Rosyjska paczka żywnościowa z Niemiec czyli przemyt Kiwaczka

IMAG0476

W poniedziałek rano, niby szacowny człek, udałam się do instytucji naukowej, gdzie zamierzałam edukować dziatwę. Na swej zakładowej półeczce zobaczyłam kopertę, co specjalnie mnie nie zdziwiło, bo pomyślałam sobie, że jakiś pawiański tekst przylazł do autoryzacji, przyszedł z redakcji, albo jest to jakieś grubsze zaproszenie na genderową imprezę, lub coś równie zbereźnego. Nieco zaniepokoiłam się nadawcą listu, bo stało na nim, że dostałam go od Dorothei i Karla-Heinza von und zu Zwiebel z Höhenkirchen-Siegertsbrunn i oczyma wyobraźni ujrzałam bawarskie spodenki, dirndl, a także usłyszałam cichuteńkie jodłowanie. I w tym miejscu po raz pierwszy okazało się, że wieści o mojej inteligencji są mocno przesadzone, bo zaczęłam się zastanawiać, dlaczego, na litość Odyna, redakcję książki o polskim socrealizmie robi niejaka Dorothea, albo niejaki Karl-Heinz? Macnęłam list, a grubaśny był dziwnie, jakbym nie była sobą, a przynajmniej Antonim Gołubiewem, albo Stanisławem Ryszardem Dobrowolskim w sześciu tomach i wymacałam, że tam nic nie podpada pod papier.

W tym miejscu się przeraziłam. No serio. Bo zaraz uruchomiłam spiskową koncepcję dziejów, bo jaki Polak, albo jaka Polka dostaje paczki z Niemiec i nie ma w tym niczego podejrzanego, hę? Zaraz przyszło mi do łepetyny, że rewizjoniści spod znaku Eriki Steinbach przysłali mi wąglik. Dość szybko odrzuciłam takową interpretację, bo nie zalazłam im za skórę, jako żywo. Druga koncepcja była znacznie bardziej mroczna i posępna: Red Wath przysłało mi coś paskudnego. Jednak i ta wersja została odrzucona, jako całkowicie absurdalna i bezsensowna. Wiem, wiem… dostałam prezent od jakiejś zakamuflowanej opcji niemieckiej. Ale jak to… zakamuflowanej, skoro się przyznają, że piszą do mnie Höhenkirchen-Siegertsbrunn. Toż to całkowicie jawna opcja niemiecka, ale co oni mają do mnie? Chcą mnie zwerbować do burdelu pod Monachium? W moim wieku? Czy jest to placówka dla emerytowanych żołnierzy Bundeswehry? Tych emerytowanych tuż po bitwie pod Sommą? Macam dalej, już wcale nie tak mocno przekonana, że tam jest wąglik, bo jakoś go za dużo i wpadam na następną koncepcję, równie brawurową, jak te poprzednie. Ruch Autonomii Śląska! Z pewnością. Wyłapują sobie goroli, czyli obcych, którzy jeszcze tych ustawowych dwudziestu pięciu lat tutaj nie mieszkają i załatwiają im zagraniczną adopcję. Znaczy będę miała rodzinę, która będzie na stół stawiać Wurst i Kartoffelsalat. Ach so… Das ist unmöglich? Jakie tam „unmöglich”, skoro mogę być powinowatą księdza Rydzyka, co jest faktem i o czym Państwu kiedyś opowiem, to dlaczego nie mogę mieć rodziny w pięknej Bawarii? No, dlaczego? A dlaczego nie – zapytam akcentem z Nalwek i chederu w Sanz. Jako kondel środkowoeuropejski mam prawo mieć rodzinę tam, gdzie chcę. Skoro mam dzieci na Ukrainie oraz na Bałkanach, a także na Śląsku a nawet nad polskim morzem, to dlaczego nie mogę mieć krewnych (i to nawet bliskich) pod Monachium? Krew nie woda, majtki nie pokrzywy, jak mawiała ciocia Pelagia.

To mnie uspokoiło i już byłam gotowa otwierać kopertę, gdzie, jak się spodziewałam znajdzie się narysowane na pergaminie nasze wspólne drzewo genealogiczne, gdy osłupiałam. Koperta była zaklejona wesolutką taśmą klejącą w kolorze żółtym. Uuuuuuuuu… pomyślałam, niedobrze, pachnie oszustwem. Żaden Niemiec, żaden praworządny Niemiec nie zakleiłby niczego taką taśmą. Dlaczego? No! Bo! Nie! I chyba nic więcej tłumaczyć nie trzeba. Dlatego wstrzymałam trzęsące się z pożądliwości ręce, bo uznałam, że nadal trzeba obwąchiwać ten, jakże podejrzany, pakunek. Niby Unia Europejska, ale lata bycia przedmurzem chrześcijaństwa, na dodatek przedmurzem obrotowym, nauczyły nas ostrożności. Z drugiej jednak strony, z takich jak ja, był Kozietulski. Do broni żołnierze spod Somosierry. Nożyce w dłonie… i ciach-ciach po tej kopercie. Albośmy to jacy-tacy? Odważna niczym małpa w kąpieli tnę, aczkolwiek szczęka mi opada, bo ze środka wypadają… rosyjskie cukierasy i pluszowy Kiwaczek (Czieburaszka). I tu zgłupiałam. Rosyjska paczka żywnościowa z Niemiec? Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! A w kopercie jeszcze list, zaczynający się od słów: „nie myśl, że padłeś ofiarą cyber-prześladowcy”. Wąglik, ani chybi wąglik w cukierasach. Albo kokaina! A może jakieś wyrafinowane trucizny? I patrzę na podpis pod listem i nagle zaczynam się śmiać, bo stoi tam, jak byk: „kaczka”.

Proszę Państwa, pierwsze w życiu pieniądze zarobiłam na nocnym łapaniu kur. Zdarzało mi się zarobić też w naturze, na ten przykład dwa indyki raz dostałam za pomoc przy żniwach. Za pisanie też zdarzyło mi się dostać co nieco. Ale żeby rosyjskie cukierki i Kiwaczka? Za pisanie? Za felietony? Od kochanej internetowej znajomki – kaczki? I niech mi teraz Państwo powiedzą, że poniedziałki są do dupy. Ależ moi kochani… Żelki z literkami, małe wafelki z Alionką i ten słodki Kiwaczek, który zawieszony został na mej dyrektorskiej szafeczce w korporacji papierniczej. Tak się zarabia… na felietonach. A dumna jestem – niczym paw. O czym donoszę nieziemsko szczęśliwa, ciamkając czerwoną rosyjską żelkę z Niemiec. Wot, баварский сюрприз…

PS. Naprawdę przeczytałam „Dorotea”, za co Cię, kaczko, najmocniej przepraszam.

Reklamy
Published in: on 02/24/2014 at 18:50  11 Komentarzy  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/02/24/rosyjska-paczka-zywnosciowa-z-niemiec-czyli-przemyt-kiwaczka/trackback/

RSS feed for comments on this post.

11 KomentarzyDodaj komentarz

  1. Pawianie, jak to pieknie bedzie wygladac w wywiadach i biografiach, gdy juz ci wrecza tego Pulitzera: ‚Pobieralam wynagrodzenie w Kiwaczkach. I w zelkach. I w wafelkach.’
    Zawsze do uslug. Choc gdybym wiedziala, ze wolisz indyki…
    Deine Dorothea von Entenzwiebel

  2. Kaczko, jestem wzruszona, a Kiwaczek będzie mi zawsze przypominał bardzo piekny dzień. PS. Te indyki były nieco łykowate 😉

  3. Mąż mi uświadomił, że to Cudaczek był Sękaczkiem (i lasu pilnował) a nie Kiwaczek (jak myślałam 🙂

  4. Czy to Kiwaczek mówił: „budowaliśmy, budowaliśmy i zbudowaliśmy, hurraaaa!”?

  5. On ci to był we własnej osobie, dziś w korporacji papierniczej, z niejakim PJ-em, profesorem, żeśmy śpiewali piosenki z Kiwaczka, żeby młodszej kadrze pokazać czym żył kiedyś świat. Dostaliśmy gromkie brawa.

  6. Piosenek nie pamiętam 😦

  7. Spadłem z krzesła wyobrażając sobie ten burdel dla weteranów wojennych emerytowanych po bitwie pod Sommą 🙂 Ale z tym wiekiem Pawian kokietuje.

  8. Pawian poszedł na studia zaraz po bitwie pod Grunwaldem 🙂

  9. Jakie? :))

  10. Ja byłem już na świecie kiedy rozległ się Big Bang. Powiedziałem: „O kurwa, ale pierdolnęło!”, a mamusia skarciła mnie i powiedziała, żebym się dawał złego przykładu mojemu młodszemu braciszkowi Matuzalemkowi. Pawian to przy mnie małolata 🙂

  11. kobietawkryzysie: na dyplomację 😉
    ariel: hmmm… co mi przypomniało opowiadanie Henrego Kuttnera, o rodzinie mutantów. Zapomniałam tytułu… ale właśnie oni byli tacy satrzy.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: