yesu… nie ma znaczenia pies, w sumie – jeden pies

  5. Też jestem w tzw. love-hate relationship z tym miastem. W ciągu minionych 15 lat setki razy odgrażałam się, że się wyprowadzam, ale w końcu jakoś nauczyliśmy się wspólnie żyć. Mam swoje kawałki miasta, które uwielbiam – na całą resztę przymykam oko.

  6. To wszyscy tak mają z tym miastem? 😀

  7. Ja jakiś nie przepadam. Duszno jest 🙂

  8. Chociaż czasami jest zabawnie 🙂

  9. Może jak się bywa czasami 🙂

  10. Ha, to „czasami” jest enigmatyczne 😉

  11. Czy to nie jest dobre określenie tego miasta – „enigmatyczne”? 🙂

  12. ha 🙂

  13. Och, w Jagiellonce uwielbiałam siedzieć, robiłam to godzinami, jak trzeba było, a na Oleandrów do szkoły nawet chodziłam, dwa lata…
    Mam ten zgryz, że od lat ponad trzydziestu mieszkając we Wrocławiu, wciąż czuję się krakowianką, ale gdyby mi ktoś dzis zaproponował powrót, to – nie.
    Fajnie sie wspomina, chodzi po znajomych uliczkach i ulicach, spotyka z przyjaciółmi, których nadal więcej tam niż tu, ale jednak nie, moje dziś jest już we Wrocku.
    I widzę to, co innych zachwyca, np. ‚klimatyczny brud
    ‚ na Kazimierzu – vide moje ostatnie wpisy i dyskusje pod nimi – srające gołębie na Rynku czy korki i chamskie zachowania kierowców – nigdzie nie trabią na innych tak jak w Krakowie!
    Ale i tak jestem stamtąd:)

  14. a ja nie wiem, skąd jestem. Naprawdę. A może wiem, ale to neguję?

  15. O nie! Kierowcy w W-wie są bardziej agresywni.

  16. Jak to skąd? Pawian być z dżungli 🙂

  17. z dzungli miejskiej 😉 ale to też nieprawda, bo Pawian, w pewnym sensie być też wsiok


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: