Dzień Strażaka czyli nihilizm, sarkazm i orgazm

Wszystkie cytaty pochodzą z filmów Woody Allena

Nie uznajesz żadnych wartości, całe twoje życie to nihilizm, cynizm, sarkazm i orgazm. We Francji mógłbyś zrobić z tego hasło wyborcze i wygrać.

Przepraszam Państwa, szczerze przepraszam tych, którzy na dzisiejszy wieczór zakupili erotyczną bieliznę, lizaki po dziewięćdziesiąt dziewięć groszy w Żabce lub Biedronce, wynajęli odrzutowiec, na którego pokładzie chłodzi się szampan oraz więdną truskawki, zamówili stolik w restauracji, albo założyli, że przynajmniej zjedzą kolację przy świecach, że się wyłamię. Najbardziej w ciągu roku wkurzają mnie: Dzień Kobiet oraz Walentynki. Bo taki Dzień Strażaka, albo Dzień Pracownika Służb Leśnych mam w nosie. Chociaż, gdyby to przemyśleć, to też by mnie wkurzał. Nie chcę, w kontekście Walentynek, pisać o konsumpcji, na którą tak łatwo się nabrać, nakręcić spiralę posiadania, uwierzyć w siłę nabywczą swej pensji (poniżej średniej krajowej brutto), ale raczej o braku refleksji. Ba, czy ktoś wchodząc na ten blogasek, spodziewał się czegoś innego? Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate.

Jestem tak podekscytowany, że chyba umyję dzisiaj wszystkie zęby.

 Jak pieski Pawłowa reagujemy, ślinimy się na dźwięk dzwonka. Walentynki – święto miłości. Kochajmy się. Jeśli reagujemy i kupujemy, obdarowujemy, to znaczy, że robimy to na rozkaz, powodowani bodźcem płynącym z kalendarza, albo telewizora. Wiemy, że powinniśmy. Wiemy, że może dostaniemy nagrodę. Jaką? Równie odległą i enigmatyczną, jak zbawienie duszy po wykupieniu odpustu, albo wpłaceniu datku na krucjatę. A może ten dzień i lizaki z cukru uspokajają nasze wyrzuty sumienia? Dając majtki z napisem „I love you”, albo z czymś równie wyrafinowanym, możemy nazajutrz ryknąć: Hanka, sól, albo strzelić koncertowy foch. Walentynki są zapowiedzią nagrody, albo – paradoksalnie – przypomnieniem czasów, gdy chodziło się na randki, wystawało pod oknem ukochanej osoby i odczuwało się emocje, takie maleńkie drgnięcia, dziś zasłonięte przez ospę wietrzną dziecka, ratę za samochód, nadwagę żony i rosnący przodozgryz męża. W telewizji, jak mniemam (bo nie mam odbiornika), obiecują nam ogród ziemskich rozkoszy w tym dniu, osiągnięty prawie bez wysiłku – drobny prezencik, okazanie szczątkowych przejawów uczucia i… kaskadowe orgazmy. Właśnie w tym dniu, dniu miłości i powszechnego szczęścia wszechobecnego w poświacie różu, czerwieni, otulonego balonikami i egretami, albo czymś podobnym.

Moje życie seksualne jest żałosne. Ostatni raz byłem w kobiecie, zwiedzając Statuę Wolności.

Jako, że jestem kobietą luksusową, stoję (w godzinach pracy) do kasy w „Biedronce”. Czuję się dziwnie, kupując paluszki sztucznokrabowe dla adoptowańca, jogurt dla siebie i orzeszki dla Paulette, szczególnie, że dwaj panowie przede mną zakupili zestawik walentynkowy, na który składa się goździk, dwie róże oraz serduszko na patyku owinięte w czerwony celofan. Młoda kobieta kupuje wino i ciastka, a ja jak półdebil – paluszki krabowe po 3,99 i Danone truskawkowo-kiwiowy. Jeśli nie ratują mnie te truskawki, to jestem jakąś hołotą, która nie umie się zachować w święto zakochanych. Bo paluszki! Krabowe! Żeby chociaż z sezamem były. To już przypomniałoby mroczne czasy PRL-u, gdzie na rozbieraną randkę jeden z pawiańskich znajomych chodził z półlitrówką i paluszkami z sezamem. A tu – krabowe, udawane. Bez pół litra! No, jakże to tak?

Mózg jest najbardziej przecenianym z ludzkich organów.

Deszcz pada, jak zawsze stoję koło rynsztoka i palę, a środkiem placyku przemyka młodzian z pękiem tulipanów. Jakież to wzruszające. Obdaruje swą bogdankę (lub swego bogdanka), a najpewniej rozda po jednym kwiatuszku koleżankom z biura, kolegom nie – żeby nie wyjść na pedała. Rytuały – takie zabawne. A tulipany, skądinąd ładne. Lubię połączenie żółci i fioletu. W kiosku, gdy fajki kupuję, słyszę od zaprzyjaźnionego pana, że mam niewalentynkowe paznokcie. I gdy już zaczynam się profilaktycznie wstydzić, okazuje się, że dlatego niewyjściowe, niepoprawne, bo niebieskie. A powinny być czerwone, albo przynajmniej różowe. Ależ banał. A moja miłość do świata nie może być błękitna? Błękitna jak morze, jak szata Maryi, jak oczy z piosenki Demarczyk (chyba, że tam były zielone).

A mój kot pogryzł swojego lekarza w walentynki. I to się nazywa miłość. Prawdziwa, niepodważalna. Doktor B. doskonale wie, że będą kły i pazury, że będzie pot, krew i łzy, ale heroicznie wbija igłę w maleńką żyłkę potwora. Bo kocha. Kocha przez cały rok, a nie tylko w to jedno głupie święto. Wiedząc, że czeka go jeno ból i cierpienie. Dobranoc Państwu… 

Reklamy
Published in: on 02/14/2014 at 16:36  5 Komentarzy  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/02/14/dzien-strazaka-czyli-nihilizm-sarkazm-i-orgazm/trackback/

RSS feed for comments on this post.

5 KomentarzyDodaj komentarz

  1. Kocham Cię, Pawianie! Za datek na krucjatę, majtki z napisem, ale przede wszystkim za Twój elektryzujący mózg 🙂 🙂 🙂

  2. Zdrowia dla kota, bo to ważne.

  3. Zuzanka: badania to były, ale Klucha dziękuje 🙂
    Dżej-dżej: no… teges…

  4. Ja mam złote pazury. O!

  5. jesteś kotę? 😀


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: