Pawian być z zawodu dyrektor czyli było smaszno, a jaszmije smukwijne…

Ach, Dżabbersmoka strzeż się, strzeż!

Szponów jak kły i tnących szczęk!

Drżyj, gdy nadpełga Banderzwierz

Lub Dżubdżub ptakojęk!

(Lewis Carroll / Maciej Słomczyński)

W dawnych, zamierzchłych czasach, gdzieś dziesięć tysięcy lat temu, nie powiem jak Makrauchenia, że na wiosnę, bo pory roku się zmieniały, Pawian był studentką. A że był głupi i naiwny, to studiował przez czas jakiś dwa kierunki. Co z tego pamięta? Biegi. Biegi z pewnością nie płaskie. Bo w jedną stronę miał pod górkę, a w drugą z górki, bo, jak wiadomo, nic w przyrodzie nie ginie. Tej ostatniej frazy nauczono Pawiana już w podstawówce, a uczyniła to rozkoszna nauczycielka fizyki, zwana przez kolejne pokolenia Izoldą. Dlaczego tak młodzież nazwała ową niewiastę? Chodziło ponoć o piosenkę Zbigniewa Wodeckiego, że „to była Izolda mądrzejsza niż ja”, ale chyba to była ironia podłych małoletnich. I właśnie Izolda, przy każdej okazji powtarzała, że nic w przyrodzie nie ginie, no to i Pawian latając po mieście, sobie to powtarzał. Studiował i biegał, a w zasadzie dużo biegał, bo musiał tak sobie plan ułożyć, żeby z punktu A do punktu B przebiec w 15 minut. Według google maps trasa ma 1,2 kilometra i powinna zająć pieszemu 14 minut. No, dobra, wymiarowemu pieszemu, a Pawian zawsze był kurduplem, ale dawał radę, bo co mu zostało. To z miłości do wiedzy się działo, a może z głupoty? Któż to wie…

W pewnym momencie, Pawian stwierdził, że się nudzi. Potwornie się nudzi na tym drugim kierunku, zabrał bety z kozety, co znaczy, że zrejterował był. Na amen. I przestał biegać. Potem pomyślał sobie, że w końcu nie po to się człowiek tyle lat uczy, żeby po mieście zapychać świńskim truchtem z pełnym obciążeniem, w obliczu przeważających sił wroga. Jak znam Pawiana, to pewnie wówczas złośliwie zachichotał, że już dość tej mordęgi, dość tej samotności długodystansowca, dość też tego podobieństwa z maratończykiem odgrywanym przez Dustina Hoffmana (tu łączność duchowa była spora, bo genialny aktor także jest kurduplem). A jak maratończyk, to był strach, że na swej drodze spotkać można byłego gestapowca, który zęby borował mi będzie, albo co insze. Dlaczegóż nasz bohater wówczas zachichotał? O, jakże niebaczny był to czyn. Gdybyśmy znajdowali się w tragedii greckiej, wiedzielibyśmy, że zaraz wmieszają się w całą sprawę bogowie i ukarzą złośliwego niebacznie Pawiana jakimś wyrywaniem wątroby, albo wtaczaniem głazu na szczyt. O! Właśnie. O ten głaz chodzi, a także o to, że nic w przyrodzie nie ginie. Chodzi też o to, że jak się powiedziało A… to trzeba dojść do punktu B, jak te popieprzone pociągi w zadaniach matematycznych.

Minęło wiele, wiele lat. Pawian, z małej i postrzelonej studentki, wyrósł (metaforycznie), na równie małą i postrzeloną wykładowczynię, aczkolwiek zwiększył objętość i ciężar właściwy. A potem został z zawodu dyrektorem. A dokładniej wice, można mówić per „wicek”. Pawian myślał naiwnie, że niczego to w jego sytuacji nie zmieni, nadal zajmować się będzie starymi papierami, będzie gadał i pisał książki, a także będzie oddelegowany przez swą macierzystą jednostkę na odpowiedzialne stanowisko w sektorze papierniczym w tej samej firmie. Jakże naiwne były to złudzenia. Jakże bolesna była zemsta bogów, pamiętamy jak się mścili na biednym Odyseuszu, który żeglował i żeglował, że aż mu pies zdechł. A Pawian zachichotał niegdyś złośliwie. Bogowie tego nie wybaczają.

Pawian biega. Znów biega. Dokładnie na tej samej trasie, bowiem przedsiębiorstwo papiernicze znajduje się tuż obok dawnego drugiego kierunku studiów Pawiana. I na przykład dziś Pawian bidusiek o ósmej był już w korporacji papierniczej, o jedenastej trzydzieści egzaminował studentów z jazdy pojazdami z napędem hybrydycznym między zniszczonymi papierami. O trzynastej był znów w korporacji papierniczej stając się na dwie godziny Pawianem Oficjalnym, co wyszło mu średnio. A o piętnastej pobiegł znów do mas, do roboty, do partii wygłodniałych indeksów sesyjnych.

Dlaczego Pawianowi średnio wychodzi część oficjalna, albo dlaczego, tak właśnie wyszła dziś? Wszystko przez jogurt. Jak to możliwe? To proste, drogi Watsonie, jogurt rozwalił się w pawiańskiej torbie o ósmej trzydzieści. Zabrzmiało groźnie? Nieprawdaż? Fatum, podobne do tego, gdy Annuszka rozlała olej słonecznikowy. Torba spadła z biurka, bo bogowie nadal się mszczą. Jak jogurt się rozwalił, to Pawian wrzucił torbę do szafki i wyciągnął stamtąd granatową siatkę z Czieburaszką (Kiwaczkiem), którą zakupił był na targu w Kijowie. No i, jak Pawian biegiem wpadł na mocno oficjalne spotkanie z gromadą profesorów, a wpadł na nie, nie tylko z czerwoną dupą, jak to małpy tegoż gatunku mają w naturze, ale i z ryjem czerwonym, bo oczywiście… biegł, to wrażenie zrobił piorunujące. Nasz bohater miał bowiem na sobie żółtą puchową kurteczkę i takiejż barwy czapeczkę z kutasikami, zaś pod pachą dzierżył gustowną siatkę z ukraińskiego targu. Pawian ma jedynie nadzieję, że rozwalił ekipę profesorską fachowością, ale, kto tam wie… co im bogowie szepcą do ucha.

Chcąc podratować swą nadwątloną pozycję, Pawian nakleił sobie na dyrektorskiej szafce rysunek diabła tasmańskiego i ma nadzieję, że ten wizerunek wzbudzi strach, a następnie miłość podwładnych. Dlaczego miłość? Bo, jak wiadomo: tyrani wzbudzają miłość. I tego się trzymajmy.

Reklamy
Published in: on 01/28/2014 at 20:25  8 Komentarzy  

The URI to TrackBack this entry is: https://pawianprzydrodze.wordpress.com/2014/01/28/pawian-byc-z-zawodu-dyrektor-czyli-bylo-smaszno-a-jaszmije-smukwijne/trackback/

RSS feed for comments on this post.

8 KomentarzyDodaj komentarz

  1. Uchichrałem jak się jak norka wyobrażając sobie wrażenie jakie musiał zrobić Pawian na profesorach czerwonymi atrybutami, żółtymi kutasikami i torbą z Kiwaczkiem. Ale diabeł tasmański przywołał mnie do porządku i cały drżę ze strachu przed Pawianem-Tyranem.

    P.S. Błagam Cię Tylko drogi Pawianie, nie pisz, że pies „zdechł”. Najlepszy przyjaciel człowieka umiera.

  2. Kiwaczka Sękaczka bardzo lubiłam:)

  3. Ariel: ja wiem, że psy umierają. Od dziecka chodziły z Pawianem, a może prowadzały Pawiana. Umarł Psina (70 kilo żywca, która wychował Pawiana i ułożył go na grzeczną małpę). Psina nawet został ekshumowany, ale to długa historia. Umarł Tusio (60 kilo), mój najlepszy przyjaciel. Umarł Mały, owczarek kaukaski, z sercem wielkim i pojemnym oraz z duszą szczeniaka. I umarł też Małopolski szpic na Niedźwiedzie. Wszystkie leżą pod odpowiednimi krzewami róż w ogrodzie, a dba o to pawiańśki tata, który kochał je, tak bardzo, jak teraz kocha Księciunia. Ale w tym zdaniu, powinno być słowo „zdechł”. Wstaw, Ariel, w to zdanie „umarł” i zobaczysz, że ma inną wymowę. PS. Jeden profesor z tej drużyny dziś wrócił. Ta gromada już lubić Pawiana.
    kobietawkryzysie: kupiłam siatkę i koszulkę, bo tez go lubię

  4. Lubiłam radzieckie bajki… W ogóle za naszych czasów kreskówki były chyba na lepszym poziomie niż dzisiaj…

  5. Bo ja wiem… Krowa i kurczak, albo Jam Łasica są rewelacyjne

  6. Może się starzeję:)

  7. ja też nie młodnieję 🙂

  8. Dlaczego mój uśmiech nie ma buźki?:)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: